element-01
element-02
element-04
element-05
element-06
element-07
element-08
element-09
element-11
element-13
element-15
element-17
element-19
element-21
nawigacja: Strona główna » Aktualności
wrzesień 17, 2017

Nowa książka prof. Stanisława Grodziskiego


Ukazała się nowa książka prof. Stanisława Grodziskiego zatytułowana "Za trzecim razem. Zapiski uniwersyteckie z lat 1968, '81, 1989". W tamtych latach prof. Stanisław Grodziski pracował na Uniwersytecie Jagiellońskim, sprawując także funkcje administracyjne. Zdając sobie sprawę z doniosłości wydarzeń, które dotyczyły też UJ, prowadził dziennik. Ten z 1968 pisał do szuflady. W tamtych czasach jedynie słuszna siła czuła się mocno. Rok 1981, choć przyniósł stan wojenny, mógł dawać nadzieję na publikację dziennika pod pseudonimem w emigracyjnych bądź podziemnych wydawnictwach. Rok 1989 zamknął epokę socjalizmu w Polsce i przyniósł nowe polityczne rozdanie. Dzięki temu w dzisiejszych czasach także ta książka mogła się ukazać w takim kształcie. To bardzo osobista książka, choć porusza przecież ważne dla Polaków sprawy. Spojrzenie na te trzy ważne daty w dziejach Polski przez pryzmat pracownika naukowego UJ. Znamienne, iż brak tu ważnej też daty - 1970 r. "Gorący grudzień" widać dość słabo odcisnął się na społeczności akademickiej Krakowa. Studenci pamiętali jeszcze rok 1968, kiedy to kablami i pałami byli "dyscyplinowani" przez robotniczych aktywistów. Uczestnicząc w strajku studenckim w 1981 r. pamiętam spotkania w Collegium Novum. Podczas jednego ze spotkań przemawiał do studentów Mieczysław Gil, który dziękując studentom za wspieranie robotniczej "Solidarności", opowiadał, że nad jego biurkiem jak wyrzut sumienia wisi kabel użyty do pacyfikacji studentów w 1968 r. Podkreślał wagę solidarności studentów i robotników w 1980 i 1981 r. Wtedy jeszcze nie wiedział, że za kilka miesięcy ta solidarność będzie tak prawdziwym sprawdzianem, a słowo nabierze innego jakże dramatycznego znaczenia. Książka jest ważnym dokumentem dla historyków, a dla osób, które tamten czas przeżywały w murach krakowskiej uczelni, będzie też sentymentalną lekturą.
opublikował: janusz
czerwiec 11, 2017

1. Dzień Kresowy w Stalowej Woli 10.06.2017 r.


Serdecznie witam wszystkich Państwa, tych co mają korzenie kresowe i tych, którzy przyszli, by spotkać się z historią i kulturą kresów. Przyszli, bowiem zainteresował ich temat dzisiejszych spotkań.

W imieniu Oddziału Krakowskiego TMLiKPW serdecznie i gorąco pozdrawiam Państwa! Wybierał się do Stalowej Woli nasz prezes, Adam Guyrkowich, który wiele lat zawodowo spędził w Waszym pięknym mieście. Nie pozwoliło mu jednak zdrowie…

Bardzo dziękuje za zaproszenie. Dla mnie to prawdziwy zaszczyt i wyróżnienie, że mogłem stanąć przed Państwem po to, by dać świadectwo kresowe. Podzielić się z Państwem swymi refleksjami na tematy lwowskie, tematy kresowe.

Muszę się też przed państwem usprawiedliwić, bowiem nie urodziłem się we Lwowie, ani na Kresach. Moi rodzice pochodzą z okolic Stalowej Woli, a jak może niektórzy wiedzą jestem Rozwadowianinem. Tematy Kresowe, lwowskie były mi całkiem obce. Nie dlatego, że się nie interesowałem historią. Po prostu w tamtych czasach się o tym nie mówiło. Często dla bezpieczeństwa własnego i rodziny.

Przyznam się, że długo nie wiedziałem, że Kresy są jednak bliskie w naszej rodzinie. W naszym rozwadowskim mieszkaniu, wśród starych zdjęć była jedna, pożółkła fotografia, bardzo tajemnicza… Przedstawiała makietę jakiegoś nieznanego mi założenia architektonicznego. To była makieta Cmentarza Obrońców Lwowa. Niewiele mi to mówiło, do tej wiedzy musiałem jakiś czas dojrzewać. Po II wojnie światowej do Charzewic zjechała rodzina ze Lwowa i z Kołomyi. Może niektórzy pamiętają Mieczysława Moskala, który zdaje się prezesował TML-owi w Stalowej Woli. To bliski kuzyn mojej mamy. Mój dziadek, który był maszynistą na kolei, kursy kończył we Lwowie. Moja mama przechodziła trudną na tamte czasy operację chirurgiczną we Lwowie. A ja miałem powtarzający się sen… Śniła mi się dziwna góra, ani na nią się nie wspinałem, ani z niej spadałem. Po prostu ukazywała mi się w swym majestacie… Pewnego dnia podczas wędrówek po Lwowie i okolicach dotarłem do Piaskowej Góry. To był krajobraz znany mi ze snów… Od tamtego czasu, sen nie powraca…

Drodzy Państwo stało się w końcu tak, że Lwów i Kresy, stały się ważnymi pozycjami w moim życiu. Od 1995 roku jestem związany z pismem poświęconym Kresom Cracovia Leopolis, a od tego roku jego redaktorem naczelnym. Celem pisma jest ochrona pamięci i popularyzacja tematyki kresowej. Chcemy docierać nie tylko do środowisk kresowych związanych z TMLiKPW, ale do młodzieży. To nie jest proste zadanie. Spotykając się czasem z kresowianami, zadaję im pytanie. Kochani, gdzie są wasze dzieci, wasze wnuki?

Nie chcę zabierać czasu swymi opowieściami, bo przed Wami wspaniały występ znamienitego aktora Wojciecha Habeli. Zanim jednak oddam głos panu Wojciechowi, chciałbym jeszcze w paru słowach przywołać kilka postaci związanych pośrednio czy bezpośrednio z naszym regionem stalowowolskim, które wywodziły się z Kresów.

Rozwadowianie z mego pokolenia powinni ją pamiętać. Była kierowniczką przedszkola w Rozwadowie. Pani Jadwiga Tarnawska, miła i ciepła osoba. Po 1945 r. osiadła z rodziną w Rozwadowie. Drogę ze Stryja do Rozwadowa odbyła w bydlęcym wagonie, a jechali cały tydzień! Wybrali Rozwadów, bowiem w tej okolicy mieszkali już przedstawiciele jej rodziny. Kto z nas nie czytał Koziołka Matołka? Kto nie zna Szatana z siódmej klasy? Autor? Wujek pani Jadwigi – Kornel Makuszyński! Jej mama Helena Górzycka była siostrą Kornela Makuszyńskiego. Jak opowiadała redaktorowi Cezaremu Kassakowi, ostatni raz widziała go w Stryju w 1938 r. na pogrzebie jego matki Julii z Ogonowskich Makuszyńskiej. W kondukcie pogrzebowym szła obok niego. Niestety, po wojnie już się nie spotkali.

Pewnie już nie ma ludzi, którzy pamiętają bł. o. Serafina Kaszubę. Gdy wejdziecie do kościoła klasztoru oo. Kapucynów w Rozwadowie, natkniecie się na tablicę pamiątkową poświęconą temu nieustraszonemu kapłanowi „Włóczędze Bożemu”. Urodził się w 1910 r. we Lwowie, na Zamarstynowie. Zmarł w 1977 r. też we Lwowie. Dlaczego o nim mówię w kontekście Rozwadowa? Przed wojną uczył w gimnazjum kapucyńskim języka polskiego. Jego uczniem był m.in. ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski. W Rozwadowie, a później w Stalowej Woli zamieszkała jego najbliższa rodzina – ojciec Karol (zmarł w 1963 r.) i siostra Maria (zmarła w 1968 r.). To na jej pogrzeb chciał przyjechać do Polski i sowieci go nie wypuścili. A przecież, gdyby tylko wykazał wolę opuszczenia Związku Radzieckiego, to oni chętnie by się go pozbyli. Ale kiedy mogli mu dokuczyć, wbić mu jeszcze jedną bolesną szpilę, czynili to chętnie. Przyjechał do Polski już po pogrzebie siostry, schorowany na gruźlicę, wyczerpany. Dał się namówić na leczenie, na odpoczynek. Doszedł nieco do siebie. W 1970 roku dotarła do niego wysłanniczka z Kazachstanu z błagalnymi prośbami, by wracał do nich. Nikt ani nic nie było w stanie go zatrzymać. Zmarł w 1977 r. we Lwowie. Pochowany został na Cmentarzu Janowskim. Kiedy został uznany za błogosławionego, jego doczesne szczątki przeniesione zostały do klasztoru kapucynów w Winnicy.

Jednym ze sprawców rozpoczęcia procesu kanonizacyjnego o. Serafina Kaszuby był inny kapucyn dobrze znany Rozwadowianom, którzy żyli w przyjaźni z klasztorem kapucyńskim. O. Hieronim Warachim. W 2011 roku zmarł w Sędziszowie Małopolskim. Autor wielu książek m.in. wspomnieniowych oraz biografii o. Serafina Kaszuby. O. Hieronim Warachim to jeden z bohaterów mojej książki „Rozmowy o Kresach i nie tylko”. 3 września 1939 r. otrzymał święcenia kapłańskie w Krakowie i został skierowany do Lwowa. Dotarł tam odwiedzając po drodze Rozwadów. Był kapelanem AK i gdyby nie to, że został skierowany w 1944 r. przez władze zakonu do klasztoru w Sędziszowie Małopolskim, kto wie, czy nie podzieliłby losu żołnierzy AK, m.in. z Akcji Burza ze Lwowa, zatrzymanych przez sowietów i umieszczonych w obozie w Trzebusce koło Sokołowa Małopolskiego. Część z nich została rozstrzelana, część wywieziona na Syberię.

Spadkobiercą ich pracy duszpasterskiej był doskonale znany rozwadowianom o. Stanisław Padewski. Urodził się w 1932 r. w Hucie Nowej koło Buczacza. W 1945 r. jego rodzina osiedlona została w wyniku ekspatriacji w Nowej Soli na Dolnym Śląsku. Mimo zaangażowania w pracę duszpasterską na terenie całej Polski, nigdy nie zapomniał o swej rodzinnej miejscowości. Odwiedzał republikę ukraińską ZSRR już w latach 80-tych. I choć nie miał prawa prowadzić tam pracy duszpasterskiej, wspomagał pracujących tam księży nielegalnie. Bez zezwoleń poruszał się po różnych miejscowościach, narażając się na nieprzyjemności i kłopoty, które mogły zakończyć się deportacją. Od 1988 r. przeniósł się tam na stałe. W 1995 r. Jan Paweł II mianował go biskupem pomocniczym diecezji kamienieckiej, w 1998 r. został biskupem pomocniczym we Lwowie, a w 2002 r. został biskupem diecezji Charkowa i Zaporoża. Zmarł w styczniu tego roku w Sędziszowie Małopolskim.

Ileż to jeszcze osób z Rozwadowa miało kresowe korzenie? Cukiernik Dominik słynący na całą okolicę z lodów i kremówek, państwo Woźniaccy prowadzący warzywniak w Rozwadowie z najlepszą kapustą kiszoną, państwo Kuligowscy – moi sąsiedzi, doktor Szanek i jego małżonka… Opracowanie takiego materiału historycznego byłoby ciekawym tematem pracy licencjackiej, a może nawet magisterskiej…

Wspominałem o kwartalniku Cracovia Leopolis…

Współpraca z tym pismem pozwoliła mi na wejście w tematykę kresową nie tylko historyczną. Przez lata przeprowadzałem rozmowy z ludźmi pochodzącymi z Kresów żyjącymi problemami Kresów. Efektem tych wywiadów są dwie książki. Pierwsza „Rozmowy o Kresach i nie tylko” a druga to „Wczoraj i dziś. Polacy na Kresach”.

Kilka słów powiem o tej drugiej książce, którą udało się wydać przed paroma laty. Zawiera 23 rozmowy przeprowadzone w różnych okresach. Kiedy przygotowywałem książkę do druku, starałem się te rozmowy uaktualnić. Nie we wszystkich przypadkach miałem takie możliwości, bo niektórzy moi rozmówcy odeszli z tego świata. Inne nie wymagały też zbyt wielu uzupełnień. Rozmowy nie zestarzały się. Do opublikowania książek namawiała mnie pani Aleksandra Ziółkowska Boehm, która odwiedza zawsze ze swymi nowymi książkami Stalową Wolę. Zawsze miło opowiada o naszym mieście. Powiem krótko o kilku wybranych, dla mnie najważniejszych rozmowach znajdujących się w tej książce.

Jako pierwszą muszę wymienić rozmowę z prof. Stanisławem Nicieją. Był dzisiaj gościem Państwa. Nasza rozmowa w pośredni sposób dotyka Kresów, bowiem profesor opowiada o swych naukowych poszukiwaniach jakie prowadził podczas stypendialnego pobytu w Londynie, gdzie jednak obracał się w środowiskach Kresowian. Kiedy ostatnio pan profesor był w Krakowie, opowiadał o Zadwórzu. A to dlatego, że z końcem maja Narodowy Bank Polski wprowadził do obiegu okolicznościową monetę inaugurującą serię monet „Termopile Polskie”. Jako pierwsza ukazała się moneta poświęcona bitwie pod Zadwórzem z sierpnia 1920. Na monecie zobaczymy popiersie Konstantego Zarugiewicza, który zginął w tej bitwie. Jego ciało nie zostało zidentyfikowane. Matka bohatera spod Zadwórza, pani Jadwiga Zarugiewiczowa była tą osobą, która wskazała trumnę z nieznanym żołnierzem, Obrońcy Lwowa, którego szczątki zostały pochowane w Warszawie. Od 1926 r. oddają mu hołd wszyscy wielcy tego świata odwiedzający Warszawę. W Krakowie, dzięki zgodzie pana profesora wydaliśmy niewielką broszurkę poświęconą Zadwórzu w serii Biblioteki Cracovia Leopolis. Cieszyła się bardzo dużym zainteresowaniem.

Dzisiaj nie tak często mówi się o tym, że tematyka kresowa oficjalnie zaistniała dzięki prof. Niciei. To on w latach 80-tych buszował po Lwowie, napisał i opublikował książkę, która dała w Polsce zielone światło tematom kresowym.

Do ważnych rozmówców zaliczam Mariusza Olbromskiego – od jakiegoś czasu dyrektor Muzeum im. Marii i Jarosława Iwaszkiewiczów, a wcześniej przez lata był dyrektorem Muzeum Narodowego w Przemyślu. Ten nowy i chyba piękny, a na pewno nowoczesny gmach muzeum przemyskiego został wybudowany właśnie przez Mariusza Olbromskiego, poetę i eseistę poświęcającego swój wolny czas i pióro Kresom. Od ponad 20-tu lat wraz z żoną organizują w Krzemieńcu literackie konferencje naukowe oraz plenery malarskie i fotograficzne. Wszak Krzemieniec to miasto Juliusza Słowackiego! To magiczne miejsca, a i magii nie brakuje! Uczestniczyłem w dwóch konferencjach. Jedna zapadła mi szczególnie w pamięci. Konferencja odbywała się przy podłużnym stole w salach dawnego liceum krzemienieckiego. Słuchaliśmy wykładu profesora ukraińskiego młodego pokolenia z Kijowa. Obok niego było wolne krzesło. Profesor tonem nie znoszącym sprzeciwu zastanawiał się nad ukraińskością Słowackiego, który musiał znać przecież język ukraiński i nie wiadomo dlaczego pisał po polsku… Gdy skończył swe wywody i zapadła cisza, na puste krzesło wskoczył kot… Jakby duch wieszcza chciał polemizować albo zaprotestować przeciw stawianym przez ukraińskiego naukowca tezom

Bardzo cenię sobie rozmowę z prof. Januszem Smazą z Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. To niezwykły człowiek żyjący w przestrzeni między Kresami a Warszawą. Do tego należałoby dorzucić jeszcze kilka innych miejsc związanych z Polakami rozsianych po świecie, których dotknęła konserwatorska ręka profesora. Profesora poznałem w 2000 roku, podczas wizyty na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Wtedy też spotkaliśmy Andrzeja Przewoźnika i to on poznał nas ze Smazą. Profesor akurat ciężko pracował w roboczym kombinezonie przy kamieniarce. Dzięki niemu dowiedziałem się, że konserwatorzy już tak mają, że szkiełko i pędzelek przy obrazach, ale nie przy kamieniarce. Kilka lat temu wędrowałem po Kresach m.in. z Januszem Smazą. W Kamieńcu Podolskim mieszkaliśmy w klasztorze dominikańskim, który zajmują paulini. Oglądaliśmy miejsca już odnowione i te, które czekają na swoją kolejkę. To wszystko to dzieło Janusza Smazy. Powiedział, że w tym miejscu wystarczy mu pracy do końca życia.

Nie mogę pominąć rozmowy z Barbarą Wachowicz, która w swych książkach opowiada historię naszej kultury życiorysami Wielkich Polaków – Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Tadeusza Kościuszki, Fryderyka Chopina, druha Aleksandra Kamińskiego „Kamyka”. W naszej rozmowie opowiada o Lwowie i powstaniu harcerstwa polskiego we Lwowie, o jego twórcach Aleksandrze i Andrzeju Małkowskich. To z tego miasta rozprzestrzeniał się ruch skautowski do innych ośrodków. W Krakowie jednym z głównych jego promotorów był prof. Stanisław Pigoń – wydawca dzieł Aleksandra Fredry. O prof. Pigoniu opowiada pani Krystyna Czajkowska w wywiadzie poświęconym jej wizycie we Lwowie w latach 50-tych XX w..

Duży sentyment mam do rozmowy z nieżyjącym już panem Romanem Aslerem. Prawdopodobnie był on ostatnim żyjącym obrońcą Lwowa z 1918 r.

Drodzy Państwo – by już was nie zanudzać… Powtarzam apel prof. Niciei – spisujcie swe wspomnienia. Opisujcie fotografie, by nie stały się anonimowe. Dbajcie o archiwalia i przekazujcie je choćby do waszego wspaniałego muzeum, jeśli nie ma kto się nimi zaopiekować.

 

opublikował: janusz
kwiecień 14, 2017

Drobna zmiana


Drobna zmiana

Zasiedziałem się w Śródmiejskim Ośrodku Kultury. Czas zatem na zmiany w moim zawodowym życiu, zanim dopadnie mnie emerytalny zastój. Nie chcem, ale muszem… Spędziłem z Państwem oraz całym zespołem pracowników ŚOK ponad 25 lat. Pięknie dziękuję Wam, że byliście ze mną, uczestnicząc w spotkaniach, koncertach, spektaklach, nie szczędziliście pochwał ale i – wprawdzie z rzadka – słów krytyki, jeśli na nie zasłużyliśmy.

Wszystkim Koleżankom i Kolegom – pracownikom merytorycznym, administracyjnym, księgowym i technicznym, twórcom i artystom, animatorom kultury współpracującym z nami, kłaniam się nisko za owe ćwierćwiecze!

Spoglądam wstecz, ogarniając wszystkie inicjatywy z jakimi do Państwa wychodził ŚOK oraz nasze Kluby… Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat (2005-2015) – dane na podstawie Raportów o stanie miasta z poszczególnych lat – zorganizowaliśmy 9192 imprezy, w których uczestniczyły 822 574 osoby. Gdyby mówić o ostatnim dwudziestoleciu, należałoby te liczby podwoić i dorzucić jeszcze jedną czwartą… Czyli 22 980 wydarzeń dla 2 056 435 uczestników. W tej statystyce nie ma ujętych zajęć edukacyjnych ani zajęć stałych… Zatem odbywały się u nas kameralne, pełne dobrej energii spotkania poetyckie, koncerty, wystawy artystów plastyków i fotografików, ale i duże koncerty, gdy sceną stawał się balkon a widownią Mały Rynek. Osobną kategorią były spektakle teatralne, które z czasem przerodziły się, za sprawą Niny Repetowskiej, w Przegląd Teatrów Jednego Aktora, a kilka lat temu w Festiwal Krakowskie Miniatury Teatralne.

Wokół Kamienicy Lamellich gromadzili się wspaniali ludzie, wspomniana Nina Repetowska, dr Marta Makarczuk, dr Karolina Grodziska, Elżbieta Zechenter-Spławińska, nieżyjący już prof. Zbigniew Łagocki, prof. Zbigniew Bajek, prof. Marek Karwala, prof. Stanisław Burkot, prof. Jacek Wojciechowski, prof. Stanisław Stabro, prof. Adam Małkiewicz, Jan Pieszczachowicz z redakcją miesięcznika „Kraków”, Wacław Krupiński, Marcin Wilk, Małgorzata Drzał, Aneta Kielan czy Zbigniew Pozarzycki, grupy twórcze poetów i fotografików, które często szukały wsparcia dla swoich aktywności artystycznych i najczęściej znajdowały je. Przez te lata Śródmiejski Ośrodek Kultury wypracowywał rocznie od ok. 20 do 40% swego budżetu. Pozostawiam Ośrodek w dobrej kondycji finansowej.

Należy wspomnieć o naszych publikacjach, choćby czytane przez Was Lamelli.com ukazujące się 11 razy w roku, miesięcznik Kraków, kwartalnik Fragile oraz kilkadziesiąt książek jakie wydaliśmy na przestrzeni 25 lat. Dość wymienić eleganckie tomy Leszka Aleksandra Moczulskiego czy Wiesława Kolarza oraz serie wydawnicze Dać Świadectwo (ponad 20 tomów poetyckich będących pokłosiem corocznie organizowanych ogólnopolskich konkursów poetyckich), Poeci Krakowa czy Debiuty Lamelli. Od ponad 20. lat honorujemy ludzi pióra Nagrodą Krakowska Książka Miesiąca. Dla mnie to nie był czas stracony. Oczywiście zawsze można więcej i lepiej. Było mi z Państwem dobrze i za to bardzo dziękuję!

Przypominają mi się dyrektorzy Wydziału Kultury i Dziedzictwa Narodowego, z którymi dobrze się współpracowało – Jerzy Fedorowicz, Wacław Jankowski, Krystyna Phillipp, Danuta Glondys, Jan Żądło, Tadeusz Czarny, Barbara Turlejska, Katarzyna Olesiak, w końcu Stanisław Dziedzic, z którym nadal będę miał przyjemność i zaszczyt pracować. Nie mogę pominąć prezydentów, którzy zawsze doceniali moją pracę, a wśród nich Krzysztof Bachmiński, Józef Lasota, Krzysztof Görlich, Teresa Starmach, Magdalena Sroka, Jacek Majchrowski i Andrzej Kulig. Nie mogę pominąć miłych pań i panów z Wydziału Kultury i Dziedzictwa Narodowego, miłych i życzliwych (choć z życzliwością różnie bywało), dość wspomnieć niezwykle rzeczowych i kompetentnych – Teresę Michalską czy Marka Podoluka oraz Jadwigę Żyrę i innych, bez pomocy których praca Śródmiejskiego Ośrodka Kultury – i nie tylko przecież – nie byłaby możliwa. Mej następczyni życzę sukcesów!

Janusz M. Paluch

opublikował: janusz
marzec 25, 2017

Katechetyczne wspomnienie


Katechetyczne wspomnienie

W klasztorze ojców kapucynów w Sędziszowie Małopolskim 29 stycznia 2017 r. zmarł w wieku 84 lat (67 lat w stanie zakonnym, 60 lat w stanie kapłańskim i 22 lata w stanie biskupim) emerytowany biskup o. Stanisław Padewski. W moich rozwadowskich czasach, gdy byłem uczniem Liceum Ogólnokształcącego Stalowej Woli, był moim katechetą. Wtedy, w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych XX w., wieczorami, po lekcjach chodziliśmy do klasztoru na spotkania z o. Stanisławem. Był wtedy albo gwardianem konwentu kapucynów albo proboszczem nowej parafii obejmującej południową część dawnego Rozwadowa i północną część Stalowej Woli. Wtedy granice Rozwadowa i Stalowej Woli były jeszcze wyraziste, choć już pomału się zamazywały. Pierwszym ich symptomem było pojawienie się na dworcu kolejowym nazwy Stalowa Wola – Rozwadów. Klasztorem w tamtych czasach rządził duet o. Stanisław Padewski i o. Edmund Haracz. Przez kilka kadencji, jedna trwała cztery lata, księża trwali w Rozwadowie wymieniając się stanowiskami, ale przy tym niesamowicie dużo zdziałali, w niełatwych warunkach realizmu socjalistycznego, dla rozwadowskiego klasztoru.

Na katechezę uczęszczaliśmy w gronie dawnych przyjaciół jeszcze ze szkoły podstawowej. Nie wszystkich już pamiętam, ale wśród nich byli m.in. mój serdeczny szkolny kolega Marek Łączek. Łączyła mnie z nim przez czas jakiś wspólna ławka w szkole podstawowej (choć najdłużej wspólną szkolną ławę dzieliłem z Januszem Nowakiem). Marek mieszkał na Górce, często odwiedzałem go w swych rowerowych peregrynacjach po okolicy. Kolegował się z rok młodszym sąsiadem Jurkiem Stelmachem. Włóczyliśmy się po okolicznych ścieżkach. Kiedyś, musiało to być lato, szliśmy ścieżką wzdłuż torów kolejowych – od wiaduktu na Piaskach w kierunku Stalowej Woli. I właśnie tam Jurek znalazł piękną austriacką monetę z brązu – 1 kreuzera z 1800 r. Podarował mi ją do moich zbiorów numizmatycznych, a parę lat później znalezisko to opublikowałem na łamach Wiadomości Numizmatycznych. Jurek chyba się podkochiwał w mojej siostrze… Mama Marka pochodziła z Charzewic. Jej rodzina, Rachwalskich, mieszkała za budynkiem Gminy. Z tego domu wywodził się – chyba nieprzyjemny, tak przynajmniej o nim mówili ludzie – milicjant jeżdżący motocyklem z przyczepką. To był taki ciężki radziecki … Mówili na nich, że to „lotna”, pewnie ówczesna drogówka. Czasami ustawiał się na ul. Klasztornej i siał postrach wśród kierowców. Zapamiętałem go m.in. dlatego, że „łapał” kierowców podczas weselnego przyjęcia cioci Guści Kosierbianki i wujka Franka Ochała, jakie odbywało się w naszym mieszkaniu w Rozwadowie. Starsi szaleli w domu, a my z balkonu obserwowaliśmy jak milicjant znęca się nad kierowcami. Ten ślub to zupełnie inna historia… Na katechezę uczęszczały też koleżanki z podstawówki – Anna Danuta Ścirka, Anna Mrozowska, Krystyna Skrzypacz. Anna Danuta i Krysia były uczennicami Liceum Ekonomicznego w Rozwadowie, a Ania chodziła do ogólniaka w Stalowej Woli, do innej niż ja klasy. Wszystkie mi się podobały i co tu ukrywać, były przedmiotem westchnień w różnych okresach podstawówki. Największe jednak romantyczne spustoszenie powodowała Anna Danuta… W naszej klasie pojawiła się dość późno, bo chyba w VII klasie, a jej pojawienie się spowodowało uczuciowe przewartościowanie u wielu chłopaków. Niestety, ja nie należałem do tych śmiałych don Juanów, i zawsze byłem na pozycjach straconych. To nie znaczy, że byłem osamotniony i nieszczęśliwy… Ale to też opowieść na inną okazję. Wśród nas był też Wojtek Maszkowski. Przez całe lata Maszkowscy i Kucaje mieszkali w budynku klasztoru. Jako ekspatrianci, ich rodzice dostali mieszkania w rozwadowskim klasztorze. Wielokrotnie Wojtka i Andrzeja odwiedzałem w ich mieszkaniach w klasztorze. Nie zastanawiałem się nad tym dlaczego tam mieszkają. Jakkolwiek Wojtek religii uczył się w pomieszczeniach, w których spędził dzieciństwo.

Lekcje religii prowadzone przez o. Stanisława były na wysokim poziomie. W końcu był to człowiek wykształcony i już pełniący w strukturze zakonu wysokie stanowiska. Zanim trafił do Rozwadowa był prowincjałem i gwardianem klasztoru w Krakowie. Był mądrym człowiekiem, oczytanym, erudytą. Pamiętam jego podręczną bibliotekę, którą wypełniała literatura nie tylko religijna. Sympatię wszystkich potrafił sobie zaskarbić dowcipem i śmiechem. Ze wszystkimi potrafił rozmawiać i wszystkich sobie zjednywał. Bywał u moich rodziców ma rodzinnych uroczystościach. Kiedy się spóźniał na imieniny, wszyscy niecierpliwie się kręcili czekając na o. Stanisława i o. Edmunda. Ich pojawienie się zawsze uszczęśliwiało wszystkich. Kiedyś pojawili dość mocno spóźnieni. Nikt już nie liczył na to, że się pojawią… Tymczasem przyszli. Towarzystwo się wyraźnie ożywiło, byli już po niejednym kieliszeczku dobrej wódeczki… Wśród gości była też, nieżyjąca już niestety, Marta Krupówna ze swą mamą Janiną. Marta była osobą tęgą, a tacy ludzie są zawsze weseli, mają poczucie humoru. I jeśli tylko Marcie i o. Stanisławowi udało się nawiązać wesołą rozmowę, wszyscy mieli ubaw po pachy! Tego dnia wszyscy domagali się, by spóźnialscy zostali ukarani „karniakiem”… Zdziwiłby się ten, kto myślałby, że kapucyni będą się bronić… A gdzież tam! Nawet z radością „karniaki” wychylili do dna i oddali się dalszym uciechom imieninowego przyjęcia. O. Edmund preferował to, co było na stole, a o. Stanisław, nie gardząc tym, chętnie oddawał się rozmowie i dowcipom, które mógł bez końca opowiadać zaśmiewając się przy tym zaraźliwym śmiechem. Wszyscy ich lubili! Wtedy też Marta stwierdziła, że właściwie o. Stanisław mógłby się z nią przecież ożenić… Ksiądz jest kawalerem, ja jestem panną, nic nie stoi na przeszkodzie! – powiedziała. Ta matrymonialna propozycja wywołała wprawdzie burzę śmiechu, ale pewnie i niepokój, jaka będzie reakcja, było nie było, osoby duchownej. Ale o. Stanisław stwierdził, że właściwie to dobry pomysł i nie ma nic przeciw temu. Wypili zatem po kieliszeczku za pomyślność. Pani Marto, ale to jednak chyba będzie trudne, bo jakbym tak panią musiał dookoła obejść, to by mi się odechciało! I salwa śmiechu! Ileż takich zabawnych sytuacji uleciało bezpowrotnie! Zapamiętałem pewną maksymę, czy definicję, dotyczącą kobiety, którą czasami o. Stanisław przywoływał – wywołując oczywiście salwy śmiechu. Otóż, pytał, jaka jest definicja kobiety? I odpowiadał: Kobieta – zakwita, rozkwita, kwitnie, przekwita i kwita!

Po maturze widywałem go z rzadka. Wyjechałem na studia, nie wróciłem do Rozwadowa. Dobrą atmosferę w Rozwadowie zniszczył stan wojenny. Już nigdy potem nie było tak miło i dobrze. Atmosfera podejrzliwości i podziały w społeczeństwie na dobrych i złych zniszczyły wszystko. O. Stanisław i o. Edmund wyjechali z Rozwadowa. Ten drugi wystąpił z klasztoru, wyjechał do Austrii, gdzie został proboszczem pod Wiedniem. O. Stanisław pracował w innych klasztorach, m.in. w Wałczu. A potem, pod koniec lat 80-tych, zaczął wyjeżdżać na Ukrainę, gdzie pomagał księżom w pracy duszpasterskiej. Nie chciano w klasztorze nic mówić co się z nim dzieje, bowiem jego praca była nielegalna. W końcu okazało się, że przyjął obywatelstwo ukraińskie, że pracuje pod Kamieńcem Podolskim i w końcu radosna wiadomość, że został biskupem pomocniczym w diecezji kamienieckiej! Jako pierwszy kapucyn został biskupem!

Kiedyś udało mi się „namierzyć” o. Stanisława w Krakowie. Udało mi się też umówić z nim na spotkanie i przeprowadzić z nim wywiad, który ukazał się na łamach katolickiego pisma „Źródło”. Pokazał jednak inną, obcą twarz. Byłem przekonany, że jako Polak i ksiądz stoi na straży polskości kościołów na Kresach w państwie ukraińskim. Zaprezentował wtedy uniwersalne stanowisko Kościoła, który jest ponadnarodowy. Ja mówiłem, że dzięki kościołowi na Ukrainie przetrwał język polski, a dzięki Polakom i językowi przetrwała wiara na Ukrainie. Nie negował, ale stwierdził, że zadaniem Kościoła nie jest nauka języka polskiego. Dużo u mnie stracił wtedy, bo przecież Polakom na Ukrainie Kościół winien jest wdzięczność i powinien o nich dbać, a nie pokazywać im figę, czy jak kto woli Kozakiewicza gest… No cóż, nie pierwszy to raz i nie ostatni poznaję gorycz mądrości ludowej, która mówi w takich sytuacjach: Murzyn swoje zrobił i może odejść

Ostatni raz z o. Stanisławem spotkałem się w Brzuchowicach pod Lwowem, w Seminarium rzymsko-katolickim, podczas kolacji. Był wtedy pomocniczym biskupem we Lwowie. Było to zupełnie przypadkowe spotkanie. Chwilę porozmawialiśmy, ale tylko grzecznościowo. Niby się ucieszył ze spotkania, ale ani nie zaprosił na kawę, ani nawet nie starał się przedłużyć rozmowy. Potem zesłali go na Zaporoże. Ostatni raz rozmawiałem z nim przez telefon, kiedy przebywał – będąc emerytem – w klasztorze w Kielcach. Łukasz Lech, nie wiem dlaczego i skąd wiedział o mojej z nim znajomości, przekazał mi słuchawkę i złożyłem mu imieninowe życzenia. Potem jeszcze jakiś czas pracował na Ukrainie i w końcu znalazł się w Sędziszowie Małopolskim ze zdiagnozowaną sklerozą. W początkach stycznia 2017 r. rozmawiałem o nim z o. Pająkiem, który mówił, że nie jest dobrze… Po kilku dotarła informacja o jego śmierci.

opublikował: janusz
styczeń 9, 2017

Gdy na niebie pierwsza gwiazdka…


Gdy na niebie pierwsza gwiazdka…

Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, to czas, na który chyba wszyscy najbardziej czekamy – oczywiście po zakończeniu wakacji. Motywacji związanych z tym wyczekiwaniem jest wiele. Naturalnie te religijne dla wielu najważniejsze. Dla innych jednak ferie zimowe, trochę czasu wolniejszego od pracy, zabawy sylwestrowe, i w końcu chyba najważniejsze, że pomału, pomalutku dzień zaczyna się wydłużać… Wszak na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok – tak mówi stare przysłowie. Kto je dzisiaj pamięta?

Moje święta z dzieciństwa przepojone były radością z wigilijnych i świątecznych obrzędów, ubieraniem choinki, odwiedzaniem rodziny i znajomych. W naszym domu długo nie było prezentów pod choinką… Jak byliśmy zupełnie mali, to dzwoneczek oznajmiał, że Aniołek właśnie ubrał choinkę. Natomiast pojawienie się pierwszej gwiazdki w dzień wigilijny było sygnałem do rozpoczęcia uroczystej kolacji. Tato – Adam – w wigilię obchodzi imieniny, więc świętowanie, i to huczne, zaczynało się kilka dni przed świętami. W samą wigilię goście już właściwie nie przychodzili, ale tradycją stały się odwiedziny państwa Stanisławy i Czesława Puków. Czesław Puka (1930-2008) był młodszym kolegą mojego taty z Żabna. Na kilka godzin przed pasterką przenosili się wspomnieniami do czasów swego dzieciństwa, młodości… Ileż to niezapisanych opowieści o mieszkańcach Żabna i Radomyśla n/Sanem przepłynęło w te powigilijne wieczory! Pan Czesław zawsze, chciał tego czy nie, wkręcał się w różne aferki, bywało ciemne sprawki, a tych w czasach okupacji a i po wojnie przecież nie brakowało. W końcu, jako uczeń szkoły średniej, wylądował w więzieniu, a potem zawsze już był na cenzurowanym, jako „element politycznie niepewny”. Wzmocnieni, nie tylko jadłem, szli do klasztoru kapucynów na pasterkę. Pamiętam anegdotę, jaka o panu Czesławie przetrwała w naszej rodzinie do dzisiaj… Przed jedną z pasterek odbyła się gorąca dyskusja na temat prawidłowego śpiewania kolęd. Pan Czesław mówił, że ludzie już tyle lat w mieście mieszkają, a wciąż nie potrafią pozbyć się gwarowej mowy, bo śpiewają w kolędzie „Z narodzenia Pana”:

Każdy pyta: ”Co się dzieje?

Czy nie świta? czy nie dnieje?

Skąd ta łuna bije, tak miła oku!

 

A przecież powinni śpiewać:

Skąd ta ona bije, tak miła oku!

I rzeczywiście pan Czesław wbrew wszystkim i wszystkiemu, nawet logice, śpiewał w klasztorze tę kolędę, wyraźnie podkreślając słowo „ona”…

Sama Wigilia, a właściwie przygotowania do niej, zaczynały się dużo wcześniej. Opłatki! Te trzeba było chronić przed nami, przed przedwczesnym zjedzeniem, bo tajemniczy smak opłatka przyciągał i kusił niesforne dzieciaki… Opłatki, w czasie adwentu, roznosił organista Marian Ziemiański. Pod nosem wąsik, w ustach papieros i ostry, spracowany śpiewem głos. Jak to organista – nie stronił od mocniejszych trunków. Gdy pojawiał się popołudniową porą, bywało, był już pod „dobrą gwiazdą”. Rodzice zastanawiali się, jak on zagra i zaśpiewa podczas wieczornych nieszporów… Zimą chodził w płaszczu z futrzanym kołnierzem i skórzanej pilotce podszytej futrem. Był bratem ks. Aleksandra Ziemiańskiego, wieloletniego proboszcza rozwadowskiej fary, a jego żona – Waleria – latem sprzedawała piękne kwiaty ze swego ogrodu. Rodzice wysyłali mnie często do pani Ziemiańskiej po tulipany, róże… Odrywała się zazwyczaj od kuchni, brała sekator i szliśmy do ogrodu. Zawsze była miła, uśmiechnięta, prosiła bym pozdrowił rodziców. Jego wizyta była hałaśliwa, opowiadał jakieś ploteczki z miasta, śmiał się głośno. Zostawiał opłatki, które wyjmował z ogromnego wiklinowego kosza i szedł dalej. Na święta, najważniejsze było drzewko. Choinka! Choinka, pochodziła często z nielegalnego wyrębu, z czego bardzo długo nie zdawałem sobie sprawy, bo musiała to być jodła. Przywozili ją w wielkiej tajemnicy pracownicy taty, który mieszkali w wioskach otoczonych lasami. Zawsze była piękna! Wtedy sprzedaż choinek nie była tak powszechna, jak dzisiaj… Kolejnym atrybutem świąt były ryby. Ryby, karpie, łowione w okolicznych stawach, zawsze pachniały mułem, co mamie strasznie przeszkadzało. Odbywały więc kwarantannę w wannie – ku naszej uciesze. Można było bowiem dotknąć rybę, pogłaskać ją, spojrzeć na ruszający się pyszczek. Tragedia zaczęła się, gdy mieliśmy już świadomość, że rybki, które jemy w Wigilię, do niedawna były naszymi wodnymi przyjaciółmi… Wtedy skończyły się wannowe kwarantanny. W rodzinie opowiadają o mamie anegdotę rybną… Zdarzyło się kiedyś, że ryby trzymane w wannie usnęły. Mama wpadła w panikę, że ryby zdechły i trzeba je wyrzucić. Mama kazała, tato zrobił... Z niemałym trudem zdobył następne karpie… A przy okazji imienin, mama została pouczona przez pana Józefa Ciołkosza, że ryby usypiają i nic nie stało na przeszkodzie, by przygotować je do jedzenia. Do dzisiaj, jak tato przypomni to zdarzenie, śmieją się z mamy! Zatem ryby od połowy grudnia blokowały łazienkę… Ale grzyby, oczywiście prawdziwki, już od lata zbierane były i suszone, przede wszystkim z myślą o uszkach do wigilijnego barszczu. Drugim celem zbierania grzybów, oprócz samej przyjemności, były grzybki marynowane w occie. Pychota! Tak przyrządzonych jak w domu, nie spotkałem nigdzie! Oczywiście najsmaczniejsze są prawdziwki, ale w niczym nie odbiegają smakowo, te mniej szlachetne, podgrzybki. Kiedyś, gdy wiosną zbierano maślaki, to jesienią – nawet w czasie przymrozków – wybierano się w lasy na gąski. Były to zielonkawe grzyby, które rosły w piaszczystych glebach. Marynowało się je w occie. Dlatego też bardzo trudno było je wypłukać i często piasek zaskrzypiał w zębach, kiedy przegryzało się a to wędlinkę czy wódeczkę smakowitą marynowaną gąską… Tato opowiada czasami anegdotę związaną właśnie z gąskami. Były to lata 70-te. Na grzyby urywali się często z pracy ze swoim szefem, prezesem Spółdzielni Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie, Tadeuszem Krawczykiem i Marianem Głowackim. Pewnego dnia przywieźli całe torby gąsek! Prezes się martwił, „Jak to cholera wypłukać!?”. Marian Głowacki powiedział wtedy: „A co to za problem! Ja wkładam do pralki, zalewam wodą, włączam na chwilę i problem z głowy!” Następnego dnia prezes od rana nie miał humoru… Dopiero pod koniec dnia okazało się, że zastosował dobrą radę pana Mariana i z całego obfitego zbioru grzybów zostało tylko wspomnienie… A dzisiaj dobra anegdota wzbudzająca uśmiech. Tak więc barszcz z uszkami stanowił podstawowe danie wigilijnej kolacji. Potem była kapusta z grochem, pierogi z kapustą i grzybami, i na koniec smażony karp w panierce. Mistrzostwo świata w wykonaniu mojej mamy! A popijało się wspaniałym kompotem z suszu. Ten kompot smakuje tylko w ten jeden jedyny dzień. Podawany w inne dni nie ma w ogóle smaku. Ryba podawana była z gotowanymi ziemniaczkami lub chlebem, a do niej chrzan, w późniejszym okresie także z cytryną. Tego dnia, nikt już właściwie nie miał ochoty na jedzenie. Dopiero kolejne dni świąteczne otwierały gamę smakołyków! Sałatki jarzynowe, śledziki w śmietanie, karpik w galarecie, galaretki ze świńskich nóżek, kiełbasy i szynki swojskie pochodzące z okolicznych wiosek od najlepszych masaży! Takich smaków wędlin dzisiaj, choćby nie wiem jak się wysilali, nie osiągną! Na drugi dzień świąt serwowała mama gęś nadziewaną, albo indyka. Te najwcześniejsze, jakie pamiętam, przywoziła babcia Leokadia z Żabna, potem gęsi przywoziła zawsze ciocia Todzia Adamska z Witkowic. Dzisiaj nikt, ani w Żabnie ani w Witkowicach nie hoduje gęsi czy indyków… A w tamtych czasach strach było przejść przez Błonia w Żabnie, bo grasowały tam stada gęsi pilnowane prze gąsiorów harcowników atakujących przechodzących ludzi, jakże często łapiących pomarańczowymi dziobami za łydki… W zagrodzie, jeśli były indyki, też nie można się było czuć bezpiecznym, bo taki rozzuchwalony indor atakował bezpardonowo! A jak nie on, to bezczelny kogut siejący w zagrodzie postrach nie tylko wśród kur… Dzisiaj powiedzenie o wsi spokojnej nabrało prawdziwego znaczenia, bo rzeczywiście już nie słychać ani domowego ptactwa, ani krów, koni czy świnek…

Bardzo ważnym elementem świątecznym były szopki w naszych kościołach. W farnym – parafialnym rozwadowskim kościele, nigdy mi się nie podobała. Statyczna, mało kameralna szopka, którą zawsze „kasowała” szopka kapucyńska. Zazwyczaj była to ruchoma szopka, z przesuwającymi się po okręgu figurkami, oddającymi cześć małemu Jezuskowi śpiącemu na sianie w żłobku, przy którym stali w zadumie Maria i Józef, a w tle wół i osiołek. Przed balustradą stał aniołek – skarbonka – kiwający główką po wrzuceniu monety. Oczywiście kiwnięcie było głębsze, jeśli moneta była cięższa… Już jako licealista kilkakrotnie uczestniczyłem w budowaniu bożonarodzeniowej szopki w klasztorze. Zarządzali wtedy konwentem wspaniali i niezapomniani kapucyni – o. Edmund Haracz i o. Stanisław Padewski (po latach, kiedy wyjechał na Ukrainę, został biskupem), a rezydentem w tamtym klasztorze był przez jakiś czas ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski – historyk, etnograf i pedagog, nade wszystko znawca regionu rozwadowskiego, autor wielu wspaniałych książek dokumentujących dzieje i kulturę społeczną i materialną Rozwadowa i okolic. Zwieńczeniem świąt były „Jasełka” – spektakl słowno-muzyczny przygotowywany przez dzieci. Och, jakie to emocje czasem uczestniczyły obsadzaniu ról! Najgorzej było z rolą Matki Boskiej… Każda dziewczynka chciała odgrywać tę rolę… Nie pamiętam, kto zajmował się reżyserią „Jasełek”. Odbywały się a to w klasztorze, a to w kościele parafialnym, ale także w rozwadowskiej szkole podstawowej (była także szkoła podstawowa w Charzewicach – dzisiaj znajduje się w tym budynku, dawnym pałacu Lubomirskich, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli). Pamiętam, że te szkolne „Jasełka” reżyserowała pani Maria Grodecka – nauczycielka biologii i geografii w rozwadowskiej szkole.

Ten bożonarodzeniowy czas dla mnie to także czas obawy, wręcz lęku, bo po domach chodzili kolędnicy poprzebierani w tak straszne stroje! Jak byłem mały uciekałem, potem z niepokojem spoglądałem na przedstawienie. Na żołnierzy, monarchów, Heroda – któremu obcinano głowę, Śmierć – z kosą, którą obcinała królowi głowę, diabła – który widłami zabierał Heroda do piekła, bo był brzydki, Żyda – który był garbaty i przez wszystkich pomiatany, choć to jemu zadawano trudne pytania, a całkiem mądre rady wyśmiewano, w tych strasznych postaciach i scenach gubił się Anioł i Matka Boska – postaci pełne łagodności i spokoju… Wtedy kolędników wszyscy przyjmowali, bo zamknięcie drzwi przed nimi było dyshonorem… Młodzi ludzie przez kilka miesięcy uczyli się ról, przygotowywali stroje, śpiewali kolędy, czasem dopisywali swe teksty. To było małe teatralne przedstawienie, za które oczywiście otrzymywali jakieś pieniądze, za taką sztukę nikt nie odmawiał, ludzie płacili chętnie. To był jednak czas, kiedy dość powszechne było radio, a telewizor w życiu ludzi był jeszcze prawie nieobecny! Dzisiejsi kolędnicy chodzą tylko po to, by wyciągnąć od ludzi pieniądze (jeśli są grupy, które inaczej do tego obyczaju podchodzą – to przepraszam). W mojej rodzinie do dzisiaj powtarzana jest anegdota dotycząca święta Trzech Króli. Wtedy nie było wolnego dnia od pracy czy szkoły… Z klasztoru przynosiło się świecone kredę i kadzidło. Na drzwiach wypisywało się tradycyjne „K + M + B” zwieńczone bieżącym rokiem. Napis trwał na drzwiach przez cały rok! Bardzo denerwowało mnie, że mamy w domu drzwi pomalowane na biało. Nic nie było widać, a w tamtych czasach dostęp do kolorowej kredy był w zasadzie niemożliwy, bo i w szkole raczej kreda kolorowa była rarytasem. Przez całe lata byłem pewien, że ów skrót „KMB” oznacza pierwsze litery imion wędrujących do nowo narodzonego Jezusa królów, czy jak inni twierdzą magów – Kacpra, Melchiora i Baltazara. A z błędu nie wyprowadzali ludzi – bo przecież nie tyko ja tak uważałem – księża. Tymczasem prawidłowy zapis powinien wyglądać następująco: „C + M + B + 2017”, co oznacza „Christus Mansionem Benedicat 2017” czyli „Niech Chrystus Błogosławi ten dom na rok 2017”. Ponieważ z kredą nie mogłem poszaleć, to kadzidło, przynoszone z klasztoru w papierowych tutkach, od razu wędrowało na rozgrzaną blachę pieca (w domu mieliśmy piec, na którym gotowało się jedzenie; o gazie wtedy w Rozwadowie nie mogło być mowy, a prąd – nie dość że drogi, to wystarczył mocniejszy wiatr zrywający kable i przez dwa, trzy dni nie było prądu). Zatem kadzidło wędrowało na rozgrzaną blachę kuchni i spalało się wydając ujmujący zapach panujący tylko w kościele. Drobiny bursztynu topiły się, a inne zioła żarzyły, pozostawiając na blasze czarne, trudne do usunięcia naloty. Kiedy wracali do domu rodzice, oczywiście nie mogło się obyć bez małej awantury. Bo chyba tylko ja mogłem wytrzymać w takim zadymieniu. Otwierali okna, mroźne powietrze wpadało do mieszkania, chcieli mi zabrać kadzidło, ale ja miałem swoją wersję, że wszystko spaliłem święcąc, zgodnie z tradycją, mieszkanie. Na to „święcenie” szła połowa kadzidła, druga zostawała zakamuflowana w kącie szafy i czekała na odkrycie… No cóż, zabawy z kadzidłem skończyły się, gdy nadszedł kres pieca kuchennego… Gdy po latach pojawiły się przywożone z Dalekiego Wschodu trociczki, przypominające czasem zapach rodzimego kadzidła, to nie było i nie jest już to samo. Tak nawiasem mówiąc, kadzidła kościelne też już nie mają tego zapachu, choć pewnie receptura od wieków się nie zmieniła…

Było pięknie i radośnie! W takim nastroju wkraczaliśmy w okres karnawału!

Janusz M. Paluch

Kolędnicy pod Jasną Górą w Częstochowie, rys. Maja Wojtal (2016)

opublikował: janusz
styczeń 6, 2017

Nowy 2017 Rok!


Zostałem upomniany przez wierną fankę mojej strony internetowej, że się strasznie zaniedbałem. Obiecałem poprawę. Zatem na początek, by tradycji stało się zadość, wszystkim, którzy tu zaglądną, składam najpiękniejsze życzenia z okazji Nowego Roku! Niech się Wam szczęści!
Z dzieciństwa pamiętam kolędników, którzy w pierwszym Dniu Nowego Roku wędrowali od domu do domu recytując zabawne życzenia, w które ludzie wierzyli. Kolędnika trzeba było należycie przyjąć. Tym bardziej, że był to mężczyzna, a nie daj Boże, do domu jako pierwsza przyszła kobieta... Nieszczęście na cały rok! A oto ta wierszowanka życzeniowa:
Na szczynści, na zdrowi, na tyn Nowy Rok,
Żebyście byli zdrowi, weseli,
jako w niebie anieli.
Żeby się wam darzyło, kopiło, snopiło
Do stodoły dyszlem obróciło...
Żebyście mieli wszystkiego dości,
jak na tej połaźnicy ości,
Żebyście mieli pełne obory,
pełne pudła,
Żeby wam gospodyni u pieca nie schudła...
Żebyście mieli kapustę głowatą,
gospodynią brzuchatą,
W każdym kątku po dzieciątku
a na piecu troje
Na to winszowanie moje...
Żebyście jak pączki w maśle się pławili,
Nic się nie wadzili, dobrze jedli, pili,
Tak to Boże dej!
Stryk żeby fajki nie kurzył,
za innymi nie burzył...
Dziewki żeby się wydały,
a dużo z chałupy nie zabrały...
Tak to Boże dej!
Winś winś mocie w piecu gynś
A na piecu koguta
mocie w chaupie huncwota
Hej kolęda, kolęda na ten Nowy Rok!
opublikował: janusz
wrzesień 22, 2015

Opowieść o Majorze Hubalu!


Pierwsza była lektura książki Melchiora Wańkowicza „Hubalczycy”, zdobyta „po znajomości”  w zaprzyjaźnionej księgarni. Książka zatytułowana „Dwie prawdy” zawierała opowieści o Majorze Hubalu i obronie Westerplatte. Dopiero później obejrzałem film „Hubal” w reżyserii Bogdana Poręby w Ryszardem Filipskim w roli głównej. Autorem scenariusza był znany pisarz Jan Józef Szczepański, który nie godząc się na zmiany dokonane w scenariuszu, wycofał się ze współautorstwa filmu. To jednak wystarczyło, by legenda Hubala utrwaliła się na stałe w świadomości Polaków. Postać Hubala przypominała też na kartach swych książek Aleksandra Ziółkowska-Boehm, która już w latach 80-tych XX w. opublikowała opowieść „Z miejsca na miejsce. W cieniu legendy Hubala”, a w ostatnich latach przypominała go w książkach „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon”  (2009) i „Lepszy dzień nie przyszedł już” (2012).

Jednak tak prawdziwie, z niesamowitą dokładnością i rzetelnością, postać mjr Henryka Dobrzańskiego przybliżona została przez młodego historyka Łukasza Ksytę – rocznik 1983, który opublikował książkę „Major Hubal. Historia prawdziwa” (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014). Łukasz Ksyta pochodzi z Opoczna i choć aktualnie mieszka i pracuje w Częstochowie, to swe pasje historyczne ulokował w rodzinnych stronach i historii Hubalowego oddziału. Jest współautorem i redaktorem interesującego portalu internetowego www.majorhubal.pl, a także  współautorem publikacji zatytułowanej „Opoczno i jego związki z oddziałem Hubala” oraz członkiem Komitetu Renowacji Szańca Majora Hubala.

Powszechnie mjr Dobrzańskiego znamy głównie z czasów działalności w dowodzonym przez niego oddziałem. A przecież Henryk Dobrzański wyróżniał się już w czasie I wojny światowej – w 1914 r. wstąpił do Legionów Polskich w Krakowie, w 1918 roku szedł z odsieczą dla Lwowa, a w 1920 r. uczestniczył w symbolicznych zaślubinach Polski z Morzem Bałtyckim w Pucku  oraz wojny polsko-bolszewickiej, za udział w której odznaczony został orderem  Virtuti Militari. Znany był też jako miłośnik koni i jeździec sportowy.

W tym miejscu chciałbym też zwrócić uwagę na jego krakowskie konotacje, o czym dość szczegółowo pisze w swej książce Łukasz Ksyta. W 1907 r. wraz z matką i starszą siostrą Leonią zamieszkali w Krakowie przy ul. Garncarskiej 24. W następnych latach mieszkali przy ul. Loretańskiej 12 oraz przy al. Krasińskiego 21. W Krakowie uczył się, najpierw w II Wyższej Szkole Realnej przy ul. Michałowskiego a potem w I Wyższej Szkole Realnej przy ul. Studenckiej 12 (obecnie V Liceum Ogólnokształcące im. Augusta Witkowskiego).

Jego miłość do koni zradzała się w majątku Leonarda Mieroszewskiego Czechy koło Słomnik. To Mieroszewski wyposażył go w mundur, szablę i najlepszego konia, by Henryk Dobrzański mógł stawić się 1 grudnia 1914 r. w punkcie zbornym Legionów Polskich w Krakowie.

Oczywiście głównym punktem książki jest działalność oddziału Hubala w 1939 i 1940 r. To najbardziej dramatyczny okres życia Henryka Dobrzańskiego „Hubala” zakończony śmiercią. Autor książki dotarł do wszystkich istniejących dokumentów dotyczących życia i śmierci bohatera książki. Odniósł się też krytycznie do wielu opracowań dotyczących „Hubala”. Współcześni historycy, badający dzieje II wojny światowej na ziemiach polskich, nie będą mogli pominąć opracowania Łukasza Ksyty, książki bardzo ciekawej, którą czyta się niemal jak sensacyjną powieść.

Janusz M. Paluch

Łukasz Ksyta, Major Hubal. Historia prawdziwa, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014

 

opublikował: janusz
sierpień 24, 2015

Urodziny Lenki


Lenka, już nie taka mała, skończyła właśnie cztery lata. Urodziny trwają, bo oprócz odwiedzin i życzeń od najbliższej rodziny w rocznicę urodzin, po wakacjach, jak wrócą do domów z wojaży już wszystkie koleżanki, i oczywiście Dawid, zapowiedziane jest wielkie "kulkowe" party! Życzę więc Lence nie tylko ciekawych prezentów, ale pięknej i szalonej zabawy! No i tradycyjne Sto lat śpiewam, a ze mną cały chór kanarków, wróbli a nawet zaskoczonych papug! A ten piękny portret namalowała Monika Kozera, za co jej bardzo i serdecznie dziękujemy (piszę to także w imieniu sportretowanej...)
opublikował: janusz
czerwiec 23, 2015

Wystawa "Macedoński do kwadratu"


W Galerii Pryzmat ZPAP Okręg Krakowski (ul. Łobzowska 3) otwarto wczoraj (22 czerwca 2015 r.) wystawę zatytułowaną „Adam Macedoński do kwadratu. Rysunki z lat 1955-2015”. Kuratorem i aranżerem wystawy jest Andrzej Dawidowicz. Kiedyś napisałbym, że nie ma człowieka w Polsce, który nie zna Adama Macedońskiego, był on bowiem stałym rysownikiem krakowskiego tygodnika „Przekrój”, a kto nie czytał tego pisma i nie zwracał uwagi na charakterystyczne humorystyczne kwadratowe ludziki?! Dzisiaj nie ma „Przekroju”, a Adam Macedoński – Lwowianin z pochodzenia –  artysta plastyk, działacz niepodległościowy, założyciel Instytutu Katyńskiego, Honorowy Obywatel Stołeczno-Królewskiego Miasta Krakowa, nadal jest znaną i ważną postacią w Polsce. Wystawie towarzyszy piękny katalog z prezentowanymi na ekspozycji rysunkami, które oglądający wystawę mogą kontemplować także w zaciszu domowej biblioteki. Podczas wernisażu o Adamie Macedońskim opowiadali krakowianin Michał Kozioł, Andrzej Dawidowicz oraz lwowianin Stefan Berdak. Adamowi Macedońskiemu gratuluję pięknej wystawy. Fotografie wykonała i udostępniła pani Zofia Zalewska.

 

opublikował: janusz
czerwiec 21, 2015

70-tka Adama Zagajewskiego!


20 czerwca w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie, urodzony we Lwowie Adam Zagajewski, poeta i eseista, obchodził 70-te urodziny. W uroczystym spotkaniu uczestniczyli przyjaciele poety Anders Bodegård, Janusz Drzewucki, Edward Hirsch, Sebastian Kleinschmidt, Ryszard Krynicki, Jerzy Kronhold, Michael Krüger, Ewa Lipska, Leszek Aleksander Moczulski, Tomasz Różycki, C.J. Williams oraz gość specjalny Adam Michnik. Zaprezentowany został także film poświęcony Adamowi Zagajewskiemu autorstwa Joanny Helander i Bo Persson. Na zakończenie uroczystego spotkania, do zebranych przemówił Adam Zagajewski. W pamięci utkwiły mi słowa: Teraz przeczytam wiersz, którego nigdy w Krakowie nie czytałem. Tu nastąpiła pauza i padł tytuł wiersza poświęconego przez autora rodzicom: Jechać do Lwowa… Organizatorem spotkania było Wydawnictwo a5. Z inicjatywy tegoż wydawnictwa ukazała się poświęcona Adamowi Zagajewskiemu książka „i cień i światło… O twórczości Adama Zagajewskiego” pod redakcją Anny Czabanowskiej-Wróbel (w wersji polskiej i angielskiej), w której znalazły się teksty autorów z całego świata.

 

 

 

opublikował: janusz
czerwiec 21, 2015

Robią kpiny z czytelnika...


Polska Izba Książki i Polskie Stronnictwo Ludowe do końca chcą "uwalić" rozchwiany rynek książki ustawą, która ma ujednolicić cenę książki. Oznacza to, że przez rok za książkę w każdej księgarni (internetowej też) trzeba będzie zapłacić cenę wydrukowaną na okładce przez wydawcę (czyli zero jakichkolwiek rabatów - czytaj obniżania ceny). Oznacza to dla czytelnika wzrost ceny. Dla wydawcy spadek sprzedaży nowości. W końcu dla autora, który zazwyczaj bywa na prowizji od sprzedanego egzemplarza, obniżenie honorarium. A generalnie, spadek czytelnictwa o kolejne punkty procentowe. No chyba, że wydawcy skupią się na zarzucaniu rynku księgarskiego kolejnymi twarzami Greya i jego mutacjami...
Dodatkowo - projekt tej ustawy wymyślony został w trosce o dobro książki i czytelnictwa. Czy ONI na każdym kroku muszą oszwabiać obywatela? Odbierać mu te ostatnie drobne przyjemności związane z kupowaniem i czytaniem książek? Mam na myśli te dobre książki, których wydaje się być mniej i mniej - choć w księgarniach mnóstwo kolorowych książek!...
opublikował: janusz
czerwiec 16, 2015

Karolina Grodziska o Michalinie Grekowicz-Hausnerowej.




15 czerwca 2015 r. w Polskiej Akademii Umiejętności odbyło się posiedzenie w ramach Wydziału II Historyczno-Filozoficznego PAU, podczas którego dr Karolina Grodziska – dyrektor Biblioteki PAU i PAN –  przedstawiła referat zatytułowany „Michalina Grekowicz-Hausnerowa. Lwowska dziennikarka i pamiętnikarka”.Urodziła się 4 lipca 1891 r. w Buczaczu. Była córką pułkownika Józefa Grekowicza, dowódcy w Powstaniu Styczniowym z 1863 r., i Kamili z Wasylewskich. We Lwowie ukończyła seminarium nauczycielskie i do wybuchu I wojny światowej pracowała jako nauczycielka. Od 1917 roku oddała się dziennikarstwu i publicystyce (publikowała m.in. w „Gazecie Porannej” i „Gazecie Wieczornej”), uwiodło ją też nowe medium, jakie pojawiło się we Lwowie – radio, z którym przez lata współpracowała, wydała też powieść „Zielone okiennice. Szkic powieściowy” (1928 r.). W roku 1921 wyszła za mąż za inż. Franciszka Hausnera. W czasie II wojny światowej żyła w trudnych warunkach, ciężko pracując fizycznie. Po wojnie, jako ekspatriantka, w 1946 roku zamieszkała w Szczecinie, gdzie próbowała wrócić do zawodu dziennikarskiego, ale pracowała także w tamtejszym wydziale kultury i szczecińskiej książnicy. W 1954 roku, po śmierci męża i siostry, przybyła do Krakowa. Mieszkała tam jej najbliższa kuzynka, Aniela Wasylewska, siostra znanego pisarza lwowskiego, Stanisława Wasylewskiego. Warto wspomnieć, że to właśnie on pomagał Michalinie Grekowicz w początkach kariery dziennikarskiej. Poza tym z Krakowa było bliżej do Lwowa, do którego już prawdopodobnie nigdy nie udało jej się dotrzeć. W Krakowie pracowała w Miejskiej Bibliotece Publicznej. Współpracowała też ze środowiskiem dziennikarskim. W 1967 r. w Klubie Dziennikarzy „Pod Gruszką” obchodziła jubileusz 50-lecia pracy dziennikarskiej. Współpracowała też z redakcją Polskiego słownika biograficznego, w którym opublikowała sześć biogramów znanych Lwowian. Nade wszystko jednak pisała pamiętnik zatytułowany  Czasy lwowskie. Zmarła 22 października 1967 roku, pochowana została na nowym Cmentarzu Podgórskim. Grób Michaliny Grekowicz-Hausnerowej znajduje się obecnie w opłakanym stanie. Jej wspomnienia ukażą się nakładem PAU. Pani dr Karolina Grodziska będzie wdzięczna za wszelkie informacje na temat Michaliny Grekowicz-Hausnerowej, jej życia i pracy twórczej.

 

opublikował: janusz
czerwiec 11, 2015

Odszedł tak niepostrzeżenie…


10 czerwca zmarł prof. Michał Rożek. Zdecydowanie za wcześnie, wszak tyle jeszcze miał do opowiedzenia nam – czytelnikom jego książek – o Krakowie, jego dziejach i ludziach. Niebawem ukaże się nowa jego książka „Przewodnik Pielgrzyma po sanktuariach i kościołach Krakowa, Wieliczki i okolic”, przygotowana specjalnie na Światowe Dni Młodzieży. Przechodzi ostateczne szlify edytorskie w Wydawnictwie Petrus, z którym Profesor w ostatnich latach ściśle współpracował. Już nie dotknie pierwszego jej egzemplarza, nie napisze dedykacji na spotkaniu promocyjnym…  Spoczął w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Rakowickim, wszak zasłużył się swemu miastu prawdziwie. Bezgranicznie poświęcił Krakowowi swą pracę naukową i pisarską. Znać musieli Go wszyscy, którzy naukowo czy turystycznie dotknęli Krakowa. Dość spojrzeć na bibliografię Profesora – od „Przewodnika po zabytkach i kulturze Krakowa” przez „Katedrę krakowską na Wawelu” czy „Panteon narodowy na Skałce” po „Etos dworu szlacheckiego”… Dziesiątki książek, setki artykułów w prasie codziennej, periodykach naukowych. Był też wychowawcą wielu pokoleń przewodników miejskich, w mądrości których leżała i leży promocja Krakowa i wiedza o naszym mieście turystów z całego świata! Nie za często Profesor spotykał się w naszym Ośrodku, chętniej bywał w nieistniejącym już Klubie „Zaułek”, który był miejscem spotkań krakowskich historyków sztuki. Był laureatem Nagrody Krakowska Książka Miesiąca Września (1995 r.) za książkę „Wawel i Skałka. Panteony polskie”. (Fot. Włodzimierz Płaneta)

opublikował: janusz
czerwiec 2, 2015

Konferencja poświęcona Ormianom


30 maja w Polskiej Akademii Umiejętności odbyła się konferencja „Genocidium – zdarzało się tyle razy, najpierw wobec Ormian”. W konferencji uczestniczył ambasador Armenii w Polsce Edgar Ghazaryan. Uczestnicy wysłuchali referatu prof. Raymonda Kévorkiana z Paryża zatytułowanego Ludobójstwo Ormian w Imperium Osmańskim oraz dyskusji panelowej na temat Kulturowe konsekwencje ludobójstwa Ormian w aspekcie historycznym i współczesnym, w którym uczestniczyli: dr Renata Król-Mazur (Kraków), dr Dorota Ziętek (Kraków), dr hab. Andrzej A. Zięba (Kraków), dr Jakub Osiecki (Kraków), Konrad Siekierski (Warszawa). Konferencji towarzyszyły wystawy: „Vivat Armenia!” – w Pałacu Sztuki, na której zaprezentowano prace artystów ormiańskich tworzących w Polsce; w Muzeum UJ – wystawa fotografii Konrada Siekierskiego „Wśród gór Małego Kaukazu: zapomniany świat Ormian katolików”. Wydarzenia zorganizowane zostały przez Ormiańskie Towarzystwo Kulturalne w stulecie ludobójstwa Ormian przez Turcję. Podczas konferencji prof. Włodzimierz Osadczy zaprezentował książkę „Ormiański pasterz Lwowa ksiądz arcybiskup Józef Teodorowicz na tle dziejów ormiańskich” pod redakcją Włodzimierza Osadczego, ks. Mirosława Kalinowskiego i Marco Jacova. Tom jest pokłosiem międzynarodowego kongresu zorganizowanego przez Katolicki Uniwersytet Lubelski 4 grudnia 2013 r. z okazji 75. rocznicy  śmierci abp. Józefa Teodorowicza. Wśród autorów referatów znajdują się m.in. naukowcy z Krakowa prof. Jerzy Wyrozumski (Ormianie w dawnej Polsce), prof. Krzysztof Stopka (Ormianie w Galicji austriackiej) i prof. Andrzej A. Zięba (Czy można być ormiańskim patriotą i polskim biskupem katolickim jednocześnie? Arcybiskup Józef Teodorowicz jako Ormianin) oraz innych ośrodków naukowych, a wśród nich z Lublina ks. bp Jan Kopiec (Ośrodki duszpasterstwa ormiańskokatolickiego we współczesnej Polsce), ks Stanisław Wilk SDB (Arcybiskup Józef Teodorowicz – pasterz Ormiańskiego Kościoła Katolickiego), prof. Mieczysław Ryba (Kościół, naród, państwo w nauczaniu arcybiskupa Józefa Teodorowicza), prof. Włodzimierz Osadczy (Ormiański pasterz wobec „kwestii ruskiej”. Arcybiskupa Józefa Teodorowicza stosunek do polsko-ruskiej / ukraińskiej konfrontacji w Galicji), ks. prof. Sławomir Pawłowski SAC (Dorobek teologiczny księdza arcybiskupa Józefa Teodorowicza), prof. Hubert Łaszkiewicz (Rok 1915 – tragedia Ormian – Rafał Lemkin (1900-1959)) a także Jurij Smirnow ze Lwowa (Arcybiskup Józef Teodorowicz budowniczym katedry ormiańskiej we Lwowie) i prof. Marco Jacov z Rzymu (Ludobójstwo Ormian widziane z perspektywy dokumentów tajnego archiwum watykańskiego). Książka opatrzona jest listami ks. kardynała Kazimierza Nycza, arcybiskupa metropolity warszawskiego oraz ks. Arcybiskupa Mieczysława Mokrzyckiego, metropolity lwowskiego obrządku łacińskiego, a także wystąpieniem okolicznościowym Nersesa Bedrosa XIX wygłoszonym na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II podczas kongresu.

 

 

 

 

 

opublikował: janusz
listopad 19, 2014

Świat się kończy!


Jak słychać w krakowskich kawiarniach, nie tylko na A-B, nie wszyscy w naszym mieście wiedzą kim jest i co napisała Ewa Lipska. Podczas spotkania jednego z poważniejszych gremiów, jedna z  wysoko utytułowanych osób miała zapytać kto to jest Ewa Lipska i co ona właściwie napisała?…  Śmiem zatem poinformować dostojnych niedoinformowanych (czyżby już ofiary nieudolnych reform edukacji aż tak wysoko zaszły?), iż Ewa Lipska jest jedną z najwybitniejszych współczesnych poetek polskich. Od urodzenia mieszka w naszym mieście, Krakowie. Tu skończyła szkoły i zaczęła pisać wiersze. Wydała ponad trzydzieści (sic!) tomów wierszy, które przetłumaczone zostały na ponad 40 różnych języków. Od lat sławi też imię Krakowa na całym świecie uczestnicząc w festiwalach, stypendiach twórczych, czy otrzymując prestiżowe nagrody literackie. W ostatnim czasie uhonorowana została choćby Literacką Nagrodą Gdynia w 2011 r. za tomik pt. Pogłos, a w 2012 r. została doktorem honoris causa Uniwersytetu im. Jana Kochanowskiego w Kielcach. Jest też członkiem polskiego i austriackiego PEN Clubu, członkiem założycielem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich a także członkiem Polskiej Akademii Umiejętności. Z wyrazami – czasem malejącego szacunku…

opublikował: janusz
październik 19, 2014

Wreszcie mamy halę co się ICE zwie!


No wreszcie stało się! Kraków ma swe Centrum Kongresowe ICE! Na specjalne zamówienie władz miasta Zbigniew Preisner napisał utwór muzyczny „2014. Tu i teraz”, który miał być wykonany przez naszą znamienitą Sinfoniettę Cracovia. Libretto napisała  jedna z najważniejszych polskich poetek – Krakowianka – Ewa Lipska. 16. października otwarto podwoje ICE! Krakowska publiczność, zachwycając się maestrią krakowskiego architekta Krzysztofa Ingardena zapełniła salę czekając na widowisko. Pewnie się nie zawiedli, miało być wprawdzie wykwintnie, a wyszło jak to u nas… Nie zagrała orkiestra krakowska. Po co się chwalić Sinfoniettą Cracovia, Capellą Cracoviensis, orkiestrą Krakowskiej Filharmonii im. Karola Szymanowskiego, orkiestrą Opery Krakowskiej czy w końcu – nieinstytucjonalną ale krakowską – orkiestrą Akademii Beethovenowskiej!

Zagrał zespół złożony z bez wątpienia dobrych muzyków, pod dyrekcją wspaniałego Adama Klocka – dyrektora naczelnego i artystycznego Filharmonii Kaliskiej i dyrektora artystycznego Filharmonii im. Bronisława Hubermana w Częstochowie. Krakowscy dyrygenci Michał Dworzyński, Antoni Wit, Jerzy Dybał czy Jan Tomasz Adamus i kierowane przez nich orkiestry byli pewnie zajęci i odmówili uczestnictwa w tym ważnym dla Krakowa wydarzeniu. Partie solowe wykonała z nagrania audio znamienita Lisa Gerrard, której stan zdrowia uniemożliwił przylot z dalekiej Australii. Choć o jej nieobecności wiedziano od dłuższego czasu, pewnie w Krakowie nie było szansy na znalezienie godnej zastępczyni…  Choć ja w to nie wierzę! W takich chwilach bogaty w kulturę i artystów Kraków powinien chwalić się nimi przed światem. Wszak taki koncert to szansa dla zaistnienia zdolnego Kowalskiego czy Kowalskiej i przepustka do dalszej kariery artystycznej… Ale jak to u nas, równaj do szeregu!

opublikował: janusz
październik 17, 2014

ZARYS HISTORII BADAŃ NAD PREHISTORIĄ REJONU ROZWADOWA.


27 czerwca 2014 r. w Muzeum Regionalnym w Stalowej Woli odbyła się uroczysta konferencja naukowa poświęcona poświęcona dziejom Rozwadowa, a dedykowana ks. prof. Wilhelmowi Gaj-Piotrowskiemu z okazji 90-tych urodzin. Wśród wielu znamienitych prelegentów - prof. Andrzej Ciołkosz, prof. Kazimierz Kuczman, ks. prof. Bogdan Stanaszek, Piotr Garbacz, Anna Garanty, Marek A. Stańkowski - znalazło się także moje wystąpienie poświęcone badaniom archeologicznym w Rozwadowie i okolicach na przestrzeni XIX i XX w. Wśród publiczności, która licznie zawitała do muzeum, miałem przyjemość i zaszczyt spotkać wielu swych znajomych z czasów szkolnych. Wśród obecnych była znana rozwadowska polonistka, nauczycielka - co się zowie! - Pani Stanisława Paterek. Chciałem podziękować Jej za to, że pracowała nade mną przez kilka dobrych lat w Szkole Podstawowej w Rozwadowie. Fakt, iż spotkaliśmy się przy takiej okazji świadczy, iż nie była to całkiem nadaremna praca. Ponieważ nie uczyniłem tego podczas konferencji - stres i trema, czynię to w tym miejscu, z nadzieją, że słowa mych podziękowań dotrą do mojej Pani Profesor!
Poniżej zamieszczam tekst swego wystąpienia, które będzie znacznie różniło się od wersji drukowanej.

ZARYS HISTORII BADAŃ NAD PREHISTORIĄ REJONU ROZWADOWA.

W kontekście dzisiejszego spotkania przypomniał mi się stary dowcip o archeologach z serii o Jasiu:

Mamusia mówi do Jasia:

– Jasiu zaprowadź panów archeologów do miejsca skąd przynosisz te stare pieniążki.

– Nie mogę dzisiaj mamusiu zaprowadzić panów archeologów w to miejsce – mówi Jasio.

– Dlaczego? – pyta zdziwiona mama.

– Bo dzisiaj muzeum jest zamknięte…

Moje wystąpienie nie będzie miało charakteru referatu naukowego. Proszę o potraktowanie go jako pogawędki podstarzałego człowieka, który nolens volens musiał stanąć przed Państwem, zabierając głos i cenny przecież czas. A stało się to za przyczyną próśb, gróźb, w końcu szantażu. Gdybym dzisiaj nie wystąpił z tą opowieścią, straciłbym coś bardzo ważnego i bezcennego. Skarb! Coś, czego nigdy nie dałoby się odbudować i odzyskać. Tym skarbem jest przyjaźń księdza profesora budowana na płaszczyźnie regionalizmu rozwadowskiego przez bardzo długie lata! Dlatego też proszę o wyrozumiałość dla różnych moich uchybień, jeśli podczas tego wystąpienia się przytrafią.

Efektem współpracy z księdzem profesorem jest fakt ukończenia przeze mnie archeologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Gorzej było z ciągiem dalszym, bo wciągnęły mnie mniej przyziemne problemy niż archeologia. Jaka tego przyczyna? Bardzo prozaiczna. Archeologia obraca się wokół kultury materialnej, uważałem wówczas, iż jest nauką odhumanizowaną, choć jej badaniami objęte są przecież kulturowe wytwory człowieka. Stąd też moje zamiłowania do dziennikarstwa, publicystyki, animacji kulturalnej – a od wielu lat jestem pracownikiem zarządzającym instytucją kultury. Natomiast moją pasją – niewybaczalną przez Księdza Profesora – są dawne Kresy Rzeczpospolitej, ich dzieje i współczesność. I mówiąc szczerze, nie potrafię sobie wybaczyć, że tak późno dostrzegłem i zająłem się problematyką kresową. Dorastałem przecież w Rozwadowie zasiedlonym ekspatriantami, ludźmi z Kresów, którzy zaledwie kilka lat przed moim przyjściem na świat zamieszkali w Rozwadowie. Dość wymienić doktorstwo Szanków, państwa Kuligowskich – moich sąsiadów zza ściany, państwa Dominików – słynna rozwadowska cukiernia, Lauterbachów, Kolbuszewskich, Maszkowskich i Kucajów mieszkających przez lata w klasztorze, Woźniackich – znany w Rozwadowie sklep z warzywami, Gregów – pamiętam starszego pana prowadzącego kiosk na Rynku, Grabowskich, Moskalów, czy pana Geparda – rozwadowski księgarz i wielu innych… Myślę, że stalowowolskie muzeum mogłoby dogłębniej przebadać problem ekspatriantów w Rozwadowie, choć w wielu przypadkach jest już za późno…

Wróćmy jednak do archeologii, bowiem rozwijając wątek kresowy mogę się tylko jeszcze bardziej narazić dostojnemu jubilatowi…

Muszę w tym miejscu wspomnieć kilka wspólnych archeologicznych wypraw rowerowych.

  • Jedna z nich powiodła nas za Jastkowice… W miejscu zwanym Łunniki, na piaszczystych wydmach natrafiliśmy na drobne wiórki krzemienne i fragmenty naczyń ceramicznych. Dołączył wtedy do nas miejscowy chłopiec, któremu ksiądz naopowiadał, że w tym miejscu mogła być jakaś prehistoryczna osada lub cmentarzysko. Chłopak bardzo się rozgadał, poniosła go nagle wyobraźnia, i to bardzo! Powiedział, że ma w domu nóż krzemienny, który znalazł w polu. Oczywiście pojechaliśmy do jego domu. Rodzice byli zadziwieni i wyśmiali nie tylko jego ale chyba i nas także…
  • Inna eskapada zawiodła nas do Dąbrowy Rzeczyckiej, gdzie za torami wśród łąk, na tzw. Turkach, rozciągały się dwie wydmy. Miejscowi traktowali te miejsca jako piaskownie. Znaleźliśmy tam sporo fragmentów ceramiki, którą bezbłędnie ksiądz profesor zakwalifikował do kultury łużyckiej. Pragnę zwrócić uwagę na nazewnictwa miejsc, w obrębie których znajdowały się stanowiska archeologiczne: Łunniki, Turki i wiele innych. Onomastyka miejscowości i pól, mogłaby być kolejnym wyzwaniem dla naszego stalowowolskiego muzeum…

Gdy przypominam sobie nasze wyprawy, nie mogę oprzeć się stwierdzeniu, że ponosiła nas wtedy wyobraźnia! Ja jestem usprawiedliwiony. Byłem uczniem szkoły podstawowej. Gorzej z usprawiedliwieniem dla dojrzałego już naukowca… Choć z drugiej strony, gdyby nie ta wyobraźnia i pasja księdza profesora, dostojnego jubilata, trwająca do dzisiaj, nie byłoby tak wspaniałych osiągnięć naukowych, tylu interesujących książek! W końcu, kto wie, czy w tym miejscu świętowalibyśmy jubileusz ks. prof. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego, czy w ogóle w Stalowej Woli istniałoby muzeum?

Efektem m.in. naszych eskapad są dwa opracowania, które należy tu przytoczyć: artykuł panów Sławomira Sałacińskiego i Marka Zalewskiego „Materiały z odkryć przypadkowych z epoki kamienia znalezione w okolicach Stalowej Woli, woj. tarnobrzeskie” oraz tekst Grażyny Dmochowskiej „Materiały z odkryć przypadkowych z epoki brązu, wczesnej epoki żelaza i średniowiecza znalezione w okolicach Stalowej Woli, woj. tarnobrzeskie”, zamieszczone w 1984 r. na łamach „Wiadomości Archeologicznych”. Zidentyfikowane przez Księdza Profesora stanowiska w Agatówce, Dąbrowie Rzeczyckiej, Jastkowicach, Przyszowie, Rzeczycy Długiej, Woli Rzeczyckiej datowane na czas mezolitu – kultury ludów zbieracko-łowieckich i neolitu – kultury ludów rolniczych, świadczą o dość wczesnych śladach osadnictwa na terenie okolic Rozwadowa. Środowisko naturalne nad Dolnym Sanem sprzyjało łowiectwu i zbieractwu. Kultury rolnicze raczej nie miały w tym rejonie sprzyjających dla rozwoju warunków. Gleby raczej ubogie, zarośnięte lasami. Dlatego też rolnicze kultury w naszej okolicy spotykamy najwcześniej na lessach nadwiślańskich w okolicach Sandomierza. Trudno powiedzieć bez przeprowadzonych stacjonarnych badań archeologicznych, dlaczego mezolityczne narzędzia krzemienne występują na tutejszych stanowiskach przemieszane z materiałami neolitycznymi – zresztą dość ubogimi. Wydaje mi się, że człowiek tamtej epoki, podobnie do nas, chętnie przejmował wszelkie nowinki technologiczne, każde rozwiązanie ułatwiające mu życie, pracę w gospodarstwie. Zresztą drobne narzędzia krzemienne spotykane są jeszcze u ludności z kultur wczesnej epoki brązu. Ale przecież na Bałkanach można spotkać jeszcze XIX-wieczne narzędzia z drewna z nabitymi krzemiennymi odłupkami.

  • Któregoś dnia – już nie rowerami, a autobusem wybraliśmy się do Sandomierza. Celem wyprawy był m.in. kościół św. Jakuba, w którym w średniowieczu Tatarzy wymordowali dominikanów. U tamtejszego kościelnego ksiądz kupił wówczas ludzką czaszkę ze śladami uszkodzenia od grotu strzały…
  • Była też wyprawa do Turbii i Obojny, gdzie z jednego z dębów Jagiełły wyjęliśmy spory kowalski gwóźdź. Dębu już nie ma, a gwóźdź spoczywa gdzieś w moich szpargałach
  • W końcu wyprawa w lasy za Pysznicą. Tam przeprowadzaliśmy ankiety dotyczące kultury duchowej, a po drodze odwiedziliśmy stanowisko archeologiczne w Pysznicy, które w tym czasie było eksplorowane przez archeologów.

To olbrzymie i jakże interesujące cmentarzysko ciałopalne kultury łużyckiej opracował i opisał prof. Sylwester Czopek w książce „Pysznica pow. Stalowa Wola, stanowisko 1 – cmentarzysko ciałopalne z przełomu epok brązu i żelaza” (Wydawnictwo Uniwersytetu Rzeszowskiego, Rzeszów 2012). Ale zanim to cmentarzysko zostało odkryte podczas budowy drogi łączącej Stalową Wolę z Pysznicą, na nadsańskiej skarpie ponad miejscem zwanym „Zimna Woda”, w 1969 r. dokonano innego odkrycia. Penetrujący korzystne dla prehistorycznego osadnictwa miejsca w okolicach Rozwadowa i Stalowej Woli, ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski, natrafił na fragmenty ceramiki, rozcieraczy kamiennych oraz polepy, które mogłyby wskazywać na istnienie w tym miejscu osady ludności kultury łużyckiej grupy tarnobrzeskiej. Ceramika datuje to stanowisko na II fazę rozwojową tej grupy, tj. na okres 1700-1300 p. n.e.

Mówiąc o badaniach nad kulturą łużycką na tym terenie, a głównie nad grupą tarnobrzeską tej kultury, nie można pominąć tak ważnej postaci jak nieżyjący już dr Kazimierz Moskwa. Prowadził badania wykopaliskowe oraz powierzchniowe na terenie całej Polski południowo-wschodniej, ale coraz bardziej zawężał krąg swych zainteresowań do obszaru nad Dolnym Sanem, obszaru zakreślonego zasięgiem zabytków charakterystycznych dla ludności grupy tarnobrzeskiej kultury łużyckiej. To bardzo ciekawa grupa kulturowa, z jednej strony z typowymi dla kultury łużyckiej formami ceramicznymi, zwyczajami pogrzebowymi. Z drugiej strony w schyłkowej fazie rozwoju z wyraźnymi wpływami scytyjskimi. Dość wspomnieć o scytyjskich grocikach trójgraniastych czy kolczykach gwoździowatych, na jakie natrafiono także i w okolicach Rozwadowa (Charzewice, Obojna, Ulanów). Zachodzi nawet domniemanie o przemieszaniu napływowej nomadycznej ludności scytyjskiej z miejscową rolniczą ludnością kultury łużyckiej. A może doszło na tym terenie do podbicia i uzależnienia przez Scytów rolniczej ludności grupy tarnobrzeskiej, która była zmuszona do dostarczania Scytom produktów rolniczych? Myślę, że ten problem długo jeszcze będzie czekał na wyjaśnienie. Kazimierz Moskwa pozostawił po sobie ważne opracowanie, książkę zatytułowaną „Kultura łużycka w południowo-wschodniej Polsce”. To on dokonał pierwszej klasyfikacji tak charakterystycznej formy ceramicznej jaką dla grupy tarnobrzeskiej jest tzw. „waza nadsańska”. Musimy jednak mieć świadomość, jak ważną rolę dla stworzenia takiej syntezy spełnili regionaliści, strażnicy tego najważniejszego dziedzictwa kulturowego jakim są zabytki prehistoryczne, a wśród nich ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski. Warto w tym miejscu wspomnieć choćby o dwóch innych regionalistach, znajomych księdza profesora, których wiedza jakże wzbogacała badania prowadzone przez dostojnego jubilata. Nauczyciel Wzorek z Brandwicy, który opowiadał – kiedy go odwiedziliśmy – o odkryciu popielnicy na wzgórzu przypominającym kurhan pod Ulanowem, w czasach kiedy był tam nauczycielem. Urna z tego grobu zachowała się doskonale, niemal w całości. Nigdy nie trafiła do muzeum. Kilka razy zmieniała właścicieli. Wzorek jednak nie zabiegał o ty, by ją przejąć do swej kolekcji. Bowiem każdy kolejny jej posiadacz w krótkim czasie umierał… Nie potrafił powiedzieć, co się z tym zabytkiem stało. Może ponownie została zakopana w ziemi wraz z klątwą prześladującą kolekcjonerów zafascynowanych prehistorią? Nieocenioną wiedzą z każdej interesującej księdza profesora dziedziny służył kompan wielu regionalnych ekspedycji Władysław Wermiński – leśnik i społeczny konserwator zabytków.

W kontekście Rozwadowa czy nawet jego okolic trudno mówić o większych sensacjach archeologicznych. Mówi się powszechnie, że drugiego Biskupina już nie odkryjemy… Przez te lata jednak niejedno stanowisko archeologiczne na miarę Biskupina zostało na ziemiach polskich odkryte przez archeologów. Nie było jednak atmosfery politycznej przychylnej archeologii, by takie odkrycia wykorzystywać dla potrzeb politycznych, ideologicznych. Trzeba pamiętać, iż w czasie odkrywania Biskupina, tak przed jak i po II wojnie światowej, trwał spór o prasłowiańskość kultur epoki brązu – kultury łużyckiej i pomorskiej. Przed wojną archeologia była na służbie niemieckich nacjonalistów – dość wspomnieć spór między prof. Józefem Kostrzewskim a Bolko von Richthofenem dotyczący etnicznej przynależności kultury łużyckiej i pomorskiej. Po wojnie władze PRL przychylnie spoglądały na prace archeologów udowadniające prasłowiańskość kultur epoki brązu, szczególnie jeśli była mowa o terenach tzw. Ziem odzyskanych. Warto jednak nadmienić, że i drugi „Biskupin” zbudowano… Mam na myśli tzw. „Troję Północy”, czyli Skansen Archeologiczny w Trzcinicy koło Jasła, w którym prezentowane są rekonstrukcje budowli zarówno z wczesnej epoki brązu jak i wczesnego średniowiecza. A propos prof. Józefa Kostrzewskiego – w czasie wojny Niemcy po wkroczeniu do Poznania chcieli go natychmiast aresztować. Uratowała go ucieczka przed wkraczającymi na ziemie polskie agresorami. Warto wiedzieć, że czasie okupacji prof. Józef Kostrzewski ukrywał się m.in. w Zarzeczu koło Niska, w folwarku Klemensówka…

Wracając jednak do naszego rozwadowskiego tematu…

Miejscową sensacją archeologiczną mogłoby być odkrycie, jakiego dokonano w 1932 r., związane z grotem żelaznym z zadziorami, gdyby na miejscu była szansa przeprowadzenia choćby ratowniczych badań archeologicznych. Tymczasem w literaturze przedmiotu nie ma nawet opisu dokładnej lokalizacji ani kontekstu tego znaleziska. Jedyna relacja sporządzona została po latach przez ks. prof. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego. Jest to opowieść naocznych świadków odkrycia – rozwadowskich kowali – braci Jana i Hieronima Pietruszyńskich. Do znaleziska miało dojść w miejscu, w którym założona została słynna w Rozwadowie pasieka Pietruszyńskich, podczas plantowania terenu. Było konieczne ze względu na trzy niewielkie wyniosłości, które odkrywcy zinterpretowali po czasie jako niewątpliwe pozostałości kurhanów. Podczas prac natrafiono na ciałopalne groby zawierające gliniane naczynia wypełnione kośćmi, które się nie zachowały w żadnej postaci oraz przedmioty wykonane z żelaza, a to sześć grotów włóczni oraz ostroga i spinka do pasa. W centrum kurhanu, na skrzyżowanych drzewcach włóczni postawiona miała być urna zawierająca spalone kości. Miały też zachować się w glebie pozostałości skrzyżowanych drzewców. To właśnie na drzewce miały najpierw natrafić łopaty Pietruszyńskich. Jak zanotował ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski, kurhany miały 3 m średnicy. Tyle opowieść kowali rozwadowskich… Analizując relację Pietruszyńskich zapisaną wiele lat po fakcie znalezienia interesujących nas zabytków trzeba wziąć poprawkę na działanie rozbudzanej latami wyobraźni… Z literatury znamy dwa groty oszczepu i jeden dzirytu, oraz informacje o ostrodze o krótkim grubym kolcu i sprzączce do pasa, które nie zachowały się.

Zachowane tylko częściowo znaleziska – groty oszczepów i dzirytu – trafiły do regionalnego muzeum „Bojkiwszczyna” w Samborze za pośrednictwem dyrektora szkoły w Rzeczycy Długiej niejakiego Sawczyna. W Samborze zetknął się z nimi prehistoryk Marcjan Śmiszko, który podczas prac konserwatorskich odkrył na powierzchni grotu dzirytu inkrustowane srebrem ozdoby i znaki. Czy miały one znaczenie magiczne, religijne, a może były znakami własnościowymi wojownika, czy dowódcy? Od tego jednak momentu rozpoczyna się „kariera” rozwadowskiego grotu. Wymieniany jest we wszystkich najważniejszych publikacjach dotyczących prehistorii Polski. (Nadolski A. Kilka uwag o inkrustowanych grotach oszczepów z późnego okresu rzymskiego, Silesia Antiqua, t. 2, Wrocław 1950, s. 220-240) Okazuje się, że Pietruszyńscy nie przekazali Sawczynowi wszystkich znalezisk. Jeden ze znalezionych grotów przechowali i po latach przekazali do zbiorów ks. Gaja-Piotrowskiego. Wraz z innymi zabytkowymi przedmiotami rzymski grot z Rozwadowa za pośrednictwem ks. Profesora trafił do rozwadowskiego muzeum. Można go oglądać na stałej ekspozycji w naszym muzeum:

  • Jest żelazny grot oszczepu z żeberkiem wzdłuż ostrza i krótką okrągłą tulejką długość 19 cm, (typ X wg Kaczanowskiego, Faza B1b – C1a (połowa I  – początek III w. po Chr.) Muzeum Regionalne w Stalowej Woli, nr inw. MRS/A/322)

Poświęćmy teraz uwagę zabytkom, z którymi zetknął się w Samborze Marcjan Śmiszko:

1) Żelazny grot oszczepu w kształcie liścia wierzbowego z ostrym żeberkiem wzdłuż ostrza i krótką okrągłą tulejką. W dolnej części tulejki niewielki otwór na nit przytwierdzający ostrze do drzewca. Długość 274 mm, szerokość 35 mm.

2) Żelazny grot oszczepu w kształcie wierzbowego liścia posiadający ostre żeberko, nieco smuklejszy od wcześniej opisanego. Długość 265 mm, szerokość 28 mm.

3) I w końcu ten najważniejszy: Żelazny grot dzirytu o jednym zadziorze uszkodzonym. Grot posiada długą tulejkę w dolnej części okrągłą, wyżej czworograniastą o wklęsłych bokach. Ostrze jest krótkie, przedłużone ku dołowi przez dwa boczne skrzydełka o równo ściętych końcach. Grot został zniszczony przez rdzę i pozbawiony jest niemal całkowicie jednego skrzydełka. Powierzchnia ostrza, tulejki i skrzydełek pokryta była zdobieniami inkrustowanymi srebrem. Długość ostrza 240 mm.

Jak już wspomniałem, ten trzeci grot okazał się prawdziwą sensacją archeologiczną, choć dopiero po zabiegach konserwatorskich Śmiszki. Do rzadkości należały na naszych ziemiach znaleziska w postaci grotów oszczepów czy dzirytów posiadające zdobnictwa, nie wspominając o napisach. Miejscowo inkrustacja została zniszczona przez ogień, co spowodowało wytopienie się srebra. Pozostały jednak ślady zdobnictwa w postaci rowków. Oznaczałoby to, że grot musiał zetknąć się z ogniem podczas ceremonii spalania zwłok. Rowki zostały prawdopodobnie wytrawione w metalu kwasami. Marcjan Śmiszko odkrywca znajdujących się na grocie znaków podzielił je na trzy grupy:

  • Ornament geometryczny – są to równoległe linijki poziome rozmieszczone po trzy w czterech grupach na dolnej części okrągłej tulejki.
  • Znaki symboliczne – umieszczone na obydwu skrzydełkach i ostrzu grotu, ozdoba widełkowata z haczykiem u podstawy występuje aż 6 razy, oraz znak esowaty i znak będący kombinacją podłużnej linii i połowy swastyki.
  • I ten najbardziej inspirującey badaczy – o czym dzisiaj jeszcze usłyszymy: Znaki runiczne – umieszczone na prawym skrzydełku, na najbardziej zniszczonej przez rdzę i ogień stronie ostrza. Część napisu runicznego jest zupełnie zniszczona. Marcjan Śmiszko odczytał te znaki jako pięć zgłosek w następującym porządku: KRLUS. Stwierdza też, że występowanie trzech spółgłosek KRL może sugerować błędne odczytanie napisu, albo napis umieszczony został z błędem. Można domniemywać też błędne odczytanie spółgłoski K, która znajdowała się w mocno zniszczonej strefie zabytku. Trudno też powiedzieć, co napis oznaczał, skoro nie ma możliwości pełnego go odczytania. Przez analogie do innych podobnych zabytków pochodzących z tego okresu można przypuszczać, iż na rozwadowskim grocie także znajdowało się imię jego właściciela. Takie groty z napisami runicznymi znalezione zostały w Suszczynie koło Kowla – imię właściciela grotu brzmiało Tilarids, oraz w Münchenbergu koło Frankfurtu nad Odrą – imię właściciela brzmiało Raninga. Czy uda się w końcu rozszyfrować napis na grocie pochodzącym z Rozwadowa?

Marcjan Śmiszko datuje ciałopalny pochówek z Rozwadowa, na podstawie metalowych zabytków na okres kultury przeworskiej (zwaną też wandalską) na III w. n.e., a współcześnie datowanie zostało uściślone na okres od B-2 (druga faza okresu rzymskiego) po C-1 (późny kres rzymski i wczesna faza okresu wędrówek ludów), mieszczący się między 100-200 r. n.e. (Prahistoria Ziem Polskich, t. V. Późny okres lateński i okres rzymski, pod. red. Jerzego Wielowiejskiego, Wrocław 1981, s. 52, 85). Pewnie nigdy już nie dowiemy się do kogo należał rozwadowski grób ciałopalny, czy należał do wojownika? Zwykłego woja, a może ważnego dostojnika? Czy zmarł śmiercią naturalną, a może zginął w potyczce z miejscowymi rabusiami? W końcu, czy pochówek rzeczywiście miał charakter kurhanowy?

Grób ciałopalny z Rozwadowa nie jest jedynym znaleziskiem pochodzącym z okresu wpływów rzymskich w tej okolicy. Należy wspomnieć znaleziska pochodzące z nieodległych Kopek, Zarzecza, czy w końcu słynny miecz z Rzeczycy Długiej inkrustowany wizerunkiem legionowego orła i bogini Victorii. Mogą to być oczywiście ślady militarnych przemieszczeń się ludów podbijających Rzym, ale także ślady kupców wędrujących z towarami na północ i wracającymi na południe z bursztynem. Bez wątpienia potwierdzają to znaleziska monet rzymskich w obrębie interesującego nas rejonu, które opisane zostały w osobnym artykule przez naszego dostojnego jubilata.

Na koniec dwa słowa o znaleziskach z okresu wczesnego średniowiecza. Ten okres chyba do tej pory nie jest na naszym terenie dobrze rozeznany. Wymienić jednak trzeba odkrytą osadę z wczesnego średniowiecza w Turbii badaną przez prof. Rudolfa Jamkę i Nisku.

Dziękując państwu za uwagę raz jeszcze pragnę podkreślić wagę i znaczenie tego, co dla naszego regionu dokonał ks. Prof. Wilhelm Gaj Piotrowski. Chyląc czoło przed dokonaniami naszego dostojnego jubilata, raz jeszcze życzę wszystkiego co najlepsze w roku tak wspaniałego jubileuszu! Ad multos annos Księże Profesorze!

opublikował: janusz
czerwiec 29, 2014

Wędrówka z książką po moim Rozwadowie…


Wędrówka z książką po moim Rozwadowie…

Nakładem Muzeum Regionalne w Stalowej Woli okazał przewodnik po dawnym Rozwadowie. Bardzo ciekawa lektura ilustrowana czarno-białymi fotografiami. Wszystko zatem utrzymane w klimacie czegoś, co minęło, do czego powrotu nie będzie. Zaprezentowano chyba wszystkie najważniejsze miejsca, które odegrały istotną rolę w dziejach Rozwadowa. Idea przewodnika jest dwutorowa. Dla młodzieży, turystów i przybyszy z innych miejsc, przewodnik ma znamiona inforacyjno-turystyczne. Dla mnie, i innych Rozwadowian, jest prawdziwie sentymentalną podróżą w przeszłość. Kraj lat dziecinnych, młodzieńczych, gdy historii uczył wspominany dyrektor szkoły podstawowej w Rozwadowie pan Józef Bolko, a wakacyjne wieczory spędzało się na dyskotekach w klubie „Ronita”. Skoro wspomniano w przewodniku „Ronitę”, to warto nadmienić, iż klub finansowany był przez Spółdzielnię Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie. Pierwszym kierownikiem klubu był Marian Krupa. Drugim i ostatnim kierownikiem tegoż klubu była pani Janina Skrzypacz. Natomiast wspomnianą w przewodniku kawiarenkę prowadził Feliks Stobnicki. Pan Felu, bo tak go popularnie nazywano, znany był w Rozwadowie także jako kolekcjoner znaczków pocztowych i szef oddziału Związku Filatelistów Polskich w Rozwadowie. Zanim jednak filateliści osiedli w „Ronicie”, spotykali się w tzw. „ZZK” czyli siedzibie Związku Zawodowego Kolejarzy. To też bardzo ważne miejsce, które w upowszechnianiu kultury w Rozwadowie odgrywało istotną rolę, zanim na horyzoncie pojawiła się „Ronita”. W końcu nazwa klubu brzmiąca tak tajemniczo i modernistycznie. Nazwa jest zbitką pierwszych sylab trzech miast, w których Spółdzielnia Pracy „Rozbudowa” miała swe filie, a to Rozwadów, Nisko i Tarnobrzeg. Nazwa klubu odeszła w zasadzie w zapomnienie, a o opustoszałym budynku mówi się już tylko „Sokół”.

Nie mogę nie wspomnieć o, wymienionej w przewodniku, „kamienicy generała”, w której spędziłem dzieciństwo i tę najwcześniejszą młodość. Za czasów rozwadowskich mieszkałem tam przy ul. Mickiewicza. Dopiero po włączeniu naszego miasteczka do Stalowej Woli zmieniono jej nazwę na Rozwadowską. Przez jej progi musieli przejść chyba wszyscy mieszkańcy naszego miasteczka i okolicznych wiosek. Tam bowiem przez lata mieściła się przychodnia lekarska. Kamienica budowana była w celu wynajmu mieszkań dla powiększającego się personelu nieodległej Stalowej Woli. Kto wie, czy gdyby nie wrzesień 1939 r., w Rozwadowie nie powstałoby więcej takich, jak na tamte czasy, ekskluzywnych budynków jak „kamienica generalska” czy „kamienica Krzemińskiego” (położona była przy dawnej ul. Słowackiego).

W przewodniku zabrakło fotografii dawnej targowicy, na którą co wtorek zjeżdżali rolnicy i handlarze z całej okolicy. Jaki wtedy był ruch już od wczesnych godzin nocnych. Rolnicy jechali wówczas wozami konnymi. Pamiętam charakterystyczny stukot kopyt końskich o kostkę bazaltową naszej ulicy… A jeśli wóz nie miał gumowych kół, tylko drewniane koła z metalowymi obręczami, to jazgot był totalny! Trudno sobie wyobrazić dzisiaj czasy, w których samochód nie był najczęściej spotykanym środkiem lokomocji… Obok targowicy mieściła się siedziba Ochotniczej Straży Pożarnej w Rozwadowie. Ta formacja pełniła w naszym miasteczku dość istotną rolę. Może ktoś z regionalistów posiada jakieś materiały na jej temat? Sądzę, że dzieje rozwadowskiej straży pożarnej mogą być interesujące.

Skoro w przewodniku pokazano młyn, jako przejaw działalności gospodarczej w Rozwadowie, mogłoby zaprezentowane zostać zdjęcie sąsiadującej kaflarni, czy także sąsiedniej stolarni a w końcu dawnej rozwadowskiej rzeźni, no i oczywiście kuźni Pietruszyńskich. I pewnie gdybyśmy się tak rozpędzili, to chciałoby się przypomnieć piekarzy (ja pamiętam Tchórza i Skrucha), fotografów miejscowych (z moich czasów Karakuła i Dudek…), fryzjerów etc. Ale wtedy z podręcznego przewodnika powstałaby opasła księga!

Jeśli ktoś rzeczywiście chce w czasie wakacji wędrować po Rozwadowie, ten przewodnik będzie mu prawdziwie pomocny. Muzeum Regionalnemu można pogratulować kolejnego wspaniałego pomysłu! Tym bardziej, iż „Przewodnik po dawnym Rozwadowie” jest pierwszą tego typu publikacją w planowanej serii przewodników po dzielnicach, miejscowościach i gminach powiatu stalowowolskiego. Współtwórcami „Przewodnika po dawnym Rozwadowie” są: Lucyna Mizera (idea przewodnika i serii), Marek Wiatrowicz (redakcja), Anna Garbacz i Marcin Młynarski (współpraca), Marek Myśliwiec i Jan Złotek (fotografie). Gorąco polecam wszystkim miłośnikom Rozwadowa. Książkę można kupić w siedzibie Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli, ale także drogą internetową: http://muzeum.stalowawola.pl/pl/wydawnictwa/item/1060-the-old-rozwadow-guidebook . Zamawiajcie i czytajcie!

Janusz Paluch

„Przewodnik po dawnym Rozwadowie”, Lucyna Mizera (idea przewodnika i serii), Marek Wiatrowicz (redakcja), Anna Garbacz i Marcin Młynarski (współpraca), Marek Myśliwiec i Jan Złotek (fotografie); Muzeum Regionalne w Stalowej Woli, Stalowa Wola 2014

opublikował: janusz
czerwiec 22, 2014

Spotkanie po latach...



Miejsce zdarzenia - hotel Hutnik w Stalowej Woli. Data - 20 czerwca 2014 r. Okazją był jubileusz... 40 lat temu, mniej więcej w tym samym okresie i tym miejscu odbył się nasz komers - bal maturzystów klasy I A z Liceum Ogólnokształcącego nr 44 im. Komisji Edukacji Narodowej. Byliśmy szczęśliwi, że już po maturze i zestresowani, bo czekały nas egzaminy na wyższe uczelnie. A wtedy – za naszych czasów (jak to brzmi!...) – nie było lekko. Takie egzaminy to kolejna matura, którą trzeba było przejść w zupełnie nowym, obcym miejscu, stanąć twarzą w twarz przed nowymi i nieznanymi ludźmi... A jak się nie dostałeś, a byłeś chłopakiem, to już czekali na ciebie w jednostkach Ludowego Wojska Polskiego. Służba wojskowa trwała dwa lata... Jeśli ktoś wpadł w te tryby, nie często potrafił stanąć na nogi... Tak więc walczyło się nie tylko o przyjęcie na studia, ale także o to, by nie stracić czasu w wojsku… Spotkanie dla naszej klasy przygotowali Ewa Siwiec i Ewa Szczepanik pod światłym kierownictwem Leszka Ryczko. Dziękuję im w swoim imieniu, ale sądzę, iż mogę być wyrazicielem wdzięczności wszystkich! Wielkie dzięki Wam za to!!!! Leszek Ryczko wydawało mi się, że był „gospodarzem” naszej klasy. Wydawało mi się… Gospodarzem był Leszek Rogowski. Tenże wznosił toast szampanem z truskawką za naszą klasę, za obecnych i tych, którzy nie dotarli na to spotkanie! Trzy osoby są już w pełni usprawiedliwione – Anka Pawlik, Ela Kułacz i Ala Palewicz. Zawsze będziemy o nich pamiętać. Nie dotarli Irena Dudek, Ela Deka, Ula Majowicz, Eligiusz Serafin, Tadzio Jankiewicz, Boguś Łuczyk, Henio Piróg, Andrzej Zembroń i Tomek Dziura. Mieli pewnie swoje powody. Wspominaliśmy naszych drogich i wspaniałych wychowawców prof. Ludmiłę Kuczek i prof. Mariana Barana. Nasza klasa miała profil matematyczno-fizyczny, dlatego też dostaliśmy się pod skrzydła znanej i cieszącej się opinią srogości matematyczki – „Babci”, jak powszechnie nazywano prof. Kuczek. Nie nacieszyliśmy się jej kuratelą. Zachorowała poważnie i w drugiej klasie opuściła nas na zawsze… Naszą klasę przygarnął wtedy wybitny stalowowolski polonista „Maniek” – jak wszyscy w ogólniaku nazywali prof. Barana. Jego też już nie ma… A my, choć nie zawsze utrzymujemy biskie kontakty, to jednak trzymamy się razem, i choć dystans czasowy od lat ogólniaka coraz dłuższy, jakoś mamy o czym rozmawiać… I tak należy trzymać do następnego spotkania!
opublikował: janusz
maj 25, 2014

W Sarajewie… bez zmian


W Sarajewie… bez zmian Sarajewo w sierpniu 2011 r. nie różniło się chyba niczym od innych miast na Półwyspie Bałkańskim. Urokliwe uliczki pełne sklepików przepełnionych egzotycznymi dla nas towarami, różnojęzyczny gwar, przemieszane zapachy kuchni bałkańskiej i kawy, a w tle pełzająca tęskna melodia przerywana głośnym nawoływaniem do modlitwy przez muezina z głośników umieszczonych na minaretach i słońce, słońce, słońce… Ile radości sprawia wędrówka po Sarajewie, w którym, nolens volens, spotkały się różne kultury i religie przez wieki żyjące obok siebie… Przechodzę obok wypełnionego po brzegi meczetu Gazi Husrew-bega. Nieopodal katedra rzymsko-katolicka Serca Jezusowego – zamknięta na cztery spusty – u nas o tej porze trwają wieczorne nabożeństwa. Na schodach młodzi ludzie popijają piwo, śmieją się radośnie. Cerkiew prawosławna, którą napotykamy po drodze też już zamknięta. Wokół gwar, muzyka, radosne śmiechy. Sarajewo tętni życiem!

Głównym celem mojej wizyty w Sarajewie było miejsce, o którym uczyłem się, czytałem i do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, że wydarzenie, do którego tam doszło mogło doprowadzić do dramatu I wojny światowej. Sto lat temu, w niedzielę 28 czerwca 1914 r., z pistoletu zamachowca Gawriły Principa zginęli arcyksiążę Franciszek Ferdynand i jego żona Zofia Chotek.

Na budynku umieszczona jest tablica upamiętniająca dramatyczne wydarzenie. Z tego miejsca 28 czerwca 1914 r. Gavriło Princip zamordował następcę austro-węgierskiego tronu Franciszka Ferdynanda i jego żonę Zofię – głosi napis, także w języku angielskim. Przy tablicy zatrzymują się tylko turyści, by wykonać pamiątkowe fotografie. Zamachowiec podczas aresztowania połknął cyjanek. Trucizna jednak zawiodła. Gawriło Princip, wówczas 19-latek, ze względu na młody wiek nie został skazany na śmierć. Osadzono go wraz z dwoma innymi młodocianymi zamachowcami (cała reszta została skazana na śmierć) w ciężkim więzieniu w Terezinie, gdzie zmarł 28 kwietnia 1918 r. na gruźlicę. Na ścianie swej celi pozostawił napis: Nasze cienie będą chodzić po Wiedniu, latać po pałacu, straszyć panów. Po wojnie uznany został za bohatera narodowego i w 1920 r. jego szczątki przeniesiono do Sarajewa, na cmentarz św. Marka. W Sarajewie nie da się jednak zrozumieć dramatów wojen światowych. Ulicami miasta jeżdżą tramwaje, autobusy i samochody. Chodzą ludzie, czują się bezpiecznie. A przecież nie tak dawno temu miasto spłynęło krwią! W latach 1992-1996 było oblężone, a z gór i wieżowców do zwykłych mieszkańców strzelali snajperzy. To niewiarygodne! Spoglądam wokół, przypominam sobie telewizyjne obrazy z Sarajewa z tych dramatycznych dni… Puste ulice, przebiegający przez nie pochyleni ludzie. Nie wszystkim udało się przeżyć. Słynna „Aleja Snajperów”, to Bulwar Meša Selimović przechodzący bliżej starego miasta w ulicę Zmaja od Bosne, którymi wjeżdżaliśmy do miasta. Szacuje się, że podczas oblężenia w Sarajewie zginęło ok. 10 tys. ludzi, w tym 1500 dzieci, a rannych zostało 56 tys. osób, w tym 15 tys. dzieci. Echo strzałów Principa trwa w Sarajewie do dzisiaj… Politycy Europy i świata jakby niczego przez ostatnie 100 lat nie zrozumieli. Spoglądam z niepokojem nie tylko w stronę Ukrainy, ale i Bośni i Hercegowiny czy Kosowa. Politycy mający gęby pełne frazesów na temat pokoju bez zmrużenia oka są w stanie podpalić lont kolejnych wojen, nie licząc się z ich konsekwencjami…
opublikował: janusz
kwiecień 16, 2014

I znowu świątecznie! Jak ten czas upływa!


A zatem Wielkanoc! Takie życzenia otrzymałem od Majki i Lenki z rodzicami, z Częstochowy. Dziękuję! Ponieważ są piękne przesyłam je do wszystkich Przyjaciół i znajomych. Niech im też czas świąteczny minie w spokoju i radości! Wesołego Alleluja!
opublikował: janusz
luty 12, 2014

I znowu urodziny...


Taki piękny obraz dostałem jako laurkę urodzinową od Majki i Lenki! Te dwie panienki mieszkają pod Jasną Górą. Na tyle daleko od Krakowa, że nie mamy częstego kontaktu. Dlatego mama Dominika krzywo patrzy na Majkę (5 lat), że ta nie ma ochoty zaśpiewać dziadkowi "Sto lat!..." z okazji urodzin przez telefon. Wstydziocha! Mama Dominika odsyła ją do kompanii karnej, w której zakazują oglądać "Dobranocek" w TV. Dziadek reaguje natychmiast, ogłaszając abolicję dla wszystkich wnuczek, która unieważnia wszelkie kary i zakazy oglądania telewizyjnych programów. Mama Dominika musi się poddać, bowiem dziadkowe prawodawstwo ma moc wyższą. A jeśli się nie ugnie, to wie, że przy najbliższej wizycie dziadek przywiezie 155 lizaków i 85 czekolad...
To wielka radość dostać taką laurkę! Ale gdy przy okazji człowiek uświadomi sobie, ile to już za nim wiosen, to uśmiech na twarzy zastyga! Ale nie jest źle, kiedy pamiętają o nim Lenka z Majką! Dzękuję wszystkim za miłe życzenia!
opublikował: janusz
grudzień 25, 2013

Boże Narodzenie 2013 r.



Nadeszło wiele dobrych życzeń od przyjaciół i znajomych, z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz na Nowy 2014 Rok, za które wszystkim serdecznie dziękuję! Najpiękniejsza kartka z życzeniami nadeszła z Częstochowy, gdzie mieszkają dwie piękne i mądre panienki - Maja (już pięciolatka) i Lenka (prawie trzylatka). Aniołki Dominiki i Kuby! Same namalowały tę cudowną kartke świąteczną! Może im trochę mama Dominika pomagała, ale nieznacznie... Z tego co wiem, podobnych, ale różnych, kart świątecznych powstało kilka. Aby tej wyobraźni i fantazji nigdy im nie zabrakło! Za wszystkie życzenia gorąco dziękuję!
opublikował: janusz
listopad 23, 2013

Reflexines post libri lecturam


Wstęp do książki autorstwa prof. Czesława Dźwigaja: Reflexines post libri lecturam

Każda biografia ociera się o zderzenie z anegdotą. Dobrze jest, jeżeli nie zaburza tekstualnej spójności faktów, niesie płynnie czytelnika poprzez stronice opisując minione lata do finału, konkluzji, która w takim przypadku pojawia się zawsze za wcześnie, ponieważ chciałoby się jeszcze coś dowiedzieć, po¬znać jakiś szczegół z życia opowiadającego. Ten wywiad, rozmowa, przeprowadzona i zanotowana przez Pana Janusza M. Palucha z Księdzem Infułatem Jerzym Bryłą przeczytana została przeze mnie tak zwanym jednym haustem. Wnikając w tekst, płynie się rytmem pytań i odpowiedzi, swoistego rodzaju wsłuchaniem, po którym pozostaje wspaniałe wrażenie obcowania z kimś niecodziennym, wyjątkowym, gdzie nastąpiło spotkanie z człowiekiem spełnionym, lub raczej spełniającym się, bo to, czym żyje bohater wywiadu, jest zawsze czasem aktualnym, a czas ten jest najważniejszy, jak go uczono na przełomie lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku w Seminarium Duchownym, to znaczy, teraz, czyli nunc – należy do nas – i musimy tę teraźniejszość jak tylko potrafimy wypełnić. W obecnym czasie, kiedy słowo, obietnica nie ma potwierdzenia w czynie. Kiedy nie mamy odwagi prze¬ciwstawić się obłudzie, kłamstwu i chamstwu. Kiedy nie ceni się wysiłku woli i umysłu, nie ma sprzeciwu łatwej manierze. Kiedy za wszelką cenę usiłuje się być nowoczesnym i trendy, a wszystko to stara się tylko człowieka pomniejszyć i odebrać godność, to moim zdaniem dewiza nunc, która tak aktywnie i z powodzeniem jest stosowana przez Księdza Infułata, trafia w sedno problemów, którymi żyje współczesny człowiek. Interlokutor rozmowy, kapłan instytucja, poruszający się w obszarze pomiędzy Panem Bogiem a ludzkim sercem i umysłem, zadziwia prostotą swoich wypowiedzi i tym, że tak łagodnie jako młody człowiek, w tak trudnej wówczas sytuacji niejednoznaczności społecznych i politycznych, przymusu dokonywania wyborów, wszedł w duchową przestrzeń wiary, potrafił w niej wytrwać i niezachwianie działać dopełniając tę przestrzeń. To wiara, która nie jest tylko aktem intelek¬tu, lecz inną rzeczywistością, która potrafi ogarnąć i wypełnić wszystkie strony życia człowieka tylko wtedy, kiedy jest się w niej zupełnie zanurzonym, potrafi zaradzić wszelkim przeciwnościom. To tylko wówczas jest się w stanie zrozumieć i przebrnąć przez wszystkie absurdy codziennego życia. Ale żeby wejść w tę przestrzeń, trzeba być tam zawezwanym. Czyli Ktoś musi nas tam zaprosić. Powołanie do kapłaństwa Księdza Infułata rozkwitało, jak wspomina, wskutek codziennej katolickiej dyscypliny rodzinnej, być może dla nas ludzi żyjących na początku drugiej dekady XXI wieku wygląda to trochę naiwnie i archaicznie, a nawet jest niezrozumiałe, ale jakież było w tym przypadku skuteczne. Codzienny obowiązek odmawiania pacierza czy też nabyty nawyk obowiązkowego uczestniczenia w mszach i nabożeństwach w parafialnej świątyni, niejednokrotnie traktowany przez dorastającą młodzież z „przymrużeniem oka’’, okazuje się nauką abecadła, które prowadzi do składania wyrazów, z których buduje się całe zdania wyrażające potrzebę miłości i siłę wiary. Świat, który przemierza udzielający wywiadu, jest zawsze świetlisty, pełen nadziei i obecności Boga, który swym blaskiem opromienia jego działania, troski i radości. To poprzez wiarę w dzieło zbawcze Jezusa Chrystusa, codzienne zmaganie z otaczającym nas złem, staje się jego niewyczerpalną siłą. Wyniesione z rodzicielskiego domu, nasycenie perspektywą religijności, przynosi po kilkudziesięciu latach intensywnego kapłańskiego życia wiarę wypełnioną metafizyką dobroci Boga w Trójcy Jedynego. To z codziennej dyscypliny wdrażanej z miłością dziecku wyrastał i dojrzewał owoc ufności okazywany wobec drugiego człowieka spotykanego w codzienności czasu, który jest dany niestrudzonemu Kapłanowi – Kapelanowi wielu rogatych dusz. Stał się przez to człowiekiem ewangelicznego realizmu. Na krakowskim Salwatorze w atmosferze historii, którą tworzą wiekowe mury kościoła i nieustannie słyszalna modlitwa w klasztorze Panien Zwierzynieckich, w salonie, w którym Gospodarz podejmuje swoich licznych gości herbatą pośród wielu dzieł sztuki zebranych na przestrzeni lat, wyróżniają się dwa obrazy autorstwa Wlastimila Hofmana, wybitnego malarza, zaprzyjaźnionego, tak jak wielu wielkich ludzi świata sztuki, nauki i polityki z Księdzem Infułatem. Jeden z tych obrazów ma lokalny kolor w tonacji szarougrowej, przedstawia scenę zaparcia się świętego Piotra. Na stosie ludzkich trupich czaszek stoi piejący dorodny kogut, symbol zmienności. Na drugim planie kompozycji artysta namalował ludową rzeźbę Pana Jezusa frasobliwego, wyciosanego z drewna ręką samo¬uka. Rzeźba ta mówi nam o czasie współczesnym. Znakomicie, realistycznie namalowany portret św. Piotra jest synonimem każdego z nas. „Niewiasto czemu płaczesz?” (J 20,15). To temat drugiego obrazu. Pan Jezus przedstawiony jest w roli ogrodnika, nawiązanie do ewangelicznej sceny po Zmartwychwstaniu, pociesza kobietę, której realistyczny portret i dwudziestowieczny strój, umieszczają całą akcję tematyczną w czasach nam współcze¬snych. Te dwa obrazy, swoistego rodzaju dyptych, znajdują się obok siebie i są tych samych rozmiarów. Ich tematyka i zestawienie są dla mnie przykładem wizualnym syntezy ekspresji ziemskiej drogi opowiedzianej przez człowieka, wypełniającego przestrzeń pomiędzy metafizyką a holistycznym widzeniem świata. Ponieważ nie zawsze refleksja o śmierci, czyli przejściu, toczy się po tym samym torze co refleksja o życiu, to jednak pomimo wszystko cały czas żyjemy w cieniu tej refleksji, co przecież wcale nie oznacza, że mamy być nią zdeterminowani, chociaż żyjemy z nią od urodzenia w tajnym przymierzu. Tematyka tych dwóch obrazów w kontekście łacińskiego słowa nunc przypomina mi dewizę Non quam diu, sed quam bene vixeris, refert (Nieważne jak długo, lecz jak godnie żyć), która w całej swojej adekwatności ma zastosowanie w życiu Czcigodnego Księdza Infułata Jerzego Bryły.

Czesław Dźwigaj
opublikował: janusz
listopad 23, 2013

Było imieninowo!


Imieniny, to miłe święto. Obchodzimy każdego roku. Ale takiego prezentu, takiego tortu, wielkiego ciacha nie dostaje się często. A jeśli już, to nie zawsze jest tak miło zadedykowany. Pan Łukasz Lech, jak zawsze srawił mi prawdziwą niespodziankę! Welkie dzięki Panie Łukaszu! Dziękuję też wszystkim, którzy o tym dniu św. Janusza pamiętali, racząc mnie miłym i dobrym słowem!
Tego dnia wszyscy się uśmiechają do solenizanta, obdarzając go miłymi dla ducha, ale i dla ciała darami. Oczywiście dostałem kilka książek, które wzbogacą moją dość przepastną bibliotkę. Bardzo mnie ucieszyła książka Wiesława Myśliwskiego "Ostatnie rozdanie", zachwyciło ostatnie dzieło, jakie na naszym rynku wydawniczym ukazało się, Umberto Eco "Historia krain i miejsc legendarnych", a już totalnie zniewolił wielki album, tórego autore jest Gianni Guadalupi "Arcydzieła sztuki. Świat Biblii w obrazach". Teraz tylko czasu na pochłonięcie tych lektur trzeba!
Wszystkim, który o mnie pamiętali wielkie dzięki!!!
opublikował: janusz
listopad 4, 2013

Nowa książka o Kresach



Wstęp autorstwa Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm

Polacy na Kresach

Wywiad daje szczególny komfort wysłuchiwania opinii, subiektywnego opisu przebiegu zdarzeń, relacji między ludźmi. Przysłuchiwanie się rozmowie wywołuje poczucie bliskości; spisana i wydrukowana rozmowa daje podobne odczucia. Janusz Paluch, autor Rozmów o Kresach i nie tylko, nową książkę także poświęcił tematyce Kresów i kolejny raz nadał piękny ton swoim wywiadom. Jego interlokutorzy to ludzie pełni pasji i zaangażowania. Czasami wywołują wrażenie, jakby byli odkrywcami nieznanego lądu i jego mieszkańców – bo też dla wielu z nas Kresy są wciąż mało znane. Polska ma swoją szczególną, mityczną krainę miodem i mlekiem płynącą, kwitnące winnicami Podole, krajobrazy wryte w pamięć dzięki pisarzom i historii, która boleśnie i okrutnie doświadczyła te ziemie przemocą, gwałtem i krwią; zmiotła i ludzi, i ich domy. Rozmowy, przeprowadzone przez Janusza Palucha na przestrzeni ostatnich piętnastu lat, publikowane były na łamach kwartalnika „Cracovia Leopolis”. Są zapisem tamtej rzeczywistości. Uaktualnienia zostały zaznaczone w przypisach. Wydaje się, że te rozmowy zaczęto przeprowadzać bardzo późno, ale też wcześniej generalnie nie można było pisać o Kresach. Pierwsza „odwilż kresowa” to rok 1980, kiedy zaczęto mówić, pisać i wydawać. Potem nastał stan wojenny, ale lawina już ruszyła i poszła o wiele łatwiej i szybciej po 1989 roku. Główny nurt, który przewija się w prezentowanych w książce rozmowach, to rozbudzenie fascynacji Kresami – ich przyrodą, ludźmi, kulturą i niezwykłą aurą. I jakże bolesnymi ludzkim historiami, które są wciąż otwartą, niezagojoną raną. Rozmówcy Janusza Palucha mają w sobie ogromną empatię do losów Polaków pozostawionych na wschodnich rubieżach dawnej Rzeczpospolitej. To grupa wrażliwych ludzi o wielkim sercu. Nauczyciele, architekci, pisarze, kolekcjonerzy przenoszą swoje pasje na innych, także na młodzież. Marta Urbańska opowiada o zorganizowaniu inwentaryzacyjnych praktyk studentów architektury Politechniki Krakowskiej na Kresach. Jakże pięknie mówi o Kamieńcu: „To była też moja pierwsza w życiu podróż na Podole. Padłam na kolana. Moja rodzina pochodzi z Podola; od XV w. byliśmy na Rusi, a od XVII w. nasza gałąź rodziny siedziała na Podolu. Tak więc dla mnie była to mityczna kraina. W domu słyszałam głównie opowieści o Podolu. I jak śpiewa, nomen omen, Kuba Sienkiewicz: «Byłem w Rio, byłem w Baio», ale niczego takiego jak ta moja pierwsza podróż na Podole nie przeżyłam ani przedtem, ani potem. I żaden kanion, żadna Arizona, żadne fiordy – to nie to”. Po przeczytaniu krótkiej rozmowy z uczestnikiem obrony Lwowa, jednym z „dzieci Lwowskich”, byłam poruszona prostotą i jednocześnie przesłaniem tego niezwykłego wywiadu. Roman Asler przypomina wydarzenia sprzed osiemdziesięciu laty, gdy jako piętnastolatek brał udział w obronie Lwowa. Mieszkał przy ulicy Polnej, której nazwę zmieniono potem na Lwowskich Dzieci. Leżał w łóżku chory na grypę, kiedy kolega zastukał w okno. Roman je uchylił i usłyszał: Roman, uciekaj ze mną na front. Ukraińcy zajmują Lwów. Trzeba bronić miasta! Mówi, że mieszkał na parterze, więc nie było problemem uciec przez okno. Po trzech dniach donoszenia amunicji, dostał własny karabin i kazano mu strzelać. Nie czuł się dobrze, bo przecież miał grypę, której nie wyleżał. Gdy walczyli na cmentarzu, bał się, i płakał „mamo, mamo...”. Matka, córka powstańca z 1863 roku, czekała. Wrócił do domu, ale w 1920 roku znowu go opuścił, by wziąć udział w wojnie z bolszewikami. Roman Asler opowiada o swoich wyczynach jako naturalnych reakcjach. Nie ma w tej rozmowie wielkich słów. I to ma w sobie wywiad – że przywołując słowa opowiadającego – pokazuje cały jego stosunek do sprawy, w której brał udział. Jakże interesująca mogłaby być cała książka o Romanie Aslerze (który zmarł w 1997). Szkoda, że nie powstał zapis rozmów Krystyny Czajkowskiej (np. z Heleną Makowiecką, o. Rafałem Kiernickim, prof. Mieczysławem Gembarowiczem) i wrażeń, które wrażliwym sercem odbierała w czasie swoich pierwszych wyjazdów do Lwowa (pierwszy raz w 1958 roku, a przecież wtedy tak trudno było wyjechać na Kresy). Pojechała, by przywieźć autografy Aleksandra Fredry, wspierając zamysł profesora Stanisława Pigonia wydającego pisma autora Zemsty. Książka pokazuje wzruszające przykłady woluntariatu. Profesor Zygmunt Kolenda – inicjator akcji charytatywnej na rzecz Polaków we Lwowie i okolicy – przypomniał, kiedy do Lwowa pojechała ekipa krakowskiej telewizji, by nakręcić film. Z całej Polski ruszyła pomoc – hojność i spontaniczność ludzi przekroczyła wyobrażenie. Wolontariusze zaangażowali się całym sercem, kilka osób z komisji charytatywnej obsłużyło siedemset potrzebujących. Wolontariat i akcje charytatywne, jakże szeroko są rozgałęzione w bogatych Stanach Zjednoczonych, gdzie działają rozmaite fundacje wspierające przedsięwzięcia i instytucje kulturalne, stowarzyszenia pomocy nie tylko dla ludzi, ale zwierząt. W polskim społeczeństwie bezinteresowna działalność na rzecz drugiego człowieka znana jest od lat w Kościele, natomiast wielka rola i siła wolontariatu, popularnego w Polsce międzywojennej, jest w obecnej Polsce wciąż mało rozwinięta. Ileż tematów, ileż zaangażowanych ludzi, jaka bogata mozaika rozmówców Janusza Palucha. Krystyna Gąsowska, przedstawicielka Krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” – od kilku lat na emeryturze, mówi o działalności wspierającej Polaków żyjących na Kresach Południowo-Wschodnich; Danuta Nespiak – lwowianka mieszkająca we Wrocławiu – porusza temat braku muzeum czy instytutu kresowego w Polsce; Mariusz Olbromski – do niedawna dyrektor Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej – postawił sobie za cel doprowadzenie do uaktywnienia działalności kulturalnej środowisk polskich na dawnych Kresach; Janusz Smaza dba o konserwację cmentarzy polskich nie tylko na Kresach, ale w całej Europie. Jest w książce rozmowa z Eugeniuszem Tuzow-Lubańskim, mieszkającym w Kijowie, wówczas redaktorem pisma „Dziennik Kijowski”, który ukazuje się w stolicy Ukrainy w języku polskim; ze Zdzisławem Ruszelem, nieżyjącym już, krakowskim kolekcjonerem, organizatorem poświęconych Kresom edukacyjnych wystaw. Jest wywiad z artystą malarzem i działaczem niepodległościowym, Adamem Macedońskim, który w kwietniu 1940 roku wraz z rodziną opuścił okupowane przez sowietów tereny polskich Kresów i udał się do Krakowa, gdzie od 1945 roku działał w organizacjach podziemnych. Pełna anegdot jest rozmowa z artystą malarzem Stefanem Berdakiem mieszkającym na krakowskim Salwatorze, który przywołuje swoje lata lwowskie do 1945 roku. Janusz Paluch rozmawia także z pisarzami, autorami bezcennych książek. Związanych z Kresami jest wielu bohaterów książek Barbary Wachowicz: jak Aleksander Kamiński, który zaczął swą odważną i szlachetną służbę w Humaniu na Ukrainie, jak twórcy polskiego harcerstwa – Olga i Andrzej Małkowscy, którzy mieszkali na Górze św. Jacka we Lwowie, czy także wielcy poeci romantyzmu Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki, jak i bohater narodowy wielu krajów, przywódca Insurekcji 1794 roku, Tadeusz Kościuszko. Jest w książce rozmowa z Ewą Siemaszko, która wraz z ojcem wydała monumentalną książkę Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945; z Karoliną Grodziską, autorką Księgi Cytatów o Lwowie; Stanisławem Grodziskim, autorem książki W Królestwie Galicji i Lodomerii; z Przemysławem Włodkiem, lekarzem, pasjonatem Kresów, autorem przewodników po Lwowie i Wilnie, który przygotowuje książkę poświęconą mieszkańcom i ulicom Lwowa. Niezwykle interesujący jest wywiad z profesorem Stanisławem S. Nicieją, autorem między innymi książki Lwowskie Orlęta. Czyn i legenda, który zapowiada jakże fascynujące tematy swoich przyszłych książek, jak Lwów w kulturze europejskiej. Podkreśla, że napisze także o Ormianach, Żydach i Niemcach, którzy mieli swój udział w kształtowaniu miasta. Planuje też napisać biografię niezwykłej postaci – dramaturga, autora wierszy i wspaniałych piosenek – wielkiego Mariana Hemara. Czytając rozmowy Janusza Palucha, dostrzegam, że teraz Lwów jest miastem odwiedzających je zafascynowanych kulturą i historią ludzi. To oni spłacają dług niepamięci o Polakach i o Polsce, która tam była. Niepamięci wpajanej przez wiele dziesiątek lat przez komunistycznych inżynierów edukacyjnego zapominania o narodowej tożsamości. Wszyscy rozmówcy mogą urzec nas swoim oddaniem, pasją, zapalić podziwem dla swojej bezinteresowności i miłości do szeroko pojętej tematyki Kresów. Mówią o swoim pierwszym wyjeździe, nieraz przypadkowym, który wywołał kolejne. Jakże budujące są przykłady włączenia młodzieży do odzyskiwania pamięci narodowej związanej z Kresami. Bogusław Kołcz przypomniał postać poety i dr. med. Jerzego Masiora związanego z Akademickim Liceum i Gimnazjum im. Króla Bolesława Chrobrego w Nowym Sączu, który przygotowywał starannie z młodzieżą kolejne wyprawy do Lwowa. Stawał przed mapą przedwojennej Polski, objaśniał, pokazywał zdjęcia z cmentarza Obrońców Lwowa, przywoływał swoje wspomnienia z lwowskiego harcerstwa, mówił o pamiątkach polskich na Kresach. Uświadamiał, nauczał i zapalał młodzież, która jechała przygotowana na swoje wędrówki, wracała z własnymi doświadczeniami i własnym emocjonalnym bagażem. Jak mówi Mariusz Graniczka, dyrektor krakowskiego Gimnazjum im. Stanisława Konarskiego przy ulicy Bernardyńskiej, którego młodzież od 2000 roku regularnie wyjeżdża na Kresy: „Kresy tkwią w każdym z nas – świadomie czy podświadomie – jako kraina owiana legendą, znana czy to z przekazów rodzinnych, czy literatury i filmu. W naszej wyobraźni jawią się jako miejsca pełne niesamowitości i tajemniczości – tygiel kultury narodowej. W poprzednich latach były przecież niedostępne. Teraz przyszedł czas, by dla siebie, a przede wszystkim dla młodzieży, odkrywać je od nowa”. Roma Krzemień mówi: „Przecież tam zostało wszystko! Tam jest Polska!”. Jest w książce poruszony niezwykle ważny temat Karty Polaka i powrotów do Polski. Karta Polaka nie załatwia zobowiązań Polski wobec Polaków na Wschodzie, nie tylko zesłańców do Kazachstanu. Karta Polaka brzmi jak substytut, jakiś wykalkulowany twór dzielący Polaków na tych ze Wschodu i z Zachodu. Dlaczego nie daje się poświadczeń obywatelstwa, jak daje się Polakom mieszkającym w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii i innych krajach osiedlenia? Jak mówi Teresa Siedlar-Kołyszko: „Autentycznym Polakom, którzy urodzili się przed wojną, często walczyli w Wojsku Polskim czy w podziemiu o polskość oraz ich dzieciom bezwzględnie należy się polskie obywatelstwo i polskie paszporty”. Przywoływany wyżej profesor Zygmunt Kolenda przypomina, że po 1956 roku przyjechało do Polski ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy Polaków, a nie byliśmy wówczas bogatszym państwem, tymczasem w ostatnich latach w ramach repatriacji wróciło do kraju zaledwie trzy tysiące Polaków. Mówi wprost, że kolejne rządy III Rzeczypospolitej nie zabrały się za ten palący problem konstruktywnie. Melchior Wańkowicz w Szczenięcych latach – jednej z najpiękniejszych książek o życiu i o dworach polskich na Kresach – pisze o matczynych Nowotrzebach nad Niewiażą: „Dom i życie w nim zawarte musiały zniknąć”. Kończy swoją opowieść, przywołując ojcowski dwór w Kalużycach, w powiecie ihumeńskim w guberni mińskiej, bolesnym zawołaniem: „O Wielki Boże! Nie ma Kalużyc”. Anna Bernat, we wstępie do ostatniego wydania książki, napisała, że Szczenięce lata pozostaną „symboliczną opowieścią o losie kresowych domów i dworków. Po większości z nich nie pozostał przecież kamień na kamieniu, tylko w zdziczałych ogrodach można było jeszcze do niedawna dostrzec zarysy fundamentów zdruzgotanych, zniesionych z powierzchni domostw”. Domów nie ma, ale pozostali ludzie. Są to rodziny, nasze polskie rodziny tych, którzy przeżyli krzywdy nie do naprawienia. Żyją ich potomkowie, ale żyją też wciąż starsi ludzie, którzy pamiętają z dzieciństwa te okrutne czasy. Jest ich coraz mniej. Trzeba z nimi rozmawiać, by wszystko, co można, zapisać na „twardy dysk” pamięci narodowej. Polska powinna myśleć o starszych i biednych, i ich wesprzeć. Dla tych, którzy by chcieli wrócić, polskie domy starców i opieki społecznej powinny być otwarte. Polska powinna pamiętać o tych młodych, którzy chcą być i czuć się Polakami na Ukrainie, Białorusi, Litwie czy Kazachstanie, Uzbekistanie, i gdzie jeszcze ich dramatyczne losy rzuciły. Powinniśmy o nich dbać, by byli na tych ziemiach elitą intelektualną, a jeśli chcieliby żyć w Polsce, powinno się im to umożliwić: dać im szansę. Takiej szansy nie mieli ich dziadkowie ani rodzice. Nie zapominajmy o nich. Nie zapominajmy o Polakach na Kresach. To są krewni nas wszystkich, to są nasi, to są Polacy. Mija rok za rokiem i niebawem będziemy mogli zadbać już tylko o mogiły. Zatroszczmy się o młode pokolenia, aby chciały się czuć Polakami, aby wiedziały, że mogą na Polskę liczyć.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

opublikował: janusz
styczeń 19, 2013

Odszedł Profesor legenda


11 stycznia o godz. 16.13 na w mojej poczcie elektronicznej pojawił się list od prof. Marka Eminowicza adresowany do wielu osób, którzy kontaktowali się z nim przez Internet. Profesor pisał:

Przepraszam Wszystkich za brak życzeń zarówno Świątecznych jak i Noworocznych. Długi czas spędziłem w szpitalu, gdzie kilkakrotnie wracałem /w tym Święta i Nowy Rok tam właśnie spędziłem/. Teraz jestem już w domu, ale bardzo, bardzo słaby. Mam problemy z chodzeniem, czytaniem i pisaniem, więc wybaczcie jeśli komuś czasem nie odpowiem.
W nowym roku życzę Wam dużo zdrowia, radości, uśmiechów i spełnienia marzeń.
DOSIEGO ROKU.

Marek Eminowicz

Ulga zagościła w mym sercu, wszak od dawna Profesor chorował i przez długi czas skutecznie dominował chorobę. Ostatnio, choć choroba zdominował go, nie poddawał się i z każdego kryzysu wychodził – wprawdzie osłabiony – zwycięsko. Myślałem, że i tym razem tak będzie… W końcu napisał do nas maila! Następnego dnia, 12. stycznia, w godzinach południowych, odpisałem:

Kochany Profesorze Marku!!!

Dziękuję za miłe noworoczne słowo! Kilka dni temu rozmawiałem o Tobie z Jankiem Zosiakiem, w którego imieniu zasyłam moc serdecznych pozdrowień. On sporadycznie korzysta z internetu, nie używa poczty mailowej. Mam nadzieję, że jak tylko minie niesprzyjająca zimowa aura, poczujesz się lepiej. Życzę zatem dobrego samopoczucia i wytrwałości w zwalczaniu wszelkich dolegliwości!!!

Serdecznie pozdrawiam

Janusz Paluch

13 stycznia, w niedzielę, byłem na opłatku wśród Sybiraków. Było tyle dostojnych osób, tyle ciepłych życzeń. Przemknęła myśl o Profesorze, że powinien tu być, bo ci ludzie są żywą historią… Tego samego dnia Profesor Marek Eminowicz zmarł.

Wszyscy piszą o Marku Eminowiczu jako o legendarnym Profesorze. Legendy zazwyczaj powstają, kiedy ich bohaterów nie ma wśród żywych. W przypadku Profesora Marka, byliśmy świadkami powstawania Jego legendy. Oto młody człowiek, licealista, o ormiańskich korzeniach, który w młodości dotknął działalności konspiracyjnej wymierzonej we władze ówczesnej państwowości polskiej, wylądował z wyrokiem 7-miu lat więzienia. Przetrwał kilka lat obozu w Jaworznie. (zachęcam do przeczytania o konspiracyjnej działalności Marka Eminowicza ps. Grot na stronie ks. Tadeusza Sakowicza Zaleskiego: http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=132&nid=6500). Skończył studia historyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, został pedagogiem w prestiżowym krakowskim Liceum Ogólnokształcącym im. Augusta Witkowskiego w Krakowie. I tam, pracując z młodzieżą, realizując się jako historyk, organizator legendarnych ekspedycji młodzieży po całym świecie, powstawała legenda Profesora Marka Eminowicza!

Miałem zaszczyt poznać go w połowie lat siedemdziesiątych XX w., gdy przygotowywałem się do egzaminów na studia. Przyjeżdżałem do Profesora z bagażem wiadomości historycznych. On je układał, wskazywał związki, uczył podstaw syntetycznego myślenia. I choć miałem wspaniałych nauczycieli historii w swoim liceum – prof. Kazimiera Kud i prof. Władysława Kochowska – to tym trzecim, który na posiadaną wiedzę mnie otworzył i pokazał jak ją wykorzystywać, był wtedy prof. Marek Eminowicz. Byłem pod wrażeniem Jego gabinetu w mieszkaniu przy ul. Filipa. Stara mieszczańska kamienica, wysokie pokoje wypełnione pod sufit książkami. Na ścianach obrazy, jakie do tamtego czasu widziałem tylko w muzeach lub w kościołach, stare sztychy, jakieś zabytkowe przedmioty… I zapach fajkowego tytoniu… Profesor palił fajkę – wtedy nikomu nie przeszkadzało palenie tytoniu w domach, a nauczyciele palili też przy uczniach, a nas – uczniów – nie demoralizowało to. Kiedy już skończyliśmy układać moją wiedzę i uzupełniać ją dodatkowymi informacjami, Profesor rozkładał przede mną kolorowe zagraniczne czasopisma poświęcone historii, historii sztuki, antykowi i opowiadał o swoich podróżach z uczniami – tych, które już odbył i tych, które właśnie planował.

Ponownie spotkaliśmy się po latach. Profesor był już na emeryturze. Realizował wspólnie z Towarzystwem Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich spotkania, podczas których opowiadał wspólnie z przyjaciółmi o swych eskapadach na Kresy. Połączyło nas także Małe Wydawnictwo, którego szefem był Marek Łoś. W tejże oficynie ukazała się książka Profesora „Lubię swoje wady”. Rok później Marek Łoś wydał moją książkę „Rozmowy o Kresach i nie tylko”. Na zamieszczonym wyżej zdjęciu, przy stoliku w Śródmiejskim Ośrodku Kultury w Krakowie siedzą obydwaj. Marek Łoś – z lewej, obok prof. Marek Eminowicz. Uśmiechają się i żartują. Marka nie ma już z nami od lata 2012 roku… W środę 18 lipca 2012 roku, w godzinach południowych zadzwonił do mnie Profesor. Zadziwiłem się i zaniepokoiłem, kiedy zobaczyłem na wyświetlaczu jego numer. „Czyżby Profesorowi coś się stało?” – pomyślałem z niepokojem. Jego stan zdrowia już wtedy był bardzo zły. Uspokoiłem się, kiedy w słuchawce usłyszałem Jego głos. Ale tylko na chwilę. Po krótkim powitaniu zapytał:

– Czy słyszałeś coś o tym, że umarł Marek Łoś?

– Przecież to niemożliwe. Kilka dni temu rozmawialiśmy, żartował, mówił o wyjeździe w góry. To chyba jakieś nieporozumienie… – odpowiedziałem pewny swego.

– A mógłbyś do kogoś ze znajomych zatelefonować? – nalegał.

I zatelefonowałem do pani Marioli. Kiedy usłyszałem jej głos, nie musiałem już pytać, wiedziałem, że stało się coś złego.

– Marek nie żyje odpowiedziała płacząc.

Jesienią spotkałem Profesora – w październiku – w okolicach Poczty Głównej. Nie był skory do rozmowy. Bardzo źle wyglądał. Powiedział tylko, że rzadko wychodzi z domu, by się nie zaziębić, zapowiedział też relację ze swej wakacyjnej wędrówki na Kresy jak tylko lepiej się poczuje. I rozstaliśmy się, ja spiesząc do pracy, on po przesyłkę pocztową… Naszym ostatnim miejscem spotkania był Wawel. 6 listopada otwierano wystawę prezentującą dzieło i żmudny proces restaurowania „Lucas Cranach st. – Chrystus błogosławiący dzieci”. Wszedłem do Sali, w której odbywała się część oficjalna i jakże się ucieszyłem widząc siedzącego na krześle Profesora. Trochę ponarzekał na zdrowie, ale był dobrej myśli, że wszystko się ustabilizuje i wróci do normy. Nie nagadaliśmy się, bo wokół było przecież mnóstwo znajomych Profesora, a poza tym prof. Jan Ostrowski – dyrektor Zbiorów Sztuki na Wawelu rozpoczynał powitania przybyłych gości. Jedno mnie zaniepokoiło, że Prof. Marek Eminowicz był chyba jedyną osobą siedzącą podczas wernisażu… Wawel był miejscem kilku naszych spotkań… Kiedyś szliśmy razem – w lipcu 2010 r. – na uroczystości związane rocznicą bitwy pod Grunwaldem, wówczas na dziedzińcu wawelskim spotkali się prezydenci Litwy – Dalia Grybauskaite – i Polski – Bronisław Komorowski.

Jakże pięknie napisał o Profesorze jego przyjaciel ks. Tadeusz Isakowicz –Zaleski:
„Przedwczoraj w Krakowie zmarł Marek Eminowicz, polski Ormianin, w czasach stalinowskich jeden z najmłodszych więźniów politycznych. Do historii krakowskiej oświaty przeszedł jako charyzmatyczny nauczyciel historii. W duchu patriotycznym potrafił wykształcić całe pokolenia młodych osób. Udało się Mu także zarazić wychowywaną przez siebie młodzież pasją podróżniczą, organizując niezliczone wyprawy zagraniczne. Był prawdziwym nauczycielem z powołania. W ostatnim czasie bolał nad tym, co dzieje się z krakowskimi szkołami. Brak odpowiedniego zrozumienia dla ich sytuacji ze strony włodarzy miasta owocuje sukcesywnym wypadaniem wielu liceów krakowskich z rankingu najlepszych szkół średnich oraz postępującą likwidacją krakowskich gimnazjów i szkół podstawowych. W tych dniach protestują przeciwko temu rodzice, w tym również wychowankowie Marka Eminowicza. Taki stan szkół jest w Krakowie ponurym paradoksem, zważywszy, że jest to miasto bądź co bądź uniwersyteckie, którego prezydentem jest profesor. Szkoda, że osoby pokroju zmarłego nauczyciela historii nie są u władzy w samorządach krakowskim i małopolskim. Wielka szkoda.”

Wielka szkoda. Możemy tylko pocieszać się, iż uczniowie Profesora będą kontynuować Jego patriotyczne przesłanie.

opublikował: janusz
styczeń 10, 2013

Nowy - styczniowy - numer miesięcznika "Kraków"


string(153) "Smarty error: [in evaluated template line 16]: syntax error: unrecognized tag: 7E13025D-9847-402F-9DF1-455A653385C5 (Smarty_Compiler.class.php, line 446)" string(118) "Smarty error: [in evaluated template line 16]: syntax error: unrecognized tag '' (Smarty_Compiler.class.php, line 590)"
Styczniowy numer Miesięcznika "Kraków" już w kioskach! A w nim miedzy innymi:
Prawdziwa historia wystaw "Venus", które przed laty gorszyły prawie wszystkich, bo i rządzącą partię robotniczą, i Kościół. Pisze o tym Jerzy Piekarczyk w tekście "Wystawy pachnące grzechem", który jest fragmentem przygotowywanej do druku sensacyjnej książki dokumentalnej o Krakowie lat 60-tych i 70-tych. "Im w kraju głośniej o wystawie, tym gorzej myślą o niej w Krakowie. Na początku 1972 r. pracownik magistratu powiadamia Klimczaka [szef Krakowskiego Towarzystwa Fotograficznego] o decyzji likwidacji Venus. Prezes chce to mieć na piśmie, ale w magistracie nie siedzą przecież idioci - wystarczy podpisać taką decyzję i będzie śmiech na całą Polskę: Magistrat żąda więc zmiany charakteru wystawy. Niewch sobie gołe baby pokazują w Tarnowie czy Katowicach, ale nie pod Wawelem!" Tekst ilustrowany jest fotografiami z ówczesnych wystaw, do oglądania których ustawiały się kolejki, a ludzie ciągnęli do Krakowa z całej Polski obejrzeć Venus...
O niezwykłej karierze politycznej i zawodowej Władysława Długosza (1864-1937) pisze Piotr Hapanowicz w artykule "Od pomocnika kowala do ministra". Bohater artykułu, Władysław Długosz, jest przykładem niezwykłej kariery politycznej na przełomie XIX-XX w. Zaczy nał jako zwykły niewykwalifikowany robotnik, a zakończył swą karierę jako jeden z najpotężniejszych przemysłowców naftowych w Galicji. W latach 1911-1913 był ministrem dlaGalicji w rządowym gabinecie austriackim. Jego wnukiem był Jan Roman Długosz (1929-1962), tragicznie zmarły alpinista i literat, patron prestiżowej współczesnej nagrody literackiej.
O sześćdziesięcioleciu krakkowskiego Wydawnictwa Literackiego w wywiadzie zatytułowanym "Wybieramy poziom" mówi właścicielka wydawnictwa Vera Michalska-Hoffmann, z którą rozmawia redaktor naczelny miesięcznika "Kraków" Jan Pieszczachowicz, wieloletni zastępca redaktora naczelnego tegoż wydawnictwa Andrzeja Kurza. Tenże napisał tekst wspomnieniowy "O sześćdziesięcioleciu subiektywnie". A skoro mowa o tak poważnym wydawnictwie i tak pięknym jubileuszu, nie mogło zabraknąć "Kalendarium Wydawnictwa Literackiego" przygotowanego przez Jana Pieszczachowicza.
Profesor Adam Bielański, chemik, w 2012 roku ukończył sto lat, ale nadal codziennie przychodzi do pracy w Polskiej Akademii Nauk. O życiu Dostojnego Jubilata w tekście zatytułowanym "Świadek" pisze Elżbieta Dziwisz. "W 1966 roku profesor Bielański został prorektorem UJ ds. nauki. I na tym stanowisku 13 marca 1968 roku spotkał się z historią. Miała ona wtedy na sobie mundury Milicji Obywatelskiej oraz ORMO. Na głowie hełm, w ręku pałkę, wsparcie w postaci miotacza gazu łzawiącego i armatki wodnej. Było to drugie w ponad 600-letniej historii uczelni wkroczenie na teren UJ sił przemocy bezpośredniej. Pierwsi byli tu 6 listopada 1939 roku gestapowcy."
i wiele innych ciekawych tematów.

Zapraszam do lektury!

 


 

opublikował: janusz
grudzień 13, 2012

Nowy - grudniowy - numer miesięcznika "Kraków"


Ukazał się nowy, grudniowy – ostatni w tym roku – numer miesięcznika KRAKÓW. Jak zawsze różnorodność tematyczna prezentowanych tekstów jest ogromna i trudno wskazać te najważniejsze. Niewątpliwym „newsem” są informacje o tegorocznych laureatach Nagrody Miasta Krakowa, wśród których są Małgorzata Olkuska – znana krakowska rzeźbiarka, Mikołaj Grabowski – znany aktor, reżyser i pedagog, wieloletni dyrektor Narodowego Starego Teatru i Leszek Aleksander Moczulski – poeta, jakże pięknie śpiewany przez wiecznie młodych „Skaldów”! Niewątpliwie świątecznym akcentem jest tekst Katarzyny Siwiec – „Betlejem po zwierzyniecku – opowiadający o tradycjach szopkarskich w rodzinie państwa Malików. „Szopki Malików łatwo poznać. Po charakterystycznej gwieździe, którą w Krakowie, zwłaszcza w okolicach Błoń i wzgórza bł. Bronisławy, wszyscy nazywają „zwierzyniecką”, a która tak naprawdę jest gwiazdą betlejemską. U Malików zawsze rzuca się w oczy , bo zajmuje miejsce centralne – nad żłóbkiem, pod środkową „cebulastą” wieżą. Czytając KRAKÓW nie można pominąć wywiadu z prof. dr hab. med. Wojciechem Nowakiem – rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego – zatytułowanym „Nagle medyk został rektorem…” przeprowadzonym przez Lesława Petersa. Wśród wielu zagadnień poruszanych w rozmowie, moją uwagę przykuł passus mówiący o możliwościach rozpoczę CIA pracy przez absolwentów UJ. Zarzucono uczelni, że kształci bezrobotnych. „Zarzut jest totalnym nieporozumieniem. Badania prowadzone przez nasze Biuro Karier wskazują, że ponad 70% absolwentów UJ podejmuje pracę w pierwszym roku po studiach, a ponad 10% kontynuuje studia. Nawet Harvard nie ma takich wyników, jeśli chodzi o zatrudnienie!” Brzmi to bardzo optymistycznie, a w niełatwych przecież czasach często tylko pozytywne myślenie nam pozostaje. I tego należy się trzymać! Jerzy Piekarczyk przypomina lata 60-te i „Wystawy pachnące grzechem”, a właściwie genezę tego, co stworzył Władysław Klimczak w ramach Krakowskiego Towarzystwa Fotograficznego. „Na razie mamy 1964 rok. Na wystawę „Kraków i jego uniwersytet” związaną z 600-leciem Alam Mater, nadsyłane są prace z całego kraju, ale to nie jest temat, który może przyciągnąć publiczność. Na wystawie jubileuszowej w lokalu KTF wiszą zdjęcia zacnej uczelni, nobliwego miasta, ale obok lżejsza tematyka – „Studenci 1964” oraz „Ściana Wernera”. Jerzy Werner, profesor krakowskiej ASP, zajmuje się fotografowaniem aktów. Wydawnictwa odmawiają publikacji kobiecych aktów, propozycję zorganizowania wystawy, która goliznę traktuje jak sztukę, urzędnicy nazywają bezczelnością. Teraz, na ryzyko prezesa KTF, czterdzieści nastrojowych aktów uświetnia uroczystości ku czci Alma Mater. Po obejrzeniu wystawy rektor UJ prof. Mieczysław Klimaszewski mówi do Klimczaka, nawiązując do zdjęć Wernera: „ – Czy to musi być? Pan rozumie, jubileusz, goście zagraniczni mogą być zaskoczeni…” (…) Kiedy wystawę ma wizytować kierownik wydziału kultury Franciszek Kuduk, „Ściana Wernera” zostaje zasłonięta. Lepiej się nie narażać – zdecydował prezes. Kierownik przegląda księgę pamiątkową i nakazuje zniszczyć jedną z kart, gdzie ktoś z wpisujących postawił znak równości pomiędzy PZPR a sprzedajną dziwką, nazwaną zresztą bardziej dosadnie. Niedobrze, brakuje tylko tego, żeby Towarzystwo uznano za teren szerzenia antysocjalistycznej agitacji”. Dzisiaj ta opowieść brzmi satyrycznie, ale w tamtych czasach wielu taki stres przepłaciło zawałem serca… Życząc miłej lektury, zachęcając do prenumeraty miesięcznika KRAKÓW, w imieniu Redakcji wszystkim Państwu, obecnym i przyszłym Czytelnikom naszego pisma, składam serdecznie życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz wszelkiej pomyślności na Nowy 2013 Rok!
Janusz Paluch
opublikował: janusz
listopad 14, 2012

Nowy - listopadowy - numer miesięcznika "Kraków"


Ukazał się nowy, listopadowy numer miesięcznika KRAKÓW.

Wśród wielu interesujących tekstów nie można pominąć opowieści Elżbiety Dziwisz o Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, gdzie „nieopodal głównej bramy (…) siedzi Madonna wyrzeźbiona w ciemnym marmurze. Kiedy pada deszcz, z oczu płyną jej łzy. Pochylona płacze nad ludzkim losem.” ;

Obowiązkowo przeczytać należy rozmowę z Jerzym Millerem – wojewodą małopolskim zatytułowaną „Udowadniam, że wiem, co zrobić w następnym kroku”, którą przeprowadził Kazimierz Targosz. Wojewoda Jerzy Miller stwierdza, że być urzędnikiem w Polsce, to pasjonująca sprawa. A to dlatego, że „Państwo jest przeceż po to, żeby budować to, czego nie jesteśmy w stanie zrobić jako jednostki. Ktoś musi zorganizować system prawny, zadbać o jego skuteczną egzekucję, nasze bezpieczeństwo, pozycję międzynarodową Polski itp. A to wszystko przecież przez ostatnie 20 lat się zmienia. Krótko mówiąc: to jest ciągle żywa materia, która kształtujemy na miarę naszych ambicji, umiejętności, wytrwałości , determinacji. I dlatego dla mnie praca urzędnika jest pasjonująca.”

Uwagę czytelnika przykuje także tekst autorstwa prof. Jacka Majchrowskiego – Prezydenta Miasta Krakowa, wygłoszony z okazji uhonorowania tytułem doktora honoris causa przez Uniwersytet Pedagogiczny im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie.

Nie można też pominąć rozmowy z Grzegorzem Słączem – redaktorem naczelnym miesięcznika „Karnet” zatytułowanej „Żeby było o czym pisać”. Ukazał się właśnie dwusetny numer popularnego krakowski „Karnetu”.

Oprócz tego warto zwrócić uwagę na fotoreportaż „Jerzy Jarocki 1929-2012”, pożegnanie wybitnego reżysera w obiektywie wybitnego krakowskiego fotografika Wojciecha Plewińskiego, który pokazuje fotografie z najważniejszych krakowskich teatralnych kreacji reżyserowanych przez Jerzego Jarockiego; Katarzyna Siwiec wspomina wielką artystkę – Helenę Modrzejewską w 172 rocznicę jej urodzin w tekście „Po dzisiejszemu: celebrytka światowej jasności”, a redaktor naczelny „Krakowa” – Jan Pieszczachowicz pisze o prof. Henryku Markiewiczu, który skończył niedawno 90 lat, Jacek Balcewicz rozmawia Jego Magnificencją Rektorem Akademii Górniczo Hutniczej im. Stanisława Staszica prof. Tadeuszem Słomką, a Elżbieta Wojnarowska z artystą malarzem, pisarzem i krytykiem sztuki, Markiem Sołtysikiem.

ZAPRASZAMY DO LEKTURY!

 

opublikował: janusz
październik 18, 2012

Nowy - październikowy numer miesięcznika Kraków


Uwagę czytelnika zwróci w pierwszej kolejności rozmowa „Chodzi o jakość szkoły” z Anną Okońską-Walkowicz – wiceprezydent miasta Krakowa zajmującą się w samorządzie sprawami oświaty. Pamiętamy gorące debaty, manifestacje w obronie szkół i młodzieżowych domów kultury. Także o tych problemach opowiada w rozmowie z Markiem Lucyniuszem pani wiceprezydent. Zapytana o idealistyczną postawę, odpowiada, że wśród dyrektorów szkół jest bardzo wielu ideowców, ale jakoś nie mieli dotychczas wsparcia. Raczej premiowani byli – bo otrzymywali więcej środków – ci, którzy nauczyli się kombinować. Zrobić małe klasy, mieć dużo etatów… Koledzy ich kochają, bo mają zatrudnienie, wydział oświaty nie ma zastrzeżeń. Natomiast teraz chcemy wypracować takie standardy, które pozwolą docenić ludzi działających na rzecz dobrej edukacji, na rzecz jakości pracy szkoły, ale którzy przy tym dbają również o finanse.

Wśród innych interesujących tekstów wymienić należy szczególnie interesujący reportaż Elżbiety Dziwisz „Film dla bezdomnych”. Ludzie sobie nie zdają sprawy, że dla osób bezdomnych załatwienie czynności fizjologicznych może być problemem, jeden złoty stanowi barierę.- pisze autorka.

Perypetie Krakowa z gmachem opery na przestrzeni minionych lat ukazuje Jerzy Piekarczyk w swym tekście „Dramat z operą”. W 1978 r. prezydent miasta pisze do ministra kultury pytając, kiedy Kraków może się spodziewać rozpoczęcia budowy gmachu opery. W przyszłej pięciolatce – brzmi odpowiedź. Nie ma w tym optymizmu, ale zapowiedź, że „teatr będzie”, jakby zwolniła władze miejskie od zajmowania się tymczasowym statusem opery w Teatrze im. Juliusza Słowackiego.

Uwagę czytelnika zwróci też wywiad „Czuję się bliski swojej generacji”, którego bohaterem jest artysta plastyk prof. Roman Banaszewski, z którym – z okazji 80-lecia urodzin – rozmawia Kazimierz Targosz. Rysowanie jest esencją sztuki – mówi profesor Banaszewski – ale też instrumentem poznawania świata i definiowania go za pomocą czysto intelektualnego, tak naprawdę nieistniejącego w naturze konturu. Ludzie z moich rysunków, podobnie jak z obrazów, to nie są konkretne postaci, są jakby tropem moich myśli, skojarzeń.

 

opublikował: janusz
wrzesień 30, 2012

Jeśli jubileusz, to tylko w Krakowie...


Jeśli jubileusz, to tylko w Krakowie…

Bo gdzieżby szkoła średnia mogła trwać prawie nieprzerwanie przez 120 lat? Tylko w Krakowie. A wszystko zaczęło się w 1892 r., kiedy założono Cesarsko Królewskie Gimnazjum nr VI

28 września 2012 r. byłem w Filharmonii Krakowskiej im. Karola Szymanowskiego. Nie był to jednak koncert, ale właśnie jubileusz jednej ze znamienitszych szkół średnich Krakowa, a dokładniej Podgórza, IV Liceum Ogólnokształcącego im. Tadeusza Kościuszki w Krakowie. To prawdziwy jubileusz – 120 lat! Nie każdy zarządzający tą placówką ma szansę, by za jego kadencji mogła odbyć się tak wspaniała uroczystość. Doprowadziły do niej dwie wspaniałe kobiety, niepowtarzalny tandem dyrektorek, dwóch Elżbiet, pań Elżbiety Szaban i Elżbiety Galos. Oczywiście to także zasługa pana wicedyrektora Henryka Pamuły i całego zespołu nauczycieli. O uczniach nie wspominam, aczkolwiek, gdyby nie oni, szkoła po prostu nie istniałaby. I wiem, że gdybym od urodzenia mieszkał w Krakowie, chciałbym być uczniem tego właśnie liceum.

Od kilku lat wiernie uczestniczę każdego roku w uroczystych inauguracjach roku szkolnego tejże szkoły. A to przez patrona szkoły Tadeusza Kościuszkę i jego admiratorkę panią Barbarę Wachowicz, autorkę znanej książki, poświęconej polskiemu bohaterowi narodowemu, „Nazwę Cię Kościuszko”.

 

Wspaniałemu krakowskiemu IV Liceum Ogólnokształcącemu im. Tadeusza Kościuszki składam gratulacje i życzę kolejnych jubileuszy, ale przede wszystkich wspaniałych uczniów i równie wspaniałych nauczycieli!

opublikował: janusz
sierpień 22, 2012

Nowy - sierpniowy numer miesięcznika Kraków


W miesięczniku znajdziemy m.in. : tekst Wojciecha Machnickiego "Co Kościoły odzyskują-ile stracił Kraków, czyli krajobraz po Komisji Majątkowej",Jerzy Piekarczyk pisze o awanturze sprzed półwiecza -tekst "Kurdesz nad kurdeszami", o losach spadku po twórcy "Wesela", tzw. "Dekrecie dziedzictwa" -tekst Filipa Ratkowskiego, sylwetkę prof. Piaska, kierującego obecnie interdyscyplinarnym Zakładem Geoinżynierii, Geologii i Ochrony Powierzchni Ziemi, przedstawia Lesław Peters. W panelu kulturalnym, m.in. relacja Jacka Balcewicza z XXII Festiwalu Kultury Żydowskiej, wywiad Elżbiety Wojnarowskiej ze Zbigniewem Wodeckim oraz tekst Agnieszki Barańskiej o wirtuozach akordeonu -muzykach Motion Trio. W numerze znajdziemy również piękną fotorelację ze święta Timkat ortodoksyjnego Kościoła etiopskiego autorstwa fotografa-podróżnika Jakuba Śliwy.
Zapraszamy do lektury!
opublikował: janusz
lipiec 30, 2012

Andrzej Radniecki (1943-2012)


Poznaliśmy się u schyłku lat 80. Kiedyś, przypadkowo uczestniczyłem w przygotowaniu pobytu jakiegoś koreańskiego zespołu folklorystycznego. Trzeba było zorganizować dla nich pokaz. Trafili do Centrum Kultury Dworek Białoprądnicki, a tam już pracował – bo nie pamiętam, czy już był dyrektorem Andrzej Radniecki. Wydawał się nieprzystępny, a nawet wyniosły. Dopiero po kilku latach, kiedy losy zbliżyły nas, okazało się, jakim sympatycznym, otwartym i pomocnym potrafi być. I tak już zostało w naszych relacjach do końca. Zawsze mogłem liczyć na Andrzeja, niezależnie czy miał dla mnie dobrą radę, czy słowo krytyki. On nie owijał w bawełnę, coś się nie podobało – mówił wprost. Niezapomniane pozostaną wspólne wyjazdy – Wilno, Sankt Petersburg, Krynica, Zakopane, Polańczyk i co tam jeszcze! Były chwile miłe, ale zdarzały się takie pełne dramatyzmu! Nikt już nie wspomina naszego wyjazdu na konferencję poświęconą kulturze w samorządach do Polańczyka. Mikrobusem Freda Nawratila jechali wtedy prawie wszyscy dyrektorzy gminnych domów i ośrodków kultury z Krakowa. Za kierownicą siedział Fred Nawratil z Nowohuckiego Centrum Kultury (obecnie na emeryturze), a jako pasażerowie Marta Perucka (Dom Kultury „Podgórze”), Andrzej Radniecki (Centrum Kultury „Dworek Białoprądnicki”), Zbyszek Terlecki (Ośrodek Kultury Zespół Pieśni i Tańca „Krakowiacy”), Marysia Knapik (z ówczesnego Wydziału Kultury przy Urzędzie Wojewódzkim) i ja (Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie). Kiedy wyjeżdżaliśmy, nagle zaatakowała zima. Ostry śnieg, który się topił na drodze, natychmiast zamarzał. Lód niemal natychmiast pokrywała warstwa świeżego śniegu. Gołoledź!... W światłach reflektorów nagle pojawił się olbrzymi pies. Samochód go uderzył. Czy wcześniej odruchowo Fred wcisnął hamulec? On sam tego nie pamiętał. Od tego momentu wszystko trwało ułamki sekund, ale dla mnie czas jakby zwolnił… Poślizg na prostym odcinku drogi… Nieudana próba wyprowadzenia samochodu z tego śmiertelnego tańca… W końcu obrót. Już jesteśmy na poboczu – szczęśliwie między słupami. I bokiem wpadamy do rowu – na szczęście przysypanego zaspą śniegu, który amortyzuje uderzenie. Nikt nie krzyczał. Martwa cisza trwała jeszcze jakąś chwilę. Dopiero po chwili zaczęliśmy się wzajem pytać, czy jesteśmy… Ja siedziałem obok Freda, teraz wisiałem na pasie bezpieczeństwa. Gdyby nie ten pas, pewnie leżałbym potłuczony na Fredzie. Inni, siedzący obok siebie, teraz leżeli na sobie… Andrzej w takich sytuacjach zawsze był tym, który potrafi wszystko obrócić w żart i trzymając nerwy na wodzy, bez paniki zapanować w dość nieprzyjemnej sytuacji. Nie zapomnę pamiętnego wyjazdu do Sanki Petersburga. Po drodze zatrzymaliśmy się w Wilnie, w dość dobrym hotelu. Trafiłem z Andrzejem do pokoju, w którym było jedno łoże – małżeńskie. Sytuacja zabawna i być może udałoby się nam coś w recepcji zmienić, ale dość upojna kolacja trwała do 2 nad ranem. A około godziny 3.00 dowiedzieliśmy się w jakim pokoju jesteśmy zakwaterowani. Byliśmy tak zmęczeni, że nawet małżeńskie łoże nam nie przeszkadzało. Pobudka i wyjazd w dalszą drogę był już ok. 5 rano… Równie ciekawe i intensywne zdarzenia towarzyszyły nam podczas petersburskich białych nocy… Jak tu spać, skoro słońce zaszło koło godziny 23., nie zapadły nocne ciemności, a już koło 2. nad ranem obserwowaliśmy piękny wschód słońca. Wszyscy poszli spać, tylko nie Andrzej i ja. Poszliśmy spacerować po mieście, a kolegom zamiast mleka na śniadanie przynieśliśmy butelki zimnego i świeżego piwa… Ile było śmiechu i radości! W tej wyprawie uczestniczyli też Antoni Weyssenhoff – dyrektor Centrum Młodzieży im. dr Henryka Jordana, Irena Jasińska – pracownica Centrum Młodzieży, Wiesław Kolarz – dziennikarz „Gazety Krakowskiej” i poeta, oraz jego żona Olimpia Napolska. Ich też już z nami nie ma. W towarzystwie Andrzeja, wczesną wiosną poznawałem Wilno. Naszym Cicerone był Antek Weyssenhoff. Dzień kończył się jeszcze wcześnie, miasto już było pustawe, ale my musieliśmy iść pod Kaplicę Ostrobramską! My – czyli Andrzej, Zbyszek Terlecki, Marta Perucka oraz Jola Kwiecień – wówczas zastępca dyrektora w Nowohuckim Centrum Kultury oraz ja… Nie mieliśmy żadnego planu. Każdy z nas był w Wilnie pierwszy raz. Stwierdziliśmy, że koniec języka za przewodnika, a poza tym w końcu w Wilnie wszyscy po Polsku mówią! I szliśmy, co jakiś czas dopytując się o Ostrą Bramę. Nikt nie potrafił nam wskazać drogi… Nikt z zapytanych nie znał języka polskiego. Jedna babcia rozmawiała z nami po rosyjsku i skierowała nas do pobliskiej cerkwi. Młodzi ludzie odzywali się tylko po litewsku… Ale doszliśmy do ciemnego, prawie nie oświetlanego wówczas zaułka przy Ostrej Bramie. Kaplica wewnątrz ciemna, okna chyba zasłonięte. Nic nie wskazywało na to, w jakim znajdujemy się miejscu. Cóż przyszło się nam pokręcić obok kaplicy i znaleźć jakieś miejsce, gdzie można wypić kawę, herbatę, bo było nam już zimno. I to Andrzej dostrzegł zaczarowany podworzec z równie tajemniczym wejściem do kawiarni… Byliśmy tam sami. Pomieszczenie oświetlone tylko świecami… Tak dobrze, jak tam i w tamtej chwili, chyba nigdy już w Wilnie nie było. Takich chwil w towarzystwie Andrzeja było wiele. Wszak widywaliśmy się przy różnych okazjach w Krakowie. Spotkania z nim zawsze były interesujące. Czasem rozstawaliśmy się trochę naburmuszeni, bo nie potrafiliśmy się porozumieć. Ile razy byłem na niego zły, bo zostałem skrytykowany, albo obśmiany. Nigdy nie były to spotkania obojętne, zawsze wynosiłem z nich coś dla siebie, co starałem się stosować w pracy i życiu. Ostatnie spotkanie też było ważne, dowiedziałem się o pewnych innowacjach, jakie wprowadził u siebie, a które ja również wdrożyłem. Następne spotkanie miało szansę odbyć się w jego nowym domu, który pomału doprowadzał do ideału… No i już się nie spotkamy.
opublikował: janusz
lipiec 21, 2012

Pogrzeb Marka Łosia


Dzisiaj na cmentarzu w podkrakowskich Wróblowicach odbył się pogrzeb Marka Łosia (1960-2012). Był człowiekiem wielkiego serca. Prowadził Małe Wydawnictwo i to Jemu zawdzięczam wydanie książki "Rozmowy o Kresach i nie tylko". Podczas pogrzebu wypowiedziano o nim tyle pięknych słów. Nie zdawałęm sobie sprawy z tego, że był tak pięknym człowiekiem. Niosącym nie tylko dobre słowo, optymistyczny uśmiech i wiarę w sukces, ale konkretną pomoc. Z księdzem Tadeuszem Isakowiczem Zaleskim łączyły go nie tylko kontakty wydawnicze, ale także zaangażowanie Marka w wielkie dzieło ks. Tadeusza - Radwanowice i pomoc osobom niepełnosprawnym umyslowo i to wielkie spoiwo, jakim jest przyjaźń. Na okoliczność pogrzebu wydano folder zawierający tekst ks. Tadeusza o Marku zatytułowany "Niepoprawny optymista" oraz ostatnie zdjęcie Marka wykonane przez Jana Kasprzyka. Folderowi towarzyszył też wiersz poświęcony Markowi "Będziesz" pióra Bogdana Stanisława Kasprowicza. Wszystkim, którzy go znali będzie bardzo brakowało Marka.






Bogdan Stanisław Kasprowicz

BĘDZIESZ

W steranym słomkowym kapeluszu
w stroju niedbałym
z flaszeczką "łosiówki"
będziesz zawsze krążył
wśród nas...

Gdziekolwiek zbiorą nas
Ania, Kasia,
Mariolka,
ksiądz Tadeusz
będziemy wpatrywali się w cienie
czy gdzie nie przemknie
szerokie rondo Twego kapelusza,
a może w przypływie dobrego humoru
"Łosiowe" poroże...

będziemy wsłuchiwać się
w oddechy sprzętów,
szelest wiatru,
głosy zwierząt i ludzi
czy nie zabrzmi nad uchem
"ale wiesz, no wiesz..."...

Podobno odszedłeś
z uśmiechem na ustach -
więc może jednak
tam dokąd odpływa czas
tam gdzie nieogrnione
niezrozumiałe i niepojęte
jest Raj...

Jeśli - to mimo wszystko Marku
odwiedzaj nas często...
bo to nieprawda
że Ciebie tu nie ma
jesteś
zawsze będziesz...

20 lipca 2012
opublikował: janusz
lipiec 6, 2012

Nowy - lipcowy - numer miesięcznika KRAKÓW


Ukazał się lipcowy numer miesięcznika KRAKÓW! Na stronach miesięcznika znajdziecie Państwo wiele interesujących artykułów i wywiadów dotykających współczesności oraz dziejów naszego zacnego Grodu.

Ireneusz Kasprzysiak w artykule „Pomnik dla Wita Stwosza” opowiada o pobycie Mistrza w Krakowie oraz o jego wkładzie w dziedzictwo kulturowe, co jest według autora wystarczającym przyczynkiem do postawienie Witowi Stwoszowi pomnika w Krakowie. Okazją według autora jest przypadająca w 2013 r. 480. rocznica śmierci artysty, którą śpiesznie należałoby wykorzystać. Ten pośpiech Ireneusz Kasprzysiak uzasadnia tymi słowy: „Nie należy zwlekać. Przy obecnym systemie i stanie edukacji w Polsce, niechęci do wiedzy o dziejach kultury, przy kompletnym pomieszaniu wartości etycznych, estetycznych i ideowych,, za dwadzieścia lat już nikt z młodych ludzi nie będzie wiedział, kto to był Wit Stwosz i jakie miejsce zajmuje w dorobku całej kultury światowej. Dlatego trzeba się spieszyć.”

Wojciech Machnicki pisze w artykule „Samochodem do Tatr” o automobilowym Wyścigu Tatrzańskim, bowiem w 2012 roku przypada 85. rocznica pierwszego rajdu. A wszystko działo się 14 sierpnia 1927 roku na trasie Łysa Polana Morskie Oko. Rajd ze specjalnie przygotowanych trybun obserwowało prawie 2000 widzów, przybyłych na tę imprezę pieszo, dorożkami oraz samochodami (naliczono 350 samochodów!). Już wtedy nie podobało się to ówczesnym ekologom. Dzisiaj taki rajd nie mógłby w tamtym regionie zaistnieć, choć osobiście pokonywałem jeszcze samochodem trasę do parkingu w okolicach Wodogrzmotów Mickiewicza.

Jakub Loginów w artykule „Kraków jaskiniowy” proponuje czytelnikom wyprawę do jaskiń, jakich nie tylko w okolicach Krakowa jest wiele, ale aż 20 znajdziemy w samym Krakowie, w odległości pokonywanej marszem w ciągu 30 minut z centrum miasta. Chociażby Smocza Jama pod Wawelem, Grota Twardowskiego (jej długość 500 m kwalifikuje ją jako piątą pod względem długości w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej). I wszystko byłoby pięknie, ale… „Wycieczka po krakowskich jaskiniach i kawernach z pewnością może być ciekawym i fascynującym przeżyciem. Może, ale nie zawsze jest. Problemem jest bowiem to, że każda z nich jest niemiłosiernie zaśmiecona, w stopniu nieraz budzącym po prostu obrzydzenie.”

Polecamy również rozmowę z satyrykiem Krzysztofem Piaseckim zatytułowaną „Życie w oparach absurdu – czyli kolaż śmiechu i smutku”, jaką przeprowadziła Elżbieta Wojnarowska. Nasz krakowski satyryk udowadnia, że żyjemy w oparach absurdu. „Jak się z tym żyje?” – pyta Wojnarowska. „Można się przyzwyczaić.” Łyżka absurdu trzy razy dziennie? – dopytuje się dziennikarka. A satyryk wydaje receptę: „Co najmniej. Tyle absurdu, łyżkę, jak pani powiedziała, serwują nam media na co dzień i od święta. Ale świetnie to robi na trawienie, więc nie narzekam.”

 

Życzymy miłej lektury!

opublikował: janusz
maj 9, 2012

Nowy numer miesięcznika KRAKÓW


Ukazał się nowy – podwójny – kwietniowo-majowy numer miesięcznika KRAKÓW!

Szczególnie polecamy tekst prof. Andrzeja Romanowskiego, który jest zapisem jego wypowiedzi podczas wręczenia mu Medalu za mądrość obywatelską. Tekst nosi tytuł: „To nie mądrość obywatelska, to powinność”. Profesor Andrzej Romanowski z wielką troską mówi o współczesności, sięgając po antyczne przykłady. Daje dowód, że tak naprawdę nie potrafimy wyciągać wniosków z historii. Powołując się na łaskę miłosierdzia katujemy przeciwnika słowem, traktując go jak śmiertelnego wroga, nie zastanawiając się nad konsekwencjami.

Bardzo ważny wywiad z panią Elżbietą Koterbą zastępcą prezydenta miasta Krakowa ds. rozwoju miasta zatytułowany „Czekamy na nowe perły” przeprowadził Jacek Balcewicz. Rozmowa dotyczy przede wszystkim współczesnej architektury Krakowa, wartych zauważenia osiągnięć współczesnej architektury, choć tych w naszym mieście wciąż niewiele. Pani prezydent anonsuje również budowle powstające, które podziwiać będziemy w najbliższej przyszłości. Czy rzeczywiście będą to budowle, które przetrwają i za lat kilkadziesiąt bez wstydu będzie można się nimi pochwalić jako zabytkami, architektonicznymi osiągnięciami Krakowa XXI w.?

I kolejny tekst, na który należy zwrócić uwagę, to rozmowa z prof. Janem Hartmanem, filozofem i publicystą, zatytułowana „Odsłaniam miejsca wstydliwe” jaką przeprowadził red. Kazimierz Targosz.

Zapraszamy do lektury!

 

Zapraszamy też do Klubu Dziennikarzy „Pod Gruszką” (ul. Szczepańska 1), gdzie 31 maja o godz. 18.00 odbędzie się spotkanie z redakcją miesięcznika poświęcone najnowszemu numerowi.

 

 

opublikował: janusz
kwiecień 29, 2012

Wyprawa ruszyła


Dzisiaj ruszyła kajakowa wyprawa Mateusza i Bartka! Zwodowali kajak w okolicach Oświęcimia, tam gdzie Przemsza wpada do Wisły. Kilka uderzeń wiosłami i poszli!!! Postępy ich wodnej wędrówki wzdłuż Wisły można obserwować na stronie internetowej www.maj2012.splywywisla.pl lub na facebook pod hasłem: Kajakiem po Wiśle. Życzę powodzenia!
Płyną:

Bartek

Lat 28. Rodowity krakowianin. Wychowany w mieście, nigdy nie pływał na kajaku, wędkuje od zeszłego roku. Spływ dla niego był kwestią czasu kwestii czasu spływu Mateusza. Amator wakacji "pod chmurką". Oglądnął wszystkie odcinki "How to Survive by Bear Grylls". Teraz będzie musiał zjeść to co Mateusz ugotuje.

Mateusz

Lat 30. Niepołomiczanin mieszkający w Krakowie. Pomysłodawca spływu. Wychowany nad Wisłą, wędkarz. Pradziadek był kapitanem żeglugi wiślanej. Wszystko składa się tak, że spływ był dla niego tylko kwestią czasu. Zostawił przy garach - przynajmniej tak myśli ;) - żonę z dzieckiem. Najgorsze jest to, że jak się im uda to na tym nie skończy ... jak się nie uda to też.


Na co dzień pracownicy Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie.

opublikował: janusz
kwiecień 13, 2012

Złudne nadzieje


I znowu bardzo nie chciałem iść do teatru. Ale namawiany, wręcz szantażowany, uległem i poszedłem. Przypomina mi się wypowiedź Jerzego Stuhra, który – zapytany o to dlaczego nie widzimy go na scenach teatrów – odpowiedział, że to, co oferuje się w teatrze, to nie jego teatr. Oczywiście, mógłby grać zgodnie z wymaganiami i oczekiwaniami reżyserów, bo jest profesjonalistą, ale dlaczego miałby to robić wbrew sobie? Zbuntował się też Marek Kondrat, który przed kamerą lub na scenie staje tylko w takich przypadkach, kiedy nie może odmówić przyjaciołom. Tak tłumaczył swe pojawienie się w filmie Janusza Majewskiego „Mała matura”…

I tak wylądowałem na widowni Teatru Bagatela im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego – Scena „Na Sarego” (wcale nie przepełnionej, a opowiadają jak to trudno się do teatru krakowskiego dostać!) na spektaklu Hanocha Levina „Sprzedawcy gumek” w reżyserii Agnieszki Korytkowskiej-Mazur. Hanoch Lewin nie jest nam – teatralnej publiczności – obcy. Pamiętamy spektakl „Krum” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego prezentowany w Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejowskiej w marcu 2005 r. oraz „Szyc” w reżyserii Any Nowickiej przedstawiany w Klezmer Hois na krakowskim Kazimierzu przez Teatr Barakah w czerwcu 2010 r. Obsada aktorska spektaklu „Sprzedawcy gumek” wiele obiecywała – Urszula Grabowska, Przemysław Branny i Marcin Kobierski. Wydawało się, że powinno być śmiesznie a i muzycznie, bo „śpiewy” zapowiadano. W opowieści uczestniczą dziwaczne postaci, bo urzędnik ścibiący grosz do grosza na bankowym koncie, ale mający o sobie spore wyobrażenie. Druga postać, to równie młody człowiek wkraczający w dorosłość z majątkiem odziedziczonym po ojcu w postaci 10 tys. prezerwatyw – czyli gumek. A do tego farmaceutka, właścicielka apteki, która sprawia wrażenie seksualnie niezaspokojonej, polująca na klientów, którzy wydają się być majętnymi. Łączy ich jedno – poszukują prawdziwej miłości, ale także i to, że nigdy jej nie znajdują. Dla farmaceutki miłość ma wymiar czeku, którego urzędnik nie potrafi się pozbyć. Świadomość posiadania pełnego konta bankowego dla niego jest ważniejsza niż miłość. Podobnie jest z posiadaczem ogromnej liczby prezerwatyw, których przez lata nie potrafi się pozbyć. Spektakl składa się z dwóch części: pierwsza, kiedy klient (Przemysław Branny) ma 50 tys. funtów na koncie i druga – po 20 latach – kiedy tenże sam klient jest bogatszy o 100 tys. funtów. I w tej drugiej części dotykamy na chwilę sztuki teatralnej, w scenie umierania (ale to z komedią ma niewiele wspólnego!), odchodzenia, przepełnionej lękiem przed tym momentem i panicznym strachem przed tym, co nas tam – za tą granicą, za Styksem – czeka (Marcin Kobierski). Ale poza tym sytuacja się powtarza. No, może nieco więcej seksu – udawanego, bo urzędnik nie do końca jest sprawny. Poza tym scena wieje nudą…

I znowu obiecuję sobie, że nie dam się w najbliższej przyszłości namówić na wizytę w teatrze, bez wyraźnej wskazówki znawców teatru, stwierdzających, iż idzie ku lepszemu…

Janusz M. Paluch

 

opublikował: janusz
kwiecień 1, 2012

Napluli nam do kaszy…


Napluli nam do kaszy…

 

Miało nie być o polityce... To przysparza nieprzyjaciół, wywołuje swary między bliskimi, zacietrzewienie i niemiłą atmosferę nawet w rodzinie. Wszak każdy ma swą rację i za nią da się poszatkować, choćby tej racji nie miał…

Dla pełnej jasności – nie jestem związany z żadną partią polityczną czy stowarzyszeniem o politycznych zabarwieniach. Jestem za normalnością, której już nikt z polityków w Polsce nam nie proponuje.

Co zatem pokusiło mnie, by poświęcać czas na wypowiedź mającą znamiona polityczne?

Oczywiście – wcześniejsze emerytury!

Nie jestem przeciwny podwyższaniu wieku emerytalnego dla mężczyzn.

Jestem stanowczo przeciwny podniesieniu wieku emerytalnego dla kobiet.

Kilka lat temu, u progu prezydentury Bronisława Komorowskiego, chciano wprowadzić przepis zmuszający osoby osiągające wiek emerytalny do przechodzenia na emeryturę. Miało to doprowadzić do takiego stanu, by pracujący emeryt pobierający należną mu – wszak przez lata ciężkiej pracy wypracowaną – emeryturę, „zawiesił” ją, albo zrezygnował z pracy. ZUS wykonał wówczas olbrzymią biurokratyczną pracę, jakże kosztowną, po to, by się i tak nic nie zmieniło, dzięki dobroduszności i wyrozumiałości Prezydenta RP.

Obecnie wmawia się nam, że podniesienie wieku emerytalnego jest jedynym ratunkiem dla systemu ubezpieczeń społecznych. Mówi się nam, że to walka o przyszłość, o emerytury naszych dzieci i wnuków, przyszłych emerytów, którzy teraz mają ok. 30 lat. Ale reforma dotknie już tych, którzy za kilka lat będą mogli przejść na emeryturę. Ludzie przy zdrowych zmysłach o przejściu na emeryturę nie marzą. Trzymają się swej pracy jak tonący brzytwy, bo wiedzą o tym, że życie emeryta w Polsce to egzystencja. Na emerytury odchodzą ci, którzy nie mogą już pracować, a najczęściej osoby zmuszane przez pracodawców do przejścia na emerytury. Motywacje: oszczędność pracodawcy, ale i zwolnienie miejsca dla młodego człowieka czekającego na bezrobociu na pracę – to też oszczędność dla pracodawcy, wszak młody pracownik nie dostanie gaży w wysokości jak jego starszy poprzednik… Poza tym bezrobocie raczej wzrasta, nie widać nowych miejsc pracy, zatem wniosek prosty, że pracy jest mniej niż chętnych… Ten problem nie jest mi obcy, zarówno jako pracodawcy, ale i z drugiej strony, bowiem moje córki też poszukiwały pracy… O cóż zatem chodzi? Tylko o to, by zaoszczędzić konkretne pieniądze nie bacząc na konsekwencje społeczne.

Ktoś napluł mi do kaszy, której już nie zjem…

Jaką gwarancję dostaną pracownicy, że nie zostaną wyrzuceni z pracy na 2-3 lata przed emeryturą, bo po prostu nie będą sprawni, nie będą w stanie pracować wydajnie? Tzw. okres ochronny zostanie wydłużony do 5-6 lat? Czy pracodawcę z sektora prywatnego jakikolwiek okres ochronny interesuje, ba – obowiązuje? Czy propozycja 50% emerytury – tej nieco wcześniejszej emerytury – dla wypracowanego człowieka jest etyczna? Jak się to ma do idei obywatelskiego społeczeństwa, do idei społecznej (czytaj: obywatelskiej) sprawiedliwości?

Z zażenowaniem słucham wypowiedzi sejmowych. Ale tego, co powiedział w tej sprawie premier RP już nie zdzierżyłem. Czy premier RP ma prawo ubliżać komukolwiek w swych wypowiedziach? Czy premier RP może uważać społeczeństwo za bandę głupców i nierobów? Tak uważano i traktowano nas za czasów komuny, kiedy to bandy wyrostków i nieodpowiedzialnych społecznie elementów, wywrotowców przeszkadzały rządzącym. Ale wtedy nie mieliśmy wolności i mieliśmy „dyktaturę proletariatu”, dzisiaj mówi się, że mamy demokrację oraz wolność. Jeśli tak, to chciałbym się w tej ważnej sprawie wypowiedzieć w referendum, którego domaga się ponad 2 mln ludzi! Sejm swym postanowieniem uniemożliwił nam to. Sejm wybrany w demokratycznych wyborach, to prawda. Jednak ten sejm nie uwzględnił dodatkowego stanowczego żądania społeczeństwa. A zatem mamy demokrację, czy tylko mówi się, że ją mamy?

I na zakończenie. Porównuje się wiek emerytów w różnych krajach. Dlaczego nikt nie mówi o tym, jakie warunki pracy tamte kraje stwarzały i stwarzają dla pracowników, jakie warunki stworzyły dla emerytów?! O wysokości emerytur nie wspominam, bo pan premier lub jakiś jego urzędnik nawymyśla mi od populistów i każe mi się stukać w głowę…

opublikował: janusz
marzec 28, 2012

Nowy, trzeci, numer miesięcznika KRAKÓW


Ukazał się kolejny, trzeci, numer miesięcznika KRAKÓW!

Na okładce fotografia Andrzeja Nowakowskiego przestawiająca fragment Ołtarza Mariackiego, dzieła Wita Stwosza.

To wprowadzenie do alarmującego tekstu Jerzego Piekarczyka „Doskonałość nadgryzana przez czas”. „Sprzątające kościół Mariacki siostry zgarniają na szufle odpadające kawałki rzeźb, pojawił się grzyb…” Autor alarmuje – Ołtarz Mariacki się sypie, wymaga interwencji konserwatorskiej.

Temu artykułowi poświęcone będzie spotkanie z autorem tekstu i redakcją miesięcznika „KRAKÓW” 17 kwietnia o godz. 18.00 w Klubie Dziennikarzy „Pod Gruszką”.

Przeczytamy też wywiad Kazimierza Targosza z tegorocznym laureatem Nagrody Miesięcznika KRAKÓW „Za mądrość obywatelską” prof. Andrzejem Romanowskim oraz rozmowę Elżbiety Wojnarowskiej z poetą Ernestem Bryllem, a redaktor naczelny KRAKOWA, Jan Pieszczachowicz, we wspomnieniowym tekście informuje czytelników – „Byłem szefem Szymborskiej”. O poetce pisze także prof. Bolesław Faron „Wisławy Szymborskiej droga do Nobla”, a w „Dzienniku z niedawnej przeszłości” wspomina poetkę Krzysztof Lisowski.

Prof. Halina Kwiatkowska w piątą rocznicę śmierci pisze o swym mężu, krakowskim pisarzu i satyryku, Tadeuszu Kwiatkowskim.

Wacław Krupiński, z okazji urodzin Mistrza Sceny, zamieścił artykuł „Jerzego Treli od A do Z”. To tylko te najbardziej zauważalne podczas wertowania pachnącego drukarską farbą pisma i godne polecenia artykuły. Inne, równie ciekawe i fascynujące, znajdą Państwo w dostarczanym właśnie do kiosków trzecim numerze KRAKOWA.

 

opublikował: janusz
marzec 18, 2012

Boimy się "obciachu"


Gazety, gazety… Kiedyś to były gazety! Sięgało się po nie chętniej. Bez obawy, że zostaniemy zmanipulowani, czy okłamani. Dlaczego? Po prostu, wówczas wszystkie media kłamały i usiłowały manipulować! Wiedzieli o tym redaktorzy i czytelnicy, a nade wszystko cenzorzy. Dzisiaj wszyscy redaktorzy twierdzą, że mówią prawdę, a wymysły o manipulowaniu czytelnikami wyśmiewają. Czytelnicy chcą w to wierzyć, choć coraz bardziej im to nie wychodzi, o czym świadczą statystyki spadającej sprzedaży gazet. Tylko byli cenzorzy śmieją się w kułak, choć tych coraz mniej… Tylko patrzeć, jak w prasie ukaże się nekrolog ostatniego cenzora PRL…

Podobnie jest ze współczesną sztuką. Kiedyś to była sztuka! Matejko, Siemiradzki, Michałowski, ale i Makowski, Kantor czy bliżej Szancenbach, Rodziński oraz Wiśniewski. Wielu można by jeszcze znanych i cenionych twórców wymienić, ale o takich nie pisze się często, nie omawia się ich twórczości. Są „awanturnicy”, oni zwracają na siebie uwagę mediów, a pomagają im „urażeni” donoszący do prokuratury, włóczący się po sądach. „Urażonych” podziwiam, że mają odwagę wypowiedzieć swoje zdanie na temat oglądanych wystaw, czy prezentowanych współczesnych dzieł. Nie podzielam metod – niszczenie, sądzenie się, zamykanie wystaw czy niedopuszczanie do ich prezentacji (to cenzura, ale gdyby nie ten protest, pies z kulawą nogą często nie obejrzałby tego, co „urażeni” oprotestowują).

Patrzymy na domniemane dzieła, obrazy, rzeźby i inne, robimy mądre miny, na siłę wmawiamy sobie ich piękno, oryginalność, niepowtarzalność i mędrkujemy „co autor miał na myśli” tworząc bohomaz czy inną przestrzenną kreaturę nazywaną rzeźbą. I co?... Boimy się „obciachu”, wstydzimy się powiedzieć, że to „cóś” nam się nie podoba. Popatrzą na nas jak na idiotów, ominą z daleka, bo się nie znamy… Przypomina mi się reklama – wernisaż wystawy, stoją i podziwiają przestrzenną instalację złożoną z wieszaka i wiszących na nim płaszczy. Nagle zbliża się para, sięga po płaszcze i wychodzi… To była po prostu bezobsługowa szatnia!

W tym kontekście z dużym zainteresowaniem przeczytałem wywiad z krakowskim artystą malarzem prof. Stanisławem Wiśniewskim zatytułowany „Jak malować dygnitarzy” przeprowadzony przez Pawła Dybicza, a opublikowany na łamach tygodnika „Przegląd”. Artysta wypowiada się tam przede wszystkim o sztuce, choć czasem i o polityce, ale zawsze w kontekście sztuki. Wszak kształcił się w czasach dominacji – wprawdzie jednokierunkowej – polityki nad sztuką, która miała niby pełnić służebną rolę wobec tej drugiej jedynie słusznej… Ale jak to u nas, idea swoją a sztuka swoją wędrowały drogą! I w tym kontekście profesor opowiada o współczesnej sztuce i właściwie braku mądrej reakcji na to, co się proponuje społeczeństwu: „Skończyliśmy z „talentyzmem”. – mówi prof. Wiśniewski – W związku z czym „jest u nas palma w Warszawie, na której przelotne siadają żurawie”. To jest chore, to dowód głupoty. Inaczej tego nie można nazwać. Jeżeli jakiś zapiewajło w czasie koncertu wystawił goły tyłek w stronę siedzącego na widowni premiera, to była demonstracja, a nie żaden występ artystyczny. Gdy Constantin Brâncus¸i wyrzeźbił ogromne jajo i wystawił w Szwecji, gdzie myślą, że żyją na głębokiej prowincji, to też była demonstracja artystyczna. Jeśli ktoś uważa, że to jajo jest dziełem sztuki, jest po prostu głupi. Demonstracja artystyczna może być pożyteczna. Każda demonstracja może być pożyteczna, o czym mogliśmy się przekonać chociażby w sprawie ACTA. Ale demonstrować to znaczy myśleć. A z tym u nas nie jest najlepiej i za dzieło sztuki bierzemy coś, co na to miano absolutnie nie zasługuje.” A przecież z takimi potworami mamy do czynienia niemal każdego dnia! Dajemy sobie wmówić, iż mamy do czynienia z wielkim dziełem. Niektórych współczesnych artystów z ich tak zwanymi dziełami wprowadza się do muzealnego panteonu, do kanonu współczesnej sztuki bez zastanowienia, czy owo dzieło przetrwa weryfikację czasu. Czasem oglądając artystyczne propozycje młodych twórców zastanawiam się dokąd te ich pokrętne drogi zaprowadzą sztukę? Byle nie do tego, że na przestrzeni kilkudziesięciu ostatnich lat nastąpi artystyczna pustka… Nie, nie nastąpi, wszak pozostanie palma na rondzie w Warszawie, na której przysiądą żurawie… One nie „usiadają” już na kolumnie króla Zygmunta III Wazy, o czym pisał wieszcz nasz romantyczny Juliusz Słowacki?

opublikował: janusz
marzec 11, 2012

"Ferdydurke" w krakowskiej PWST


W krakowskiej PWST im. Ludwika Solskiego obejrzałem „Ferdydurke” wg Witolda Gombrowicza, w reżyserii Magdaleny Miklasz. Kilka inscenizacji w przeszłości już oglądałem (najważniejsza inscenizacja to chyba spektakl Teatru TV z 1985 r. w reżyserii Macieja Wojtyszki), do tego był też film w reżyserii Jerzego Skolimowskiego (1991 r.). Tak więc, mało chętnie się decydowałem na obejrzenie kolejnego spektaklu. Nie ukrywam, że od kilku lat swoje wizyty w teatrach traumatycznie przeżywam. Moje oczekiwania rozmijają z propozycjami współczesnych reżyserów, przeto lepiej zrobić unik, niż narażać się przeżycia często z estetyką nie mające wiele wspólnego. Jednak znajomy na FB zachwycał się bardzo tym spektaklem, a skoro ktoś zachęca do obejrzenia wstępującej do zawodu aktorskiego młodzieży (to był spektakl dyplomowy realizowany pod opieką prof. Krzysztofa Globisza!), która w końcu za kilka lat będzie tworzyła teatr polski, stwierdziłem: Trzeba zobaczyć. Namówiłem też Wilhelminę. Myślałem, że wykręci się brakiem czasu i zmęczeniem (od roku pracuje po 8-10 godzin dziennie), a przy okazji i ja stracę motywację – nie udało się… Zasiedliśmy w Sali teatralnej, w której już podczas wchodzenia na salę widzów aktorzy pracowali na scenie. To dobry chwyt, wszak my też jesteśmy aktorami trwającego wokół nas teatru, a to co za chwilę zobaczymy na scenie, trwać będzie, kiedy obdarzając oklaskami aktorów opuścimy teatr…

Chaos na scenie tworzony przez dziwacznie ubranych młodych ludzi trwał nieustannie i z każdą chwilą narastał. Z jednej strony uderzała powtarzalność scen, ale i pojawianie się coraz to nowych. Patrzyłem na aktorów, którzy robili wszystko, by wytworzyć atmosferę obrzydliwości. Świadomość czasów powstawania tego tekstu i jego umieszczenie w realiach współczesnej szkoły, współczesnej młodzieży była dobijająca. – Boże! Jacy oni są brzydcy! Jak takich o charakterystycznej urodzie można było przyjąć do szkoły teatralnej! – mówiłem Wilhelminie do ucha nie wytrzymując naporu brzydoty, bałaganu, hałasu i chaosu! – Nie przesadzaj, nie jest tak źle! – odpowiedziała Wilhelmina czując zapewne wspólnotę „wiekową” z produkującą się na scenie młodzieżą. Wszak i ona czasem tak dziwacznie się ubiera i zmienia wygląd – jak kameleon…

I miała rację, bowiem przyszedł czas na „solówki” sceniczne każdego z młodych ludzi, którzy z minuty na minutę stawali się pięknymi, wspaniałymi, jakże fizycznie sprawnymi (choć to nie cyrk przecie!) – chyba – dość poprawnie wysławiającymi się artystami scenicznymi (nie miałem problemu ze zrozumieniem tekstu, nawet wtedy, gdy zwracał się do widowni nie do końca dobrze znający język polski Japończyk – Hiroaki Musakami).

W spektaklu była milcząca klasa, pojedynek na miny, morały profesorskie (mało przekonujące, wszak jednak profesor winien samym wyglądem przekonywać nas do tej roli, choć z drugiej strony dzisiaj wszyscy pozjadali już wszystkie rozumy i przemądrzalstwo i moralizatorstwo niczym nie podparte szerzy się wokół jak śmiercionośne tsunami), kwestie z parobkiem. I do tego obrazy bałaganiarskiego i chaotycznego świata, pełnego przemocy i nieokiełzanego erotyzmu, wpędzającego co bardziej wrażliwych w alkoholizm, seksoholizm alibo też we wszelakie odmiany narkomaństwa i lekomaństwa, a wszystko na podłożu lenistwa, niechciejstwa i nieróbstwa. Tak jak to w życiu bywa… W tle snuła się jakby zapóźniona w rozwoju postać, zastraszona, zakompleksiona, niezdecydowana, ale wiarygodna w tak wykreowanym obrazie. Jednak ta dziewczyna przykuwała uwagę widzów, a moją na pewno. Choć nie ukrywam, że przewinęła się myśl, iż reżyser tylko tyle był w stanie z niej wykrzesać. Musiał przecież ją na scenę wysłać, boć to spektakl dyplomowy. I w końcu przyszła kolej na tę niezdecydowaną postać, która stając przed publicznością i wypowiadając swą kwestię, jakby z baśniowego Kopciuszka w księżniczkę się przeistaczała – to rola Mai Łukowskiej. I słuchało się jej opowieści z tak wielką przyjemnością, patrząc jak z kokonu dobywa się coraz piękniejszy i coraz bardziej świadomy swego dostojeństwa motyl! I dla tej chwili warto było przyjść na ten spektakl. Koniec i bomba, a kto jeszcze nie widział ten trąba! – powiedział na koniec Hiroaki Musakami. Warto może przypomnieć anegdotę opowiadającą, że wieńczące Ferdydurke zdanie zawdzięczamy służącej Anieli, której Gombrowicz zwierzył się, że nie wie jak zakończyć książkę. Kiedy przeczytał jej fragment, ona miała powiedzieć „Koniec i bomba, kto nie czytał ten trąba”. I tak już zostało!

opublikował: janusz
marzec 4, 2012

SZCZEKOCINY 2012


Od wczoraj nazwa tego miasteczka przez jakiś czas będzie na ustach wszystkich Polaków. Na stałe wejdzie też do historii katastrof kolejowych w Polsce. Zapamięta ją też wielu cudzoziemców. Przede wszystkim ci, którzy tego feralnego dnia, 3 marca 2012 roku, wsiedli do pociągów jadących z Warszawy do Krakowa i z Przemyśla do Warszawy. Te składy jadąc tym samym torem zderzyły się. Rannych zostało prawie 60 osób, 16 ofiar śmiertelnych – w tym jedna osoba z USA. Szukanie przyczyn katastrofy i winnych zajmie prawdopodobnie kilka miesięcy. Zawieść mogła technika lub człowiek. Odpowiedzialni za ruch na tej trasie byli trzeźwi. Jakakolwiek okaże się przyczyna tej dramatycznej katastrofy, jej geneza tkwi głęboko w systemie zarządzania polskim kolejnictwem, które – zawsze niedofinansowane – przez ostatnie dziesięciolecia zostało, poprzez prywatyzację, rozłożone na łopatki. Onegdaj praca w PKP (Polskiej Kolei Państwowej) była służbą podlegającą zupełnie innym rygorom niż obecnie. Gdyby prywatyzacja polepszyła sytuację na kolei, nie byłoby dyskusji, strajków kolejarzy. Pracujący w firmach związanych z koleją twierdzą, że jest znacznie gorzej, niż my – pasażerowie, to dostrzegamy. Problemu wydają się nie dostrzegać decydenci. Czy dramat, do jakiego doszło pod Szczekocinami, który dotknął przede wszystkim pasażerów wpłynie na sposób zarządzania polskim kolejnictwem? Czy, jak zawsze, skończy się na deklaracjach, a degrengolada polskiej kolei nadal będzie się pogłębiała? Do kolejnej katastrofy…? A Szczekociny, trzeba przypomnieć, powinny być znane każdemu Polakowi, ponieważ ucząc się historii musiał słyszeć o bitwie polskich wojsk powstańczych pod wodzą Tadeusza Kościuszki w 1794 r. Tam został ciężko ranny legendarny zdobywca armaty w bitwie pod Racławicami Bartosz Głowacki. Natomiast w latach 1946-1955 w Szczekocinach mieszkał z rodziną i pisał swe książki Paweł Jasienica, znany polski pisarz historyczny. Pominąć nie można też pięknego barokowo-klasycystycznego pałacu Dembińskich będącego architektoniczną perłą.
opublikował: janusz
marzec 3, 2012

Nowy numer miesięcznika Kraków


W kioskach dostępny jest drugi numer miesięcznika KRAKÓW. Szczególnie interesujące są teksty wspomnieniowe o Wisławie Szymborskiej, a także rozważania Jana Widackiego na temat książki prof. Andrzeja Romanowskiego o Tygodniku Powszechnym. Najbardziej interesującym i jednocześnie wzbudzającym niepokój o przyszłość polskiej nauki jest artykuł prof. Jacka Wojciechowskiego omawiający "Różne twarze nauki". Pominąć nie można też rozmów Lesława Petersa z prof. Stanisławem Waltosiem i Elżbiety Wojnarowskiej z prof. Aleksandrem Krawczukiem. O krakowskich latach Krystyny Chiger - "dziewczynki w zielonym sweterku", której wspomnienia stały się podstawą filmu Agnieszki Holland "W ciemności" pisze Jerzy Michalewski. Natomiast prof. Bolesław Faron pisze o wielkiej emigracji z Galicji na kanwie książki Martina Pollacka "Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji".
Pismo kupić można w sieci RUCH S.A., KOLPORTER i GARMOND PRESS.
Zapraszamy do lektury miesięcznika KRAKÓW.
Zachęcamy do prenumeraty pisma, którą zamawiać można drogą internetową pisząc na adres: redakcja@krakow.krakow.pl
lub drogą pocztową pisząc na adres:
Redakcja Miesięcznika "Kraków", Śródmiejski Ośrodek Kultury, ul. Mikołajska 2, 31-027 Kraków
tel: +48 12 222 00 14, +48 661 22 82 82, fax +48 12 431 19 60.
opublikował: janusz
styczeń 30, 2012

Witam na nowej stronie internetowej


Witam na swojej stronie internetowej! Rodziła się długo w bólach, ale w końcu jest. Proszę życzyć mi wytrwałości, by była co jakiś czas uzupełniana a przez to żyła swym wirtualnym nektarem… To, że jest, to zasługa głównie Bartka Szymańskiego, który będzie jej administratorem (zajmuje się tworzeniem i administrowaniem stron http://marklar-net.pl, gorąco wszystkim polecam!) i mojej córki – Kariny, którzy dopingowali mnie do pracy nad jej uruchomieniem. Zapraszam zatem do oglądania fotografii, które z coraz – niestety – mniejszą pasją wykonuję przy różnych okazjach. Tych, którzy mają więcej cierpliwości zapraszam do czytania tekstów artykułów i wywiadów, jakie od czasu do czasu wychodzą spod – nie, nie klawiatury! – pióra. A jeśli ktoś zechce podzielić się swą refleksją, czekam! Wybrane, a może wszystkie będę starał się zamieszczać na tej stronie – chyba, że nadawca wyraźnie nie będzie sobie tego życzył.

Pozdrawiam serdecznie!

opublikował: administrator
Spis aktualności

<< <  Strona 3 z 3

mar 28, 2012

Ukazał się kolejny, trzeci, numer miesięcznika KRAKÓW!

Na okładce fotografia Andrzeja Nowakowskiego przestawiająca fragment Ołtarza Mariackiego, dzieła Wita Stwosza nie zapowiada alarmującego artykułu Jerzego Piekarczyka o nieszczejącym ołtarzu...


opublikował: janusz
mar 18, 2012
Gazety, gazety… Kiedyś to były gazety! Sięgało się po nie chętniej. Bez obawy, że zostaniemy zmanipulowani, czy okłamani. Dlaczego? Po prostu, wówczas wszystkie media kłamały i usiłowały manipulować!
Podobnie jest ze współczesną sztuką.
opublikował: janusz
mar 11, 2012
W krakowskiej PWST im. Ludwika Solskiego obejrzałem „Ferdydurke” wg Witolda Gombrowicza, w reżyserii Magdaleny Miklasz.
opublikował: janusz
mar 4, 2012
Od wczoraj nazwa tego miasteczka przez jakiś czas będzie na ustach wszystkich Polaków. Na stałe wejdzie też do historii katastrof kolejowych w Polsce.
opublikował: janusz
mar 3, 2012
W kioskach dostępny jest drugi numer miesięcznika KRAKÓW.
opublikował: janusz
sty 30, 2012
Witam na swojej stronie internetowej! Rodziła się długo w bólach, ale w końcu jest. Proszę życzyć mi wytrwałości, by była co jakiś czas uzupełniana a przez to żyła swym wirtualnym nektarem…
opublikował: administrator
element-23
powered by:marklar-net.pl(external link)
element-24