element-01
element-02
element-04
element-05
element-06
element-07
element-08
element-09
element-11
element-13
element-15
element-17
element-19
element-21
nawigacja: Strona główna » Teksty
wrzesień 27, 2017

Wołyń – tak było…


Wołyń – tak było…

Z żalem skończyłem czytać książkę Piotra Tymińskiego „Wołyń bez litości”, choć początkowo bardzo się lękałem tej lektury. Sięgałem po nią z obawami, że opisy wszechobecnej zbrodni ludobójstwa, jaka dokonana została na ludności polskiej na Wołyniu, pogrąży mnie w stany depresyjne. Wszak powieści, tak jak filmy, mają to do siebie, jeśli są oczywiście dobrze napisane, a taką jest powieść Piotra Tymińskiego, że „wciągają” nas – czytelników czy też widzów – w tryby swoistego wehikułu czasu. Bo i cóż z tego, że czytam książkę w Krakowie, w realiach wiosny 2017 roku, jeśli ma dusza umyka co chwilę w czas straszny i okrutny wywoływany na stronach książki przez Piotra Tymińskiego. Żyję już kilkadziesiąt lat i przez ten czas sporo naczytałem się i naoglądałem o zbrodniach, jakie w międzyczasie ludzie sobie zgotowali. Wietnam, Kampucza, Afryka, Ameryka Południowa, Afganistan, Iran i Irak, w końcu Bałkany w Europie a obecnie płonący Bliski Wschód i tląca się Ukraina. Te chyba niezliczone miliony ofiar zbrodni wojennych w jakimś sensie powinny uodpornić mnie i wprowadzać w stan obojętności emocjonalnej. Opisy zbrodni dominują w newsach płynących z różnych zakątków świata każdego dnia. To już codzienność. Na mnie te informacje działają odwrotnie, wręcz depresyjnie. I choć urodziłem się kilkanaście lat po dokonaniu przez Ukraińców opanowanych szałem nacjonalizmu rzezi na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, a więc ten czas to dla mnie na szczęście tylko historia, to ludobójstwo wołyńskie zawsze przeraża mnie niemiłosiernie, powoduje wewnętrzne łkanie duszy. Świat wartości wali mi się z trzaskiem na głowę za każdym razem, kiedy czytam taki choćby opis: „w lesie trafili na obnażone zwłoki siedemnastoletniej córki Żarczyńskich. Miała poprzebijane piersi w kilku miejscach, cała była pokłuta i od łona po brzuch rozcięta” – wystarczy... Czy takie bestialstwo mogło być dokonane przez człowieka? – pojawia się natychmiast pytanie. A jednak tak czynili i czynią ludzie. Nic innego przecież nie działo się na Bałkanach w latach 90-tych XX w. między Serbami, Chorwatami i Bośniakami nie tylko na tle narodowościowym, ale i dodatkowo religijnym. Po dzisiejszy dzień straszą tam pustymi, wypalonymi, ostrzelanymi, oczodołami okien domy. Mieszkańcy tych domostw nie żyją, a jeśli mieli trochę szczęścia, udało im się uciec. Nie chcą jednak wracać do zniszczonych domostw, do tych samych sąsiadów…

Autor podjął się trudnej pracy opisania skomplikowanej sytuacji społeczno-politycznej na Wołyniu podczas II wojny światowej, a właściwie już u jej schyłku. Wołyń znajduje się jeszcze pod niemiecką okupacją. Żywioł polski został mocno osłabiony mordami i wywózkami na Syberię w czasach pierwszej sowieckiej okupacji (1940 r.). Przez lata wojny radykalizowały się ukraińskie siły nacjonalistyczne. Apogeum dramatu to lata 1943-44. Oddziały partyzantki ukraińskiej zamiast walczyć z okupantem, Niemcami, skupiają się na mordowaniu bezbronnych Polaków, wciągając – pod karą śmierci – w ten dance macabre zwykłych mieszkańców wsi. Polacy jednak sami się bronią, nawet jak są bezbronni. Organizują samoobronę przed grabieżami i ludobójstwem Ukraińców. Nie idą potulnie na rzeź. Jest też trzecia siła – partyzantka sowiecka walcząca z Niemcami. Rosjanie zachęcają polskich partyzantów do wspólnej walki z Niemcami. Czasem wspierają Polaków w walce z Ukraińcami, ale zachowują się też nieobliczalnie. W pewnym momencie rozbrajają i internują cały polski oddział, przesłuchują dowódców, dopuszczając się także mordów na tle ideologicznym. Zmuszają Polaków do walki pod swą komendą. Zdradą posługują się jak narzędziem do eliminacji ideowych przeciwników. W pełnej krasie rozwinie się ta walka z AK i polskim podziemiem narodowym po 1944 r., po przesunięciu się frontu na zachód. Wypełnią się Polakami obozy i więzienia na ziemiach polskich oswobodzonych spod niemieckiej okupacji, tysiące zginie na miejscu, a na wschód pojadą znowu pociągi wypełnione ludźmi do syberyjskich obozów pracy. Autor opisuje też przypadki, że polskojęzyczni żołnierze niemieccy, korzystając z tego, że żywi trafili do niewoli partyzanckiej, przechodzą na polską stronę. Tamten czas i rejon, to był prawdziwy kocioł!

Na tle tej skomplikowanej sytuacji obserwujemy głównego bohatera powieści, Stanisława Morowskiego, który uszedł z życiem z matni, jakiej dokonał na jego rodzinie oddział złożony z Ukraińców pod dowództwem jego kolegi z wsi, a do tego konkurenta do ręki jego żony. Cudem udaje mu się przeżyć. Traci rodzinę. Jest przekonany, że także świeżo poślubioną żonę, która spodziewa się dziecka. Wojna jest jednak pełna niespodzianek. Autor pokazuje, że zawsze trzeba mieć nadzieję na dobre zakończenie największego dramatu. Dopóki nie ma się pewności, nadzieja zawsze trwa.

Powieść partyzancka Tymińskiego oparta jest –  jak twierdzi autor –na faktach autentycznych. Jestem pełen podziwu dla znajomości terenu, i faktów związanych z tragicznymi losami wsi zamieszkałych przez polską ludność. Tymiński przywrócił pamięci, na stronach swej powieści, dramatyczne losy często przecież zupełnie anonimowych miejscowości, o których może nie usłyszelibyśmy nigdy, gdyby nie wojna i nacjonalizm ukraiński.

Jeśli można mówić o mankamentach książki Tymińskiego, to chyba tylko o tym, że od pierwszych stron, nieprzygotowani, wchodzimy w bieg akcji. Ktoś niezorientowany w zawiłościach naszych dziejów na Kresach, na Wołyniu, może się zagubić. Trwa wojna, krwawa wojna nie na żarty, ale właściwie nie ma wojska. Są partyzanci, ale walczą bardziej między sobą, niż z okupantem niemieckim. Jest to więc książka dla przygotowanego czytelnika. Chyba, że dla takiego czytelnika, któremu wszystko jedno kto z kim, i dlaczego, walczy, a priorytetem w powieści jest sama walka, pokotem kładący się trup – najlepiej przeciwnika – i lejąca się strumieniami krew. No i oczywiście zgrabne sanitariuszki opiekujące się bohaterskimi chłopcami nie kłaniającymi się kulom… Tak się też dzieje na kartach książki Tymińskiego, bo tak się działo na Wołyniu w ten dramatyczny czas.

Główny bohater, który zdążył zaledwie „dotknąć” wojska w 1939 r., nagle przez losy wojny pozbawiony zostaje rodziny, którą wymordowali „sąsiedzi”. Chcąc nie chcąc wpada w wiry walki. Oddziały samoobrony, oddziały Armii Krajowej. Bezwzględna, brutalna walka na śmierć i życie.

Obserwujemy, jak chłopak w krótkim czasie dorośleje, kiedy dotyka go śmierć najbliższych, a śmierć przyjaciół i znajomych, nie tylko towarzyszy walki, staje się codziennością. Ze zdumieniem, ale i zrozumieniem, czytamy jak bez cienia wątpliwości, litości wydaje wyroki na morderców, którzy w chwili zbliżającej się śmierci w jednej chwili z butnego bohatera stają się pomiotem ludzkim, bez honoru, błagającym o litość. Panuje wtedy prosta wojenna logika, której w czasie pokoju nikt nie zrozumie. Jeśli nie zabijesz – zostaniesz zabity. Konstatuję po chwili ze zdumieniem, jak podstępna była walka przez nich prowadzona. Udawali Ukraińców, Niemców, Rosjan, by podstępem wejść do obozu czy wsi, a potem znienacka zaatakować i zniszczyć. Wszyscy tak robili Polacy, Rosjanie i Ukraińcy.

Stanisław podejmuje też najtrudniejszą w życiu decyzję, świadomie biorąc na siebie odpowiedzialność. Kiedy dowiaduje się o planach Ukraińców mających na celu zorganizowanie zgrupowania i dokonania statecznej eksterminacji polskiej ludności, wyprzedza ich atak, wchodzi do ukraińskiej wsi, którą pali i zabija mężczyzn. Kobiety, dzieci i starcy są pod ochroną. W czasie tej akcji okazuje się, że jego żona jednak żyje, więziona przez ukraińskiego kolegę, konkurenta do jej ręki. Uwalnia ją, ale niebezpieczeństwo nie mija. W takim momencie książka się kończy. Autor pozostawia nas z dylematem o słuszności dokonanej zemsty na Ukraińcach. Ta myśl jest tak ciężka, że właściwie mało nas interesuje dalszy los bohaterów książki. Czy przeżyją wojnę? Czy Staszka noszącego pseudonimy „Len” – „Czart”, spotkały szykany sowieckie, a może już polskie? Mógł też zginąć w dalszych walkach, a jeśli przeżył, czy uniknął szykan, jakim byli poddawani członkowie AK?

Kto wie, czy nie szykuje nam się wołyńska partyzancka epopeja pisana piórem Piotra Tymińskiego, jeszcze młodego ale odpowiedzialnego historyka. Temat trudny, ale już na kartach tej książki udowodnił autor, że do przeskoczenia. Materia delikatna, bo łatwo zejść na margines, by odchodząc od prawdy historycznej, jednym się przypodobać, a w drugich zrobić sobie wrogów.

Janusz M. Paluch

Piotr Tymiński, „Wołyń bez litości”, Wydawnictwo Novae Res, Gdynia 2017 r.

Tekst ukazał się na łamach miesięcznika Akant nr 9/2017

opublikował: janusz
wrzesień 6, 2017

Miłość na wieki


Miłość na wieki

Trochę przypadek spowodował, że na moim biurku pojawiła się książka Joanny Stovrag „Chwila na miłość”. Nie ukrywam, że tytuł – prawie jak w obśmiewanej (chyba niesłusznie, skoro czytelnicy sięgają po tego rodzaju literaturę) serii wydawniczej Harlequin – nie zachęcał mnie do lektury. Spojrzałem na tekst na skrzydełkach okładki… Autorka z Krakowa, to już przykuwa moją uwagę, a dodatkowo pisze o Sarajewie! Takiej książki, gdzie Sarajewo jest bohaterem głównym, pominąć nie mogłem… Autorka, studentka filologii słowiańskiej, wyjechała u schyłku lat 80. XX w. na studia jeszcze do Jugosławii i zakochała się w Sarajewie – sensu stricto ale i sensu largo… Zawrócił jej w głowie piękny Sejo! Nie dziwię się, bo Sarajewo to miasto z duszą, jak nasz Kraków, z którym chciałoby się na dobre i złe… A o pięknie czarujących wschodnią urodą kobiet pisał nie będę, bo co moje Krakowianki na to powiedzą?!

Miłość Joanny Stovrag to nie tylko zauroczenie egzotyką Sarajewa, które poznała jeszcze przed dramatem tego miasta, ale nade wszystko uczucie do przystojnego, zielonookiego, miłego i opiekuńczego Seja, studenta filologii słowiańskiej na uniwersytecie sarajewskim. Jako mieszkaniec Sarajewa w czasie wojny w Bośni i Hercegowinie, stanął w 1992 r. – nolens volens – pod bronią w obronie swego oblężonego miasta i jego mieszkańców. A przedtem, będąc studentem unikał służby wojskowej, wykorzystując wszelkie możliwości znajomości, by reklamować się od wojska. Tak przynajmniej opowiada autorka w swej książce.

Właściwie przypadek spowodował też, że znalazłem się w Sarajewie w 2013 r., podążając nad wybrzeże Adriatyku w Czarnogórze. Dojechaliśmy do urokliwego pensjonatu, położonego w górach wieczorową porą. Do Sarajewa było jeszcze ze 20 km. Zdecydowaliśmy się na zwiedzanie miasta po śniadaniu. Sarajewo źle mi się kojarzyło. Tam zamordowano w zamachu arcyksięcia Ferdynanda z żoną, co dało początek I wojnie światowej. Po drugie – gehenna, dramat miasta w latach 90-tych XX w., który chyba wszyscy przeżywaliśmy, czując absolutną bezradność. Kiedy Europa jednoczyła się, tam trwała bratobójcza wojna, kilkunastomiesięczne oblężenie, głód, aleja snajperów, tysiące ofiar... Józef Brodski w wierszu „Piosenka o Bośni” napisał o tym dramacie – W chwili, gdy strzepujesz pyłek / jesz posiłek, sadzasz tyłek / na kanapie, łykasz wino – / ludzie giną… Czy takie miasto, zapalnik wojen światowych może czymś zachwycić?

Zachwyciło! I to bardzo… Wracając do kraju zatrzymaliśmy się na nocleg w samym centrum Sarajewa. Automobil trafił do podziemnego garażu, który kilka lat wcześniej musiał być schronem.

Czytając, bardzo osobistą, książkę Joanny Stovrag czułem się tak, jakbym to z nią wędrował znanymi mi uliczkami Baščaršiji, siedział na schodach katedry rzymskokatolickiej pw. Serca Jezusowego (zamkniętej na cztery spusty, kiedy tam byłem), spoglądał z ulicy na pobliski meczet – Gazi Husrev begova dżamija – wypełniony tłumnie wiernymi, spijał aromatyczną kawę, zagryzając bakławą, a potem schładzał się sarajewskim piwem w promieniach zachodzącego słońca.

Książka Joanny Stovrag ma jednak znacznie szerszy wymiar, niż zapowiada jej tytuł. To nie tylko opowieść o wielkiej miłości, którą chciałby przeżyć pewnie każdy czytelnik, czy wspomnienia z organizacji wyjazdów do oblężonego, pochłoniętego przez wojnę, Sarajewa. „Chwila na miłość” jest swoistym signum temporis dla nas, mieszkańców środkowej Europy, którzy po 1945 r. – nie licząc wewnętrznych wstrząsów w krajach dawnego „bloku wschodniego”, żyli sobie jak u „Pana Boga za piecem”. Uśpiona czujność wygodnego konsumpcyjnego społeczeństwa, nieodpowiedzialna polityka tworzona przez amatorskich politykierów, mogą nas w przyszłości dużo kosztować. Tę cenę znają już narody byłej Jugosławii, które zostały wystawione na próbę ognia przez politycznych hochsztaplerów.

Swoją cenę zapłaciła też autorka książki, która po wielu trudach wyjechała do wojennego Sarajewa. Tamże, w wojennych warunkach, 21 lutego 1995 r., wzięła ślub ze swym zielonookim Sejem. Z przerażeniem patrzyła na zniszczone miasto, doszczętnie zniszczoną Vijećnicę – sarajewską Bibliotekę Narodową i Uniwersytecką, w której tyle czasu spędziła przygotowując pracę magisterską, zamieniony na koszary akademik. Spotykała też znajomych sprzed lat, których wojna diametralnie zmieniła. Nie było w nich już żywiołowości ani radości. Niektórzy popadli w depresję, inni zdziwaczeli. Wielu zaginęło, przepadło bez wieści, wielu uciekało za granicę, bo nie byli w stanie żyć w mieście, w którym co chwilę śmierć zaglądała im w oczy. Czas minął szybko. Musiała wrócić do kraju, pozostawiając męża w oblężonym mieście, mając świadomość, iż każdy dzień, każda godzina, mogą być dla niego ostatnią. Ceną, którą zapłaciła autorka książki była głęboka depresja pochłaniająca ją powoli po powrocie z Sarajewa do Polski.

Na kartach jej książki spotykamy znanego reportera wojennego TVP Waldemara Milewicza, który nakręcił dokumentalny film o parze bośniacko-polskiej. To z jego ekipą autorka książki dociera do wojennego Sarajewa po raz drugi, zimą 1996 r. (Waldemar Milewicz zginął w zamachu w Iraku w 2004 r.). Ten okres, to już końcówka dramatu Sarajewa niszczonego wojną. To czas, kiedy Sejo został zdemobilizowany i mógł przystąpić do końcowych egzaminów na przerwanych studiach (w 1992 r. wiosną miał zdać ostatnie egzaminy i na wakacje przyjechać do Polski – zatrzymało go oblężenie Sarajewa). W końcu mógł też podjąć starania o paszport, by móc wyjechać z rodzinnego miasta. Na stałe do Polski.

Joanna Stovrag napisała swą książkę uczuciami, które pozbawiają – także czytelnika – dystansu do opisywanych wydarzeń. A takowy, czy to w reportażu, publicystyce a nawet wspomnieniach, jest niezbędny. Pisząc, musimy stworzyć choćby jego pozory, by potrafić trzeźwo i w miarę obiektywnie oceniać i interpretować prezentowane fakty. Autor staje się wówczas bardziej przekonujący. Rozumiem jednak, że w przypadku książki Joanny Stovrag takiej możliwości po prostu nie było.

Sarajewo zostało odbudowane i odświeżone, ale zawsze będzie skażone wojną. I na wieść o tym, że tam coś niedobrego się dzieje – a przecież konflikt etniczny, ale i religijny (czyli ideologiczny) w tamtym rejonie nie został rozwiązany do końca – zawsze pomyślimy o Sarajewie, jak o zapalniku wojennym w świecie.

Najważniejsze jednak, że dla Joanny i Seja wszystko skończyło się – jak w dobrym romansie – happy endem, a życie nie zawsze jest przecież łaskawe…

Janusz M. Paluch

_____

Joanna Stovrag, Chwila na miłość, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2017

(Tekst ukazał się w miesięczniku Kraków, nr 9/2017)

opublikował: janusz
styczeń 27, 2017

Wot romanticzka!...


Wot romanticzka!...

Połowinka nie jest zwykłą książką. Autorka pisała ją emocjami przeplatającymi się z uczuciami do ojca. Jeśli spodziewacie się, że będzie to tylko relacja z nieziemskiej eskapady rowerami na Ural, to się mylicie. Książka Agnieszki Martinki jest wielką lekcją patriotyzmu i historii Polaków, tak boleśnie doświadczonych przez II wojnę światową i jej skutki. Ta książka to hołd złożony ojcu autorki, Zdzisławowi Martince (1927-2007), znanemu lekarzowi z Tomaszowa Lubelskiego, który jako 12-letni chłopak rozpoczął jesienią 1939 r. swą wielką wyprawę, z mapą wyrwaną z atlasu geograficznego. Uciekł z domu i kierował się do Francji, bo chciał dostać się do armii polskiej gen. Władysława Sikorskiego. Wtedy trafił do sowieckiego więzienia w Samborze, a po wojnie, jako partyzant AK, wywieziony został na Ural, do Połowinki, kopalni węgla kamiennego nr 4. Agnieszka pojechała na rowerze jego śladami. Zdążyła pokazać ojcu fotografie z wyprawy, opowiedzieć mu przygody... Nie zdążyła napisać z nim – wspólnie – książki, a taki był plan. Czy rzeczywiście ten plan się nie powiódł? Przekonacie się sami, sięgając po książkę, do czego gorąco zachęcam.

Relacja Agnieszki Martinki zawarta na stronach książki Połowinka, jest wielowymiarowa. Współczesna opowieść o wyprawie na Ural, okraszona jest retrospektywnymi opowieściami z jednej strony autorki, z drugiej zaś oddaje głos swemu nieżyjącemu już od kilku lat ojcu. Opowiada autorka o kilkunastoletnim harcerzu druhu Zdzisiu, który nie zdając sobie sprawy z realiów politycznych i rygorów wojennych, w jakich znalazła się Polska, postanawia śladami swego starszego sąsiada, przedrzeć się przez zieloną granicę na Węgry, gdzie – jak słyszał – rekrutowali do wojska polskiego we Francji. Młodemu chłopakowi udało się przepłynąć wpław przez San, odejść nawet od biegnącej na linii Sanu granicy między Generalną Gubernią a Związkiem Radzieckim, ale zatrzymany został przez pograniczników sowieckich i trafił, najpierw do aresztu w Lesku, a potem do więzienia w Samborze jako szpion. Zdradziło go przemoczone ubranie, które starał się trzymać bezskutecznie ponad głową, pokonując rwący nurt Sanu. To, że po kilku tygodniach został wypuszczony z więzienia zawdzięczał chyba tylko swemu wiekowi. Miał też szczęście, że we Lwowie, do którego udał się wprost z Sambora, mieszkało jego wujostwo, u których znalazł schronienie. Po jakimś czasie podjął naukę w Żółkwi, a kiedy Niemcy rozpoczęli wojnę ze Związkiem Radzieckim, niemal równocześnie z hitlerowskimi okupantami znalazł się we Lwowie i stał się przypadkowym świadkiem opróżniania z ciał pomordowanych przez Rosjan więźniów w słynnych Brygidkach. Także tą drogę nieugiętego harcerza przemierzyła autorka, oczywiście na rowerze w 2013 r., już po podróży do uralskiej Połowinki. Z drugiej strony oddała głos swemu ojcu, i to na trzech płaszczyznach. Kilka dni po jego śmierci, znalazła plik zapisanych kartek, na których dokonał – kto wie, czy nie z myślą o wspólnej z córką książce – swoistego rachunku sumienia w roku swych 80-tych urodzin. Drugim nurtem, jakże oryginalnych wypowiedzi Zdzisława Martinki, jest nagrana z nim rozmowa przez red. Wojciecha Dziedzica. Jest to żywy dokument, który nie został poddany obróbce redaktorskiej. Rozmowa poświęcona jest życiu Zdzisława Martinki, począwszy od momentu wybuchu II wojny światowej, aż po czasy współczesne. I w końcu trzeci nurt, to publikacje z miejscowego periodyku „ReWizje Tomaszowskie” ukazującym się w Tomaszowie Lubelskim – rodzinnym mieście pana Martinki. Autorka przytacza tam teksty z cyklu Ja, deportowany, które ukazywały się w latach 1997-1998. Nad tymi nurtami retrospektywnych opowieści nadrzędną jest relacja z podróży rowerami, która zaczęła się w Lublinie i przez Białystok, Wilno, Moskwę do Jekaterynburga – trwała półtora miesiąca! Od sierpnia do września 2006 r. Agnieszka Martinka ze znaną sobie swadą i emocjonalnością opowiada nam o przygodach, ludziach, pogodnych i deszczowych dniach, towarzyszących im przez prawie 5000 km! Czytając, czuję jakby ta opowieść była przeznaczona tylko dla mnie. Jak ona to robi, że czuję smak i zapach pitej kawy, odczuwam duszność, gorąco i strach zaparowanej bani... Moknę w deszczu, odczuwając zimno i wilgoć, czy słyszę niepokojący dźwięk wydawany przez atakujące podróżników szerszenie... Kiedy już zamknąłem ostatnią stronę książki, czując radość, że w końcu ta trudna wyprawa się skończyła sukcesem (gdyby było inaczej, raczej nie czytalibyśmy tej książki...), łapię się za głowę... Przecież autorka nie opowiada tego nam – czytelnikom. Ona relacjonuje swą podróż ojcu, a my tylko podsłuchujemy... Na szczęście z przyzwoleniem Agnieszki!

Książka, której przecież nie mogę streszczać, adresowana jest do bardzo szerokiej rzeszy czytelników. Oczywiście sięgną po nią w pierwszej kolejności miłośnicy dwóch kółek, którzy wędrują po Polsce i świecie na swych rowerach. Ilu jednak byłoby w stanie zdobyć się na tak szaloną wyprawę?! Pikanterii dodaje fakt, iż z terenu Rosji umykali w ostatnich godzinach ważności wizy, a dodatkowo de facto nielegalnie, bo bez wizy, znaleźli się na terenie Białorusi, którą z niemałymi perturbacjami opuszczali w Brześciu. W drugiej kolejności czytać ją będą miłośnicy historii współczesnej. Wszak jest tam zapis poświęcony niezwykle dzielnemu bohaterowi, który nie tylko może być, ale jest wzorcem dla każdego młodego człowieka. Na stronach Połowinki autorka ukazuje, jak kilkunastoletni chłopak kształtował się i doroślał w przyspieszonym tempie, jak kształtowała się jego odpowiedzialność za siebie i rodzinę (do Żółkwi wyjechał dobrowolnie nie tylko do szkoły, ale by nie być ciężarem dla wujostwa), by świadomie wybierać swoje miejsce w najtrudniejszych chwilach dla Ojczyzny (był w końcu czynnym żołnierzem AK, za co trafił do więzienia i na zesłanie). W końcu to ten hart ducha, ta wiara w siebie i konsekwencja doprowadziła go do tego, że potrafił mimo przebytych więzień polskich i katorgi na Uralu, zostać lekarzem, by ratować życie innym ludziom, nie plamiąc się jakąkolwiek uniżonością wobec powojennej rzeczywistości w PRL.

Nie można pominąć albumu fotografii, jakże licznych i interesujących, pomieszczonych przez autorkę w książce. Dokumentują wyprawę na Ural, także tę bieszczadzko-lwowską, a także ukazują archiwalne zdjęcia i dokumenty rodziny Martinków.

To dziwne, ale książkę czyta się z duszą na ramieniu! Na rowerach na Ural!... Przecież to niemożliwe... Uda im się, czy nie uda? Czytając nie czuje się dystansu czasu. Kiedy w Jekaterynburgu dopadają w ostatniej chwili, prawie ruszający pociąg na Zachód, czytelnikowi kamień spada z serca. Choć jeszcze wyskakują podczas dłuższego postoju spojrzeć na Mińsk w towarzystwie znajomego rowerzysty dziennikarza, i pojezd może ich zostawić, a potem perturbacje na granicy w Brześciu... I w końcu udało się! Ale to jest typowe dla Agnieszki Martinki. Kto czytał jej debiutancką książkę „Szybsza niż lew”, opowieść o afrykańskiej podróży rowerem wokół Jeziora Wiktoria, ten wie, że Agnieszka nie da, nie tylko sobie, odpocząć, ale i czytelnika do ostatniej intelektualnej pestki wyssie, wykorzysta...

 

Janusz M. Paluch

 

Agnieszka Martinka, Połowinka. Rowerem na Ural do miejsca zesłania Ojca. Wspomnienia Ojca, wspomnienia córki, Wydawca: Agnieszka Martinka, Lublin 2016

Tekst ukazał się na łamach miesięcznika Akant, nr 1/2017.

opublikował: janusz
październik 20, 2015

Witraż wszystko ci powie…


Witraż wszystko ci powie…

Historia okrutnie obeszła się z Kresami Rzeczypospolitej (zarówno I jak i II) i mieszkającymi tam Polakami. Zło Polakom wyrządzali Rosjanie (tak carscy jak i komunistyczni) ale i Ukraińcy (najboleśniej czujemy dotąd to, co stało się podczas II wojny światowej na Wołyniu). Tego nikt nie może zaprzeczyć. Historia dotkliwie też na tych ziemiach obeszła się z Ukraińcami (Wielki Głód, stalinowskie przesiedlenia). I choć tęsknie spoglądamy w tamtą stronę, gdzie wychowali się nasi dziadkowie i pradziadkowie, a ich ojcowie spoczywają na cmentarzach kresowych miast i wiosek (niezależnie od tego, czy te cmentarze istnieją, czy nie), to zdajemy sobie sprawę z tego, iż czas się nie zatrzymał, a życie nie znosi pustki. Wyrzucono jednych, pojawili się drudzy. Niewielu pozostało tam Polaków, którzy nolens volens włączeni zostali w tworzenie nowej rzeczywistości na Kresach. Karawana zawsze idzie dalej, nie czeka…

O tym okresie, powstawania i trwania w nowej powojennej rzeczywistości we Lwowie, jest książka Żanny Słoniowskiej „Dom z witrażem”. Trafiamy do jakże skomplikowanej, o polskich korzeniach, rodziny lwowskiej, złożonej z samych kobiet. Mężczyźni, jak to u sowietów, albo byli aresztowani i przepadali bez wieści, albo sami porzucali swe wybranki odchodząc w siną dal… Autorka nie opowiada w jaki sposób ta o polskich korzeniach rodzina mieszkająca w Leningradzie znalazła się na terenie Rosji. Przewija się tam marzenie, bodaj prababki – najbardziej czującej polskie korzenie w tej rodzinie – o zamieszkaniu we Lwowie. Kiedy to się udało, a przybywają do wymarzonego miasta w latach 40-tych, „Polska  wyjechała ze Lwowa”, a one dalej zostały w ZSRR. Dlaczego nie pojechały w pogoni za Polską? Może nie były na tyle zdesperowane, wszak marzenie, by we Lwowie zamieszkać się ziściło. A może, przybywając z innej części Związku Radzieckiego, były obywatelkami tego państwa i nie miałyby szans na ekspatriację? Poza tym, we Lwowie pozostało wielu cenionych Polaków, którzy swej polskości nigdy się nie wyparli i pozostali tam, mimo wszelkich trudów społeczno-bytowych, do końca. Ale oni przychodząc na świat we Lwowie, urodzili się w Polsce.

Inaczej jest z matką narratorki, którą poznajemy na pierwszych stronach powieści, w dość dramatycznych okolicznościach. Marianna, solistka lwowskiej opery, jako ukraińska działaczka niepodległościowa, ginie we Lwowie podczas wiecu od zbrodniczej kuli snajpera. Będziemy spotykać ją jednak do końca książki w retrospektywnych opowieściach narratorki. Marianna w ciągu jednego dnia postanowiła używać tylko języka ukraińskiego, co jednoznacznie łączyło się z deklaracją narodowościową. Prababka wtedy zaczęła „częściej mówić o banderowcach. (...) Opowiadała, że wagon, w którym jechała w czterdziestym czwartym do Lwowa, był przez nich ostrzeliwany i że bardzo się ich bała – prawie tak samo jak Niemców.” Najmłodsza bohaterka, narratorka, chyba najbardziej w tej kwestii jest zagubiona. Bywa w katedrze lwowskiej, uczestniczy też pewnie w tajemnych lekcjach religii, przygotowując się do sakramentu pierwszej komunii świętej, ale nie robi to na niej wrażenia. Wyznaje, że dla niej „Bóg, tak jak i Polska, należał do świata, który na długo przed moim urodzeniem uległ kasacji”. Najbardziej jest zapatrzona w witraż kamienicy, w której mieszka, i kochanka swej matki, Mikołaja, artystę malarza, scenografa w lwowskim teatrze. Ta fascynacja kończy się też wielką miłością do niego…

Poruszyła w swej powieści Słoniowska bardzo ważny problem, świadomości narodowej Ukraińców i ich dążeń do uzyskania niepodległości. Dotyczy to także potomków rodzin o korzeniach polskich czy rosyjskich oraz mieszanych. W przypadku Polaków mamy do czynienia z tymi, którzy pozostali we Lwowie i trwali tam przez lata, z pokolenia na pokolenie przy rzymskokatolickiej katedrze, posyłając dzieci do polskich szkół. Dopóki trwał ZSRR, nie mieli wątpliwości – byli i czuli się Polakami. Kiedy pojawiła się niepodległa Ukraina, z jednej strony nagle ujawniło się wielu Polaków, na wysokich stanowiskach. Przestali się bać przyznawać do polskich korzeni. Z drugiej strony, młode pokolenia, pewnie zafascynowane rozpędem młodej państwowości ukraińskiej, nabierały wątpliwości do swej identyfikacji narodowej. Czy wówczas u wielu pojawia się świadomość tzw. „narodowości lwowskiej”? Alternatywą była też świadomość galicyjska… Kiedy schorowana babka Aba powtarzała często: „Jestem Polką z krwi i kości”, a jej oczy zachodziły łzami, wnuczka (narratorka) myślała, „że polskość jest czymś w rodzaju nieuleczalnej choroby, na którą również nie wynaleziono lekarstwa”. Szkoda, że autorka nie zgłębiła tego interesującego acz trudnego problemu dogłębniej, a przesłoniła go miłosnymi i seksualnymi przygodami swych bohaterów, skądinąd bardzo interesującymi, ożywiającymi i uatrakcyjniającymi narrację powieści.

Równie ciekawie, choć mało wyraziście ukazane są wątki polskiej obecności we Lwowie. Budynek Opery autorstwa Zygmunta Gorgolewskiego, pomnik Adama Mickiewicza, katedra rzymskokatolicka, pomnik siedzącego Aleksandra Fredry, który wybył do Wrocławia, czy nagrobki obrońców Lwowa, jakie znaleziono w fundamencie burzonego pomnika Lenina przed budynkiem teatru lwowskiego czy Cmentarz Łyczakowski, na którym chowana jest Marianna, gdzieś za mogiła Marii Konopnickiej i Gabrieli Zapolskiej. Ale jej ciało, jak przystało na męczennicę narodową, owinięte jest niebiesko-żółtą flagą Ukrainy. Czy przeszło jej kiedyś przez myśl, że pochowana zostanie na tym samym cmentarzu co Salomea Kruszelnicka, która była jej ulubioną mistrzynią śpiewu? Ale nie tylko wszechobecna architektura mówiąca o polskości miasta (choć kamienica z witrażem, gdzie mieszkają bohaterki jest „poaustriacka”…) wyłania się ze stron książki. Pojawiają się ludzie, jak znany nieżyjący już Walery Bortiakow – Rosjanin znający kulturę polską lepiej niż niejeden Polak nie tylko ze Lwowa, scenograf związany z Teatrem Polskim we Lwowie. Autorka opisuje zatrzymanie artystów tegoż teatru pod pomnikiem Adama Mickiewicza w 1980 r. Wówczas dyrektor tego teatru zwolniony został z pracy we Lwowie, a polityczna i narodowościowa nagonka przeciw niemu zmusiła go do wyjazdu do Polski. Właśnie wtedy na czele polskiego teatru we Lwowie stanął Bortiakow.  I szkoda, że tak niewiele tych wydarzeń dotyczących lwowskich Polaków jednak znalazło się w powieści Żanny Słoniowskiej, wszak są tam szkoły polskie, organizacje polskie, prasa polska, radio polskie czy kościoły rzymskokatolickie skupiające żyjących tam Polaków, tradycje związane z kulturą polską, które po dzisiaj mają swe odniesienia, a w końcu bezprecedensowa wizyta Polaka, głowy Kościoła rzymskokatolickiego, papieża Jana Pawła II, która zasadniczo zmieniła jakość życia (nie chodzi o stronę materialną) Lwowa. Ale książka nabrałaby wtedy innego wymiaru i zupełnie odmiennego klimatu i jeszcze bardziej zbliżyłaby czytelników do Lwowa i realiów życia jego mieszkańców.

Przez powieść przewija się wciąż sztuka i kultura. Same bohaterki, to niespełnione i spełnione artystki. Prababka była śpiewaczką, jej córka Aba – babka narratorki – chciała studiować malarstwo, ale tylko przez zakazy matki została lekarką. Z kolei Marianna, wbrew zakazom swej rodzicielki, została cenioną śpiewaczką operową, a jej córka – narratorka – podjęła studia we lwowskiej akademii sztuk pięknych. Poznajemy więc budynek opery od podszewki, schodząc nawet w podziemia, gdzie pod miastem płynie skanalizowana Pełtew, czy znanej przy Rynku Czarnej Kamienicy, której właścicielem był Jan III Sobieski. Stajemy się obserwatorami i świadkami obrony przed zniszczeniem najpiękniejszego i być może największego witraża w kamienicy we Lwowie. I znowu, aż prosi się, by tych pięknych miejsc, których przecież nie brakuje we Lwowie znalazło się w powieści więcej, więcej i więcej! Ale stawiając takie wymagania, zapyta ktoś, dlaczego sam pan nie napiszesz, a czepiasz się interesującej powieści…

A wszystkie te zjawiska obserwujemy, jak w kalejdoskopie, przez pryzmat wielobarwnego, trochę zniszczonego witraża, w którym na przestrzeni XIX i XX w. wiele wydarzeń się odbiło. Historia nawet autorkę, w trakcie pisania książki, zaskoczyła i miała wpływ na zmiany, jakich dokonała w swej opowieści (chodzi o sekwencję poświęconą Majdanowi w Kijowie). Narratorka stanęła w obronie witraża, który został zagrożony na skutek działań dewelopera wznoszącego nieopodal kamienicy nowe budynki. Zaproponował, by witraż zdemontować i oddać do muzeum… To tak, jakby pozbawić kogoś wzroku, wypędzić ducha z kamienicy! Nowy XXI w. wydaje się być bardziej bezwzględny, niż lata przez które przeszedł witraż z różnymi, zmieniającymi się, mieszkańcami kamienicy. A przecież trzeba trwać i być, choć przecież tyle się może jeszcze wydarzyć na zakręcie epoki…

Żanna Słoniowska porwała się, może nawet nieświadomie, na wielką rzecz i mam nadzieję, że jej dokona. Mam na myśli lwowską wielopokoleniową epicką opowieść. „Dom z witrażem”, to jej namiastka, szkic do prawdziwego dzieła. Omawiana powieść pokazuje, że Żanna Słoniowska posiada potencjał twórczy. A do tego urodziła się i wychowywała we Lwowie u schyłku XX w., ma więc prawo nie tylko do rzetelnego opisu rzeczywistości, ale i do jej osądu. Trudno przewidzieć, jakie doświadczenia przygotowała nam przyszłość. Przełom wieków, ba tysiącleci, zawsze niósł ze sobą dramatyczne przesilenia dziejowe. Ważne, by witraż we lwowskiej kamienicy nie uległ przez nie zniszczeniu, a spektakl – tak jak ten we lwowskiej operze, kiedy zmarł widz, trwał nadal… Wszak karawana idzie dalej!

Janusz M. Paluch

Żanna Słoniowska, Dom z witrażem, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015

opublikował: janusz
lipiec 14, 2015

W poszukiwaniu cienia


W poszukiwaniu cienia

Paweł Daniel Zalewski napisał bardzo ciekawą, niektórzy dorzucą piękną, ale dla mnie bardzo ważną książkę. Można zaliczyć ją do kanonu lektur, może nawet obowiązkowych, dotyczących Kresów. Znaczenie książki wiążę z faktem, iż odezwał się kolejny autor wywodzący się z polskich rodzin pozbawionych przez „pojałtański ład pokojowy” swej ojczyzny. Przywiązuję do tego tym większą wagę, że Paweł Zalewski to pokolenie lat 50-tych, dla którego miejscem wspomnień, miejscem pamięci jest i będzie Kraków, gdzie się urodził. „Bez pamięci” – tak zatytułował autor swą opowieść – wiedzie nas bowiem do Lwowa, do Tiumeni – gdzie w czasie II wojny światowej trafiali zesłańcy także ze Lwowa, w końcu na manowce Mongolii… Ale po kolei… Autor wywodzi się z rodu słynnego cukiernika Zalewskiego, którego cukiernia – nie tylko ze względu na walory smakowe oferowanych produktów, ale także wzrokowe, ze względu na słynne wystawy cukierni przy ul Akademickiej – zapamiętana została przez całe pokolenia Lwowiaków. Ale nie tylko Lwowiaków, bo i Warszawiaków, bowiem w stolicy Polski Zalewski otworzył oddział swej cukierni. Smaki łakoci od Zalewskiego i obraz często niedostępnych dla wszystkich czekolad, zabrały pokolenia Lwowiaków w pamięci na wielką tułaczkę po świecie… Sielskie życie Zalewskich wypełnione w większości obowiązkami, choć i przyjemności nie brakowało, przerwała wojna – najpierw ta z Niemcami, z 1 września, a jakichkolwiek złudzeń pozbawiła ta zupełnie niespodziewana z Rosjanami z 17 września 1939 r. Właściciel cukierni jako przedstawiciel klasy posiadającej, burżuj, trafił do aresztu. Miał umrzeć i zostać pochowanym na znanym lwowskim Cmentarzu Łyczakowskim. Główny bohater książki – Piotr, tam właśnie szuka grobu dziadka… We Lwowie, na Cmentarzu Łyczakowskim, tak naprawdę zaczyna się dopiero wciągająca czytelnika akcja, którą autor prowadzi nieprawdopodobnymi ścieżkami do ostatniej strony swej opowieści.

W tym miejscu zaczyna się też mój problem z książką. Zapowiada go zresztą swoiste motto – będące też pewnie chwytem marketingowym wydawcy – umieszczone na okładce książki: „Jeśli to prawda, to sporo w niej fikcji, ale jeśli to fikcja, to zbyt wiele w niej prawdy…”. Jakby autor chciał poinformować czytelników, że nie będzie dopowiadał, co jest prawdą, a co literacką fikcją. „Bez pamięci” jest książką do pewnego stopnia noszącą znamiona historycznego reportażu literackiego. Choć narrator ma na imię Piotr, to wiemy, domyślamy się, iż jest to alter ego autora. Trudno jednak będzie się domyśleć, w którym miejscu kończy się reportaż, a zaczyna fabuła literacka. Paweł Zalewski jest bowiem podróżnikiem i wszystkie opisane miejsca w książce – te we Lwowie, na Syberii i w Mongolii odwiedził i rzetelnie opisał. Spotykani tam ludzie oraz związane z nimi wydarzenia, też w większości nie są wymyślone. Tyle tylko, że przyporządkowane opowieści. Podporządkowane fabule. Zatem mamy do czynienia z typową powieścią literacką opartą na rodzinnych wątkach biograficznych rodziny Zalewskich oraz autobiograficznych autora „Bez pamięci”. Potwierdzą to fotografie zamieszczone na końcu książki. Są interesujące, bo prawdziwe. Autor zaczerpnął je z archiwum rodzinnego, a współczesne sam wykonał w czasie swoich wędrówek do Lwowa i podróży po Azji. Celowo też zapewne Paweł Zalewski pozbawił je walorów dokumentarnych, nie zamieszczając pod nimi podpisów. Fotografie zaczynają mówić, opowiadać o sobie w miarę czytania książki. To jakby nagroda dla tych, którzy zdecydują się na lekturę „Bez pamięci”.

Paweł Zalewski zabiera nas w nieprawdopodobną, wielopłaszczyznową, podróż w czasie i przestrzeni. Pędzi aż do zatracenia w poszukiwaniu cienia swego przodka. Dotykamy lat międzywojnia, kiedy Polska kształtowała swe nowe państwowe oblicze po odzyskaniu niepodległości. Dźwigały się wtedy nie tylko instytucje państwowe, ale gospodarczo Polska stawała powoli na nogi. Jednym z tych przejawów był – używając współczesnej terminologii – klaster Zalewskiego, który budował swe cukiernicze imperium nie tylko we Lwowie, ale i w Warszawie. To był czas sukcesów i prosperity Zalewskich. Wiemy, że nie potrwał długo. Przeżywamy z nimi dramat wojny i okupacji sowieckiej wraz z tragedią wywózek Polaków na Syberię, okupacji niemieckiej i ponownie sowieckiej z ekspatriacją setek tysięcy Polaków z Kresów do „pojałtańskiej” Polski. To był czas dramatu, jaki przeżywała także rodzina Zalewskich. A wszystko to umieszczone jest we Lwowie, gdzie Zalewscy mieszkali, Warszawie – miejscu zamieszkania tajemniczego kuzyna Zalewskich, w końcu w Krakowie – gdzie osiadła po wyrzuceniu ze Lwowa babcia Piotra – miejscu zamieszkania autora książki, Tiumeniu – miejscu zsyłki dziadka Piotra i nieoczekiwanie w Mongolii, dokąd wiedzie Piotra chęć poznania przypadkowo odkrytej rodzinnej tajemnicy. Dzikość tego kraju jednego będzie fascynować, drugiego odstręczy od wędrówki w tamtym kierunku. Bezcenne są opisy odwiedzanych miejscowości, obozowisk, jurt, w których mieszkają Mongołowie, poczujemy zapach  herbaty „o smaku mięsnych popłuczyn przyprawionych solą i łojem”, odwiedzimy szamana. Momentami jest to lektura dla ludzi o mocnych nerwach… Warto może w tym miejscu nadmienić, że autor posiada korzenie lwowskie zarówno ze strony rodziny Zalewskich – jego ojcem jest znany konserwator malowideł ściennych prof. Władysław Zalewski związany z Akademią Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie, jak i ze strony matki – Wandy Macedońskiej, nieżyjącej już artystki malarki, której rodzina przybyła do Krakowa także ze Lwowa.

Książkę Pawła Zalewskiego czyta się z zapartym tchem. Jakbym strona po stronie, towarzyszył autorowi w odzyskiwaniu pamięci o jego bliskich, którzy przecież nie tak dawno przeżywali radości, a później dramaty w miejscach odwiedzanych i opisanych przez autora. Nawet tam, gdzie wkracza fikcja literacka, opisy są rzeczywiste. Bo jak nazwać fascynującą podróż przez Mongolię w towarzystwie – jednak dość dziwnego – przewodnika. Ale dzięki niemu poznajemy Mongolię współczesną, gdzie jeszcze istnieją odwieczne tradycje, wypychane coraz bardziej i szybciej przez nowinki współczesności. Dawno już nie przeżywałem takiej fascynacji książką. Może w czasach kiedy odkrywałem reportaże Melchiora Wańkowicza, ale i wczesne książki Krzysztofa Kąkolewskiego, Ryszarda Kapuścińskiego, Barbary Wachowicz czy Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm. Nie przypadkowo wymieniam te właśnie nazwiska, chyba już klasyków polskiego reportażu. Niektórym z nich zawdzięczamy fabularyzowanie tego dziennikarskiego gatunku. Wśród pierwszych twórców polskiego reportażu wymienić należy też zapominanego Edmunda Ossendowskiego. Czytając fragmenty książki dotyczące fascynującej – ale i traumatycznej – wędrówki Piotra, którego przewodnikiem był Ganaa, lekarz mongolski, przez bezdroża bezkresnej Mongolii, nie zdziwiłbym się, gdyby Zalewski pisał je także pod zauroczeniem lekturą książki „Zwierzęta, ludzie, bogowie lub przez kraj ludzi, zwierząt i bogów. Konno przez Azję Centralną” Ossendowskiego. Choć w poszukiwaniu prawdy pędzi przez pustynne bezdroża Mongolii terenowym samochodem…

Janusz M. Paluch

Paweł Daniel Zalewski, Bez pamięci, Wydawnictwo Astra, Kraków 2014
(Tekst ukazał się w lipcowym numerze miesięcznika AKANT)
opublikował: janusz
marzec 31, 2015

Tam, gdzie Wanga wszystko przewidziała…


Tam, gdzie Wanga wszystko przewidziała…

Kiedy pierwszy raz znalazłem się w najmniejszym miasteczku Bułgarii – Melniku, w 1980 r., oprócz paszportu posiadałem specjalny propusk, uprawniający mnie do poruszania się po strefie przygranicznej z Grecją. Melnik tonął w promieniach słońca. Puste uliczki, tajemnicze ścieżki wśród zrujnowanych domów. I wino… Słynne melnickie wino! Najlepiej smakuje w miejscowej mechanie w wydrążonej dla przechowywania beczek z winem, jaskini-piwnicy w stromym zboczu wąwozu. Stożkowate, piaszczyste wzniesienia, słynne melnickie piramidki, to druga atrakcja – geologiczna – tego miejsca. Wędrujemy melnickimi kanionami aż do Rożeńskiego Monastyru. Nie zrobił wówczas większego wrażenia. Ot, zaniedbana budowla, raczej przez nikogo nie odwiedzana, pomalowana na biało, z cerkwią wewnątrz, w której spotkaliśmy nietrzeźwego samotnego zakonnika. Pozwolił nam wszędzie wchodzić, nawet za carskie wrota! Za monastyrem, cerkiew i mogiła rewolucjonisty Jane Sandanskiego (1872-1915), bohatera Macedonii
i Bułgarii, który walcząc z uciskiem tureckim, zginął w tej okolicy.

Zjawiłem się tam ponownie po 30 latach. Niby te same domy, ale inny świat! Trudno o miejsca noclegowe. Siermiężna piwnica, w której piłem przed laty wino, dzisiaj jest wytworną regionalną winiarnią. Uliczki i ścieżki wypełnione gwarnymi grupami turystów. Słychać różne języki. Tylko słońce świeci jak przed laty i wino nie zmieniło smaku!

Jakież było moje zdziwienie, gdy pojechałem do Rożeńskiego Monastyru! Tłumnie ciągnący do świątyń turyści i pielgrzymi już nikogo w Bułgarii nie dziwią. A monastyr i świątynia? Niesamowite wrażenie! Ileż to, co zobaczyłem w całej okazałości i świetności musiało kosztować pracy! Konserwatorom udało się uratować piękne malowidła. W Bułgarii przybyło przez te lata powołań kapłańskich. Po klasztorze wędrują młodzi zakonnicy z długimi brodami i włosami. Czasem pojawi się jakiś staruszek w sutannie, pamiętający dawne, już zamierzchłe czasy komuny. Niemal zawsze znajdzie w pobliżu pomocne ramię współbrata. Piękna zieleń, dojrzewające jabłka – ktoś mówi – na rajskiej jabłoni, zwisające – jeszcze niedojrzałe, winogrona, wystawiające kiście owoców do słońca. Jednym słowem raj! Gdyby nie ci szwendający się turyści, do których ja też się zaliczam…

Nieopodal Melnika odwiedzamy rezerwat Rupite. Na jego terenie, u podnóża wygasłego wulkanu Kożuch, ostatnie lata życia spędziła znana na całym świecie prorokini Wanga (1911-1996), która wybudowała tam, obok swego domu, cerkiew św. Petki. Nieopodal znajduje się też jej mogiła licznie odwiedzana przez turystów. Byłgarska proroczica miała przewidzieć wszelkie wydarzenia współczesnego świata. Obecnie okolice Kożucha są także miejscem leczniczym. W naturalnie bijących źródłach woda osiąga temperaturę 70-80oC! Można się poparzyć! Wokół czuć zapach siarki, jak u wrót piekieł!

Będąc w tej okolicy nie można ominąć „marmurowego miasta” Sandański – dawny Sweti Wracz, gdzie mury budynków a nawet chodniki wyłożone są białym miejscowym marmurem. W pierwotnym mieście założonym przez Traków miał urodzić się Spartakus (zginął w 71 r. p.n.e. w czasie powstania niewolników w imperium rzymskim).

Skończył się przepełniony atrakcjami dzień… Ciepły wieczór pod rozgwieżdżonym niebem Melnika z monotonną muzyką cykad – rozleniwia.
W mechanie czujemy się jak u siebie, melnickie wino, owczarska sałata, miła atmosfera… Wspólnie śpiewamy z młodzieżą Imate li wino, imate li wino, imate li rujno wino dajte je za nas!... Może i to Wanga przewidziała?

Janusz M. Paluch

opublikował: janusz
marzec 2, 2015

W pogoni za cieniem…


 

W pogoni za cieniem…

Mój pierwszy świat, jaki zapamiętałem, to Rozwadów, okolice „kamienicy generalskiej” u zbiegu ulic Mickiewicza, Klasztornej i Słowackiego. Zapamiętane podwórka, „błonie” i dla nas wówczas bezkresne łąki, na straży których stał „straszny” pan Gorczyca… To koleżanki i koledzy – Ela i Ania Kułaczówny oraz ich brat Staszek i stryjeczni bracia Zbyszek i Hirek, Ewa i Ala Golikówny oraz ich brat Janek, Zosia Tarczyńska i jej brat Piotr, Aldek Ulanowski, Janek Sudoł, bracia Karczowie, Jacek i Leszek Krakułowie… Muszę też wspomnieć tych starszych, patrzących na nas z góry, ale jak brakowało zawodnika do piłki, albo „żołnierza” do walk na błotne kule, to się przydawaliśmy – Janek Pacholec, Witek Wrzos, Andrzej Ulanowski, Jerzyk Krawczyk, Andrzej Karakuła … To był początek lat 60-tych XX w. Kiedy wspominam tamte czasy, czuję się jakbym odbywał podróż w pogoni za cieniem bezpowrotnie umykającym. Bo przecież zostanie tylko to, co nie tylko opowiemy, ale przede wszystkim zapiszemy…

Świat, jaki zapamiętał z lat dzieciństwa Józef Taler wyglądał nieco inaczej, choć chadzał tymi samymi ścieżkami, co my – tyle, że przed wojną… Mieszkał w tej samej kamienicy co Ulanowscy, Wrzosowie i Golikowie, po sąsiedzku z sądem i kaflarnią. Biegał po łąkach. Jak był już chłopakiem, zaczęto budować kamienicę, w której potem – od 1957 r. – mieszkałem. Jego świat zawalił się 1 września 1939 r. Był Żydem, a jego ojciec, oficer Wojska Polskiego, jako dowódca artylerii bronił kombinatu w Stalowej Woli przed bombami niemieckimi. Jego rodzina cudem przeżyła okupację niemiecką. Po wojnie autor wyjechał z Polski i zamieszkał w USA. On też wybrał się w niebezpieczną podróż, w pogoń za umykającym cieniem…

Nakładem sandomierskiego Wydawnictwa Stratus s.c. ukazała się książka Józefa Talera „W poszukiwaniu bohaterów” przetłumaczona z języka angielskiego przez Marka Wiatrowicza. Nie wiem, w jaki sposób do rąk Marka Wiatrowicza trafiła książka „In search of Heroes” wydana w USA w Baltimore w 1995 r. Dobrze się stało, iż Wiatrowicz nie tylko ją przeczytał, ale i postanowił przetłumaczyć na język polski, by przybliżyć rzecz nam, współczesnym czytelnikom, interesującym się historią i związanym z Rozwadowem. Nie ukrywam, że książkę czytałem z wielkim wzruszeniem, mając świadomość jak bliskie są memu sercu miejsca opisywane przez autora. Człowieka, który nie miał prawa przeżyć okropieństw II wojny światowej i na zawsze musiał porzucić swe rodzinne gniazdo – Rozwadów.

Wspomnienia Józefa Talera, w pierwszej części, dotyczą Rozwadowa czasów, kiedy dorastał jako dzieciak, a potem – już jako młodzieniec, zaczął uczęszczać do szkoły. Jego opisy Rozwadowa, życia towarzyskiego jakie kwitło wśród żydowskiej elity intelektualnej Rozwadowa, są bezcenne. Niestety, podejrzewam, że zubożone przez niepamięć, przez nowe wydarzenia, dramatyczne i traumatyczne przeżycia, które przez lata narastały i nawarstwiały się w pamięci Talera. Ważne jednak, że w końcu zostały utrwalone na papierze. Autor wspomnień urodził się w 1923 r., a więc jako 17-latek opuścił Rozwadów. Tak jak kilkutysięczna rzesza rozwadowskich Żydów, jego rodzina szukała ucieczki przed Niemcami na wschodzie. Talerom udało się dotrzeć do Lwowa, który po 17 września 1939 r. opanowany został przez Rosjan. Wkrótce do Lwowa dotarł też ojciec autora, któremu udało się uniknąć niewoli niemieckiej. To druga część wspomnień Józefa Talera, która wiąże się ze Lwowem. Otrzymujemy opis sowieckiej okupacji, która dla setek tysięcy Polaków skończyła się wywózką na „nieludzką ziemię”, chorobami i śmiercią. Do mieszkających we Lwowie Żydów docierały tragiczne wieści napływające od rodzin, które pozostały za Sanem, pod okupacją niemiecką. Atak Niemców na Rosjan był zaskoczeniem dla wszystkich. Nawet jeśli komuś udało się dołączyć do uciekających w popłochu Rosjan, to i tak nie był w stanie sprostać tempu niemieckich wojsk prących na wschód. Opis życia Żydów w lwowskim getcie znamy z książki „Dziewczynka w zielonym sweterku” Krystyny Chiger, która przeniesiona została na ekrany kin w znanym filmie Agnieszki Holland „W ciemności”. Rodzina Talerów przed likwidacją getta we Lwowie wywieziona została do Rzeszowa, gdzie dzięki dobrym ludziom i rozważnym krokom ze swej strony, przetrwali do wyzwolenia w 1944 r. To trzecia i ostatnia część książki. Trzeba podkreślić jak wspaniale działało polskie podziemie, które anonimowo, bezinteresownie i chyba systematycznie rozmieszczało Żydów w pewnych i bezpiecznych miejscach. Józef Taler ukazuje siatkę ludzi, których znał pod fałszywymi nazwiskami, a którzy właściwie całkiem znikali z jego otoczenia po zapewnieniu mu mieszkania i pracy. Pokazał też, że mógł liczyć na rozwadowskiego kolegę, który w trudnej chwili dla ukrywających się Talerów zrobił wszystko, by pomóc im w przeżyciu.

Brakuje mi wspomnień o powojennym Rozwadowie, do którego Talerowie dotarli. Aczkolwiek, zakopane w ziemi rodzinne precjoza, które szczęśliwie przetrwały lata wojny w skrytce, wydobywali nie bez strachu po kryjomu… Taka była wtedy wokół Żydów atmosfera. Dla mnie to dziwne, że ludziom, którzy ledwie z życiem uszli z rąk niemieckich oprawców dzięki opiece Polaków, już po wyzwoleniu inni Polacy stworzyli zagrożenie dla ich życia. Dość przypomnieć te najgłośniejsze wydarzenia w Kielcach (4 lipca 1946 r.), ale i w Krakowie (11 lipca 1945 r.), Parczewie (5 lutego 1946 r.), i w końcu w Rzeszowie (11 czerwca 1945 r.).

Doceniając pracę autora tłumaczenia i redaktorów, brakuje mi jednak w książce wspomnieniowej Talera kilku ważnych – wydaje mi się – elementów. Przede wszystkim edycja wspomnień powinna być zaopatrzona w indeks nazwisk. Wprawdzie nie za wiele ich autor pamięta, jednak indeksy nazwisk, czy nazw geograficznych stanowią podstawę takich wspomnieniowych książek. Brakuje też rzetelnego historycznego opracowania, które czytelnika wprowadziłoby w dzieje, atmosferę i rzeczywistość Rozwadowa, ale i okolic, czasów II Rzeczypospolitej Polskiej, okresu okupacji niemieckiej i okresu powojennej stabilizacji w Rozwadowie, w którym w miejsce rozwadowskich Żydów pojawili się ekspatrianci z polskich Kresów, ale i wcześniejsi przesiedleńcy z Wielkopolski, a nawet z wysiedlanych przez Niemców miejscowości z tworzonego dla potrzeb wojska (m.in. testy słynnych rakiet V-1 i V-2) poligonu. Trzeba bowiem pamiętać, iż nasz Rozwadów, przed wybuchem II wojny  światowej, składał się przecież z dwóch społeczności. Ale żydowski sztetl to nie była tam sama miejscowość, o której opowiadają nam nasi dziadkowie, rodzice, dawni jej mieszkańcy, klienci rzymsko-katolickiej piekarni Tadeusza Skrucha (taką pieczęcią posługiwała się jego piekarnia). Ciekawym też byłoby dowiedzieć się, ilu rozwadowskich Żydów przeżyło holokaust, jak wielu z nich pozostało po wojnie w Rozwadowie… Wspomnienia Talera można też było zaopatrzyć w przypisy, które zarówno poszerzałyby przekazywane przez autora wiadomości, podawałyby informacje o wspominanych osobach, miejscach czy wydarzeniach przywoływanych w tekście. Jestem przekonany, że odbiór książki Józefa Talera „W poszukiwaniu bohaterów” byłby zupełnie inny, a i bardziej czytelniejszy dla sięgających po lekturę jego książki osób nie związanych w żaden sposób z Rozwadowem. Jest to o tyle ważne, że drugie wydanie prawdopodobnie nie ukaże się, a jeśli już, to pewnie nieprędko. Jakkolwiek brak tych elementów dla interesujących się dziejami swego miasta Rozwadowa – ale w tym przypadku także Lwowa i Rzeszowa – w niczym nie pomniejsza zasług tłumacza Marka Wiatrowicza, dzięki któremu możemy posłuchać opowieści o naszym miasteczku.

Janusz M. Paluch

Józef Taler, W poszukiwaniu bohaterów, tłumaczenie: Marek Wiatrowicz, Wydawnictwo Stratus s.c., Sandomierz 2011

opublikował: janusz
styczeń 5, 2015

Czarodziej z Borzęcina


Gdyby wszystkie biblioteki w Polsce były takie jak ta w Borzęcinie! Nie byłoby pewnie wtedy problemów z czytelnictwem, a książki znikłyby z półek księgarskich w zastraszającym tempie… Ale to utopia i – jak powiadają – marzenie ściętej głowy. A szkoda! Czym się wyróżnia Gminna Biblioteka Publiczna w Borzęcinie od innych? Dbałością o Czytelnika, czytelnictwo a nade wszystko o „borzęcińskie dobro narodowe”, którym jest poeta Józef Baran. W tym roku borzęcińska biblioteka wydała wybór wierszy oraz fragmentów książek swego rodaka „Borzęcin. Poezja i proza Józefa Barana”. „Nasza inicjatywa wpisuje się w pielęgnowany  w wielu europejskich krajach kult małych ojczyzn, który jest dziś szczególnie ważny w postępującej globalizacji  i unifikacji kulturowej” – pisze we wstępie pani Elżbieta Kwaśniewska dyrektorka Gminnej Biblioteki Publicznej w Borzęcinie. Jakże ważne słowa, nie będące frazesem, hasłem wyborczym, a płynące z takiego miejsca, gdzie te podstawowe wartości są zrozumiałe i szanowane, płynące z małej ojczyzny, borzęcińskiego matecznika Józefa Barana! To nie koniec zachwytów nad tymi, którzy dopieszczają polską kulturę na tym podstawowym szczeblu administracji samorządowej…  „Poeta świata, dziennikarz, podróżnik, laureat wielu prestiżowych nagród nie wstydzi się swojego Borzęcina. Rodzinna wieś jest dla niego nie tylko miejscem urodzin i dorastania, z którego wyruszył w swój pierwszy rejs życia, ale również przystanią, do której często wraca w dosłownie i w przenośni. Jego twórczość prozatorska i poetycka, publikowana w wielu krajach Europy i za Oceanem jest ważnym elementem promocji Borzęcina, odnoszącej się do historii, przemijającej obyczajowości, piękna natury i współczesności miejscowości” dopowiada Janusz Kwaśniak – wójt Gminy Borzęcin. Warto zaznaczyć, iż w ostatnich wyborach samorządowych nie miał konkurenta!

Wspaniały album poetycki, w pełni kolorowy, starannie przygotowany został przez redaktora Jakuba Ciećkiewcza. Fotografie jego autorstwa wyjątkowo dobrze współbrzmią z utworami poetyckimi i prozatrorskimi Józefa Barana. Trudno tu wymieniać tytuły tomików i książek, z których pochodzą publikowane w książce utwory. Jest to wybór szlachetny i na stronach tego albumu znalazły się same perły… Crème de la crème! By nie być gołosłownym, wesprę się zdaniem znawcy twórczości Józefa Barana prof. Bolesława Farona, który stwierdza autorytatywnie: „Twórczość Józefa Barana jest bardzo przyjazna człowiekowi, nie przestrzega go przed zagrożeniami współczesnej cywilizacji, katastrofą ekologiczną czy innymi niebezpieczeństwami. To raczej pogodna pieśń o życiu, o życiu oswojonym. Ma ona w sobie coś ze stoickich wierszy Jana Kochanowskiego”… Lepszej rekomendacji chyba nie trzeba!

Wśród akolitów poezji Józefa Barana jedną z czołowych postaci jest Anna Dymna. Wśród wielu osiągnięć i zasług, pani Anna otworzyła dla współczesnej poezji drzwi na salony… Wszak Poetyckie Salony Anny Dymnej powstawały jak grzyby po deszczu w różnych stronach Polski. Takiej promocji dla polskiej poezji chyba nikt dotychczas nie zrobił. O poezji Józefa Barana napisała: „Od la jego słowa wciąż mnie zaskakują. Raz są tajemniczą baśnią lub biblijną przypowieścią, innym razem – toporne, przyziemne, pachną potem i gnojem; to znów uroczyste i dostojne jak zachód słońca. Migocą na podobieństwo kropli rosy w porannym słońcu różnymi barwami, nastrojami i zapachami. I józef potrafi w tej kropli zobaczyć wszechświat… p prostu Czarodziej!”.

Czytajcie wiersze i prozę Józefa Barana. Nie pożałujecie!

Janusz M. Paluch

Józef Baran, Borzęcin. Poezja i proza Józefa Barana, fotografie Jakuba Ciećkiewicza, Gminna Biblioteka Publiczna w Borzęcinie, Borzęcin 2014

 

opublikował: janusz
styczeń 1, 2015

Być jak Orfeusz…


Z Płowdiw – starożytnego Philipopolis założonego przez Filipa Macedońskiego, ojca Aleksandra Wielkiego, krętymi górskimi drogami zmierzamy do Szirokiej Łyki. Pogoda nie sprzyja. Niskie chmury, siąpiący deszcz. Wrześniowe Rodopy odstraszają. Chronią mitycznych tajemnic miast kusić pięknem przyrody, niekończących się dzikich gór i lasów. Ale nie dziwota, wszak tu znajduje się zejście do Hadesu… W Rodopach, na najwyższym szczycie o nazwie Zilmisos miała też być wzniesiona świątynia Dionizosa.

Do Smolan docieramy deszczowym popołudniem. Pięknie położone, podobno najdłuższe w Bułgarii miasto. Jakże tu musi być pięknie kiedy świeci słońce!
W mieście natrafiamy na pomnik Orfeusza i Eurydyki. Orfeusz wpatrzony
w nieodległe góry gra dla swej ukochanej piękne pieśni…

W Szirokiej Łyce można liczyć na kwatery prywatne. W lecie pewnie tu więcej turystów, bo atrakcji górskich nie brakuje. Zimą pojawiają się narciarze. Główną atrakcją tej miejscowości są jednak festiwale prezentujące miejscowe zwyczaje ludowe. Wiosną z całej Bułgarii zjeżdżają zespoły na Kukerow den – święto pożegnania zimy. Bajecznie przebrani mężczyźni tańczą obwieszeni niesamowitą ilością różnej wielkości i barwy dźwiękowej dzwonków. Podobno niektóre stroje ważą ponad 60 kg!
W pierwszy weekend sierpnia odbywają się międzynarodowe spotkania dudziarzy... W pobliskiej Geli – mała wioska, miał urodzić się Orfeusz…
A w malowniczej dolinie rzeki Trigradskiej znajduje się jaskinia Diabelskie Gardło. Tędy Orfeusz dostał się do Hadesu, wzruszając swym śpiewem strażników tego miejsca. Jego tęskna muzyka miała też uwolnić zmarłą Eurydykę. Jak wiemy nie udało się… Orfeusz prowadząc ukochaną miał nie oglądać się za siebie, nie spoglądać na Eurydykę. Był już tuż przed wyjściem, obejrzał się… I wszystko na nic! Ukochana wróciła do Hadesu. Może właśnie w tym miejscu, w jaskini, znajduje się płaskorzeźba Orfeusza, przy której trzeba zostawić ofiarę pieniężną? Jakby przez gardło, do jaskini wpada
z ogromnym hukiem rzeka Trigradska i znika pod ziemią… Do jaskini dostajemy się chodnikiem górniczym. Nagle wchodzimy
do olbrzymiej komory wypełnionej hukiem spadającej wody. W górze ponad nami przez wąską szczelinę przebija się światło dzienne. Do tego wyjścia wspinamy się wąskimi schodami w niektórych miejscach wykutymi
w skale. Imponujący widok, niesamowite wrażenie. Jaskinia dość słabo oświetlona, więc zdjęcia nie wychodzą… Idę pierwszy… Coraz bliżej wyjścia. Obawiam się spoglądać za siebie, gdzie moja Eurydyka zasapana dzielnie pokonuje strome schody. Jednak muszę się obejrzeć! Patrzę z trwogą na Eurydykę… I nic… Czar nie działa! Zadowoleni wychodzimy z jaskini, kupujemy za to czarodziejski miód o walorach leczniczych – ten działa do dziś! Polecam!

opublikował: janusz
listopad 2, 2014

Tajemnica trzech dziewiątek…


Zawsze marzyłem, by zobaczyć Mierzeję Kurońską i zwiedzić Kłajpedę. Znane portowe miasto, które w marcu 1939 r. szantażem włączone zostało do III Rzeszy… I niewiele brakowało, by to ono stało się zarzewiem wybuchu II wojny światowej, gdyby rządy Anglii, Francji i Polski – poproszone o pomoc przez władze litewskie – zareagowały stanowczo przeciw Niemcom. 24 marca 1939 r. z balkonu teatru, który był ulubionym miejscem Ryszarda Wagnera, defiladę wojsk niemieckich odbierał Adolf Hitler… Jakże naiwny był rząd polski i Polacy, oczekujący pół roku później, w obliczu agresji niemieckiej, pomocy ze strony Francji i Anglii…

Przejechaliśmy piękną Mierzeję Kurońską aż po samą granicę z Rosją – obwodem kaliningradzkim. Piękna przyroda, porośnięte lasami wydmy. Miejscowości, kiedyś typowo rybackie, dzisiaj mają charakter wczasowisk. W Juodkrante ścieżki spacerowe ubogacone kilkudziesięcioma współczesnymi rzeźbami wykonanymi w drewnie, ukazujące piękno litewskich legend, wiodą na Górę Czarownic. Spotkamy tam elfy, tajemnicze duchy, diabły i fruwające na miotłach Baby Jagi, których pełne są opowieści o tych tajemniczych miejscach sięgające dawnych czasów. Nic dziwnego, że te legendy są tak żywe, wszak jeszcze w XVII w. miejscowa ludność składała swym lokalnym bogom dary, wierząc w ich opiekę. W Nidzie, znanej też pod nazwą Nerynga – to ostatnia miejscowość przed granicą z Rosją – zwiedzamy letniskowy dom Thomasa Manna. Było to miejsce bardzo popularne wśród ludzi sztuki w początkach XX w. związanych z nieodległym Królewcem. Porywające są olbrzymie wydmy, gdzie panuje cisza – na szczęście niewielu turystów, nie to co w okolicach Łeby.

Wzdłuż i wszerz schodziliśmy Kłajpedę. Miasto nieciekawie się zaprezentowało, zaniedbane i brudne, most z kłódkami, port, fortyfikacje…

Tym chętniej opuszczamy je dla Palangi, gdzie zatrzymujemy się na czas wakacji. Oczywiście nie w centrum, a na opłotkach w malowniczej i tajemniczej willi położonej w lesie, nieopodal morskiego brzegu. Nie będę ukrywał, iż urokiem litewskich plaży jest możliwość ulokowania swego „grajdołka” plażowego wśród wydm, co u nas jest surowo zabronione… Niewątpliwym zaś minusem, rozdzielczość plaż dla nudystów – na męską i żeńską. Poza tym, naruszanie dyscypliny plażowej, także przez „trykociarzy” groziło nałożeniem karnego mandatu!

Dlaczego wybór padł na Palangę, a właściwie Połągę, wszak taką nazwę przez wieki ta miejscowość nosiła? Tam bowiem została wyprodukowana przez miejscowego aptekarza, słynna Trisz divinis, czyli „trzy dziewiątki” albo „trojanka litewska” – ziołowa nalewka będąca wizytówką Litwy. Przyrządzana na bazie 27-ziół wódka doczekała się wielu odmian, o różnych smakach, słabszych i mocniejszych. Ale kto jej nie próbował w Połądze, to jakby na Litwie nie był. Do dziś stoi stara drewniana apteka, gdzie bije źródło Trisz Divinis. Pisał o niej Melchior Wańkowicz. A ja próbowałem i potwierdzam, że Mistrz Melchior „nie stula”! Połąga dzisiaj słynie też z muzeum bursztynu. Mieści się ono w pięknym pałacu Tyszkiewiczów, wybudowanym na sztucznym wzniesieniu wg projektu francuskiego architekta Édouarda André,  otoczonym urokliwym parkiem, po którym spacerować można i w deszcz i w słońce, a na dodatek nigdy się to nie nudzi, bo na każdym kroku tyle zagadek, tyle niespodzianek! Jest tam wzgórze Biruty – najwyższa wydma na Połądze. Na jej szczycie stoi wprawdzie kaplica św. Jerzego, ale ziemia skrywa resztki starej pogańskiej świątyni i obserwatorium wybudowanych po śmierci Biruty i dla jej upamiętnienia. Biruta, jak głosi legenda, była piękną kapłanką strzegącą świętego ognia bogini Praurime w świątyni w Połądze. Wieści o jej urodzie miały dotrzeć do księcia Kiejstuta, który porwał ją i poślubił w Trokach. Znany nam Wielki Książę Litewski Witold był ich synem. W neogotyckim kościele, stojącym w miejscu kaplicy wybudowanej przez Annę Jagiellonkę, gdzie później król Stefan Batory wybudował kościół, obejrzymy witraże wykonane przez krakowski zakład Żeleńskich, a ich projektantem był Stefan Matejko, bratanek Mistrza Jana. W Połądze, na wypoczynku, chętnie przebywali znani polscy artyści jak Stanisław Witkiewicz, który zaprojektował dla tej miejscowości dom zdrojowy, Lucjan Rydel, Tadeusz Miciński, Leon Wyczółkowski czy Władysław Reymont. W Połądze miał skończyć pisanie powieści „Chłopi”. Miejscowe wille natomiast nazywane były imionami powieści z Trylogii Henryka Sienkiewicza…

Gdybym miał podpowiedzieć miejsce, w którym można dobrze zjeść, zaprosiłbym w głąb lądu, do nieodległej Kretyngi, do pałacu Tyszkiewiczów, gdzie w dawnej oranżerii, wśród egzotycznej roślinności – oczywiście po zwiedzeniu miejscowego muzeum mieszczącego się w pomieszczeniach pałacowych – można pokrzepić się obiadem typowym litewskiej kuchni (np. rosół z kołdunami, albo cepeliny nadziewane mięsem), dobrze przyrządzonym pstrągiem z okolicznych hodowli albo tradycyjnym dobrze kotletem schabowym… Po takiej uczcie trzeba koniecznie zobaczyć jeszcze dawny klasztor bernardyński ufundowany przez Jana Karola Chodkiewicza, bowiem do tej rodziny Kretynga pierwotnie należała.

Kiedy opuszczałem Połągę, z morzem żegnałem się w Sventoji. Obecnie to dzielnica Połągi, gdzie do morza wpada rzeka o tej samej nazwie. Przed wiekami był to ważny port konkurujący nawet z Kłajpedą. W okolicach starego zniszczonego molo stoją rzeźby dziewcząt wypatrujących swych ukochanych wracających z połowów morskich. Żegnały mnie rzewnie szumem morskiego wiatru i tęsknym śpiewem unoszących się na wietrze białych mew… Teraz i mnie pewnie wypatrują…

 

Janusz M. Paluch

opublikował: janusz
październik 17, 2014

Zwodniczy śpiew delfina...


Zwodniczy śpiew delfina...

„Wyobraź sobie, że jesteś elfem", kiedy doskwiera ci życie, mglisty poranek, deszczowy dzień, praca, za ciemny wieczór… Jesteś elfem i wszystko przetrzymasz, przetrwasz. W takim tonie zaczyna się książka poetycka Agaty Linek „Śpiew delfina", którą dedykowała swemu ojcu. Na okładce informacja o autorce, interesująca fotografia, jakże dziewczęcej pani Agaty. Wpatruję się w jej twarz. Kogo mi przypomina?...

Na okładce zaprojektowanej przez Michała Gajosa ciekawe świata delfiny, pewnie w radosnym śpiewie, mizdrzące się do słońca, jak elfy wylęgłe z krainy ciemności. Delfiny można spotkać tylko w ciepłych morzach, a elfy żyją pod każdą szerokością geograficzną. W Krakowie, Rzeszowie, Stalowej Woli a nawet w Przyszowie… To piękna wioska położona w malowniczych lasach, nieopodal Stalowej Woli.
Książka Agaty Linek składa się z czterech części. Najobszerniejsza zawiera wiersze ściśle związane z tytułem tomu, kolejne, to małe cykle poetyckie zatytułowane „Symetryka", „Katharsis" i „Gestologia". Autorka wciąż nieśmiało wkracza w świat poważnej poezji, choć jej tomik ukazał się w piętnastolecie pracy twórczej i jest jej trzecią poetycką książką (wcześniejsze to w 2006 r. „Jesteś elfem" i w 2010 r. „Śmiech ćmy"). Staje się więc Agata Linek nie tylko dojrzalszą kobietą, ale i poetką, której optyka na otaczający świat winna się zmieniać, postrzegając nie tylko siebie, przez pryzmat minionych czasów, które jawią się jej niedosięgłą Arkadią, jak delfinom zaginiona Atlantyda, ale także – a może przede wszystkim – powagę współczesności, czasów przełomu – wciąż początków II tysiąclecia naszej ery i XXI wieku. Choć elfy są zawsze takie same...Odnoszę wrażenie, że Agata Linek w swej kolejnej książce wyraziście dystansuje się od czasów, w których żyje. Może dlatego, że dla niej poezja jest jak świat zaczarowanych bajek? Ale przecież z tego się wyrasta! Bywa, przy okazji wyrasta się z poezji…
Poetka zabiera nas do świata w leśnej kniei, w której po dziś dzień słychać w czas księżycowych nocy nawoływania łowczych króla Jagiełły, bywającego w przyszowskim zamku leżącym na urokliwym brzegu malowniczo przebijającego się przez lasy Łęgu. Tam „świat nabiera barw / Mogę go dotknąć poczuć posłuchać zobaczyć posmakować / Tutaj/ czuję że żyję (Przyszów Staw).
I wędrujemy dalej za autorką w świat marzeń i tęsknot do czasów, kiedy „wszystko było / prostsze / jaśniejsze / radośniejsze / kiedy miałam jeden Rok" (Świat wspomnień), apotem przyglądamy się jak przygotowuje napar złożony z serca, mózgu, własnej wartości, promieni, oddechów zdecydowania, inteligencji, sprytu, pomysłowości, talentu i szczęścia, a wszystko „gotowe do spożycia / po osiągnięciu dojrzałości" (Napar).
Trzeba się więc naczekać w rytmie monotonii tykającego zegara. Zegar Agaty toczył swój czas głównie w Stalowej Woli. Tam się urodziła, tam mieszka, nie tylko sercem, do dzisiaj. Swemu dziadkowi Henrykowi, znamienitemu profesorowi matematyki w tamtejszym liceum ogólnokształcącym, poświęciła wiersz Czajnik. A ja poczułem się jak w czasach, kiedy mój zegar wskazywał rok 1970. Wtedy bywałem u profesora, który usiłował wyzwolić we mnie ducha matematyki. Kiedy już po jego uwagach zapisałem zadanie do rozwiązania, zostawiał mnie w samotności, nie chciał przeszkadzać, „nastawił wodę / wyciągnął herbatę / i cukier…", gdy nagle zgasło światło. Wtedy często wyłączali prąd… Ale to tylko „żarówka w kuchni się przepaliła / poszedł do przedpokoju / wyłączył korki schowane za długim obrazem / i wrócił / żeby wkręcić nową". Nie udało się rozwiązać zadania, kropla potu spływa na ceratę stołu kuchennego, a on nic, tylko „uśmiech na jego twarzy / śliska cerata kuchennego stołu na palcach"… Co się dzieje, przecież ja już zdałem maturę z matematyki! Obudź się! I nagle spokojny głos: „– Heniu! Woda się zagotowała. / – Wiesiu! Chodźmy już…" (Czajnik). Budzę się zlany potem, jest rok 2013, obok książka Agaty Linek otwarta na stronie z wierszem Czajnik. Stalowa Wola też inna, dla przybyszów piękna (co oni w niej widzą?!), dla swoich wciąż nie taka jaka mogłaby być. Choć wszystko blisko i wiadomo co gdzie jest, a mieszkańcy wciąż złaknieni nowinek, to „w moim mieście / niewiele się dzieje / czasem lepiej po prostu wyjść z psem / albo poczytać w domowym zaciszu" (Stalowa Wola). Ale czy to jest moje miasto? Miasto, do którego tęsknię?
Śpiew delfina, podobnie jak naskalnych nagich Syren, bywa zwodniczy. W tych rodzinnych kątach Stalowej Woli i jej malowniczych okolicach Agata Linek, wydaje się, już odnalazła się w swej twórczości także. Czy już na zawsze? Kto wie?! Jej wiersze pełne są wspomnień, nostalgii, czasem wywołane bywają bieżącymi problemami związanymi z jej pracą. Kiedyś można było dostrzec w jej twórczości wyraziste znaki zapytania, pojawiające się wątpliwości, to w tej książce zamieniły się one w niedopowiedzenia, nie do końca wyjaśnione wątpliwości. Choć mogły przejść w zauroczenia metaforyczne, czy kolorystykę, co znacznie ubogaciłoby jej wiersze. Z tego domniemania wybija mnie wiersz Mandragora, w którym mówi Agata: „Straciłam kontrolę nad swoim życiem / odkryłam świat w którym jedna litera zamienia się w drugą / już bez drżenia oddaję twej mądrości / i to też jest cud". Życzę przeto tych cudów natchnienia, większej śmiałości i pewności, by wypełniły kolejne, może bardziej kolorowe, kartki w jej poetyckim notatniku.


Agata Linek, „Śpiew delfina", Towarzystwo Słowaków w Polsce, Kraków 2012

http://akant.org/aktualny-numer/recenzje/3250-janusz-m-paluch-zwodniczy-piew-delfina

opublikował: janusz
wrzesień 22, 2014

Przyjdzie Szczerek i nas zje!


Lwów i Kresy to dla mnie świątynia Polskości. Tam wykuwała się historia naszej państwowości, potęgi I Rzeczpospolitej. W końcu tam stanął mur, który odgrodził Europę od tureckiego naporu, a w XX w. postawiono barierę przed rozprzestrzenianiem się sowieckiego komunizmu. Także tam wykluwała się w bólu osobowość Ukraińców, która dopiero po 1989 r. zaowocowała powstaniem państwa ukraińskiego. Paradoksem jest, że na ołtarzu wolności Ukrainy złożono daninę krwi bezbronnych Polaków. Rosjanie wywozili naszych rodaków na Syberię, Niemcy na roboty albo do obozów koncentracyjnych, a Ukraińcy mordowali bezlitośnie całe wioski w imię samostijnej Ukrainy. Przeżyli ci, którym cudem udało się schować i uciec. Jednak, czy się to nam podoba, czy nie – wolna Ukraina jest faktem historycznym. Buduje swoją tożsamość z wielkim trudem, w biedzie i znoju, pod pręgieżem, z jednej strony, rodzimej szeroko rozbudowanej przestępczości gospodarczej i nie tylko, a z drugiej pod bacznym okiem wschodniego protektora szachującego sąsiada (sąsiada, nie partnera…) dezynwolturą cenową surowców energetycznych. Państwo ukraińskie szuka swej narodowej tożsamości, bohaterów narodowych wśród postaci, które na swym sumieniu mają ludobójstwo Polaków na Kresach Południowo-Wschodnich – nie tylko na Wołyniu. Ale to jest ich wybór, ich wola. Nie można jednak zmuszać nas, byśmy ten wybór szanowali. Naszym obowiązkiem jest przestrzegać ich przed takimi postaciami. Nie chcą nas słuchać, trudno. Kłamstwo i obłuda… Ukraina jest też naszym sąsiadem. Czy to mało, by interesować się tym państwem, jeździć tam i odkrywać zapomniane światy? Fascynować się odmiennością kulturową, egzotyką, Polakami tam mieszkającymi, wciąż jeszcze autentycznie spragnionymi Polskości (choć już i w ten rejon wkracza komercja, co autor książki, o której tu będzie mowa zauważył dość dobitnie), czy to nie wystarczy, by tam bywać? Odwiedzać wstające z ruin świątynie, nawet te kościoły rzymsko-katolickie zamienione w cerkwie grekokatolickie – w końcu oddychające duchem modlitwy wiernych, czy to mało by w tym procesie towarzyszyć a często i pomagać? Takie są moje Kresy, te miasta jak Lwów, Sambor, Drohobycz czy Żółkiew, że wymienię kilka przychodzących jako pierwsze na myśl.

Czytając książkę Ziemowita Szczerka od pierwszych stron przeżywałem swoisty szok. „Przyjdzie Mordor i nas zje czyli tajna historia Słowian” to zbiór opowiadań lub zbeletryzowanych reportaży, które opowiadają o podróżach przedstawicieli „młodej polskiej inteligencji”, poszukujących legendarnej krainy Tolkiena – Mordoru na Ukrainie. Nie mieści mi się bowiem w głowie, że ktokolwiek – z „plecakowcem” włącznie, jedzie do Lwowa, Odessy, Drohobycza tylko po to, by się nachlać gorzały, naćpać miejscową marihuaną i napawać tym, że tam na Ukrainie jest biedniej i gorzej niż u nas! Wydawałoby się, że to absurd! Buntowałem się wewnętrznie brnąc jednak coraz dalej brnąc w książkę. Dałem się zauroczyć sprawnej narracji okraszonej wulgaryzmami tak łatwo wypływjącymi spod klawiatury (chciałem napisać spod pióra…) autora, jego metaforycznemu językowi. Od tej strony to rzeczywiście wspaniała książka, do tego – jak niektórzy już ją zaszufladkowali – pierwsza polska książka wydana w stylu gonzo. Zatem z szansą, że już weszła do historii literatury polskiej choćby tylko z tego względu. I choćby z tego powodu książkę Ziemowita Szczerka warto przeczytać. Styl gonzo jest gatunkiem literackim z pogranicza reportażu i beletrystyki. Autor nie jest beznamiętnym obserwatorem opisywanych wydarzeń, stając się często ich nie tylko uczestnikiem, ale i inicjatorem, odrzucającym przy tym podstawowe zasady dziennikarstwa i etyki.

Zapytałem – pełen niepokoju – znajomych, którzy we Lwowie żyją z turystyki, oprowadzają jako przewodnicy lub wynajmują swe mieszkania coraz liczniej przyjeżdżającym do Lwowa turystom, jak to z nami Polakami w tym Lwowie jest? Mieszkająca w Polsce młoda Lwowianka powołując się na książkę Szczerka mówi mi, że Polacy zachowują się we Lwowie identycznie jak spędzający wieczory kawalerskie Anglicy w Krakowie. Czyli totalny obciach! Nie dowierzam. Piszę do znajomej pracującej w branży turystycznej we Lwowie. W odpowiedzi czytam: Myślę, że to różnie bywa. Młodzież zwiedzająca Lwów grupowo ma swą opiekę, choć nie wiem czym po oprowadzaniu się zajmują. Ale to, że polska młodzież, głównie ze stolicy w wieku 15-18 lat jest rozwydrzona i niewychowana – to potwierdzam… Może inaczej. Polak jedzie na Ukrainę, bo się czuje, jak Anglik w Polsce. (A jednak!...) Wszystko jest taniej, jest cudzoziemcem i ma poczucie wyższości. My nazywamy takiego – było kiedyś takie przysłowie przed wojną – „Anglik z Kołomyji”.

Im dalej czytałem książkę Szczerka, tym większe przerażenie mnie ogarniało! Przypominał mi się każdy kieliszeczek wódki i koniaku wypity we Lwowie, jakieś wędrówki po nowych, pojawiających się urokliwych kawiarniach Lwowa. To ja też miałbym się zmieścić w opisanej kategorii Polaków odwiedzających Kresy? Wspominam swe pierwsze wędrówki po Cmentarzu Łyczakowskim. Zauroczenia pięknem tego miejsca w różnych porach roku, wzruszenia przy wspaniałych pomnikach nagrobnych wielkich, znanych i nieznanych Polaków. Szczerek w opowiadaniu „Kwas” opisuje jeden ze swych pobytów we Lwowie, który zaczynają z Udajem i Kusajem wizytą na Cmentarzu Łyczakowskim. Jeszcze nie wiem po co, ale już bulwersuję się czytając, jak wspinają się na cmentarne zbocze. Mijają ulubiony grobowiec autora, „na którym Jezus wygląda, jakby pryskał gazem pieprzowym prosto w twarze dzieciom, którym (…) pozwolono do niego przychodzić”. Okazało się, że szli na cmentarz powstańców styczniowych, który był „zarośnięty pod pachy. (…) Przedzieraliśmy się przez te krzaczyska jak Indiana Jones przez dżunglę. U końca cmentarza powstańców stało kilka wielkich, magnackich grobowców, zupełnie odciętych od świata, które pod względem gabarytów z powodzeniem mogłyby służyć za letnie domki. I służyły. Na schodach, w lipcowym słoneczku, wygrzewało się kilku żul-punków. Mieli tu wszystko – stół, krzesła, kraty browaru. Powietrze było ciężkie od oleistego, słodkawego zapachu marihuany.” Czytam i dech mi ze zdumienia zapiera! W czasie obrony Lwowa w 1918 r. cmentarz był punktem oporu. Odwiedziłem nawet miejsce, w którym zginął 21 listopada 1918 r. legendarny kilkunastoletni Jurek Bitschan. W czasie II wojny światowej w grobowcach cmentarza ukrywali się przed Niemcami lwowscy Żydzi… Po II wojnie światowej niszczyli cmentarz Rosjanie i Ukraińcy, chowając często w polskich grobowcach swych zmarłych… Zrywali polskie tablice i zakładali swoje, po rosyjsku lub ukraińsku. A żul-punki handlowali tam marihuaną. Zapytani o nią, jeden z nich zatoczył ręką krąg i: „– O wot – powiedział. I faktycznie: kawałek dalej od krzaczorów, przez które się przedzieraliśmy, karnie rosły sobie krzaki marihuany. Z nich również wystawały powstańcze krzyże.” O takiej profanacji miejsca wiecznego spoczynku zmarłych dotąd nie słyszałem!… Miejscowi komuniści – Ukraińcy i Rosjanie – zdewastowali sąsiedni Cmentarz Orląt Lwowskich. Niemal zrównali go z ziemią! Kto wie, czy jeśli byliby konsekwentni i dokładni w wykonywaniu poleceń, polskie Santo Campo we Lwowie udałoby się nam odbudować. Dzięki pamięci historycznej, wystającym zniszczonym potężnym pilastrom, kaplicy cmentarnej i zamienionym w garaże katakumbom, w których spoczywały prochy polskich bohaterów, pamiętano o tym miejscu, o jego historii. I kiedy już miejscowi zgodzili się na renowację tego miejsca, ceną było zbudowanie na Cmentarzu Łyczakowskim pomnika i mauzoleum Ukraińskiej Galicyjskiej Armii z górującym nad nim pomnikiem strzelców siczowych, które upamiętniają ukraińskie ofiary również obrońców Lwowa… Ten pomnik powstał za cenę wielu zniszczonych polskich mogił. Autor w opowiadaniu „Orlęta” pisze: (…) patrzyłem na Archanioła Michała z konkurencyjnego, ukraińskiego cmentarza wojennego. Zbudowanego po to, by równoważył wymowę Orląt. Archanioł stał na wysokim cokole, dupą do Polaków, twarzą i piersią do miasta. Musiałem przyznać, że zgrabnie to załatwili”. Ani słowa o dziesiątkach polskich grobów zniszczonych w tym miejscu bezpowrotnie. Ani pół zdania na temat kontrowersyjnego podpisu upamiętniającego „ukraińskich obrońców Lwowa”, czy faktu zniszczenia cmentarza polskich obrońców Lwowa po II wojnie światowej… Niewiedza? Czy nie pasuje do formy tekstu w stylu gonzo? Za to kpiny z polskich turystów odwiedzających to święte miejsce, z Bogu ducha winnych dzieci żebrzących o kromkę chleba, czy przysłowiową złotówkę.(Hawran, jeden z bohaterów książki mówi do takiego dziecka: „– Spierdalaj”, kiedy podeszło do niego „wycierając brudny nos (…) ze swoim dyj pan, ja Polak”.) To pasuje?!…

Podejmując lekturę książki poszukuję w niej walorów edukacyjnych, czy choćby przyjemności z czytania. Z książki Szczerka właściwie nie dowiedziałem się niczego nowego o Lwowie, Kresach czy Ukrainie. Czegóż jednak można spodziewać się po ludziach – nie tylko młodzieży, ale i powojennych pokoleniach – uczonych mocno ocenzurowanej historii Polski, a dzisiaj prawie pozbawionych edukacji historycznej? Czy warta była praca i poświęcenie autora, by pokazać kompleksy młodych Ukraińców i – nie chciałbym nazywać po imieniu zachowania naszych rodaków, ale nie znajduję innego słowa – chamstwo młodych Polaków? Czy ci młodzi czytelnicy, którzy przeczytają książkę Szczerka, wyciągną z tej książki właściwe wnioski, czy pójdą na Cmentarz Łyczakowski szukać marihuany, a Lwów i Kresy, obecna Ukraina kojarzyć im się będzie z tanią wódą, i zawodami jak upić miejscowego, czy jak go przetrzymać w piciu? Boję się odpowiedzi na te pytania…

Zastanawiam się, czy autor przygotowując książkę do druku, zastanawiał się, kto jest jej adresatem? Ludzie młodzi, czy dojrzałe pokolenie Polaków? Czy przedstawiony czarny obraz Polaków wyjeżdżających na Ukrainę ma szansę się zmienić? Czy wręcz odwrotnie? Pisząc opowiadania, które złożyły się na książkę „Przyjdzie Mordor i nas zje”, autor musiał mieć świadomość, iż kieruje ją do nieprzygotowanego odbiorcy (niewiele wiedzącego o komunizmie sowieckim, Ukrainie i Ukraińcach czy Polakach żyjących na dawnych Kresach etc.), któremu pokazuje w krzywym zwierciadle rewiry Ukraińskości i Polskości, nie tłumacząc właściwie ich genezy.

Jest jednak jeden fragment, pod którym mogę podpisać się obiema rękami. Znajduje się na ostatniej stronie książki w opowiadaniu „Orientalizm”, kiedy autor opuszcza Ukrainę. Pogranicznikowi ukraińskiemu okazuje legitymację prasową i nie musi czekać w kolejce z kawalkadą „mrówek”, a po polskiej stronie udaje się do okienka dla obywateli Unii Europejskiej. „Patrzyłem, jak pogranicznicy w bramce obok , w bramce dla gorszych, dla unternarodów, upokarzają jakiegoś starszego Ukraińca. Był siwy i wysoki, miał elegancko przystrzyżoną bródkę. Mówił, że jest pisarzem i że ma w Krakowie spotkanie autorskie. Mówił to zresztą nienaganną polszczyzną. Polscy pogranicznicy, dwudziestokilkuletnie szczyle, mówili do niego per „ty” i pytali dlaczego nie jedzie promować swojej książki do Kijowa. Zaciskałem pięści i było mi wstyd. Tak bardzo, kurwa, wstyd.” Czy po przeczytaniu książki Szczerka zmieniliby swe podejście do ludzi na granicy? Problem polega jednak na tym, że oni tej książki nie przeczytają, jak i wielu ich rówieśników. Powieść – czy zbeletryzowany reportaż jak pewnie wolałby autor – trafi oczywiście do pewnej ograniczonej grupy młodych osób, przeczytają ją starsi panowie – jak ja – fascynujący się Kresami, tematyką wschodnią. Nam – tym starszym – jej lektura podniesie trochę ciśnienie. Zastanowimy się nad każdym kieliszeczkiem piercowki lub koniaku pitego na Ukrainie „dla zdrowotności” i nadal będziemy chłonąć jej piękno i egzotykę. Czy muszę podawać definicję egzotyki? To nie bieda, nie bród i niechlujstwo, a wszystko to, czego nie spotyka się u nas. Nie jedziemy przecież na Kresy, na Ukrainę, po to, by podnieść się na duchu, bo komuś żyje się gorzej. To absurdalny zarzut! Są na świecie miejsca, gdzie ludzie żyją w nieporównywalnie prymitywniejszych warunkach. Czy jeździmy tam po to, by czuć się krezusami?!

Autor za swego pisarskiego guru uważa Ryszarda Kapuścińskiego. To prawdziwy autorytet dla reporterów, ich duchowy patron i przewodnik. Czytałem chyba wszystkie jego książki i czułem, że autor jest do ich napisania wszechstronnie przygotowany. Spoglądając na „Przyjdzie Mordor i nas zje” można odnieść wrażenie, że autor opisuje tylko taką rzeczywistość, jaką zastał, jadąc na Ukrainę bez żadnego przygotowania! Oczywiście w to nie wierzę, bo nie można mu zarzucić błędów natury merytorycznej. W końcu jest absolwentem prawa oraz studiów podyplomowych z zakresu nauk politycznych, a jako dziennikarz związany jest z popularną platformą internetową Interia.pl oraz pismem „Nowa Europa Wschodnia”. Jest w końcu laureatem Paszportu Polityki właśnie za omawianą książkę. Ale czy Kapuściński zaakceptowałby pokazanie w krzywym zwierciadle rzeczywistości ukraińskiej i naszego, Polaków, doń podejścia? Nie sądzę… Dlatego też odnoszę wrażenie, że książka Szczerka jest elementem, który nie wpłynie pozytywnie na układy między Polakami i Ukraińcami. Może nawet jątrzyć, bo wyolbrzymia, wydaje mi się, marginalne zjawisko, jakim jest zachowanie „Anglików z Kołomyji”. Choć z drugiej strony może być przestrogą, by w kontaktach z ludźmi na Ukrainie – nawet uważanymi za przyjaciół – być delikatnym i nie narażać ich dumy, a raczej nie wzbudzać u nich poczucia niższości, nie wywoływać skrywanych kompleksów. We wspominanym już opowiadaniu „Orientalizm” Szczerek pisze o Ukrainie: „tutaj można było jarać się lokalny hardkorem, jak jaraliśmy się my, biedni, pijani durnie z kalekiego kraju, którzy cieszyli się, że udało im się znaleźć jeszcze większą kalekę od siebie!” W przypływie szczerości, oczywiście przy wódce – jakże by inaczej – opowiedział o tym swemu ukraińskiemu przyjacielowi Tarasowi. Doszło do awantury. Taras wywrzeszczał: „My tu żyjemy, to jest nasza rzeczywistość. My tu mamy swoje lęki, swoje nadzieje. Co więcej, my kurwa, musimy tę rzeczywistość jakoś starać się polubić, żeby nie zwariować. Traktować ją serio. Z całą powagą. Bo innej nie mamy. A ty, mój kurwa, tak zwany polski przyjaciel, mówisz mi, że przez cały czas patrzyłeś na mnie i moich rodaków, na cały mój kraj – jak na małpy w zoo?” Po tej rozmowie telefon Tarasa zamilkł… No – biez wodki nie razbieriosz!

Janusz M. Paluch

Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje czyli tajna historia Słowian, Wydawnictwo Ha!Art, Kraków 2013

 

Tekst ukazał się na łamach miesięcznika AKANT
http://akant.org/aktualny-numer/recenzje/3381-janusz-paluch-przyjdzie-szczerek-i-nas-zje

 

opublikował: janusz
wrzesień 12, 2014

Kaliope a sprawa Kopciuszka…


Kim była Kaliope? Któż zacz Mnemosyne? Tu rozpoczyna się już intelektualna wspinaczka dla tych, którzy nie „liznęli” choćby „Mitologii” Jana Parandowskiego – kiedyś obowiązkowa lek-tura w szkole średniej… Błagam, tylko nie pytajcie kto to Parandowski (dla wielu dzisiaj jest tylko dziadkiem Joanny Szczepkowskiej)… Drugi próg wysiłku intelektualnego, do jakiego zmusza autor książki czytelnika, to używanie maksym i sformułowań „w pewnym wymarłym języku, którego nie uczą się już nawet duchowni”… Przypomina mi się spotkanie sprzed lat, podczas którego starli się na łacińskie maksymy dwaj nieżyjący już szermierze: Olgierd Ję-drzejczyk – rocznik 1930 rodem ze Słonima i Andrzej Urbańczyk –rocznik 1946 pochodzący z Lublińca… Trwał długo, aż ktoś litościwie poprosił by mieli zrozumienie dla innych… Pojedy-nek trwałby długo, a pewnie do dziś spierają się na niebieskich bezkresach… Jak doniosła wieść gminna, książka „Klio, córka Mnemosyne, kelnerka z Kopciuszka” autor-stwa Stanisława Grodziskiego – oczywiście tego profesora – to jego wspomnienia napisane na kanwie owianych już mitem spotkań przy słynnym profesorskim stoliku. Wszystko zaczęło się w legendarnym Kopciuszku, kawiarni przy ul. Karmelickiej 13, później poprzez kawiarnię Europejską, gdzie jest dobra kawa, ale zbyt małe stoliki, po Grand Hotel, gdzie po dziś dzień na siedzących i gawędzących przy stoliku luminarzy krakowskiej nauki i sztuki spoglądają nie tylko ciekawscy przybysze, „co się zwiedzieli”, ale i – chłodnym, beznamiętnym wzrokiem – ich biusty, popiersia, które wyszły spod ręki artysty rzeźbiarza – też zresztą profesora – Ma-riana Koniecznego. Książka pełna jest anegdot dotyczących tak jej bohaterów, jak i czasów, w których przyszło im żyć. I powinienem napisać, iż jest pełna radości i wigoru – wprawdzie takiego profesorskiego, iżby wszem było wiadomo, iż luminarze też ludzie i od dowcipów nie stronią. I rzeczywiście jest to książka piękna i radosna. Ale jest też pełna smutku za przemijającym czasem, młodością i świadomością nie tego, co się dla polskiej nauki zrobiło, ale tego, czego być może już dokonać się nie uda. Tempus fugit, aeternitas manet… Jest też pełna wspomnień o tych, którym książkę prof. Stanisław Grodziski zadedykował: Pamięci moich przyjaciół i kole-gów, którzy mnie wyprzedzili. Przyszło im żyć i pracować w dość dziwnych czasach. Trwali, pracując ciężko i wytrwale, nie pozwolili się zeszmacić (oczywiście nie wszyscy). Choć nie bardzo mieli nadzieję na to, by w kraju coś na lepsze mogło się zmienić. Przy kawiarnianym stoliku prof. Krawczuk powiedział któregoś dnia: Interesuje mnie wprawdzie druga wojna światowa, ale pisać to ja wolę o drugiej wojnie punickiej. Wiemy o niej bardzo mało, ale za to napisać o niej możemy wszystko. Dzisiaj można już wszystko, ale wtedy o zmianie ustroju nikt na poważnie nie marzył. Kiedy do tego niemożliwego doszło, nadal robili swoje. Nie stawiali pytań pokroju: jak żyć panie premierze… Bo wiedzieli, jak żyć godnie i mądrze. Choć w tamtych czasach raczej zwracaliby się z takim pytaniem do sekretarza… Wspomnienia prof. Grodziskiego obejmują lata 1968-1982. Choć pewnie – mam taką nadzie-ję – to tylko zapowiedź prawdziwych wspomnień i dzienników profesora. Podejrzewam, że historyk opierający swe badania na pisemnych przekazach i wspomnieniach z przeszłości, zadbał o swych następców i w myśl zasady nulla dies sine linea, notował dzień po dniu także najważniejsze spotkania i wydarzenia, w których uczestniczył, komentował to co działo się w Krakowie, Polsce czy w końcu w świecie. W końcu w książce opartej o stolik w Kopciuszku nie można pisać o sprawach o rudymentalnym znaczeniu. Wszak rozmowy przy kawie, choć nie-rzadko do ważnych i poważnych zapewne należały, z zasady miały być miłe i lekkie. Nie mó-wiąc o ich powabności… Ale tę stronę zapewne „zabezpieczały” córki Mnemosyne, które w Kopciuszku dbały, by kawa była dobra, pachnąca i gorąca… O innych dodatkach profesor nie wspomina… Zachęcając do lektury tej książki trzeba pamiętać o atmosferze czasów minionej PRL-owskiej epoki, panujących obostrzeniach, oficjalnej cenzurze i inwigilacji. Profesorski stolik mógł sta-nowić swoisty odgromnik od ciągłego uważania na słowa, stykania się z bezduszną biurokra-cją i szarą codziennością… Było to chyba jedyne miejsce (choć też, jak wspomina profesor, inwigilowane przez tajne służby), gdzie można było swobodnie żartować, prowadzić wywody z zakresu polityki czy historii fiction… Zamykając ostatnią stronę książki przebiegła myśl – czy gdyby po wojnie Polska była rzeczywiście Polską takie zjawisko jak profesorski stolik w Kop-ciuszku zaistniałby?... Janusz M. Paluch Stanisław Grodziski, Klio, córka Mnemosyne, kelnerka z „Kopciuszka”, Kraków 2014
opublikował: janusz
luty 2, 2014

Miniona sława Nikopolis ad Istrum


Pierwszy raz o Nikopolis czytałem w popularnej reporterskiej książce Pawła Jasienicy „Słowiański rodowód”. Brukowanymi rzymskimi ulicami tego miasta wędrowałem wiele lat później. Leży ono nieco na uboczu popularnych wakacyjnych szlaków wiodących Polaków na piaszczyste i słoneczne plaże Morza Czarnego. Pierwej więc poznałem uroki Apollonii (Sozopol), Messembrii (Neseber), Odessos (Warna) czy Dionizopolis (Bałczik), nim pielgrzymie drogi zawiodły w okolice Wielkiego Tyrnowa. Można w tym kotle bałkańskim łatwo się zagubić, wszak nakładają się na siebie kultury starożytnych Greków, Rzymian, Traków, pobliskich Daków, wędrujących Awarów i Gotów, przybywających Protobułgarów, Słowian i w końcu wyłaniających się Bułgarów! Do tego dochodzą pełne konfliktów dzieje Cesarstwa Bizantyńskiego! Tę mozaikę, na prawie pięć wieków (sic! 500 lat), przykrywa kultura Turków. Mimo tej supremacji słowiańska kultura Bułgarów przetrwała!

Najważniejsze starożytności na terenie Bułgarii odkrywali obcokrajowcy. Pierwszą stolicę Protobułgarów – Pliskę – odkrywa w 1886 r. czeski badacz Konstantin Jireček (1854-1918), a Nikopolis, w 1871 r., pochodzący z Węgier naukowiec Felix Philipp Kanitz (1829-1904). W założonym przez niego sondażowym wykopie odkryto postument pomnika Julii Domny, żony cesarza rzymskiego Septymiusza Sewera (193-211) z inskrypcją wymieniającą nazwę miasta „Nikopolis ad Istrum”, czyli Nikopolis nad Dunajem...

W pobliżu zbiegają się dwie rzeki – Jantra i Rosica, ale do Dunaju jeszcze prawie 50 km. Nad samym Dunajem znajdziemy także miejscowość pochodzącą z czasów rzymskich – Nikopol. To miejsce, o strategicznym znaczeniu, pierwszy raz wymienione w źródłach w 169 r., przeżyło wiele oblężeń i bitew. Tam car bułgarski Ivan Szyszman (1371-1393) poniósł klęskę w 1393 r. w walce z Turkami. Tamże, pod Nikopolem, w 1396 r. europejscy krzyżowcy dowodzeni przez Zygmunta Luksemburskiego (1368-1437) pokonani zostali przez turecką armię dowodzoną przez sułtana Bajazyda I (1389-1402). Nie było to miejsce do życia, a raczej swoiste koszary wojsk zawsze gotowych na odparcie niespodziewanego ataku barbarzyńców.

Nikopolis ad Istrum wzniesione zostało przez rzymskiego cesarza Trajana (98-117) w latach 101-106 na pamiątkę zwycięstwa Rzymian nad Dakami. Rozkwit ekonomiczny i kulturalny miasto przeżywało za czasów cesarzy Konstantyna Wielkiego (306-337) i Justyniana Wielkiego (527-565). Dopiero po ataku Sarmatów w 172 r., wybudowano mury obronne. Już w 250 r. oblegali je Goci. Wielkie straty Nikopolis poniosło w 378 r. podczas wojen gockich (376-382). W VI w. na jego ruinach wzniesiono potężną twierdzę, która zniszczona została ostatecznie u schyłku VI w. przez Awarów. Nieopodal dawnego miasta powstała niewielka osada za czasów tureckiej dominacji nosząca nazwę Eski Nikup, czyli Stary Nikopolis, obecnie Nikup. W pobliżu ruin dostrzeżemy starożytne, pewnie trackie, kurhany...

Szeroko zakrojone, systematyczne badania archeologiczne zostały rozpoczęte w 1900 r. Nie ma tu miejsca na omówienie pięknej architektonicznej struktury miasta wznoszonego przez Rzymian, niszczonego systematycznie przez napierających na Cesarstwo Rzymskie barbarzyńców, zburzonego doszczętnie przez Awarów. Najlepiej trafić tam porą wiosenną lub jesienną. Kiedy jest szansa, samemu zmierzyć się z przeszłością... Wędrować brukiem rzymskich ulic, słuchać opowieści szeptanej przez wiatr, próbować odczytać jakieś inskrypcje na walających się wokół fragmentach starożytnej architektury. Spotkać przygodnego tajemniczego pasterza, który chętnie wskaże niedostrzegalne ciekawe miejsca. Zadumać się na resztkach kamiennych stopni amfiteatru nad codziennością... A może udać się do pobliskiego Preobrażeńskiego Monastyru z XIV w. i pozostać tam już na zawsze?...

Janusz M. Paluch

 

 

opublikował: janusz
grudzień 8, 2013

Gdzie Smotrycz płynie z wolna...


Gdzie Smotrycz płynie z wolna…

Aby dojechać do Kamieńca Podolskiego należy przekroczyć kilka granic. Pierwszą jest lęk u wielu przed tym, z czym mogą spotkać się na Kresach, w państwie ukraińskim. Odradzający się w zastraszającym tempie nacjonalizm ukraiński, dziurawe drogi czy wręcz niechęć do Polaków. Kolejne granice, to te istniejące w Krakowcu i Medyce między Polską i Ukrainą, czy geograficzne między Polesiem a Wołyniem, ale i między zlewniami wód do Mórz Bałtyckiego i Czarnego. W końcu granice już nieistniejące – między II Rzeczpospolitą i komunistyczną Rosją oraz I Rzeczpospolitą i Turcją. Wszak od pewnego czasu, od 26 sierpnia 1672 r. do 1699 r., Kamieniec Podolski położony był po „multańskiej stronie”, a po wojnie polsko-sowieckiej, w 1920 r., znalazł się w granicach Rosji sowieckiej.

Dzisiaj Kamieniec Podolski, kojarzony w dziejach z nazwą „Brama do Polski” i urbs antemurale christianitatis – przedmurzem chrześcijaństwa, na pierwszy rzut oka znajdujemy w dość dobrym stanie zachowania. Ale to tylko powierzchowność. Podobnie jak we Lwowie i innych miastach na Kresach, zasadniczo odnawiane są fasady – stawia się na krótkotrwałą efektowność. Tymczasem zabytkowe struktury budowli zazwyczaj toczone są przez wilgoć i grzyb. W Starym Kamieńcu, w jego sercu, oglądamy wykop głęboki na 8 m pod fundamenty, otoczony wysokim płotem, pewnie kolejnego hotelu budowanego przez „kogoś” z Kijowa (mówi się, iż jeden z najdroższych hoteli należy do syna Juszczenki, byłego prezydenta Ukrainy), wykonany bez archeologicznego nadzoru. Może dlatego na malowniczo położonym zamku oprócz architektury, zdjęcia z oswojonym orłem, piwa w plastikowym kubku, proponuje się wystawę – jakże nostalgiczną – za minioną socjalistyczną epoką!? Na zamku, który odegrał na przestrzeni wieków ważną, nie tylko dla Rzeczypospolitej, rolę oglądamy osiągnięcia Kraju Rad od rewolucji 1917 przez pryzmat miejscowych partyjnych kacyków, problemów społecznych, kolejek w sklepach, ale i osiągnięć sowieckiej techniki, jakim był kolorowy telewizor marki „Rubin”! Wprawdzie, gdzieś w kącie walają rzucone bezładnie popiersia Stalina i Lenina, obok których zwiedzający przechodzą wciąż „na paluszkach”… Zawsze może znaleźć się sprzątaczka, która je odkurzy i postawi w miejscach, z których je zabrano. To jakby wystawa muzeum komunizmu! Przypominam sobie pierwsze spotkanie z Kresami. W 1980 r. trafiam z przyjaciółmi do Lwowa, gdzie z otwartymi ustami chłoniemy jego Polskość, którą zacierano bezskutecznie przez 49 lat! Weszliśmy do klasztoru OO Dominikanów – wtedy muzeum ateizmu, dzisiaj muzeum religii… W jednej z sal stał potężny posąg Lenina, obok którego chodziliśmy w letnich globtroterskich kapelusikach. Nagle słyszymy po rosyjsku uwagę starszej pani pilnującej ekspozycję, że u nich przed Leninem czapki się zdejmuje… Nieskorzy do oddawania czci wychodzimy szybko na zewnątrz! A na kamienieckiej wystawie pachnie taką atmosferą! Wszyscy jesteśmy zdumieni, a na usta cisną się słowa wyjęte z „Ogniem i mieczem” Henryka Sienkiewicza, które padły na pogrzebie pułkownika Michała Wołodyjowskiego z ust księdza Kamińskiego…

– Dla Boga, panie Wołodyjowski! Larum grają!...

Gdzie na zamku mieściła się prochownia? Czy w tej zniszczonej baszcie? A może budynek zniszczony wybuchem prochu nie został odbudowany? W czasie obrony Kamieńca Podolskiego w 1672 r., kiedy poddano twierdzę Turkom, zginęli tam znani z kart epopei Henryka Sienkiewicza „Ogniem i mieczem” Ketling i pułkownik Michał Wołodyjowski wraz z z prawdopodobnie kilkunastoma żołnierzami. To nie do końca fikcja literacka… Ku pamięci pułkownika Jerzego Wołodyjowskiego – „Herosa kamienieckiego” przed katedrą rzymskokatolicką wzniesiono obelisk… A pierwowzorem postaci Keslinga był Kurlandczyk major Hejking, który również zginął w wybuchu.

Mieszkamy w dawnym klasztorze dominikańskim, który od pewnego czasu znalazł się w rękach OO Paulinów. Długo trwały rozmowy z władzami państwa ukraińskiego w sprawie przejęcia świątyni i klasztoru przez Kościół rzymsko-katolicki. W takich rozmowach decyzja zapada wtedy, gdy budynki właściwie do niczego się już nie nadają. Zakonnicy i księża przejmując budynki nie bardzo wiedzą od czego zaczynać. Tylko załamać ręce i odejść, bo tu się niczego już nie da zrobić! Na szczęście duchowni rzymsko-katoliccy, coraz częściej wykształceni w miejscowych seminariach duchownych (w pobliskim Gródku Podolskim i Brzuchowicach pod Lwowem) nie są skorzy do pogrążania się w stanach depresyjnych. Dowodem jest o. Alojzy Kosobucki, pochodzący z Horodyszcza z parafii Szepetówka, prowadzący paulińską wspólnotę w Kamieńcu Podolskim. Posiada wsparcie w wybitnym konserwatorze zabytków dr Januszu Smazie z warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, który zamierza zawodowo osiąść na stałe u kamienieckich paulinów w klasztorze dominikańskim – tyle tam pracy! W odrestaurowanej i udostępnionej wiernym części kościoła oglądamy kamienną ambonę – minbar. Trafiła tam z kamienieckiej katedry, która za czasów panowania tureckiego pełniła rolę muzułmańskiego meczetu (podobnie jak kościół jezuicki w węgierskim Pecs!). Na niej arabski napis: Nie ma Boga nad Allaha. Odnowili ją, w ramach prac dyplomowych, studenci Janusza Smazy. Jest porażająco piękna, choć jej wschodnia stylistyka nie pasuje do wnętrza barokowej świątyni. Ten zabytek stał się przyczyną postawienia przed sądem o. Alojzego, który oskarżony został przez kamieniecką Partię Allaha, o… zniszczenie zabytkowej ambony. Przed ukraińskim sądem odbyły się rozprawy, które uniewinniły go od postawionych zarzutów.

– Czy to znaczy, że w Kamieńcu Podolskim jest działająca wspólnota muzułmańska? – dziwię się.

– Nie, –odpowiada o. Alojzy – ale każdy pretekst jest dobry, by uderzyć w Kościół albo Polskość. To stare metody prowokacji stosowane przez sowieckie służby!

Nie tylko sowieckie, bo i w Polsce dokonywano prowokacji, by zaangażować w konflikt aparat administracji i sądownictwo do swych gier!

Przed, kiedyś gotycką, renesansową obecnie, rzymsko-katolicką katedrą pod wezwaniem św. św. Piotra i Pawła (to najdalej na wschód wysunięta budowla wzniesiona w stylu gotyckim, niektórzy architekci uważają, że tu kończy się Europa!) wznosi się wysoko, dominując nad miastem, złoty posąg Matki Boskiej. Masywna kolumna, na której ją postawiono, to minaret. Do niedawna jeszcze można było wejść na jego szczyt i podziwiać kamieniecką okolicę. Dzisiaj jest to niemożliwe z obawy przed prowokacjami Partii Allaha. W warunkach pokoju w Karłowicach z 12 września 1699 r., strona polska przejmując zrujnowany i wyludniony Kamieniec z rąk tureckiego baszy Kahramana Mustafy, zobowiązała się do tego, że minaret nie zostanie zburzony. Warunek został dotrzymany, ale na tureckim półksiężycu ustawiono najpierw drewniany posąg Matki Boskiej, który został w 1756 r. zastąpiony przez, sprowadzoną z Gdańska przez biskupa Mikołaja Dembowskiego, pozłacaną figurę Maryi (4,5 m wysokości) pochodzącą ze znanego gdańskiego warsztatu Henryka Szobera. Odnowienie posągu, to dzieło dr Janusza Smazy i jego studentów.

Zmierzając do kamienieckiej twierdzy, mijamy dawny klasztor i kościół OO Trynitarzy pod wezwaniem Świętej Trójcy. Wybudowany został w 1750 r. w stylu barokowym. Na jego fasadzie znajdowała się kiedyś figura Pana Jezusa zrywającego łańcuchy więźniów. Obecnie to cerkiew greckokatolicka pod wezwaniem św. Jozafata. Trynitarze, to bardzo specyficzny zakon, którego korzenie sięgają średniowiecza, czasów wypraw krzyżowych. Ich głównym celem było uwalnianie chrześcijan z niewoli muzułmańskiej. Istnieją przekazy, że kiedy brakowało im pieniędzy na wykupienie jakiegoś nieboraka, potrafili siebie oddać w jasyr. W trakcie swej działalności mieli uwolnić ok. 900 tys. chrześcijan. Na ziemie polskie sprowadzeni zostali dopiero za czasów króla Jana III Sobieskiego, po jego zwycięstwie nad Turkami pod Wiedniem. Zaprosił ich do Polski opat z Mogiły Jan Kazimierz Denhoff, który przebywał w Rzymie jako wysłannik Jana III Sobieskiego do papieża Innocentego XI. Pierwszy dom zakonny założyli w 1686 roku we Lwowie. Działali do 1783 r., do kasaty zakonów po pierwszym rozbiorze Rzeczypospolitej, w okresie józefińskim. Jak podają źródła, polscy trynitarze w latach 1688-1781 podczas 18. wypraw wykupili 517 jeńców za kwotę 573.427 złotych polskich (kwota za niewolnika wynosiła 300-600 zł, za postać znamienitą trzeba było zapłacić nawet 1800 zł). Do Kamieńca Podolskiego, będącego jeszcze w rękach tureckich, Trynitarze pierwszy raz mieli udać się w 1688 r., kiedy dokonali wykupu pierwszych ośmiu osób, wśród których były dwie kobiety – Marianna Chmielowska ze Lwowa i Katarzyna Tarczewska z województwa ruskiego. Oswobodzonych uroczyście wprowadzono do Lwowa. Opis uroczystego wprowadzenia ich do Lwowa pozostawił Józef Białynia Chołecki: „I stanął pochód w murach kościółka i upadli wszyscy na kolana składając dzięki niebiosom i czcigodnym zakonnikom. Obok mężczyzn w sile wielu kroczył już prawie starzec, tuz przy nim dwie kobiety, z których młodsza tuliła kilkumiesięczne dziecię w swych objęciach”. Z rozmyślań o przeszłości wyrywa nas głos dobywający się z głośników na trynitarskim kościele. Ktoś mówi... Gdybyśmy się znajdowali w muzułmańskim państwie, pomyślałbym, iż to mułła kieruje swe modlitwy do Allaha, nawołując też wiernych, by poszli w jego ślady... Może to nabożeństwo? Dopiero po chwili dociera do nas czysto polska mowa... To nasz Cicerone, Stanisław Dziedzic, głosił, do mikrofonu użyczonego przez sympatycznego duchownego urzeczonego wiedzą naszego przewodnika, na pół Kamieńca Podolskiego wykład po polsku na temat trynitarzy, ich kamienieckiego klasztoru i baroku... Zadziwieni ludzie, miejscowi i turyści, zatrzymywali się słuchając tego niezwykłego wykładu! Niektórzy poszli za głosem do świątyni…

 

Przy rozległym Rynku Ormiańskim kiedyś znajdował się sąd. Dzisiaj w popadającym w ruinę budynku mieszczą się zakłady dziewiarskie, których właścicielem jest Włoch. Maszyny pracują na pełnych obrotach, ludzie nie zarabiają wiele, ale mają pracę. Na fasadzie budynku tablica pamiątkowa informująca, że swą siedzibę miał tutaj w 1919 r. rząd ukraiński, na czele którego stał Symon Petlura. Przy ulicy Ormiańskiej dominuje wysoka wieża stojąca za kutą bramą, obok niej ślady fundamentów dawnego kościoła ormiańskiego, wysadzonego w powietrze w latach trzydziestych XX wieku przez Rosjan. W Kamieńcu Podolskim było kiedyś 5 kościołów ormiańskich, 12. cerkwi i 11. kościołów rzymsko-katolickich, a w XIX w. wzniesiono tam 20 synagog żydowskich. Stromą uliczką docieramy do Smotrycza. Wije się skalnym korytem, otaczając stare miasto naturalną fosą. Nad nami wznoszą się olbrzymie koszary wzniesione w XVIII w. Mieszkał w nich znany architekt gen. Jan de Witte, komendant twierdzy. Jego syn, Józef, przeszedł do historii przez to, że zakochał się w słynnej w ówczesnej Rzeczypospolitej i Europie „Pięknej Bitynce” – Sophia Galvani, która rozkochała w sobie Szczęsnego Potockiego. To dla niej powstała słynna „Zofiówka” – park w okolicach Humiania, który do dzisiaj budzi podziw odwiedzających go turystów. „Piękna Bitynka” mieszkała z pierwszym polskim mężem w tych koszarach. Ich syn, Jan, generał w carskiej armii, zapisał niechlubną kartę w tłumieniu Powstania Listopadowego w 1830 r. Idąc wzdłuż rzeki podziwiamy dodatkowe umocnienia, jakby wyrastające ze skalnego zbocza, na którym wzniesiony jest Kamieniec. Brama Ruska kiedyś dochodziła aż do rzeki. Dzisiaj jej walory wykorzystywane są do zabaw rycerskich, bowiem i tutaj modne są już rycerskie grupy rekonstrukcyjne…

 

Gdy Kamieniec Podolski przejęli Turcy, ciężar obrony Rzeczypospolitej przed atakami z Kamieńca, przejęły na Okopy Świętej Trójcy. W 1692 r. z rozkazu Jana III Sobieskiego, hetman wielki koronny Stanisław Jabłonowski założył u ujścia Zbrucza do Dniestru obóz warowny, który przez lata powstrzymywał zapędy tureckich oddziałów na granice Rzeczypospolitej. I choć w 1699 r. Kamieniec wrócił do Polski, to załoga Okopów Świętej Trójcy była utrzymywana do upadku Polski. Piękną kartę swej historii zapisali tam w 1769 r. Konfederaci Barscy walczący z Rosjanami pod dowództwem Kazimierza Pułaskiego. Otoczeni przez wraże oddziały ewakuowali się przeprawiając przez Dniestr na stronę turecką. Ci, którym się nie udało wyrwać z otoczenia, walczyli do końca w niewielkim kościele pw. Świętej Trójcy wzniesionym w 1693 r. Świątynia została odbudowana w 1903 r. Kościół został ponownie spalony przez UPA w 1945 r. Pozbawiony dachu, z pozostałościami malowideł ściennych pędzla Soznańskiego, zachowanych od remontu z początków XX w., czeka na swego wybawcę… Zatrzymujące się autokary przy Bramie Kamienieckiej lub Lwowskiej zawsze wzbudzają zainteresowanie miejscowych. Dla nich to okazja do nawiązania kontaktów i pozyskania kilku hrywien, które przydadzą się, by przetrwać do końca miesiąca… Podchodzi do nas staruszka, mówiąca pięknym archaicznym już językiem polskim. Nazywa się Biela. Mówi, że jej ojciec przybył tu spod Krakowa, z okolic Myślenic.

– Ja już ostatnia żyjąca w Okopach Polka. Jak umrę, to już będzie koniec… – mówi ze smutkiem.

Ostatnia strażniczka tradycji Okopów Świętej Trójcy? Czy przekaże komuś „klucz do tajemnicy”? Zawsze jest nadzieja… Pojawiają się sympatyczne dzieciaki, które prowadzą nas do ruin kościoła, usiłują mówić po polsku, to dobry znak. Tam nadzieja osiadła na ruinach kaplicy wraz gniazdem bocianim. A leniwe wody Zbrucza i Dniestru nie zwracają uwagi na szamoczące się z historią społeczności…

Janusz M. Paluch

opublikował: janusz
listopad 24, 2013

Nicieja o Atlantydzie


Nicieja o Atlantydzie

Opowiadano mi kiedyś anegdotę o człowieku, który nie zdążył na ostatni transport z ekspatriantami, kierujący się ku nowej Polsce. Rodzina – żona i dzieci – pojechali. On został i nigdy już nie opuścił Lwowa… Nie mógł? Nie chciał! Podobnie jak prof. Gębarowicz, czy prof. Nikoforowicz. Trwali często wśród szykan, niedostatku, ale we Lwowie. Nie potrafili, a może tak im się tylko wydawało, żyć bez Lwowa.

Kresowa Atlantyda, w zamierzeniu wielotomowa opowieść, pisana jest przez prof. Stanisława S. Nicieję dla nas – zaczadzonych bakcylem kresowym, ale i dla tych wątpiących w istnienie Atlantydy… Dotychczas ukazały się dwa tomy. Pierwszy poświęcony kilku ważnym/najważniejszym (niech czytelnik we własnym sumieniu niepotrzebne słowo skreśli) miastom: Lwowowi (bo jakże by inaczej!), Stanisławowowi, Tarnopolowi, Brzeżanom i Borysławowi. Miasta piękne, ale jakże różne w substancji architektonicznej i intelektualnej. Książki napisane są pięknym i barwnym językiem, jaki coraz częściej gości tylko na kartach książek tak znamienitych pisarzy jak Stanisław Nicieja, Barbara Wachowicz, Aleksandra Ziółkowska-Boehm czy Teresa Siedlar-Kołyszko. Autor postarał się o bogatą szatę ilustracyjną, co znacznie uatrakcyjnia czytanie jego książek. Dzieło zaopatrzył w bogatą bibliografię i – co bardzo ważne – w indeks nazwisk.

Nie będę ukrywał, że zauroczył mnie tom drugi „Kresowej Atlantydy” poświęcony uzdrowiskom. Zapewne dlatego, że większość z nich położona jest w górach! A góry zawsze mnie pociągały swą tajemniczością, dzikością  i pięknem. Uzdrowiska, o których opowiada prof. Nicieja, to Truskawiec, Morszyn, Skole, Jaremcze i Worochta. A poza tym lektura książki przypadła na przedwakacyjny czas, kiedy to wykonując codzienne obowiązki, myślimy już, jak to pięknie  będzie w czasie wakacyjnej wędrówki… Dlaczego więc nie wybrać Atlantydy Kresowej? Jest nam – Polakom –  bliska pod każdym względem. Może i zatopiona, ale wciąż jej ślady są dostępne.

Atlantyda kojarzy się nam z zaginioną mityczną wyspą, krainą zamieszkałą przez nieznaną cywilizację, której poszukiwania od lat trwają. Cywilizacją pochłoniętą przez odmęty morskie, opis której jako pierwszy pozostawił starożytny pisarz i filozof Platon. Co wspólnego z Atlantydą mają opisywane przez prof. Stanisława S. Nicieję kresowe miasta i miasteczka dawnej Rzeczypospolitej? Dla pokoleń wychowanych w czasach PRL-u, kiedy wszystko co miało związek z polskością Kresów było zakazane, prof. Nicieja może być synonimem Platona. Odkrywa bowiem w swych książkach często nieistniejące już miejsca i związane z nimi historie. A jeśli nawet istnieją, to nie mają wiele wspólnego z tymi zatopionymi pożogą i traktatami podpisywanymi ponad głowami Polaków, przez decydentów obwołujących się sojusznikami Polski, zarówno w trakcie jak i po II wojnie światowej.

Zatem udajmy się w romantyczną wędrówkę po kresowych uzdrowiskach Truskawca, Jaremcza i Worochty, Skolego i Morszczyna, na którą zabiera nas w tomie drugim prof. Nicieja.  Pełnią one nadal swe lecznicze funkcje, a nawet przeżywają w ostatnim czasie kolejny swój renesans. Ale co tu dużo gadać, kudy im do tamtych zdrojów okraszonych prawie nieistniejącą już architekturą typową ówczesnym europejskim zdrojom czy to Szwajcarii czy Niemiec! Budowane z zamysłem  architektonicznym i urbanistycznym założenia parkowo architektoniczne zostały zdewastowane w chwili wkroczenia tam władzy radzieckiej. Właściciele domów wczasowych i sanatoryjnych w jednej chwili stracili dorobek całego życia, ciesząc się najwyżej tym, że uszli cało osiadając w nowej Polsce, często w podobnych uzdrowiskowych miejscach na Ziemiach Zachodnich, starając się realizować swą dotychczasową pracę w nowych warunkach. Wielu jednak trafiło na Syberię, gdzie umierali w nieludzkich warunkach.

Perłą polskich kresowych uzdrowisk był Truskawiec, nazywany też „galicyjską złotodajną Kolchidą” czy „Perłą Karpat”. Kuracjusze tłumnie tam wędrowali w poszukiwaniu zdrowia, jak mitologiczni Argonauci za złotem Kolchidy.  Z leczniczych wód i niepowtarzalnego klimatu Truskawca korzystał m.in. Józef Piłsudski, który porzucił to miejsce dla swych ukochanych Druskiennik, jak tylko znalazły się w granicach niepodległej Polski po 1918 r.

Gdy książkę Niciei będzie czytał czytelnik nie znający choćby pobieżnie historii Kresów, będzie co krok przeżywał traumę rozczarowania, ponieważ opisywany przez Nicieję świat żyje tylko – lub prawie – na kartach wspomnień, widokówkach, fotografiach jakże często rozproszonych po różnych kolekcjach!

Normalnemu czytelnikowi w głowie się nie mieści, że można było zrujnować perełkę architektoniczną jaką było uzdrowisko Truskawiec, stawiając w jego miejsce koszmar architektury komunizmu sowieckiego. Zresztą było to dość powszechne w dawnym ZSRR. I okazuje się pozostało w krajach postsowieckich, wszak jeśli znajdziemy się we Lwowie, w tle pomnika Adama Mickiewicza zauważymy modernistyczne wytwory współczesnej architektury ukraińskiej. Pamiętam jeszcze ze swych pierwszych pobytów we Lwowie, okazałe, aczkolwiek mocno już zniszczone (co na Ukrainie nie jest zniszczone?!) kamienice. Przecież po ich odnowieniu i zaadaptowaniu nawet dla potrzeb instytucji mieszczących się w tych nowych gmachach, Lwów w tym miejscu promowałby się znacznie lepiej. Szkoda, że nie mają tak konserwatywnych konserwatorów zabytków, jak na przykład w Krakowie! Pozwoliłem sobie na tę przydługawą refleksję, którą należy zwieńczyć wnioskiem, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Wróćmy jednak do Truskawca, którego nikt z przedwojennych kuracjuszy nie poznałby. Wszyscy jechali tam po zdrowie, ale przy okazji załatwiali różne sprawy. Jedni interesy, inni szukali wytchnienia od politycznych batalii. A niektórzy liczyli na miłosne przygody. Znani artyści natomiast odbywali tam także liczne koncerty. Kogóż na stronach swej książki nie wynotował prof. Nicieja! Chyba tylko rzeczywiście dyskretnych, skrytych, rzeczywiście szukających ukojenia od świata, którym udało się ujść przed bystrym okiem dziennikarzy szukających w Truskawcu sensacji. Bruno Schulz, mieszkający w pobliskim Drohobyczu, odwiedzał z bukietami kwiatów Zofię Nałkowską, a Hanka Ordonówna bawiła tam w towarzystwie Igo Syma. W Truskawcu wypoczywali też państwo Zarembowie w towarzystwie bony ich dzieci Rity Gorgonowej. Tej samej, o domniemanej zbrodni której czytała w latach trzydziestych XX w. cała Polska, a stała się główną oskarżoną w poszlakowym procesie o zamordowanie córki swego kochanka. „Sprawa Gorgonowej” do dziś rozpala emocje prawników i badaczy nierozwiązanych zagadek. W Truskawcu, w pensjonacie prowadzonym przez ukraińskie siostry zakonne, w sierpniu 1931 r. spędził ostatnie chwile życia senator RP Tadeusz Hołówko, zwolennik porozumienia z Ukraińcami. Został zastrzelony przez dwóch Ukraińców Dmytro Danyłyszyna i Wasyla Biłasa związanych z OUN, których przypadkowo zidentyfikowano rok później podczas rozboju w Gródku Jagiellońskim. Mord na Hołówce był zbrodnią polityczną, która głośnym echem odbiła się w całej Europie, doprowadzając do zaognienia stosunków z mniejszością ukraińską w Polsce. W tamtych czasach nie wypadało nie bywać w Truskawcu!

Zupełnie inny charakter miały uzdrowiska kolejne „perły Karpat” – Jaremcze i Worochta. To miejscowości, które stały się sławne w czasie, kiedy góry zaczęto nie tylko podziwiać, ale także wędrować szlakami górskimi i zdobywać ich szczyty. Kto z miłośników gór, jeśli sam nie stanął nogą w Gorganach, Czarnohorze czy Bieszczadach, nie zna przynajmniej opowieści o nich? Tak pięknie pisał o górach prof. Władysław Stefan Lenkiewicz – syn wspominanego przez prof. Nicieję popularnego przed wojną fotografika Adama Ambrożego Lenkiewicza, który pozostawił niezapomniane widoki tych gór o różnych porach roku. Trzeba też pamiętać, że pierwsze lata XX w., to początek mody na narty! Ale i pierwsze górskie tragedie związane z narciarskimi wędrówkami po górach. W lawinach zginęli wówczas m.in. na zboczu Wielkiego Werchu w Sławsku student i zawodnik wyczynowy klubu „Czarni Lwów”,  Ludwik Ralski, w Czrnohorze zginął Henryk Garapich – zawodnik wyczynowy „Pogoni Lwów”, w kotle Breskula pod Howerlą zginęli Lesław Chlipalski i Andrzej w Steusing. Prof. Niecieja, wśród wielu zasłużonych dla rozwoju górskiej turystyki, na poczytnym miejscu wymienia Stanisława Rawicz Kosińskiego (1847-1923), budowniczego górskiej trasy kolejowej wiodącej ze Stanisławowa przez Delatyn, Woronienkę do Sygietu Marmaroskiego na Węgrzech,  z najpiękniejszym w owym czasie w Europie słynnym mostem kolejowym na Prucie niedaleko Jaremcza, o największej w ówczesnej Europie rozpiętości łuku (65 m). Most został zniszczony w czasie I wojny światowej i nigdy nie odbudowany. Pozostał tylko na fotografiach. O pamięć i sławę tego wybitnego na skalę światową inżyniera nikt nie zabiegał. Taka u nas zresztą maniera, że zabytki techniki i architektury zazwyczaj bywają dla niewtajemniczonych anonimowe. Innym wyznacznikiem pięknych i wciąż tajemniczych gór są – oczywiście nieistniejące już – schroniska górskie. Choćby to, które oglądamy na załączonej w książce ilustracji, piękne schronisko na Zaroślaku im. Emila Henryka Hofbauera pod Howerlą oddane do użytku w 1927 r. Inne powstały na Chukulu, Gadżynie, Maryszewskiej, Kostrzycy czy „Dworek Czarnohorski” pod Worochtą. W tym rozdziale nie mogła zabraknąć opowieści o „Białym Słoniu” na szczycie Popa Iwana, czyli o słynnym polskim Obserwatorium Meteorologicznym i Astronomicznym im. Marszałka Józefa Piłsudskiego,  oddanym do użytku w 1938 r. W czasie wojny zostało opuszczone i zdewastowane. W takim stanie trwają do dzisiaj. Ostatnio pojawiła się nadzieja, że budynek zostanie odnowiony, a znajdować się tam będzie Polsko-Ukraińskie Centrum Spotkań Młodzieży Akademickiej.

Kolejnym miejscem, do którego wiedzie nas prof. Nicieja – wczasowiskiem czy letniskiem – jest Skole. W tamtych czasach było to miejsce o szczególnym charakterze. Położone w bieszczadzkich lasach na rzeką Opór, było mekką myśliwych ściągających w porach polowań z całej Europy. Pokolenie wychowane na podręcznikach historii z czasów PRL kojarzy tylko Białowieżę, jako miejsce spotkań polowań polityków, choćby niemieckiego marszałka Hermana Göringa i – jak konstatuje prof. Nicieja – „kilku innych szaleńców politycznych, którzy zgotowali Europie i światu okropny los.”  Tymczasem o prawdziwej – europejskiej – stolicy myśliwych w czasach PRL nie wolno było pisać, mówić, chciano też, aby o tym wszystkim zapomniano. Szczęśliwie się to nie udało… Tak naprawdę arystokratyczny świat myśliwych spotykał się właśnie w Skolem. „Przyjeżdżał tu książę Alfons de Bourbon – pisze Nicieja – oraz niezliczona ilość niemieckich, austriackich włoskich, angielskich, polskich i holenderskich arystokratów – książąt, baronów, hrabiów – oraz polityków i wojskowych. Wywozili oni z organizowanych tam polowań trofea myśliwskie, głównie poroża jeleni, które były chlubą ich kolekcji i święciły triumfy na europejskich wystawach.” A wszystko to stało się za sprawą żydowskiej rodziny Groedlów pochodzącej z Niemiec, którzy stworzyli w tamtym rejonie, w oparciu o rozbudowany przemysł drzewny, swoiste państwo, bo na teren należących do nich lasów można było wejść na podstawie wykupionej przepustki, emitowali też własną monetę, a urzędnicy przez nich zatrudniani bywali bezwzględni. Groedlowie przyczynili się też do rozwoju nowoczesnej, mobilnej turystyki, udostępniając wąskotorowe kolejki pociągom obwożącym po okolicy turystów.

Skole i okolice to nie tylko świat myśliwych. Tam swe letnie domy wznosili też artyści lwowscy. Słynna willa „Storożka” należąca do Karola i Wandy – z domu Monné – Młodnickich. Spotykał się tam latem artystyczny świat Lwowa. Wychowywała się w „Storożce” chorowita w dzieciństwie legendarna Maryla Wolska, która w Skolem urodziła równie sławną córkę – Beatę Obertyńską, znaną poetkę. „Storożka”, to obok imperium Groedlów drugie miejsce, jakie w Skolem obrosło legendą…

I w końcu słynny Morszyn, w którym prof. Nicieja kończy swą wędrówkę po kresowych uzdrowiskach. Położone było przy trasie kolejowej Lwów-Stryj-Stanisławów. Było to najnowocześniejsze polskie uzdrowisko określane mianem „kurortu art deco”. Nazywano też Morszyn „polskim Karlsbadem”. Bogaty w źródła mineralne – najsłynniejsze to „Bartłomiej” i „Matki Boskiej”. W ówczesnej Polsce popularna była też woda stołowa „Morszanka”. W Morszynie wznoszono modernistyczne wille i pensjonaty. Uzdrowisko słynęło także z wytwórni Naturalnej Morszyńskiej Soli Gorzkiej Krystalicznej i Naturalnej Morszyńskiej Wody Gorzkiej. Posiadał też Morszyn bogate pokłady cennej borowiny leczniczej. Morszyn słynął z Pałacu Marmurowego wzniesionego w latach 1935-1938 wg projektu znanego architekta Mariana Nikodemowicza. Kuracjuszom obiekt ten został udostępniony przy okazji obchodów 400-lecia Morszyna. Uzdrowisko gościło wielu znanych ludzi sztuki i kultury, bywała tam aktorka Mieczysława Ćwiklińska czy Aleksander Zelwerowicz. Największą jednak dumą Morszyna był Roman Aftanazy, który napisał i opublikował monumentalne dzieło w 11. tomach „Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej”.

Zamykając książkę z niedowierzaniem stawia się retoryczne pytanie: Jakże to możliwe, że tego świata już nie ma?! I tylko przyroda z beznamiętnym spokojem przyjmuje zmiany, tryskając wciąż „naftusią” i „Morszanką”, nadal zapraszając turystów, już nie na tak egzotyczne, choć nadal tajemnicze, szlaki.

Na ostatnich stronach moją uwagę przykuwa fotografia. To zdjęcie prof. Hugo Steinhausa, słynnego matematyka, współtwórcy lwowskiej szkoły matematycznej, który dożył we Wrocławiu 90. lat. Wcześniej dbał o zdrowie w Morszynie! Pewnego dnia, już we Wrocławiu, otrzymał polecenie powitania na dworcu kolejowym partyjnej delegacji naukowców z ówczesnego ZSRR. Odmówił tłumacząc, że wprawdzie jest zdrowy na umyśle, ale już słaby na ciele. Dodał też, że gdyby było odwrotnie, zapewne niezwłocznie udałby się na dworzec powitać tą delegację… Warto dodać, że w tamtych czasach na takie stwierdzenie mógł sobie pozwolić ktoś o takiej pozycji i wieku, w jakim był prof. Steinhaus.

Pocieszająca jest nadzieja na tom trzeci i następne zapowiadane przez autora, które powiodą czytelnika po zakamarkach naszej Kresowej Atlantydy…

Janusz M. Paluch

 

Stanisław S. Nicieja, Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych. Tom II – Uzdrowiska i letniska kresowe. Truskawiec, Jaremcze, Worochta, Skole, Morszyn, Wydawnictwo MS, Opole 2013

opublikował: janusz
październik 31, 2013

Kochany Święty Mikołaju!


 

Kochany Święty Mikołaju!

Napisaliście już list do św. Mikołaja? Nie – to się pospieszcie, bo grudzień za pasem!

W tym roku postanowiłem złożyć wizytę św. Mikołajowi osobiście. Nie temu na północy, w Finlandii czy Kanadzie… A temu prawdziwemu, którego relikwie spoczywają w Apulii, a konkretnie w Bari w bazylice św. Mikołaja Cudotwórcy, wspólnego świętego Kościołów rzymskokatolickiego jak i prawosławnego. Długo wędrowało się krętymi i wąskimi uliczkami, pełnych zakamarków, wnęk, ciemnych bram, tego pięknego nadmorskiego miasta. W licznych wnękach i bramach spotykamy kapliczki a to z Matką Boską, św. Mikołajem i cieszącym się w tej części Włoch dużą atencją o. Pio. Z jednej strony te uliczki są zachwycające, pełne uroku, tajemniczości i romantyzmu, ale znaleźć się w tym labiryncie w godzinach nocnych – trochę włos się na głowie jeży…

Mówiąc szczerze, bardziej zależało mi na pokłonieniu się naszej królowej Najjaśniejszej Pani Bonie Sforza, żonie Zygmunta I Starego, matce Zygmunta II Augusta. To dzięki temu małżeństwu do XVI-wiecznej Polski docierają przysmaki kuchni włoskiej, włoscy architekci i artyści, którzy wywierają olbrzymi wpływ na to, co w Polsce stało się w dobie renesansu. Zalany słońcem obszerny plac przed bazyliką św. Mikołaja z XI w. zaczął gromadzić ludzi chcących wejść do świątyni. Właśnie zakończyła się sjesta… Przestronna, wysoka i piękna romańsko-gotycka świątynia wzniesiona z kamienia robi niesamowite wrażenie. Uwielbiam czystą przestrzeń, biały kamień i taki architektoniczny porządek. Przychodzą mi na myśl polskie świątynie, które noszą znamiona gotyku przekształconego na renesans, a posiadające wyposażenie barokowe… Owszem ma to swój urok, ale przegrywa z czystą formą. Do krypty św. Mikołaja Cudotwórcy trafić łatwo – wszyscy tam idą…

O sarkofag naszej królowej Bony Sforzy trzeba się było dopytywać. Uprzejmy Włoch, uśmiechnął się tajemniczo, a kiedy upewnił się skąd pielgrzymi przybywają, zaprowadził osobiście do ołtarza głównego, w którym umieszczony jest sarkofag ze szczątkami Bony Sforzy. Królowa, poróżniona z polską szlachtą i synem, opuściła Polskę w 1556 r. Zgodę na wyjazd z Rzeczpospolitej uwarunkowano zrzeczeniem się przez nią wszelkich dóbr ziemskich. Ale tu, nad Adriatykiem, w pięknym Bari pożyła zaledwie rok. Została otruta w 1557 r., prawdopodobnie z inicjatywy Habsburgów, przez Jana Wawrzyńca Pappcodę, który był jej zaufanym dworzaninem. Pochowano ją w dość prymitywny sposób w bazylice św. Mikołaja. Zachowany do dziś sarkofag wykonany został na polecenie córki królowej Bony, Anny Jagiellonki, przez florenckiego mistrza Santi Gucci’ego dopiero w 1593 r. i umieszczony za głównym ołtarzem. Na czarnym sarkofagu klęczy biała postać starszej już królowej Bony. W niszach obok, umieszczono rzeźby św. Stanisława i św. Mikołaja. Warto wspomnieć, że jeszcze w pierwszej połowie XX w. nad sarkofagiem znajdowała się pochodząca z XVI w. płaskorzeźba przedstawiająca Zmartwychwstanie Chrystusa, a mury pokryte były freskami przedstawiającymi postaci polskich świętych: św. Kazimierza Królewicza, św. Jadwigi Śląskiej, św. Stanisława Kostki i św. Ludwika Gonzagi oraz królów polskich: Anny Jagiellonki, Zygmunta III Wazy, Jana Kazimierza i Marii Ludwiki Gonzagi. Niestety te Polonica zostały bezpowrotnie zniszczone. Jak podają źródła, barok nie pasował do surowości romańskiej świątyni. Nie ukrywam, że chwile spędzone przed sarkofagiem polskiej królowej w Bari były wzruszające…

Do krypty św. Mikołaja Cudotwórcy z Miry schodzi się schodami. Tam, w podziemiu jakby inny świat. Grupa wiernych odprawia półgłosem modły w języku rosyjskim. Jacyś ludzie szeptem mówią do siebie też po rosyjsku. Po chwili w krypcie małe poruszenie, pojawia się grupa duchownych w strojach z jakiegoś kraju orientalnego. Wszyscy modlą się i podziwiają architektoniczne pozostałości przeszłych epok. Tu historia mówi innym głosem! Skąd – żyjący w latach 272-345 lub 372 – biskup Miry leżącej w Azji Mniejszej (obecnie teren Turcji) znalazł się w Bari? Kiedy Azję Mniejszą opanowali Arabowie/Saraceni, kupcom włoskim udało się wywieźć szczątki św. Mikołaja i złożyli je w 1087 r. w Bari. Do dziś kościół uroczyście święci dzień 9 maja (w kościele prawosławnym to 22 maja wg naszego kalendarza) – rocznicę przeniesienia relikwii św. Mikołaja Cudotwórcy.

Tradycja rozdawania prezentów w dzień św. Mikołaja – 6 grudnia – wiąże się z hojnością duchownego z Miry. Miał po rodzicach odziedziczyć majątek, którym dzielił się z potrzebującymi incognito. A skąd w tradycji wziął się komin, buty i skarpety wypełniane prezentami? Podobno było to tak… Zdesperowany, popadający w biedę, ojciec nie mający pieniędzy na posag dla córek, zamierzał oddać je do domu publicznego. Kiedy dowiedział się o tym biskup z Miry przez komin wrzucić miał im worek złota, który wpadł do stojących obok butów… Legendy mówią też, iż miał uratować tonących marynarzy, a jednego nawet wskrzesić! I bardzo dobrze, że tak piękna tradycja zachowała się do dzisiaj i rodzice swym pociechom sprawiają nie lada radość fundując prezenty od św. Mikołaja!

A zatem – napiszecie list do św. Mikołaja?

Janusz M. Paluch

opublikował: janusz
wrzesień 30, 2012

Święta Rakinia...


string(500) "Smarty error: [in evaluated template line 15]: syntax error: unrecognized tag: mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Times New Roman"; mso-ansi-language:#0400; mso-fareast-language:#0400; mso-bidi-language:#0400; (Smarty_Compiler.class.php, line 446)" string(118) "Smarty error: [in evaluated template line 15]: syntax error: unrecognized tag '' (Smarty_Compiler.class.php, line 590)" string(513) "Smarty error: [in evaluated template line 22]: syntax error: unrecognized tag: mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Times New Roman"; mso-ansi-language:#0400; mso-fareast-language:#0400; mso-bidi-language:#0400; (Smarty_Compiler.class.php, line 446)" string(118) "Smarty error: [in evaluated template line 22]: syntax error: unrecognized tag '' (Smarty_Compiler.class.php, line 590)"

Święta Rakinia…

Kiedy zbliża się jesień i z tęsknotą spoglądam na zdjęcia z wakacji, zawsze przypominają się zapachy, smaki, majaki egzotycznych dźwięków, a w oku łezka tęsknoty za… No właśnie, za czym i za kim… Tego nie zdradzę! Moje wakacyjne serce od lat pozostaje na Kresach i Bałkanach, i nic na to nie poradzę. Pozostają zatem na wieczorne posiady smaki zakorkowane w butelkach, przywiezione z Bałkanów. Bo tam, oprócz gór, morza, słońca, egzotyki i pięknych kobiet, liczą się przecież wino i rakija. Bałkańska kuchnia – grilowane i smażone mięsa, „kiufteta”, kebabczeta”, „sacze” rożnego rodzaju, smażone jarzyny, tłuste bakłażany, do tego frytki z białym serem a przede wszystkim wspaniałe sałatki oparte na surowych warzywach – bez wina czy rakiji? Nie do pomyślenia!

Trojanski monastyr - tchnący tajemniczością

W Bułgarii rakija jest wszechobecna i powszechnie dostępna. To trunek ściśle związany z kulturą tego narodu. Rakija dla nich jest jak religia. Ktoś podesłał mi piosenkę Cherno Feredje „Rakiichica” o „świętej męczennicy rakiji”. Kultowy trunek, którego obecność w Bułgarii potwierdzona została badaniami archeologicznymi w starej stolicy Bułgarii, Wielkim Tyrnowie, gdzie znaleziono fragment ceramiki z XIV w. z napisem: „na święto piłem rakinię”. Gdy w Polsce słynna, co „daje krzepę krasi lica nasza łącka śliwowica”, była nielegalnym procederem, to w Bułgarii dopuszczalne było produkowanie rakiji – oczywiście w ilościach limitowanych i tylko na własny użytek. Dlatego też, jeśli chcemy zaznać prawdziwego smaku rakiji, trzeba wyjechać tam, gdzie winnice, poza nadmorskie kurorty i miasta, zaprzyjaźnić się z miejscowymi, odstawić samochód na kilka dni, bo domasznija rakija ma moc sięgającą nawet 80%! Ta kupowana w sklepie też do słabych nie należy, bo jak informują barwne etykietki (kiedyś byli zbieracze takich etykiet!), jej moc oscyluje w granicach 40-45%.

Silistra - pozostałości rzymskiego miasta

Rakija jest wódką wytwarzaną na naturalnych owocach, bez dodawania cukru, dlatego też i ból głowy nie jest tak dramatyczny, jeśli ktoś za dużo wypije. Najczęściej pije się rakiję grazdową, czyli z winogron, i rakiję sliwową – czyli śliwowicę. Do bardziej wykwintnego gatunku rakiji należy kajsijewa, czyli rakija wyprodukowana na morelach. Najlepsza kejsijewa pochodzi z Silistry. Szukałem jej kiedyś sierpniową porą w Silistrze bez efektu – zeszłoroczna już wypita, świeża jeszcze w produkcji… Ktoś, kto pierwszy raz zetknie się z rakiją, nie będzie zachwycony jej smakiem. „Toż to bimber” – wzdrygają się. To obraza dla rakiji! I lepiej na Bałkanach taką opinię zachować dla siebie… Z rakiją trzeba postępować jak z nieokiełzanym ogierem, nad którym trzeba popracować, by był posłusznym jeźdźcowi zwierzęciem. Kiedy już doświadczyć jej mocy, będziesz wiedział, że rakiję trzeba zawsze schłodzić. Nie powinno się jej pić w temperaturze pokojowej. Nie należy też pić szybko. Jeśli chcemy wydobyć z niej smak owocu, z którego powstała, można do kieliszka dolać kilka kropel wody mineralnej, niegazowanej oczywiście. Najlepiej smakuje pierwszy kieliszek wypity po sutym obiedzie.

Zimą podaje się grzaną rakiję… Gdy za oknem mroźno i wietrznie musi nie tylko smakować ale przede wszystkim rozgrzewać! W metalowym naczyniu praży się cukier lub podgrzewa miód, do którego dolewa się powoli rakiję. Sposób przyrządzania przypomina przygotowanie naszej „przepalanki”. Tyle, że przepalanka powinna nie tylko się schłodzić, ale przede wszystkim przez kilka dni mieszać z przepalonym cukrem. Gorąca rakija rozgrzewa natychmiast, ma doskonały niepowtarzalny smak palonego karmelu lub przypalonego miodu, do tego niesamowicie kuszący zapach, ale w większych ilościach jest zdradliwa…

Ale i Bułgarzy bywają nielojalni wobec swej rakiji. Spoglądają tęsknie choćby na naszą wódkę Sobieski (nikt z zapytanych przeze mnie Bułgarów nie wiedział, kim był Sobieski…). A przecież mają trojanską, karnobacką, jambolską rakiję – te nazwy warto zaReklama wódki Sobieski...pamiętać nie tylko ze względu na trunki. W mieście Trojan leżącym u podnóża Starej Płaniny znajduje się piękny Trojanski Monastyr. Jamboł to także wody mineralne, dzięki którym rakija jambolska ma niepowtarzalny smak. A w Karnobacie, obok którego jedzie się do Burgas, produkuje się też mastikę…

 

Wszak nie tylko rakija ułatwia życie na Bałkanach… Miejscowi przyjaciele zalecają zawsze przygotować organizm na ciężkostrawne potrawy i już od rana, na powitanie dnia, nie tylko po kawę sięgać, ale i po kieliszeczek mocno zmrożonej mastiki. Tylko jeden kieliszeczek, który przecież nikomu – jeśli nie pomoże – to na pewno nie zaszkodzi… Mastika należy do mocnych alkoholi zaprawionych mastyksem, czyli żywicą z drzewa pistacji kleistej, i olejkiem anyżowym. Obecność tych substancji powoduje, że po mocnym zmrożeniu, mastika traci klarowność, staje się wręcz mętna, ma zabarwienie mleczne, choć z mlekiem niewiele ma wspólnego. Można ją spożywać w niewielkim szklanym kieliszku, albo rozcieńczyć ją również zmrożoną wodą. Wówczas zarówno w smaku jak i konsystencji przypomina pastis, bez którego mieszkańcy niektórych rejonów Francji nie potrafią funkcjonować.

A ja nie potrafię funkcjonować, jeśli choć na chwilę nie pojadę w czas kanikuły na Bałkany…

Janusz M. Paluch



Pакийчице

В казан си се пекла, по тръбичка текла,
ракийчице, светая мъченичице.
Алилуя!

Ти носиш упояние и главозамаяние,
ракийчице, светая мъченичице. Алилуя!

И главозамаяние и кракопреплитание,
ракийчице, светая мъченичице. Алилуя!

И кракопреплитание и в зида одрание,
ракийчице, светая мъченичице. Алилуя!

И в зида одрание, в милицию вкарвание,
ракийчице, света я мъченичице. Алилуя!

В милицию вкарвание, на мене отпивание
ракийчице, светая мъченичице. Алилуя!
(Хвани ме за хубавата малка нощна шапчица!)

На мене отпивание, от тебе отказвание,
ракийчице, светая мъченичице. Алилуя!
(Хвани ме за хубавата малка нощна шапчица!)

От тебе отказвание,
към тебе пребивание
ракийчице,
светая мъченичице. Алилуя!
С черно фередже, ОЛЕ!


 

opublikował: janusz
wrzesień 23, 2012

Rozmowa z Romaną Żuk


Dlaczego Pani rodzina nie wyjechała po II wojnie światowej ze Lwowa?

Oczywiście jestem ze Lwowa, ze Słonecznej na Zamarstynowie. Chcieliśmy wyjechać, ale jak to w życiu bywa, wszystko się pokomplikowało. Ojciec, Stanisław Kozłowski, pracował w restauracji. I jak przyszli ruscy, to chcieli, żeby on zajmował się donoszeniem. Twierdzili, że jest między ludźmi, słyszy co mówią, i że taki człowiek by się im przydał. Ojciec się nie zgodził, został aresztowany na parę miesięcy. W końcu zwolnili go, ale pod warunkiem, że podejmie współpracę. Wtedy cała rodzina się zdecydowała na opuszczenie Lwowa, ale ojciec musiał to zrobić natychmiast. We Wrocławiu znalazł pracę i mieszkanie. Mama ze mną i starszą siostrą zostałyśmy we Lwowie. Mama likwidowała mieszkanie, sprzedawała co się dało sprzedać, inne przedmioty rozdawała. Niebezpieczeństwo nie mijało, a nasz wyjazd się wciąż odciągał. Tuż po wojnie NKWD często chodziło po domach i sprawdzało paszporty mieszkańców. Mama strasznie się bała, że będą szukać ojca, jego nie znajdą a nas wywiozą na Sybir. Dozorcą w naszej kamienicy był Ukrainiec, który miał żonę Polkę. Trzy razy ostrzegał mamę, że będą kontrolować naszą kamienicę. Zamykaliśmy się w mieszkaniu, a dozorca z zewnątrz zamykał nas jeszcze na kłódkę. Dzięki tej kłódce nasza nieobecność nie wzbudzała podejrzeń. Jednak za trzecim razem nie ukrywali zdziwienia, że znowu nas nie ma w domu. Wtedy dozorca powiedział im, że mieszka tu stara i biedna kobieta z dwoma córkami, opuszczona przez męża, i ciągle z dziećmi siedzi u rodziny na wsi, bo tam ją nakarmią, a do miasta rzadko przyjeżdża. Obok nas mieszkała rodzina ukraińska. Podobno byli podejrzani o związki z banderowcami i podczas takiej kontroli zostali wywiezieni. A nas, być może, uratował od Sybiru ten ukraiński dozorca. Mama bała się wyruszyć sama. Od sióstr ojca dochodziły niepokojące wiadomości o stanie zdrowia taty. On cały czas chorował. Kiedy w końcu zdecydowała się na wyjazd, stan ojca pogorszył się i zmarł na zapalenie płuc u siostry w Zielonej Górze. Tam został pochowany. To był 1950 r. Wtedy mama podjęła decyzję, że zostajemy we Lwowie. Nie odważyła się na wyjazd w nieznane. Wszystko trzeba było odkręcać! Na nasze mieszkanie już był wypisany przydział. To nie było rewelacyjne mieszkanie, ale ruskich było we Lwowie tyle, że na każde mieszkanie było wtedy wielu chętnych. Chciał tam mieszkać jakiś rosyjski wojskowy, a kierowniczka „domouprawy”, Żydówka, już sobie nawet przydział na to nasze mieszkanie wypisała. Mama wpadła w rozpacz, bo mogliśmy za chwilę znaleźć się na ulicy beż dachu nad głową. W naszej kamienicy mieszkał też rosyjski pułkownik. Mama zaznajomiła się z jego żoną. Któregoś dnia siedziała przed naszym mieszkaniem na spakowanym kufrze i płakała, tak strasznie płakała. I ten pułkownik zainteresował się nią, zapytał co się stało? Kiedy mama opowiedziała mu naszą historię, obiecał, że pomoże. Zaczął pisać pisma, chodził po urzędach i uratował nam mieszkanie. Dzięki bezinteresownej pomocy Rosjanina znowu miałyśmy gdzie mieszkać. I tak, pod opieką mamy dorastałyśmy we Lwowie...

Co się stało z resztą rodziny, wszyscy wyjechali?

Dziadków ze strony mamy w ogóle nie znam. Mama była sierotą od ósmego roku życia. Jej rodzice zmarli w ciągu pół roku – jedno po drugim, na „hiszpankę”. Mama wychowywała się w sierocińcu u sióstr zakonnych, poza Lwowem. Sama niewiele wiedziała o swojej przeszłości. Miała rodzeństwo, siostrę i brata. Nie znała ich losów. Natomiast rodzice mojego taty pochodzili z Podola. Dziadek miał chyba w Grzymałowie lub Żurowie niewielki dworek. Dziadkowie też zmarli przed wojną.

Z czasów wojny chyba niewiele Pani pamięta... Była pani wtedy małą dziewczynką…

Pamiętam tylko bombardowanie, niedaleko nas była gazownia…

Przejdźmy zatem do czasów, które pamięta pani jako dziewczynka i uczennica, a w końcu dorosła kobieta. Lwów na dobre – choć wraca pani tam jako turystka każdego roku – opuściła pani z całą rodziną w 1981 r.! My na tamte czasy patrzymy przez pryzmat PRL-u, już nieco z dystansu i z przymrużeniem oka.

Wychowywałam się w domu, a właściwie pod domem, z kluczem zawieszonym na szyi. O sowieckim żłobku czy przedszkolu matka nie chciała słyszeć. Do szkoły zaczęłam uczęszczać w 1947 r. Była to szkoła polska nr 30, przy ul. Krasickich. Dzisiaj ta szkoła już nie istnieje. Mama pracowała w różnych miejscach, we młynie skąd przynosiła mąkę, szyła – czego nauczyła się w sierocińcu. Nie miała wykształcenia, więc często zmieniała pracę. Przez jakiś czas pracowała nawet w bibliotece naszej szkoły, gdzie zatrudnił ją dyrektor Węgier. A dzieciństwo było sielskie anielskie, choć nie było nam łatwo. Nie żyło nam się dostatnio, ale dzięki zaradności mamy nie było też biednie. Choć przecież, jako dziecko nie bardzo zdawałam sobie sprawę z tego, co się wokół dzieje. Bawiliśmy się wszyscy razem. Ja mieszkałam w dużej kamienicy. Było tam 47 mieszkań, w których mieszkali Polacy, Ukraińcy, Ormianie, Żydzi czy w końcu Rosjanie. Dzieci różnych nacji bawiły się i doskonale porozumiewały się… Byliśmy jedyną rodziną polską, która w tej kamienicy pozostała po 1945 r. Mimo, że w czasie wojny Niemcy i Rosjanie wymordowali, wywieźli i wypędzili tylu ludzi, to Lwów nadal był i jest wielonarodowym miastem.

W jakim języku porozumieliście się na podwórku?

Rozmawialiśmy po rosyjsku.

A język ukraiński?

Też się nauczyłam w końcu. Ale po 1946 r., kiedy skończyła się ekspatriacja.Dzieci zawsze się między sobą dogadają.

Ale w domu to chyba po polsku?

W domu tylko po polsku. I muszę przyznać, że matka bardzo tego przestrzegała. Z domu wyniosłyśmy wychowanie w duchu patriotyzmu i religii.

Jak było w szkole. Pamięta pani swoich nauczycieli?

W pierwszych klasach uczył nas pan Paradowski. On szybko wyjechał. Były też panie – dwie siostry – Gajdacz, niezastąpiona pani Zabłocka, polonistka, którą już po przejściu na emeryturę często odwiedzaliśmy. Parzyła dobrą herbatę, piekła pyszne kapuśniaczki, opowiadała o literaturze, czytała interesujące książki i wiersze. To był pierwszy „salon herbaciany”, z jakim się zetknęłam. Miała willę na Łyczakowie. Była samotna…. Nie przyjęła na mieszkanie nikogo z Polaków, to po jej śmierci dom przejęli Rosjanie. Teraz to jest ruina. Z czasem w szkole zmieniało się na gorsze. Odszedł polski dyrektor, pan Węgier. Zastąpił go Ukrainiec – Kowałyszyn. Był łysy, to uczniowie mówili na niego „Globus”. Kiedyś, po dzwonku, na trzecim piętrze, goniłyśmy jeszcze po korytarzach i ktoś krzyknął: „Globus” idzie! Kowałyszyn przyszedł do naszej klasy rozwścieczony i zapytał: Kto to powiedział?! Oczywiście nikt się nie przyznał. Wtedy zwyzywał nas: Polska swołocz, polskie świnie… On nas nienawidził! Bardzo niemiło wspominam czas, kiedy namawiali nas do wstąpienia do pionierów a potem do komsomołu. Starałam się godnie przetrwać ten okres. To nie było takie łatwe. Zmuszali nas, namawiali opornych na różne sposoby. Ja nie należałam…

Czyli nawet w ZSRR można było powiedzieć: nie!

Można było. Wprawdzie z trudem to przychodziło, ale nielicznym się to udało. Trzeba pamiętać, że mieliśmy pracujących rodziców i taka postawa na nich się odbijała. W siódmej klasie, to schyłek pionierów, mieliśmy nauczycielkę matematyki, Żydówkę. To był bardzo ważny przedmiot – algebra, geometria, trygonometria, a nam bardzo zależało mieć bardzo dobre oceny. Ona obiecywała piątki, starała się nam przypodobać, prosiła żebyśmy się zapisali do pionierów. Mówiła: Nie musicie wierzyć, tylko ten czerwony krawat ubierzcie. Sama chciała wyjechać do Izraela, bo Ruscy prześladowali jednak Żydów. Przyszłam kiedyś ze szkoły i mówię do mamy, że dla dobra tej pani może bym się jednak zapisała? To był nie lada problem. Matka też się bała powiedzieć nam cokolwiek. Gdyby wyszło na jaw, że matka nie pozwala wstąpić do pionierów, to byłby Sybir! Nawet w późniejszych latach. Mama odpowiedziała mi dyplomatycznie: Wiesz, czego was uczyłam i czego was uczę, a postępuj jak chcesz. Oczywiście nie wpisałam się. Czasami zamykali nas w szkole, osoby które nie chciały się wpisać do pionierów, na 3-4 godziny. Trzymali nas, wytrzymamy, czy nie wytrzymamy. Przychodzili na lekcje wychowawcze z komitetu pionierów i z komsomołu, pytali się: Dlaczego nie chcesz się zapisać? Mama ci nie pozwala? Mama pozwala – odpowiadałam. – No to dlaczego nie chcesz się zapisać? No to wymyślałam: Nie jestem godna, bo dwójkę dostałam, a Lenin mówił, że trzeba się uczyć, uczyć i uczyć! (śmiech) No to pytali dalej: Czy wierzysz w Boga? Czy chodzisz do kościoła? A ponieważ my uczyliśmy się religii i wiedzieliśmy, że nie wolno się wyrzekać wiary katolickiej, to poszliśmy z tym problemem do księdza Kiernickiego, ojca Rafała, po poradę. – Co mamy powiedzieć? – pytaliśmy. On się uśmiechał i z pełną powagą tłumaczył: Jak was zapytają, czy wierzysz w Boga, powiedz, że wierzysz. Ty możesz wierzyć i do tego mama cię nie zmusza. A jak zapytają, czy chodzisz do kościoła, to powiedz, że nie chodzisz. Bo do kościoła to już rodzice prowadzą i można zinterpretować, że was do tego zmuszają. No i takimi wykrętami udało się przejść przez szkołę nie zapisując się do tych organizacji! Było nas wprawdzie niewiele takich niezależnych, ale kilka osób jednak było. To, że nie byłam ani pionierką ani komsomołką, przepłaciłam studiami. Wybrałam historię, zdałam egzaminy, miałam odpowiednią ilość punktów, ale i tak nie zostałam przyjęta. Podczas rozmowy z dziekanem zapytano mnie, jak mam zamiar uczyć dzieci, jeśli jestem „ideologicznie nie podkuta”? Tłumaczyłam, że nie chcę uczyć w szkole, że mnie bardziej praca naukowa interesuje. Na nic się to zdało. Nie przyjęli mnie. Tak mnie to dotknęło i zraziło, że nie podjęłam już żadnych studiów. Na innych kierunkach – chociażby medycyna, miałabym szansę się dostać.

Co zatem robiła pani po skończeniu szkoły?

Miałam trochę szczęścia, bo szybko udało mi się znaleźć pracę w Archiwum Wojewódzkim. Najpierw trafiłam do biblioteki, a potem przeszłam już na etat archiwalny. Pracowałam tam przez 20 lat! To była ciekawa praca. Mieliśmy dostęp do różnych dokumentów historycznych i współczesnych. Wtedy trafiłam też do innego „herbacianego salonu” u pani Marii Jarosiewiczowej, na Nabielaka. Miała tam swój dom. Na parter kogoś jej wcisnęli, a ona zajmowała całe piętro. Pani Jarosiewicz to znana wśród Polaków we Lwowie postać, nasza wspaniała nauczycielka geografii. Kiedy przeszła na emeryturę zaczęła organizować „herbatki”. Przychodziło grono młodych oczywiście zaufanych osób. Spotykaliśmy się tam z takimi osobami, jak znana chyba wszystkim, pani Janina Zamojska, siostry Zappe, małżeństwo Nikodemowiczów – znany kompozytor, który teraz mieszka w Lublinie. Spotkania były prawie konspiracyjne, że to niby spotkanie imieninowe… Urodziny odpadały, bo to mogli zawsze sprawdzić, a na imieninach to oni się nie znali. Zawsze były kanapki, herbatka – pełny, ale sympatyczny, kamuflaż! W tamtych warunkach, taka konspiracja była koniecznością. Spotykaliśmy się raz, czasem dwa razy, w miesiącu w gronie Polaków, a dla władz sowieckich było to już podejrzane. Zawiadomienia, oczywiście tylko ustne, trafiały do grona zaufanych osób. A na spotkaniach opowieści o historii Obrońców Lwowa, o sowieckiej zbrodni w Katyniu, wojnie polsko-bolszewickiej. Ale nie tylko. Pamiętam ostatnie spotkanie z panem Nikodemowiczem, przed jego wyjazdem do Polski. To był pokaz slajdów z naszej lwowskiej katedry. Tyle lat chodziliśmy do tego kościoła, na msze święte, na modlitwy, a dopiero te jego przeźrocza otworzyły nam oczy na piękno naszej świątyni. Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę z tego, czym jest ta świątynia dla Lwowa i dla Polski. Z grona pedagogów naszej szkoły trzeba też przypomnieć nauczyciela fizyki i astronomii Chrystoforowa, czyli tak naprawdę Krzysztofowicza. Był chyba Ormianinem. Organizował dla nas wycieczki po Kresach, na Podole – aż po Kamieniec Podolski. W tych wyprawach uczestniczyła tylko zaufana młodzież. Tam mówiło się o prawdziwej historii Polski. W szkole nie bardzo lubiliśmy go, szczególnie w młodszych klasach, kiedy nie mieliśmy z nim bliższego kontaktu. Był powolny, oschły i ostry. Nazywaliśmy go „Lolo”. Jak byłam w 10. klasie wybuchła sensacja. Ktoś z nas był w zachrystii katedry i spotkał tam Chrystoforowa. Na drugi dzień powtarzaliśmy w tajemnicy sensacyjną wiadomość: Wiecie, że „Lolo” w katedrze kupował opłatek?! W jednej chwili zyskał w naszych oczach. Od razu go polubiliśmy. Skoro kupował opłatek, to wiadomo, że jest Polakiem wierzącym i praktykującym. Nasze wycieczki z nim skończyły się dość dramatycznie. Złożono na niego doniesienie. W katedrze była wtyczka. Jakiś chłopak, chyba ministrant, na jednej z wycieczek miał magnetofon i wszystko nagrywał. A przecież „Lolo” opowiadał nam prawdziwą historię Rzeczypospolitej! Został wtedy wyrzucony z pracy. Po skończeniu szkoły kontakt z „Lolem” się nie urwał. Pracowałam wtedy już w Domu Nauczyciela. W pokoju siedziałam sama. Odwiedził mnie i powiedział, że wyjeżdża do znajomych na Kaukaz i prosił żebyśmy nie szukali z nim kontaktu. Kiedy wróci to sam się z nami skontaktuje. Dostawał wezwania, nie odbierał ich i nie stawiał się na przesłuchania. Musiał zatem zniknąć. Musiał się ukrywać. I to niejednokrotnie. Kiedy dewastowali Cmentarz Obrońców Lwowa, Chrystoforow ze znajomymi zrobili zdjęcia i wysłali je do Kanady, gdzie zostały opublikowane. W chwili zagrożenia przyszedł do nas z tymi fotografiami oraz plik innych dokumentów. Mieliśmy wtedy piece kaflowe ogrzewane gazem. Do jednego z tych pieców schowaliśmy dokumenty przyniesione przez Chrystoforowa. Zapytał też, czy mamy rodzinę na wsi, czy ktoś przyjeżdża do nas w nocy… Uspokoił się, gdy dowiedział się, że nie mamy żadnej rodziny i nikogo kto nas w nocy nawiedza. Powiedział: Schowajcie te dokumenty do pieca, ale jeżeli w środku nocy ktoś zadzwoni do drzwi, zapalajcie palnik; zanim ktoś otworzy drzwi, dokumenty muszą już płonąć. Dzięki Bogu nic takiego się nie wydarzyło, a jak Christoforow poczuł się bezpiecznie, to je zabrał. W latach sześćdziesiątych, kiedy już mogliśmy na urlop do Polski wyjeżdżać, na prośbę wielu starszych osób dostarczałyśmy listy do ich rodzin w Polsce. Kiedyś Christoforow poprosił nas o dostarczenie informacji do wielu osób w Polsce związanych z AK oraz harcerstwem. Podał zaufane adresy, gdzie miałyśmy dotrzeć. Zakazał zapisywać te adresy. Miałyśmy je zapamiętać. To była ciężka sprawa. Wzięłyśmy się na sposób. Jak pan może pamięta, w Rosji kanapki zawijało się wtedy w gazety... Na mocno zadrukowanej stronie gazety, między linijkami, ołóweczkiem cieniusieńko wpisywałyśmy te adresy! Kanapek, choćby z tego względu, miałyśmy dużo. Jeden adres umieszczony był na osobnym skrawku gazety. Kiedy przyjechałyśmy do Przemyśla, od razu odwijałyśmy kanapki, żeby te adresy się nie zatarły… A informacja była krótka: Nie kontaktujcie się z, jesteśmy w niebezpieczeństwie...

Przez długi czas występowała Pani na scenie Teatru Polskiego we Lwowie.

Z teatrem związana od 1958 r. Pierwsze próby, w których uczestniczyłam odbywały się jeszcze pod kierunkiem pana Hauswatera. I występowałam dość długo, bo jeszcze w 1970 r. – już w stanie błogosławionym – byłam na scenie! (śmiech) Grałam wtedy w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego i nagle spódnica mi pękła! (śmiech) To były bardzo miłe czasy, prezentowaliśmy głównie polskie spektakle, jeździliśmy po Kresach do Polaków. Po premierze „Wesela” mieliśmy jechać do Rzeszowa na Festiwal Kultury Polskiej. Było już zezwolenie na nasz wyjazd z Kijowa, wydrukowane afisze czekały w paczkach, a władze lwowskie nas nie puściły. Przykro nam było, ale zawsze rekompensowała nam to nasza lwowska publiczność. Prof. Adam Kuryło i jego żona zawsze siedzieli w pierwszym rzędzie. Rzucał się w oczy, bo był łysym i postawnym mężczyzną. Po każdej premierze z żoną i służącą podchodził do nas i gratulując wręczał nam całe naręcza kwiatów. To było dla nas wielkim wyróżnieniem! A występowałam wtedy z Lidią Chrzanowską – siostrą naszego reżysera Zbigniewa Chrzanowskiego – oraz niezapomnianą Jolą Martynowicz, gwiazdą naszego teatru. Prof. Adam Kuryłło z Politechniki Lwowskiej bojkotował wszystkie imprezy państwowe we Lwowie. Miał też kiedyś powiedzieć, że nigdy do teatru nie będzie chodził. A Teatr Polski we Lwowie był jedynym, do którego przychodził regularnie. Nasza sala była niewielka, zaledwie 150 miejsc, ale zawsze była wypełniona i to przez jakich gości!.

Czy w związku z pracą w teatrze spotykaliście się państwo z jakimiś szykanami ze strony władz lub pracodawców?

Raczej nie. Tyle, że repertuar musieliśmy mieć mieszany. Trzeba było czasem pokazać jakąś współczesną sztukę teatralną. Ale w realizacji tego, co przepuściła cenzura, nie przeszkadzali nam. Dopiero w 1980 r., jak w Polsce „Solidarność” wybuchła, zaczęły się problemy. Wtedy już nie grałam i tylko koleżanki opowiadały czasem, co w teatrze się dzieje. Tradycją w naszym teatrze było, że po premierze szliśmy z kwiatami pod pomnik Adama Mickiewicza. Tak było też w 1981 r. A na drugi dzień rozpoczęła się nagonka, że aktorzy z Teatru Polskiego manifestowali pod pomnikiem Adama Mickiewicza i wykrzykiwali antypaństwowe hasła przeciw Związkowi Radzieckiemu, popierając oczywiście „Solidarność”. Najbardziej ucierpiał nasz reżyser Zbigniew Chrzanowski, który stracił pracę w telewizji lwowskiej i musiał wyjechać ze Lwowa. Ale dzięki temu, że był z teatrem związany Walerij Bortiakow – Rosjanin zakochany w Polsce, Polakach i teatrze, który poprowadził teatr przez ten trudny okres, Teatr Polski we Lwowie przetrwał do dziś. Wiele zawdzięczamy też Larisie Swierdlik – Ukraince z Winnicy, dyrektorce domu nauczyciela, gdzie mamy wciąż swą siedzibę. Nie wszyscy byli tacy jak ona. W archiwum mieliśmy kolegę – on był nacjonalistą ukraiński. Razem z żoną za działalność zostali wywiezieni na Syberię, a po odbyciu kary przez kilka jeszcze lat mieli zakaz osiedlania się w promieniu wielu setek kilometrów od Lwowa. Chyba po sześciu latach wrócili. To były już dobre dla nich czasy i zaczęli się strasznie panoszyć. Demonstrował swą ukraińskość na każdym kroku. Ubierał się tylko w koszule z krajką. A do znajomości z nami nie przyznawał nie przyznawał się, a przecież przez tyle lat był wielkim naszym przyjacielem! W pracy siedzieliśmy naprzeciw siebie, biurko w biurko! Kiedyś grali jakiś polski film. Ja nie poszłam go obejrzeć. Wracaliśmy razem z pracy i on pyta mnie, czy byłam już w kinie na tym filmie. Odpowiedziałam, że nie byłam. A on na to – to jaka z ciebie patriotka! Polski film, a ty nie poszłaś!

Lwów zawsze przesiąknięty był patriotyzmem. Zawsze świętował hucznie narodowe święta, a Polacy mieszkający w tym mieście mocno związani byli ze świętami religijnymi. Co z tego zostało we Lwowie powojennym?

Nie obchodziliśmy oficjalnie świąt narodowych. W listopadzie spotykaliśmy się u pani Jarosiewicz, ale to już w późniejszym okresie. Kiedy Cmentarz Orląt był już zdewastowany, to nasz nauczyciel, Krzysztofowicz, mobilizował nas i szliśmy oczyścić cmentarz. Rosjanie siali specjalnie jakąś dziwną trawę, która rosła wysoko, była wyższa od człowieka, i bardzo twarda. Ścinaliśmy ją odsłaniając groby. To było zanim na cmentarzu wysypisko śmieci zrobili. Potem, na 1 listopada, trzeba było oświetlić. Ale nie było nas stać, żeby znicze kupować. W archiwum zarabiałam wtedy 40 rubli. To było bardzo mało. Zawsze po ratunek szliśmy do katedry. Tam zbierali dla nas ogarki świec. Czasem dostaliśmy też kwiaty, najczęściej były to chryzantemy. Wtedy po jednym kwiatuszku i ten ogarek świecy na prawie każdej mogile się znalazł. A na grobie Nieznanego Żołnierza zapalaliśmy lampiony z białej tekturki, z wyciętymi krzyżami zaklejonymi czerwoną bibułką. Na tych lampionach były wypisane wszystkie miejsca kaźni Polaków, zarówno Katyń jak i Auschwitz. Lampiony przygotowywaliśmy w magazynach archiwum z Lidką Chrzanowską, Jolą Martynowicz i Waldkiem Przyszlakiem. W początku lat siedemdziesiątych nasi koledzy zorganizowali niesamowitą akcję. Do dużej puszki włożyli gałgany nasączone ropą. Do puszki przymocowali linę, którą też nasączyli łatwopalnym płynem. Przerzucili sznur przez wysoki pylon na cmentarzu, a potem osadzili tę puszkę na szczycie pylonu. Potem podpalili linę nasączoną ropą, która przeniosła ogień do puszki. A my pobiegliśmy na górę powstańców skąd patrzyliśmy na pięknie oświetlony cmentarz! Taka piękna łuna powstała nad Cmentarzem Orląt. Dzisiaj to by się nazywało happeningiem… Wtedy nie było żartów, jakby ich złapali, mieliby potworne kłopoty. Oczywiście było dochodzenie, poszukiwanie sprawców, których na szczęście nie udało się zidentyfikować. A mama mówiła do mnie tak: Nie wywieźli nas Ruscy w 1944, to teraz przez ciebie jeszcze na tej Syberii wyląduję… A ja jej wtedy zadawałam pytanie: A kto mnie tego nauczył? Mama wtedy patrzyła na mnie i mówiła: Ale ja ci nie kazałam tam chodzić… (śmiech) Nie kazała, ale uczyła. Mama w 1953 r. ciężko zachorowała. Miała problemy z tarczycą i musiała poddać się operacji. Bała się, że umrze. Miałam 13 lat, a siostra 16 lat. Tego dnia, kiedy mama szła do szpitala, przed naszym wyjściem do szkoły, usiadła w kuchni na taborecie, posadziła nas sobie na kolanach, i powiedziała: Słuchajcie, nie wiem co będzie, co się stanie. Jeśli umrę, a was ktoś weźmie na wychowanie, to róbcie co chcecie, róbcie co wam każą, tylko o jedno dbajcie, żebyście się nie dały przepisać ani na Ukraińców ani na Ruskich. Nawet nazwisko możecie zmienić, tylko żebyście się nigdy nie wyrzekły narodowości polskiej. Mówię, bo was będę straszyć! (śmiech) Na każdym kroku wpajała nam polskość tak, jak potrafiła. To siedziało w nas, zawsze o tym, że jesteśmy Polakami pamiętaliśmy i pamiętamy. Taki duch przekory siedział we mnie zawsze…A wcześniej edukacja patriotyczna odbywała się tylko w domu.. Mama zawsze prowadziła nas na Cmentarz Orląt i opowiadała, o polskich świętach narodowych. Uczyła nas patriotycznych pieśni. W szkole obchodzono tylko święto pracy 1-go maja i kolejne rocznice rewolucji październikowej. Jeśli coś organizowano, to tylko w ukryciu, w zaciszu domowym. Przykładem mogą być „Jasełka” dla dzieci u państwa Adamskich. Ale tylko dla zaprzyjaźnionych. „Jasełka” organizowały także panie Zappe, a aktorami były nie tylko dzieci, ale i dorośli.

Panie Zappe uczyły też religii…

Tak. Ale nie tylko one. Ja naukę religii zaczęłam w 1950 r. u ks. Kiernickiego. Pamiętam dwie lekcje przez niego prowadzone. Odbywały się w katedrze pod amboną. Trzecie spotkanie już się nie odbyło, ponieważ władze zakazały księdzu prowadzenia pracy duszpasterskiej. To spowodowało, że mieliśmy roczną przerwę w nauce religii. A potem, przez znajomych, trafiłam do pani Władzi, która mieszkała na Zamarstynowie. Chodziliśmy do niej niewielką grupką. Moja starsza siostra uczęszczała na religię jeszcze do kościoła Maryi Śnieżnej. Pamiętam jak jechaliśmy tramwajem na moją pierwszą komunię świętą do katedry. Byłam ubrana w białą sukienkę i welon. Rosjanki mówiły o mojej mamie, że taka stara, głupia baba, takie dziecko do ślubu wiezie. (śmiech) Myślały, że ja za mąż wychodzę! Mój siostrzeniec uczył się religii u pani Ireny Zappe. A moje dzieci przez panie Zappe odesłane zostały do „dziewczyn”, które były w katedrze. One uczą religii – powiedziały mi. Co to były za „dziewczyny”, to jeszcze nie wiedzieliśmy. Ale skoro panie Zappe poleciły je... Później okazało się, że to były siostry zakonne! One przychodziły do domów dzieci. I powtarzała się historia jak z tymi herbatkami. W jednym domu spotykało się dwanaścioro dzieci i były to oczywiście urodziny lub imieniny… W jednym miejscu takie lekcje odbywały się dwa-trzy razy. Potem lekcje przechodziły do następnego miejsca. W jednym pokoju dzieci uczyły się z „dziewczyną” religii, a rodzice w kuchni przygotowywali herbatę i kanapki. Zawsze gotowi na tłumaczenie się, że to dziecięca uroczystość imieninowa. Na uroczystość pierwszej komunii świętej ubrania naszych dzieci wieźliśmy w torbie i w zachrystii dzieci były przebierane. Taka manifestacja, jaką zafundowała sobie ze mną mama, mogła skończyć się nieprzyjemnie, przede wszystkim dla rodziców. Ludzie bali się. Moja siostra pracowała w urzędzie statystycznym, kiedy w pracy dowiedzieli się, że brała ślub kościelny, musiała się zwolnić z pracy. Ja w archiwum na szczęście nie miałam takich problemów. Ludzie byli tam bardziej tolerancyjni. Chciałam wysłać do rodziny, do Polski, zaproszenie na ślub, choć i tak wiadomo, że nikt by nie przyjechał. Oni bardzo się bali kontaktów z nami. Pochodzili z Podola i tam pozostawili cały swój dobytek uciekając przed Ukraińcami. Na drzwiach znaleźli od banderowców kartki, że mają 24 godziny na opuszczenie domów. Uciekli do Lwowa, a stamtąd do Polski. Oni się potwornie bali. Nikt do nas do 1981 r. z Polski nie przyjechał. Wracając do mego ślubu. W archiwum mieliśmy maszyny do pisania łacińską czcionką, więc w czasie przerwy obiadowej chciałam te zaproszenia wypisać. Zauważyła to zastępczyni dyrektorki. Zapytała co ja tam robię, czemu nie jestem na przerwie. Myślała, że dorabiam sobie do pensji przepisując jakieś dokumenty. I zajrzała mi przez ramię… Zmartwiałam. Nic mi nie powiedziała, ale w katedrze na ślubie była z inną koleżanką, Rosjanką, kierowniczką czytelni w archiwum. Ta kierowniczka musiała pochodzić z jakiejś grafskiej rodziny, była taka dystyngowana, lubiła Polaków, lubiła z nami rozmawiać. Jak odeszliśmy od ołtarza, podeszły do nas z życzeniami. Ja, zamiast się cieszyć, już przygotowywałam się na to, że będę musiała opuścić pracę. Ale nic takiego się nie stało.

Widocznie były normalnymi, rozumnymi i dobrze życzącymi pani i mężowi, kobietami…

Widzi pan, ludzie byli naprawdę bardzo różni. Jak pan wie archiwum mieści się w klasztorze dominikanów. Pracowałam w jednym z magazynów z Rosjanką, która była tak zaciętą komunistką, że to było coś strasznego! Była biedna jak mysz kościelna, ale tak strasznie kochała i wierzyła w tą komunę! W naszym biurze nad nią wisiał portret Lenina, a nade mną portret Łysenki. Podczas remontu pozdejmowali te obrazki, a potem ponownie je zawieszali. I wtedy ona zadysponowała: Nad Romą powieście Lenina, a nade mną Łysenkę. Byłam zaskoczona i myślałam, że ona chce zacząć mnie edukować… Zapytałam: Katia, a dlaczego ty chcesz, żeby Lenin nade mną wisiał, a nie nad tobą, blisko ciebie? A ona na to: A co mi z tego, że on nade mną wisi, jak ja go nie widzę?! To było dla mnie, żyjącej przecież w tamtych realiach, takie nieprawdopodobne! (śmiech) Ale zdarzyło się kiedyś w Wielką Sobotę, kiedy jak zawsze był organizowany tzw. „subotnik”, czyli w polskich realiach czyn społeczny. Wtedy były już wolne soboty, a władze sowieckie zawsze starały się zakłócić nam święta Wielkanocne. Z Katią zawsze razem wracałyśmy po pracy w jednym kierunku. Ona mieszkała nieco dalej ode mnie, na Kleparowie. Tym razem zamierzałam się z nią pożegnać nieco wcześniej. – A ty co, nie idziesz do domu? – zapytała. – Nie, bo idę na Boże groby. Ja nigdy w życiu nie kryłam się ze swoją wiarą. A co to są te Boże groby? – zapytała Katia. Przecież wiesz, że jutro mamy święto, Wielkanoc. – odpowiadam – W Wielką Sobotę zawsze trzeba nawiedzić Boży Grób. – To ja pójdę z tobą, można? No i poszła. Boży Grób w katedrze zawsze robił niesamowite wrażenie. Umieszczony był w ogromnej kaplicy, tam zawsze w absolutnej ciszy ptaszki śpiewały. Uklękłam, żeby się modlić. Ona uklękła przy mnie. Nie wiem, co ona tam sobie myślała. Długą chwilę spędziłyśmy w katedrze. Kiedy szłyśmy do domu, od katedry do teatru wielkiego milczałyśmy. Nie odezwała się ani słowem. W końcu zebrała się po tych przemyśleniach i mówi: - To jest nieprawdopodobne! - Ta zacięta komunistka, miała dwóch synów, których też w takim duchu wychowywała. – To jest takie przeżycie! Ja się wam teraz nie dziwię, że wy wierzycie w tego Boga i że wy do kościoła chodzicie. Ty wiesz co ja zaraz zrobię? Pójdę do domu, wezmę Kolkę i Saszkę, i zaciągnę ich do kościoła, żeby zobaczyli jak przeżywacie święta! Nie wiem, czy była w katedrze z synami. Ale za rok w Wielką Sobotę, nie było wprawdzie „subotnika”, ale akurat wypadła robocza sobota. Powiedziałam jej, że chciałabym się do domu się urwać wcześniej. Podpowiedziała mi, żebym wyszła bocznym wyjściem na ul. Ormiańską. Między naszymi biurami, a magazynami były drzwi oddzielające nas od kierownictwa. Odprowadziła mnie do magazynów, drzwi się zatrzasnęły. Poszłam do tego bocznego wyjścia – zamknięte! Okazało się, że nasze kierownictwo jeszcze wcześniej poszło sobie do domu! W końcu to była sobota… Zostałam w pułapce w labiryncie archiwalnego magazynu. Już widziałam jak siedzę tam do poniedziałku, a rodzina zachodzi w głowę, co się mogło ze mną stać. Nie było telefonu, ani dzwonka alarmowego. Szanse na to, że któraś z koleżanek zajdzie jeszcze do magazynu były znikome…A wyjście na Ormiańską, to gruba brama. Nawet jakbym młotkiem w nią waliła, nikt by nie usłyszał. Siedziałam i płakałam. Myślałam, że oszaleję. Zapowiadały mi się arcyciekawe święta… Na moje szczęście, jednak ktoś z tego kierowniczego działu wrócił po coś do pracy i wypuścił mnie. Ale w tej pułapce siedziałam ponad dwie godziny! Gdy przyjechałam do Polski na stałe, w roku 1981, byłam zrozpaczona. A muszę powiedzieć, że nie było nam lekko. Nie byliśmy repatriantami i nic nam się nie należało. Do wszystkiego przez lata dochodziliśmy tu z dużym trudem, ale nie żałujemy. Ale nie to mnie doprowadzało do rozpaczy. Początkowo nie miałam tu nic do roboty. Wokół sami Polacy, nie miałam gdzie działać. Nikogo też nie znałam. Przyjechaliśmy w lipcu, a dzieci do szkoły we wrześniu szły. Poszliśmy z nimi – tak jak we Lwowie. Tam do dziś pierwszy dzwonek i ostatni dzwonek to wielka uroczystość. Wprowadzanie uczniów do klasy, dzwonienie na tę okazję specjalnym dzwonkiem, odświętne stroje. A w Krakowie przeżyliśmy szok. Wprawdzie jakieś dziecko wydukało wierszyk, dyrektor kilka słów powiedział – i po uroczystości… Wyszliśmy z mężem trochę zadziwieni, ja ze łzami w oczach, bo jakże to tak można witać szkołę po wakacjach?! A mąż do mnie mówi: Ty wiesz co się teraz we Lwowie dzieje? Wszyscy nasi znajomi piją teraz kawę… Tak było, dzieci do szkoły, a my na kawę! Ech, szkoda gadać! Tyle lat już w Polsce, mąż już nie żyje kilka lat, a mnie przy wspomnieniach łza w oku wciąż się kręci…

Jak się Polacy we Lwowie bawili?

Musiał pan słyszeć o Jarku Stankiewiczu. Miał piękny dom przy drodze prowadzącej na Wysoki Zamek. On zawsze urządzał zabawy sylwestrowe, karnawałowe dla Polaków. Miał olbrzymi dom. Dla nas te spotkania u pana Jarka były zawsze wspaniałym i niepowtarzalnym przeżyciem. Później popsuła się atmosfera, bo przecież nasi panowie pożenili się z Rosjankami i Ukrainkami i zaczęli z nimi na te zabawy przychodzić. W końcu pan Jarek przestał organizować te zabawy. Tam się potrafiło i sto osób bawić! We Lwowie święta Bożego Narodzenia inaczej były zorganizowane niż w Polsce. Najpierw, na siódmą, szliśmy na pasterkę, dopiero potem zasiadaliśmy do wieczerzy wigilijnej. Atmosfera pasterki z kolędami przenosiła się do domu, ta wieczerza była taka uświęcona. Nastrój był taki podniosły. A potem mogliśmy się odwiedzać i biesiadować radując się ze świąt. Swoją pierwszą pasterkę w Polsce przeżywałam we Wrocławiu. I zapamiętałam jakiegoś pijaka, od którego cuchnęło alkoholem a w dodatku tak ryczał śpiewając kolędy… Dla mnie to był szok, makabra! Tam, we Lwowie, nikt po pijaku nie ośmieliłby się pójść na pasterkę! No mówię panu, nie ma jak we Lwowie! Przy okazji pasterki, bo po mszy to się przecież prawie cały polski Lwów w katedrze spotykał, składaliśmy sobie życzenia i umawialiśmy się na zabawę sylwestrową u pana Jarka. Potem, 31 grudnia szliśmy do kościoła na zakończenie starego roku, pan Jarek też był z nami, i po zakończeniu, z torbami – każdy przynosił prowiant, panie coś do jedzenia a panowie alkohol – szliśmy do pana Jarka! A tam wszystko wypakowywaliśmy na stoły i dalej bawić się! Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co to znaczy „szwedzki stół”, ale już stosowaliśmy go u pana Jarka i nazywaliśmy go „bufetem”. A w bufecie pojawiały się przygotowane w domu kanapki, pączki, chrust i inne smakołyki. Tańczyliśmy przy magnetofonie, grała nam moja ulubiona orkiestra Glena Millera. Pan Jarek był pasjonatem muzyki i fotografii. Miał lampę błyskową, co na tamte czasy było luksusem i robił nam zdjęcia. U pana Jarka było zawsze strasznie zimno, on nie ogrzewał domu, bo to przecież kosztowało. I miał taką zasadę, że choinki nie rozbierał aż do Wielkanocy! Te choinki były specyficzne, bo nie ubierał je w świecidełka, a otulał watą. Choinka była w pokoju, w którym tańczyliśmy, a nad drzwiami do bufetu – czyli drugiego pokoju – wisiała też ogromna gałąź choiny. To były obowiązkowo jodły! Nie było krzeseł, tylko pniaczki brzozowe. Były też zabawy karnawałowe i oczywiście zapusty! Przed środą popielcową była śledziówka u pana Jarka. Kiedyś przyszliśmy i nie było śledzia! Taka była tradycja, że na lampie, na sznurku o północy wieszało się śledzia. Z jakimś chłopakiem prawie cały Lwów za tym śledziem zbiegaliśmy! Dopiero koło dziewiątej wieczorem w jakimś gastronomie udało się nam kupić jakiegoś wędzonego śledzia. No i spokojnie bawiliśmy się do północy! Wtedy wieszaliśmy śledzia i koniec zabawy. Szliśmy do domów, a śledź tam wisiał aż do zakończenia postu.

Katedra lwowska przez całe lata kojarzyła się z osobą o. Rafała Kiernickiego. Czy ma pani jakieś wspomnienia związane z jego osobą?

Z księżmi nie było takiego kontaktu, jak w Polsce. Dla nas ksiądz to był Bóg, często nieprzystępny. Zawsze chodziłam na majowe nabożeństwa, nosiłam chorągwie, należałam do Bractwa. Kiedyś ksiądz Kiernciki zabrał nas, miałam wtedy chyba 16 lat, na Czartowską Skałę, na wycieczkę. Dla nas było to wielkim wyróżnieniem, bo rozmawiał z nami, opowiadał nam ciekawe rzeczy, śpiewaliśmy pieśni. W pewnym momencie wyjął duży worek cukierków czekoladowych i po dwa cukierki nam rozdał. Innym razem, w katedrze, bardzo się zdenerwował. Mieliśmy wyjść z chorągwiami na nabożeństwo, i pojawił się problem, bo każdy chciał być bliżej ołtarza. Ustawiała nas taka pani Roma i nie mogła sobie poradzić z dziewczynami. Sprzeczały się, ta nie chce iść w parze z tą, inna chciała być pierwsza, a tu już trzeba było wychodzić. Ks. Kiernicki wtedy wyskoczył z tej swojej drugiej zachrystii: - Co tu się dzieje?! – nie ukrywał zniecierpliwienia. Roma mówi, że nie możemy podzielić par. Na to on sam nas szybko podzielił i wyekspediował na mszę świętą. Jemu żadna z nas nie ośmieliłaby się sprzeciwić! Ks. Kiernicki udzielał też komunię świętą mojemu synowi. Moje dzieci chodziły do jednej klasy z synem pani, która opiekowała się ks. Kiernickim. On miał na nogach okropne rany i wymagał stałej pielęgniarskiej opieki. Mój syn uczęszczał na wszystkie lekcje religii, znał wszystkie pacierze i przykazania. Przyszedł czas egzaminu. Cała klasa zdała, moje dziecko nie zdało. Wyszedł zapłakany, bo ksiądz go wyrzucił. To ona zapytała księdza dlaczego mój syn Andrzej nie zdał, ale nie powiedział dlaczego: Zapytajcie Andrzejka... – rzekł. Pytamy go, dlaczego nie zdał, a on w końcu odpowiada: A bo ksiądz się zapytał co to znaczy przyjąć komunię świętą, a jak ja mu mogłem powiedzieć, że to jeść ciało Pana Jezusa!... No i nic nie powiedział… Ksiądz był cierpliwy i wyrozumiały, wysłuchał mojego wyjaśnienia i przyjął go na jeszcze jeden egzamin, który Andrzej już poprawnie zdał. Byłam też wtajemniczona przez siostry Pankówny w ich sekret. Niewiele osób wiedziało, że o. Rafał u nich mieszkał. Przy katedrze był pokoik, gdzie zazwyczaj ks. Kiernicki mieszkał. Raz nawet się w tym pokoiku spowiadałam. Kiedyś został napadnięty, pobity i bardzo długo chorował. Wtedy nie wychodził do konfesjonału, ale przyjmował w swoim pokoiku. Jedna z sióstr była po konserwatorium i grała na fortepianie, chodziłyśmy do niej na naukę śpiewu. Panie Pankówny miały dwa pokoje, a z kuchni było wejście do jeszcze jednego pokoju. Kiedyś jedna z sióstr powiedziała mi, żebym tam zaglądnęła i potem powiedziała co tam zobaczyłam. Nic ciekawego w tym pokoju nie było. Łóżko, klęcznik i stuła przerzucona przez klęcznik, brewiarz, różaniec. - Pokazałam ci ten pokój, żebyś wiedziała, że ojciec Rafał tutaj mieszka. – powiedziała. Przed samym wyjazdem do Polski wylądowałam na operacji. Opierałam się, byłam wystraszona. Już żegnałam się z życiem. Musiałam się wyspowiadać, ale to nie było u nas takie proste. Pielęgniarka o. Kiernickiego pomogła mi po znajomości wyspowiadać się. Dopiero o dziewiątej wieczorem mógł mnie przyjąć, jak wrócił z wizyty u chorych w szpitalu. Wpuścili mnie do katedry drzwiami od zachrystii i poszłam do jego konfesjonału, tuż przy kaplicy z Najświętszym Sakramentem. Wyspowiadał mnie i pocieszył. Chwała Bogu wszystko się udało. On był jeden na wszystko. Ja dopiero teraz sobie uświadomiłam, jak mi pani Zosia Panek opowiadała o nim: Dziecko, ile razy on mdlał jak go ubierali do mszy… Dlaczego? -  pytam. Zwyczajnie z głodu… W tamtych czasach post przed przystąpieniem do komunii świętej trwał 12 godzin! Jak on wracał późno ze szpitala od chorych, albo z jakich podlwowskich miejscowości, często bez obiadu albo kolacji, to on już nie miał szansy nic zjeść do następnego dnia! A do tego te jego nogi. Kiedy mój teść był w szpitalu, a jego stan był już bardzo poważny, poprosił o księdza. Akurat był to czas rekolekcji, spowiedzi wielkanocnej. I żeby poprosić księdza o wizytę w szpitalu, mąż musiał przystąpić do konfesjonału w katedrze. Nie było innej możliwości. Ale o. Rafał zgodził się i przyszedł, oczywiście ubrany w świeckie ubranie, do szpitala i wyspowiadał go. Na sąsiednim łóżku leżał jakiś Ukrainiec. Chyba zauważył, że nie jest to taka normalna wizyta, a może zauważył jak ojciec przyjmował komunię świętą. Kiedy ksiądz poszedł, zapytał teścia kto to był. Teść powiedział, że ksiądz. I on wtedy mówi, że też by chciał. I wie pan, jeszcze raz poszedł mąż do o. Rafała porosił go i on przyszedł raz jeszcze, by wyspowiadać tego starego człowieka?

Mieszka pani w Krakowie od 1981 r. przyjechała pani z całą rodziną, nawet mama doczekała  tego wyjazdu. I teraz jest pani organizatorem wyjazdów do Lwowa. Dlaczego to pani robi?

Nie zamierzałam i nie przypuszczałam, ze będę się tym zajmowała. To przez męża. Zaangażowałam się w prace TMLiKPW. Kiedy pani Łucja Gedl przestała organizować wyjazdy, mąż namówił mnie żebym tym się zajęła. I tak zostało do dziś, bo ludziom się to podoba, bo pytają się kiedy pojedziemy. I po każdej wycieczce mówię, że to ostatni raz. No i co, czy mogę to zostawić? A Lwów także i mnie ciągnie…

Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę.

 

opublikował: janusz
sierpień 22, 2012

To co lepsze, rzeczywiście minęło…


Podczas wielu swoich wędrówek po Kresach, kiedy spotykałem wciąż przecież tam żyjących Polaków, którym przyszło spędzić życie w rodzinnych pieleszach, choć już nie w ukochanej Polsce, mimo uśmiechów, czy nawet radości ze spotkania z rodakami (dla wielu jest to wciąż święto!), w ich oczach dostrzegałem zawsze smutek. Smutek i tęsknotę. Tak było i w tym roku, kiedy w Okopach Świętej Trójcy podeszła do nas wiekowa już kobieta. Oczywiście oczekiwała kilku hriwien jałmużny... To, w państwie ukraińskim, sposób na prze-życie starych ludzi, nie tylko Polaków. Opowiadała pięknym, archaicznym już, polskim języ-kiem, że jest ostatnią we wsi żyjącą Polką. Nazywa się Biela, a jej ojciec pochodził spod My-ślenic. Było im dobrze za Polski, a potem wojna zniszczyła wszystko. Pozostały tylko wspo-mnienia tych ostatnich radosnych dni młodości – lata 1939 r. Lepsze dni już nie przyszły, choć na twarzy pani Bieli uśmiech, bo znowu może kilka zdań po polsku powiedzieć. To w oczach głębia smutku i żalu... „Lepszy dzień nie przyszedł już” – tak zatytułowała swą książkę Aleksandra Ziółkow-ska-Boehm wydaną w tym roku przez Wydawnictwo Iskry. Już od samego tytułu książki wie-je pesymizmem, a potencjalnego czytelnika mógłby nawet odstraszyć. Ale czy w zalewie in-formacji o morderstwach, wypadkach, gwałtach i innych nieszczęściach, jakie w każdej chwi-li serwują nam massmedia, czytelnik przywiązuje wagę do wydźwięku tytułów książkowych? Z jednej strony może powstać odruch odrzutny, z drugiej strony – czytelnik, przyzwyczajony przez media do samych nieszczęść, podejrzliwie mógłby spojrzeć na książkę z optymistycznie brzmiącym tytułem! Ale dość tych facecji! Gwarantem tytułu wszak jest autorka książki, i to nie byle kto, bo Aleksandra Ziółkowska-Boehm, która w ostatnich latach, niemal każdego roku ofiarowuje nam historyczne opowieści – dość wspomnieć „Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego krzyża” (doczekała się swej amerykańskiej edycji!), „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon”, „Na tropach Wańkowicza po latach”. W jakimś sensie „Lepszy dzień nie przyszedł już” jest kontynuacją poprzednich jej opowieści. Oczywiście pojawiają się nowe wątki, nowi bohaterowie, ale spotkamy też ludzi z kręgu kraśnickiego dworu, jak i ludzi związanych z historią oddziału majora „Hubala”. I chwała za to Pani Aleksandrze, którą zaw-sze kojarzyć będziemy z Mistrzem Polskiego Reportażu Melchiorem Wańkowiczem. Prakty-kowała bowiem u niego i pod jego bacznym okiem, jako świeżo upieczona absolwentka polo-nistyki. Nauki nie poszły w las, a Pan Melchior na niebiańskim Parnasie pęka z dumy! Książka złożona jest z trzech opowieści. Pierwsza część, to opowieść pani Joanny Sy-nowiec, urodzonej na Podlasiu, w krainie dziecięcej szczęśliwości, Arkadii, do której tęsknią wszyscy ci, dla których lepszy dzień już nigdy nie nastał... Dla nich prawdziwy dramat zaczął się 17 września 1939 r. Dla pani Joanny i jej rodziny najokrutniejsza jego odsłona nastąpiła 10 lutego 1940 r., kiedy zmuszeni zostali do opuszczenia swego domu i załadowani do bydlę-cych wagonów kolejowych powieziono ich w głąb Rosji. Najpierw przeszli przez obozy w rejonie Archangielska. Potem przeniesieni do kołchozów w Uzbekistanie. Te miesiące i lata przeplecione wyczerpującą pracą, klimatem dla nich nie do zniesienia, głodem jakiego nigdy nie znali, warunkami życia o jakich nigdy nie słyszeli, przepłacali chorobami i śmiercią. Naj-pierw umarła babcia, potem w transporcie zaginął ojciec, którego odnaleziono przemarznięte-go, nieprzytomnego i skrajnie wyczerpanego. Do zdrowia nie powrócił nigdy. W dziwnych okolicznościach zginęła matka. Po jakimś czasie zmarł ojciec, a dzieci zostały zabrane do sierocińca: 12-letnai Joanna, 10-letni Józio i 5-letni Henio. Gdy przypadkowo dowiedzieli się o polskim wojsku, uciekli z sierocińca sowieckiego, a potem przeszli z wojskiem polskim drogę do Iranu, skąd przetransportowani zostali z grupą dzieci do Santa Rosa w Meksyku. Wcześniej jednak, w Teheranie, zmarł najmłodszy Henio. Dorosłe życie w USA nigdy nie było normalne, bo pod ciężarem wspomnień wojennych. Józio nie był w stanie unieść tego ciężaru psychicznie. A Joannie po tamtym dniu, po którym już lepszy nigdy nie nastąpił, po-została czarno biała fotografia wykonana w Kobryniu, na której są wszyscy – rodzice, Henio i Józio oraz bohaterka pierwszej opowieści. Druga opowieść, zatytułowana „Winnice Warta-nowiczów na Podolu”, poświęcona wojennym dziejom ormiańskiej rodziny Wartanowiczów, wiąże się z dworem w Kraśnicy. Ewa Bąkowska, bohaterka poprzedniej książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon”, opowiedziała bowiem historię swej kuzynki z Johanesburga. Nie tylko ona była inspiratorką do spisania tej opowieści, bo-wiem także Melchior Wańkowicz w swej książce „Droga do Urzędowa” wspomina Dźwi-niacz, gdzie spotkał Wartanawiczów. Dźwiniacz leży niedaleko Zaleszczyk, znanego jako kurort letni w czasach II RP oraz miejsce przeprawy do Rumunii władz polskich 17 września 1939 r. Rejon ten słynął także z podolskich winnic, a Józef Wartanowicz nie tylko uprawiał winorośle, ale także opublikował artykuł pt. „Sadownictwo i winiarstwo ciepłego Podola”, który ukazał się w okazjonalnej broszurze „Winobranie w Zaleszczykach 15-30 września 1937 r.” wydanej Nakładem Komitetu Winobrania. W czasie okupacji niemieckiej został roz-strzelany przez Niemców, a jego żona z dziećmi trafiła do Kraśnicy, gdzie przeżyli resztę wojny. Brat Józefa, Marian Wartanowicz, w nowym domu w Dźwiniaczu mieszkał z rodziną zaledwie dwa tygodnie. On trafił do wojska, a rodzina przeniosła się do Zaleszczyk, gdzie na wypadek wybuchu wojny przygotował dla nich zawczasu mieszkanie. Podczas wojny Marian trafił do niewoli do obozu jenieckiego w Murnau, a jego żona z dziećmi – Anulką i Jerzykiem – wywiezieni zostali w głąb Rosji, do Kazachstanu, skąd przez Uzbekistan i Persję z Woj-skiem Polskim trafili do Afryki. Tylko opatrzność boska, ogromne szczęście i siła woli spo-wodowały, że wszyscy przetrwali te lata wypełnione nieludzkimi warunkami życia, pracą ponad siły, głodem i niebezpiecznymi chorobami. Po wojnie zamieszkali w Wielkiej Brytanii, ale z czasem przenieśli się do Afryki, gdzie mogli czuć się tak, jak przed laty na ciepłym Po-dolu. I w końcu trzecia opowieść zatytułowana „Z miejsca na miejsce w cieniu Hubala” to rzecz o Romanie Rodziewiczu. Z jednej strony to piękna opowieść o wieloletniej przyjaźni autorki z bohaterem opowieści, który w 2012 roku obchodził w Anglii 99. urodziny. A wszystko zaczęło się od odwiedzin u Melchiora Wańkowicza w Konstatncinie w 1973 r. oraz dłuższej wizyty Rodziewicza w Polsce w 1974 r., kiedy to u pisarza odbywały się długie po-siady Hubalczyków i rozmowy o filmie „Hubal” w reżyserii Bogdana Poręby wg scenariusza Jana Józefa Szczepańskiego, który wówczas zaczęto wyświetlać w kinach. Jesienią tamtego roku zmarł Melchior Wańkowicz, a Aleksandra Ziółkowska stała się depozytariuszką wań-kowiczowskich tradycji. I to jak skutecznie, wszak niedawno ukazał się 16. tom dzieł Mel-chiora Wańkowicza wydawanych przez Wydawnictwo Pruszyński! I chwała jej za to! Roman Rodziewicz swym życiorysem mógłby obdarzyć kilka osób. Urodził się na Kresach, ale dzie-ciństwo spędził w Mandżurii, gdzie jego ojciec został zesłany przez władze carskie. Jako dziecko, wraz z małoletnią siostrą został przez rodziców wysłany do Polski, praktycznie bez żadnej opieki, przez Japonię, gdzie spędzili jakiś czas, potem także okrętem japońskim popły-nęli do Londynu, skąd również drogą morską dotarli do Gdańska. Tam nikt na nich nie cze-kał. Nigdy więcej też nie spotkał rodziców, którzy w ciągu roku zmarli w Mandżurii, jedno po drugim. Nastał czas młodzieńczego wojowniczego życia, służby wojskowej, miłości do rol-nictwa, i w końcu wojny, kampanii wrześniowej, której nie skończył po kapitulacji Polski, bo trafił pod dowództwo majora Dobrzańskiego „Hubala”. Przez to zalicza się do ostatnich wal-czących żołnierzy II RP. W czasie wojny konspiracja, aresztowanie, dramatyczne lata w obo-zach koncentracyjnych Auschwitz, Buchenwald. Ile razy ocierał się o śmierć? Pewnie sam dzisiaj już z tego nie zdaje sobie sprawy. Dzięki temu, że w 1944 r. znalazł się w Salzburgu, a komendant obozu odmówił wykonania rozkazu likwidacji obozu, czyli rozstrzelania więź-niów, którym kazał uciekać i schronić się w jaskiniach do czasu przybycia wojsk amerykań-skich, zaciągnął się jeszcze do Wojska Polskiego we Włoszech. Po wojnie trafił do Anglii, gdzie żyje do dzisiaj. A jeśli na tę historię nałożyć niespełnioną miłość... Więcej do lektury namawiać chyba już nikogo nie trzeba?! Dla wszystkich bohaterów pięknej opowieści Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm „lep-szy dzień nie przyszedł już”. Ich szczęśliwemu życiu kres położyła II wojna światowa, która pozbawiła ich domu, zdrowia, rodziny, majątku, Ojczyzny. Dramatyczne losy zawiodły ich na emigrację, gdzie „normalnie” żyć mogą dopiero ich potomkowie. Aleksandra Ziółkowska-Boehm w swych książkach, reportażach historycznych, ale nie tylko, oddając głos swym bo-haterom, stara się zachować atmosferę opowieści, którą usłyszała sama. Czytając reportaż o pani Joannie Synowiec, przenoszę się do jej amerykańskiego mieszkania w Chicago, kiedy snuje opowieść o Wartanowiczach, tkwię z nią przy komputerze, podsłuchując jej afrykańskie rozmowy „na skypie”, a opowieść o Rodziewiczu jakby toczyła się przy stole u Melchiora Wańkowicza w jego „domeczku” przy ul. Studenckiej w Warszawie, przy którym siedzi też inny uczestnik Hubalowej epopei, Henryk Ossowski. Te same uczucia towarzyszyły mi pod-czas lektur Melchiora Wańkowicza (o Hubalu – w 1946 r. w Rzymie spotykał się z Romanem Rodziewiczem, o „Westerplatte” – w 1946 r. odwiedzał w szpitalu umierającego w szpitalu w Neapolu mjr Henryka Sucharskiego), Ryszarda Kapuścińskiego czy współczesnego mistrza reportażu – Wojciecha Jagielskiego. Jestem przekonany, że książka Ziółkowskiej jest i będzie jedną z ważniejszych lektur opisujących los Polaków, dla których „Lepszy dzień nie przy-szedł już”... Janusz M. Paluch Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Lepszy dzień nie przyszedł już, Wydawnictwo Iskry, War-szawa 2012
opublikował: janusz
lipiec 31, 2012

Literacka odsiecz Lwowa


Literacka odsiecz Lwowa

Tę książkę opisać winien historyk, który potrafi oddzielić fakty historyczne od literackiej fabuły. Ale z drugiej strony, czy dla czytelnika jest to aż tak istotne? Tak, jeśli autor celowo przeinacza historię, układając ją na zapotrzebowanie polityczne. Jeśli nie ma takiego podejrzenia i zagrożenia, niech pisze i stwarza sytuacje jakie mogły w dramatycznych momentach naszej historii mieć miejsce.

Leszek Kania (ur. 1959 r.), doktor nauk prawnych, specjalista w zakresie historii prawa, autor kilkudziesięciu publikacji w zakresie historii sądownictwa woskowego i wojskowych służb specjalnych, napisał powieść historyczną „Na odsiecz Lwowa”. Akcja trwa od jesieni 1918 r. po 1919 r., kiedy do Lwowa wkraczają ułani z Wielkopolski, których waleczność przesądziła o losach polsko-ukraińskiej wojny. Akcja powieści rozgrywa się na kilku wspólnych płaszczyznach. A najważniejsze, że mamy do czynienia z prawdziwymi bohaterami, którzy tworzyli tamtą historię, pracując i walcząc – oddając jakże często swe młode życie – za wstającą z kolan po latach niewoli Ojczyznę.

Na kartach książki śledzimy jak doszło do dramatycznego wydarzenia po sławetnej listopadowej obronie Lwowa w 1918 r., do pogromu Żydów. Autor starał się pokazać nie tylko genezę tego dramatu i tragiczne skutki, ale ukazał śledztwo, jakie w tej sprawie prowadzone było przez przybyłego, na polecenie premiera rządu RP (podejrzewam, że Jędrzeja Moraczewskiego), z Warszawy do Lwowa sędziego dr Zygmunta Rymowicza.

Stajemy się świadkami powstawania żandarmerii wojskowej, której zadaniem jest nie tylko uganianie się za dezerterami i rozrabiającymi pijanymi żołnierzami, ale także za „batiarami” ze świata przestępczego, którzy w wojennych warunkach czują się najlepiej – powszechny dostęp do broni, deficyt na wszelkiego rodzaju towary, głównie żywność. Obserwujemy w tej walce rotmistrza Kazimierz Święcickiego, który jest wytrawnym śledczym i bezwzględnym policjantem odnoszącym sukces. Rotmistrz Święcicki jest też doskonałym i odważnym żołnierzem prowadzącym swych żandarmów do boju z regularną armią ukraińską. To są chyba najbardziej dramatyczne opisy zawarte na stronach powieści Kani. Bitwa pod Batatowem i batalia w okolicach Gródka Jagiellońskiego, która w efekcie zwycięska, kosztowała życie wielu anonimowych żołnierzy. O mały włos, a w polu nie zakończyłaby się żołnierska służba rotmistrza Święcickiego. Ciężka rana, uszkodzenie tętnicy – uratował go duży mróz i w miarę szybka pomoc medyczna… Podczas walk bezradnie patrzymy na bestialskie okrucieństwo żołnierzy ukraińskich. Choć z drugiej strony napotykamy zachowania mówiące o żołnierskiej solidarności walczących z Polakami Ukraińców. Gdy w szpitalu wojskowym, gdzie leczono także jeńców ukraińskich, kapral Ważyk rozpoznaje żołnierza, który w niewoli roztrzaskał kolbą karabinu głowę rannego rotmistrza Kawińskiego, stwierdzono, że potrzebny jest jeszcze jeden świadek, aby postawić ukraińskiego strzelca przed sądem wojskowym. Kiedy rozsierdzonych Polaków dopada uczucie bezradności, nagle zgłasza się ukraiński oficer oskarżający swego żołnierza. Ile w tym prawdy, ile literatury? Chyba tylko autor mógłby nam wyjawić…

Wojna polsko-ukraińska na stronach książki Leszka Kani toczy się nie tylko na froncie. To również walka wywiadów. Po stronie polskiej obserwujemy poczynania porucznika Adama Staneckiego ze swymi ludźmi prowadzącymi pokerową rozgrywkę w realiach wojennego Przemyśla z trudnym przeciwnikiem z pobliskiego Sambora, chorążym Harakiem na czele. Jak pisze w posłowiu autor książki, tylko w przypadku Adama Staneckiego, na życzenie jego rodziny, w książce zmienione zostało nazwisko. W tle – jak to w szpiegowskich książkach i filmach, rozgrywa się gorąca i piękna miłość, która kończy się tragedią.

I choć na każdej linii w tej trudnej i wyczerpującej wojnie Polska dzięki wytrwałości i waleczności swych żołnierzy zwycięża, płacąc za to zwycięstwo olbrzymią daninę krwi, to w efekcie batalia została przegrana… W 1939 r. straciliśmy Lwów, w 1989 r. powstało państwo ukraińskie, które przejęło schedę po upadku unii sowieckiej. Przychodzi tu na myśl bardzo ostra rozmowa Staneckiego z Harakiem, jaką odbyli w przemyskim hotelu (Harak występował w roli emisariusza, a Stanecki był jego opiekunem ze strony polskiej, z tym, że Harak nie wiedział kim naprawdę jest Stanecki). Pewny siebie Harak mówił do Staneckiego, że za kilka dni padnie Lwów, a potem opanowany zostanie prastary ukraiński Przemyśl. Ta rozmowa nie mogła być spokojna. Emocje sięgnęły zenitu, a przed użyciem siły a nawet broni, powstrzymywał tylko zdrowy rozsądek. Ta dyskusja toczy się do dziś w wielu miejscach, gdzie spotykają się Polacy i Ukraińcy. Każdy prezentuje swe racje, ale nikt nie potrafi rozstrzygnąć dramatycznego sporu.

Bardzo delikatnie Leszek Kania zarysowuje rolę państw alianckich, które w polsko-ukraińskim sporze zakulisowo wspierały Ukraińców. Z przedstawicielami państw europejskich podczas rozejmu spotkał się gen. Tadeusz Jordan-Rozwadowski. Trwała miła rozmowa i atmosfera spotkania nie przypominała sytuacji zawieszenia broni. Wtedy wydawało się, że to już koniec wojny, że Polacy będą musieli oddać Lwów Ukraińcom. Nagle pojawiło się zawiadomienie, jakie nadeszło ze strony ukraińskiej o zerwaniu przez nich rozejmu, podpisana przez gen. Omeljanowycz-Pawlenko. Miła atmosfera natychmiast pryska, rozmowy się kończą, angielscy oficerowie opuszczają kwaterę gen. Rozwadowskiego. Szybko wyjeżdżają ze Lwowa. Sprawa wyjaśnienia pogromu na Żydach również „podgrzewana” była przez aliantów, którzy podejrzewali, iż w sprawę zamieszane mogą być czynniki państwowe. Odczuwalne jest wyraźnie osamotnienie Polaków, presja państw europejskich, którzy mogli szachować Polskę przerwaniem dostaw żywności, broni czy amunicji. Trzeba pamiętać, że te ziemie były wyniszczone wielką wojną, która tam trwała nadal, mimo iż w Wersalu odtrąbiono jej zakończenie w 1918 r. A czekała Polskę przewidywana przez państwa Europy kolejna krwawa wojna z bolszewikami. Po dzień dzisiejszy, mimo innych uwarunkowań politycznych i historycznych, Polska jest „szachowana”, stawia się wobec niej wysokie oczekiwania, ale w chwili konfrontacji pozostajemy osamotnieni. Nihil novi sub sole!

Książkę Leszka Kani czyta się szybko, za szybko. Jest to interesujący materiał na scenariusz filmowy, w którym oprócz dobrze napisanych (choć wydają się brzmieć bardzo współcześnie) dialogów, dopełnieniem reszty jest na ekranie wyreżyserowany obraz. Na stronach powieści nie do końca udaje się autorowi wprowadzić czytelnika w dramatyczną atmosferę wynędzniałego i oblężonego Lwowa, czy odgrywającego w książce ważną rolę Przemyśla. Ale taka zdaje się być współczesna literatura – szybka, sensacyjna i filmowa. Jakkolwiek ukłon podziękowania należy złożyć Leszkowi Kani za tę książkę, która odkrywa przed literatami olbrzymie pokłady możliwości, jakie niesie okres pierwszej wojny światowej oraz tego, co było po niej na Kresach.

Janusz M. Paluch

 

Leszek Kania, Na odsiecz Lwowa, Wydawnictwo Cytadela, Leszno 2011

opublikował: janusz
lipiec 6, 2012

Rozmowa ze Zbigniewem Wawszczakiem


Ze Zbigniewem Wawszczakiem rozmawia Janusz M. Paluch.

Poznaliśmy się dzięki Pana książce „Tam był nasz dom”. Opisuje w niej Pan losy Polaków, których wojna rzuciła w obce im strony. Dlaczego Pan zajął się tym tematem?

Wie pan, dzieciństwo wywiera na człowieka olbrzymi wpływ, rodzi się takie przywiązanie do miejsc, które wraz z upływem czasu stają się magiczne. W czasach PRL nie można było pisać wprost o Kresach. Co najwyżej oględnie, pisząc o historii ludzi, wielkich Polaków, którzy tam, na Kresach, przyszli na świat… Dopiero rok 1989 otworzył możliwości pisania i robienia audycji orz filmów o Kresach. Pod koniec epoki Gierka, w 1978 r., zwolniono mnie z pracy w rzeszowskiej rozgłośni radiowej. Nie chciałem być piewcą tamtej epoki. Do prasy też nie chciano mnie przyjąć, więc na 12 lat wyleciałem z zawodu dziennikarskiego. Ceną, jaką zapłaciłem był zawał. Rozpocząłem jednak wówczas pracę w Rzeszowskim Towarzystwie Kultury. To był rodzaj federacji regionalnych stowarzyszeń kulturalnych. Ja bardzo miło wspominam tamten okres, choć rodzina mniej sympatycznie, bo miałem bardzo kiepskie zarobki. Poznałem społeczników z małych miasteczek i wsi, prawdziwych pasjonatów. Tego rodzaju organizacje nobilitowały niewielkie miejscowości. Społecznikowski ruch nie był mile widziany przez ówczesne władze, powstawał oddolnie, praktycznie poza kontrolą funkcjonariuszy politycznych. A my pracowaliśmy na rzecz podnoszenia kultury na prowincji. Do radia wróciłem dopiero po 1989 r. na zasadach współpracownika. W związku z zawałem byłem rencistą. Wtedy w Rzeszowie powstało też Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, w Polsce zaczęły wychodzić pisma i biuletyny, organizowano pierwsze wystawy pamiątek i fotografii związanych ze Lwowem – pierwszą taka wystawę zorganizowała w Rzeszowie pani Kinga Sapetowa. Wtedy pomyślałem, że może najwyższy czas, by tych ludzi pozbawionych swej małej ojczyzny kresowej, o których nie mówiono, nie pisano, w końcu usatysfakcjonować. Zabrałem się do pracy. Najpierw były to pojedyncze audycje poświęcone najciekawszym postaciom wywodzącym się z Kresów. A kiedy zauważyłem, jaka to ilość materiału, pomyślałem, by połączyć to w pewną całość i stworzyć Magazyn Kresowy. Pozwoliło to na zamieszczanie różnych form dziennikarskich, czy to komentarzy, czy to felietonów, a wszystko przeplatane muzyką i poezją kresową. Pomysł się zrodził w 1994 r. Mimo negatywnych opinii kilku kolegów, którym ta audycja się nie podobała, realizowałem ten program przez 14 lat! Niestety nie udało mi się czasowo rozszerzyć tego magazynu. A byłem już blisko – wiceprezes rzeszowskiego radia Andrzej Kamiński obiecał, że w nowej ramówce czas audycji kresowej zostanie wydłużony. Niestety, wkrótce po tej obietnicy przestał być prezesem… Oczywiście wielu Kresowian znałem wcześniej, choćby znanego nam pana Bolesława Opałka, który pracował w administracji Radia Rzeszów i wielu innych. Ale dopiero te programy wywołały lawinę znajomości kresowych! Jeździłem po województwie, gdzie na każdym kroku Kresowianie się zrzeszali i chcieli opowiadać o swoich losach, sukcesach i krzywdach. Okres największej popularności audycja miała w latach 2000-2007, kiedy była nadawana regularnie o jednej porze – zawsze w niedzielę o 14.05. Słuchacze pisali do mnie mnóstwo listów, w których komentowali, sprzeczali się ze mną albo podawali jakieś nowe fakty, adresy ludzi, do których wartałoby dotrzeć. W ciągu 14 lat uzbierało się bardzo dużo materiału rozmaitej jakości. Było z czego wybierać do książki. I nadal jest z czego wybierać.

 

W jaki sposób realizował pan te programy? Dzisiaj można posłużyć się telefonem, komputerem… W tamtych czasach technologie te nie były jeszcze tak zaawansowane…

Rzeczywiście. Praca dziennikarza radiowego wyglądała wówczas nieco inaczej. Ja musiałem do tych ludzi dotrzeć osobiście. Spotykaliśmy się w ich domach, w otoczeniu, w którym czuli się dobrze i pewnie. Opowiadali, otwierali się przede mną. Pokazywali mi pamiątki rodzinne, których nigdy do studia by nie przywieźli. Między nami nawiązywały się przyjaźnie. To był naprawdę piękny czas! Pisali do mnie listy. Wyszła też sprawa terroru ze strony nacjonalistycznych organizacji ukraińskich OUN-UPA. Kresowianie nie zapomnieli o tym. Poznałem wielu ludzi, którzy z tych rzezi ocaleli, przeżyli straszne rzeczy, którym tylko szczęśliwy przypadek pozwolił się uratować. I ciągle nie mogli i nie mogą zrozumieć, dlaczego ich to spotkało? Mieszkali na Kresach obok Ukraińców, Żydów, Ormian i innych nacji. Wzajemne stosunki były dobre. Wiedziano, że Ukraińcy nie są usatysfakcjonowani tym, że mieszkają w Polsce, ale nikt ich przecież nie mordował. Nikt ich nie wysiedlał. Społeczeństwo polskie nie stworzyło na Kresach organizacji, która stawiała sobie za cel eksterminację ludności ukraińskiej. Problem polegał też na tym, że z OUN w żaden sposób nie można było się dogadać, bo oni negowali jakąkolwiek współpracę z Polską. Ukraińcy mieli też inne partie, które miały swych posłów i senatorów. Mieli nawet Marszałka Senatu Mudrija! Była to społeczność Politycznie zróżnicowana. Dopiero w czasie wojny, poprzez terror, OUN zaczęła społeczeństwo ukraińskie opanowywać. Młodym Ukraińcom, którzy nie chcieli przystąpić do UPA groziła nawet śmierć. A przecież nie wszyscy młodzi ludzie palili się do wstępowania do tej organizacji. Kadrą UPA była policja ukraińska, Ukrainische Hilfspolizei, utworzona przez Niemców i im się wysługująca a także współpracująca z SS Galizien. To ich rękami Niemcy dokonali holokaustu Żydów kresowych. Na polecenie Providu OUN ta policja z bronią zbiegła do lasu i w taki sposób powstało UPA. Niedawno ukazała się „Kresowa Księga Sprawiedliwych”, której autorem jest Romuald Niedzielko z IPN, opowiadająca o Ukraińcach, którzy zostali zabici za to, że udzielili pomocy Polakom. To jest ważna książka dla oceny naszych wzajemnych stosunków. Nie można bowiem wrzucać do jednego worka wszystkich Ukraińców. Znane są wyroki śmierci wydawane przez UPA na Ukraińców, którzy nie wywiązywali się z obowiązkowych dostaw żywności, odzieży, kożuchów dla UPA. Taka sama kara czekała tych, którzy ośmielili się ich skrytykować. Nie jest odosobniony przypadek ks. Mychajło Telepa z Rogożna w pow. Tarnopol, który podczas nabożeństwa stanowczo potępił mord dokonany przez UPA na Polakach z sąsiedniej wsi Pyszówki. Niebawem został zamordowany z całą rodziną. Znany jest też jeden z wielu takich przypadków z Bieszczadów, gdzie UPA zażądała od Ukraińca, by zabił swą żonę Polkę i dwoje dzieci. Oczywiście, on nie mógł tego zrobić. Następna wizyta skończyła się wymordowaniem całej rodziny. To było we wsi Tworylne pow. leski. Banderowcy zabili Marię Kucharz z dwojgiem dzieci, śmierć poniosła również ukrywająca ich ukraińska rodzina Gałuszków i dwoje ich dzieci. Teraz co najbardziej boli i z czym nie możemy się pogodzić, to jest fakt gloryfikacji ruchu nacjonalistycznego na Ukrainie. Czytam w „Wołaniu z Wołynia” wydawanym przez ks. Józefa Kowalowa zestawienie miast i miasteczek, które nadały honorowe obywatelstwo Stepanowi Banderze. Toż to istna epidemia! Chyba na palcach jednej ręki można policzyć miasta na Kresach południowo-wschodnich, które jeszcze takiego obywatelstwa Banderze nie nadały. Nie wiem, jak samorządowcy ukraińscy sobie wyobrażają współpracę z Polską w cieniu Bandery? Jak współpracować z ludźmi, pragnącymi narzucić nam kult przywódców, których ręce splamione są krwią tysięcy Polaków?!

 

W pana pracy dziennikarskiej na Podkarpaciu musiał się pan zetknąć z problemem „Akcji Wisła”?

Rzeczywiście trudno byłoby nie dotknąć tego problemu rozmawiając z ludźmi mieszkającymi na Podkarpaciu. UPA brutalnie terroryzowała południowo-wschodnie rubieże pojałtańskiej Polski. Próbowali systematycznie, tak jak wcześniej na Kresach, wymordować i wypędzić stąd Polaków, aby stworzyć zalążek nacjonalistycznego państwa ukraińskiego. W powiecie Lubaczów nie ma jednej wsi, w której nie byłoby uprowadzeń, napadów i mordów dokonywanych na pojedynczych ludziach. Ale i całe wioski terroryzowano. Choćby wieś Rudka. Przyszedł kureń „Żeleźniaka” – to echa rzezi humańskiej, niektórzy przywódcy przyjmowali pseudonimy z powstania hajdamaków w XVIII w. – i spalili wieś, która nie odrodziła się do dzisiaj, wymordowali znaczną część mieszkańców. Takie życie na pograniczu było straszne. Regularne wojsko nie mogło sobie z nimi poradzić. „Upowcy” siedzieli w kryjówkach, doskonale znali góry i nękali wojsko zasadzkami, napadami. Na wioski uderzali wtedy, kiedy nie było wojska. W dzień przychodziło wojsko i rozpytywało o UPA, a w nocy pojawiali się „upowcy” i mordowali. Wiosną 1944 r. większość Polaków z powiatu lubaczowskiego, wszyscy mieszkańcy Lubaczowa i Cieszanowa, musieli opuścić swoje domy. To był słynny exodus Lubaczowian do Muniny pod Jarosław. Wyjechali na wozach konnych z najważniejszym dobytkiem. Jeszcze byli Niemcy. Napór sił banderowskich był wtedy tak ogromny, ponieważ ze wschodu napływały sotnie uciekające przed Rosjanami. Oddziały AK walczyły z nimi na froncie stukilometrowej szerokości. Uciekinierzy do swych domów wrócili dopiero latem. Kto wtedy nie uciekł, nie przeżył. Po wojnie uganianie się za banderowcami kosztowało Polskę ogromne sumy i życie wielu żołnierzy i mieszkańców tych terenów. UPA spustoszyła te i tak biedne gospodarczo tereny, paliła wsie, niszczyła mosty, większe budynki. Można by rzec, że banderowcy zawzięli się np. na Fredrę – w Hoczwi w Bieszczadach zniszczyli dwór wybudowany kiedyś przez ojca Fredry – Jacka, w Surochowie spalili pałacyk, w którym urodził się Aleksander Fredro, a w Dąbrówce Starzeńskiej nad Sanem spalili zamek a XVI w. Starzeńskich, w Horyńcu Zdroju pałac hr. Ponińskich. Część ludzi opuszczała tamte tereny sama nie mogąc wytrzymać ciągłego życia w strachu. Obiektywny ogląd sytuacji wskazuje, że nie było innej możliwości uśmierzenia tej wojny, jak tylko przecięcia więzów łączących oddziały „upowskie” z cywilną ludnością. Mieszkańcy wiosek chcieli czy nie – musieli pomagać banderowcom, inaczej zostaliby zamordowani. Uważam, że niezależnie od tego jaki byłby rząd, czy komunistyczny, czy londyński, musiałby wówczas podjąć taką decyzję. Proszę pamiętać, że ta dramatyczna sytuacja trwała tam na przestrzeni lat 1944-47. To była decyzja podjęta w obronie integralności Polski pojałtańskiej. Przecież chciano nam kawał tej ziemi oderwać! I jeśli są tacy historycy jak pan Grzegorz Motyka, którzy mówią, że przecież można było ten problem inaczej rozwiązać, to rozmijają się z prawdą. W jaki sposób można było ten problem rozwiązać? Czy należało przez kolejnych kilka lat narażać te tereny na destrukcję, terror i zniszczenia? A przecież operacją „Wisła” kierowali sanacyjni oficerowie, z gen. Mossorem na czele, którzy chyba się zgadzali z jej ideą. Poza tym operacja została przeprowadzona bardzo sprawnie. Przecież tych ludzi nie przesiedlano na puste miejsca. Tak jak sowieci wywozili Polaków, wysadzali w pustym stepie Kazachstanu i kazali ziemianki budować… Oni dostawali na zachodzie poniemieckie domy i gospodarstwa o niebo lepsze, niż te, które zostawiali tutaj. Poza tym rząd uruchomił dla nich specjalne bezzwrotne pożyczki na zagospodarowanie się. To oczywiste, przymusowe przesiedlenie dla nikogo nie jest sprawą przyjemną. Zresztą Kresowianie sami wiedzą to najlepiej. Ale przecież gdyby nie było „upowskiej” rebelii ta ludność by tam została! Kto by ją przesiedlał? W jakim celu?! Przecież taka operacja przesiedleńcza kosztowała mnóstwo pieniędzy. Wymagała zaangażowania państwa. Te cierpienia, na jakie byli narażeni przesiedleni, Ukraińcy zawdzięczają w pierwszej kolejności swoim rodakom z OUN-UPA.

 

Skąd wywodziła się pana rodzina?

Gniazdo rodzinne znajduje się w Szczepańcowej pod Krosnem. Tato, po wojnie z bolszewikami, znalazł pracę i mieszkanie w Bitkowie. Pracował przy wydobywaniu ropy naftowej. Ja się urodziłem w Bitkowie. Tam jest bardzo pięknie. Karpaty mają swój niepowtarzalny urok. Wielkie, dzikie góry, wspaniałe lasy. Te zapamiętane pejzaże karpackie zawsze noszę pod powiekami i w sercu. Tam rozpocząłem edukację. W 1939 r. skończyłem drugą klasę szkoły powszechnej. W szkole uczyliśmy się także języka ruskiego. Po dziś dzień pamiętam taki wierszyk: Ośiń, ośiń, łyść żołtyje / czasto drobnyj doszczyk sije / wele osiń sine chmary / ale za to daje dary… (śmiech). Doskonale rozumieliśmy się z kolegami Ukraińcami i jako dzieci nie mieliśmy pojęcia, że gdzieś tli się konflikt narodowościowy. Przed samą wojną policja odkryła jakąś zakonspirowaną komórkę ukraińskich nacjonalistów, która gromadziła broń. Ale o tym wiem z opowieści ojca. Ukraińcy, którzy w Bitkowie znaleźli pracę, byli z tego bardzo zadowoleni. W „nafcie” były niezłe zarobki. O tym, co się tam działo później wiem z relacji córki państwa Głodów, którzy dopiero po wojnie opuścili Bitków i osiedlili się w Zielonej Górze. Udało im się przeżyć napad banderowców na Bitków, a kiedy bolszewicy – już po wojnie nie chcieli wypuszczać fachowców pracujących przy wydobywaniu ropy, namawiając ich do pozostania, nie dali się zwieść obietnicom, bo już znali zbyt dobrze ten system.

 

Z Pańskiej książki wiem, że wojna na długo rozdzieliła waszą rodzinę. Właściwie to mama zajmowała się wychowaniem pana i pańskiej siostry, która zmarła jednak w bardzo młodym wieku.

Moja matka okazała się bardzo silną kobietą. Kiedy wojna rozdzieliła naszą rodzinę, matka ze mną i siostrą znaleźliśmy się u rodziny koło Krosna, a ojciec w Bitkowie. Zimą 1940 r. matka postanowiła odwiedzić go. Przeszła przez zamarznięty San, przekraczając nielegalnie granicę. San nazywano wtedy „rzeką wściekłych psów”… Pewna Żydówka z Łodzi przekraczała nielegalnie San, żeby uciec z Generaniej Guberni pod sowiecką okupację. To ona tak nazwała San i tak już pozostało. Czasami zdarzało się, że w czasie przekraczania granicy ludzie ginęli. Mama była jednak tak zdesperowana, że chyba nie do końca zdawała sobie sprawę z konsekwencji jakie jej groziły. Była tam, pod okupacją sowiecką, przez dwa tygodnie. Chciała zobaczyć się z ojcem, wtedy nie wiedziała, że to będzie ich ostatnie spotkanie na długie lata rozłąki. Nikt nie podejrzewał jak się potoczą losy naszej rodziny. Ja miałem wtedy 10 lat. Ojciec zaangażował się do pracy w konspiracji. Miał doświadczenie wojskowe. Brał przecież udział w kampanii kijowskiej, którą ukończył w stopniu kaprala, a jego dowódca kpt. Rutkowski chciał go skierować do szkoły podoficerskiej, ale ojciec odmówił. W czasie wojny jego komórka organizacyjna zajmowała się przerzucaniem oficerów polskich na Węgry. Karpaty są tam bardzo wysokie i nie było łatwo dla zwykłego śmiertelnika przekroczyć góry. Trzeba było je znać. Tak więc zbierała się grupa zakonspirowanych uciekinierów, wśród których znajdowali się zazwyczaj oficerowie, łącznicy przenoszący ważne informacje z okupowanych terenów na zachód Europy. W końcu ojciec musiał sam skorzystać z tego szlaku. Bolszewicy wpadli na trop organizacji w Bitkowie. Organizacja miała jednak w tamtejszej milicji swojego człowieka, który uprzedził ojca, że jest na liście do aresztowania. Ojciec natychmiast opuścił mieszkanie. Wszystkie dokumenty, wraz z jakimiś odznaczeniami za wojnę polsko-bolszewicką, książeczkę wojskową, zakopał. Ukrył się u przyjaciół, państwa Głodów. Siedział u nich w piwnicy przez dwa tygodnie, aż zebrała się grupa uciekinierów. Podczas przeprawy na Węgry były przynajmniej dwa niebezpieczne epizody, które mogły się dla wszystkich skończyć tragedią. Raz o mało nie wpadli na patrol pograniczników, dosłownie w ostatniej chwili udało im się skutecznie ukryć. Na Węgrzech zastał mnóstwo Polaków, którzy docierali tam różnymi drogami zarówno z Generalnej Gubernii jak i spod rosyjskiej okupacji. Było mnóstwo młodych chłopaków, którzy chcieli się dostać do polskiego wojska. Ojciec opowiadał, że Polacy zachowywali się na Węgrzech bardzo nieostrożnie, w restauracjach czy barach dyskutowali głośno o tym, co w okupowanej Polsce się nie dzieje, zapominając o zasadach konspiracji. Ta gadatliwość mogła spowodować potem różne represje. Środowiska uciekinierów penetrowali agenci niemieccy, czekający na Polaków uradowanych, bo udało im się umknąć czy to przed gestapo, czy to przed rosyjskim NKWD! To był dopiero początek wojny, brak doświadczenia konspiracyjnego. Im się wydawało, że jak uciekli z GG czy ZSRR, to na Węgrzech stawali się wolnymi! Pamiętajmy, że mówimy o roku 1940. Gdy do Małopolski Wschodniej w 1941 r. weszli Niemcy, mieli doskonałe rozeznanie w środowiskach konspiracyjnych. Nie można wykluczyć, że wiele tropów udało im się podjąć również na Węgrzech, infiltrując środowiska polskich uciekinierów. Taką ofiarą był ksiądz Józef Smaczniak, proboszcz z Nadwrórnej, którego Niemcy po wybuchu wojny z ZSRR w 1941 r., aresztowali. Udzielał pomocy Żydom, wysyłał paczki do Polaków na Syberii, w końcu u niego na plebanii była skrzynka kontaktowa dla kurierów przerzucających pocztę między okupowaną Polską a Rządem RP na uchodźctwie. Nieco później były te straszne mordy w Stanisławowie. Niemcy aresztowali Polaków, oczywiście nie bez pomocy ukraińskiej policji, według przygotowanej listy. Czy nie mogli jej ustalić właśnie poprzez swych szpiegów na Węgrzech? Ofiarą zbrodni niemieckiej padło wówczas kilkaset osób. To była polska inteligencja. Chociaż w Stanisławowie nie było wyższej uczelni, ale było to duże miasto i miało wiele szkół średnich. Wśród ofiar spoczywających w Czarnym Lesie pod Stanisławowem znalazła się też inteligencja z sąsiednich miasteczek na Pokuciu. Długo nie wiedziano, gdzie spoczywają zamordowani przez Niemców Polacy. Tą eksterminacją osobiście kierował SS-Hauptsturmführer Hans Krüger, który chwalił się, podczas przesłuchania aresztowanej w Stanisławowie, hrabinie prof. Karolinie Lanckorońskiej, że osobiście kierował eksterminacją profesorów lwowskich. Opowiada ona o tym w swoich wspomnieniach. Był pewien, że hrabina nie przeżyje wojny, dlatego nie bał się o tym do niej mówić.

 

Wróćmy jednak do pana ojca, który znalazł się na Węgrzech…

Podobnie jak inni, czekał na sposobność, by iść dalej, do Francji, do polskiego wojska. Zebrała się jakaś grupa i postanowili razem wędrować w kierunku Francji. Obrali jednak dość skomplikowaną marszrutę: najpierw przekraczali rzekę – chyba Drawę – oddzielającą Węgry od Jugosławii, potem przedostali się do Grecji, następnie do Turcji i poprzez Konstantynopol do Palestyny. Tam znalazł się w szeregach Brygady Strzelców Karpackich. Brał udział w początkowej fazie walk pod Tobrukiem. Nie był wtedy już człowiekiem najmłodszym. Nie wiem, czy udałoby mu się przeżyć wojnę, która zbierała przecież ogromne żniwo. Jednak uśmiechnęło się do niego szczęście… Był członkiem PPS-u. Któregoś dnia przyjechał do ich obozu minister opieki społecznej w rządzie gen. Sikorskiego – Jan Stańczyk. Podczas nieoficjalnego spotkania zaproponował ojcu żeby objął kierownictwo jednego z obozów uchodźców w Palestynie. Tam skończył swą żołnierską epopeję i dzięki temu mogliśmy się po latach spotkać. W Palestynie było mnóstwo Polaków, ludzi różnych zawodów, także pisarzy. Ojciec opowiadał o Władysławie Broniewskim, Anatolu Krakowieckim. Ten drugi już do Polski nie wrócił, a w Londynie wydał bardzo ciekawą książkę o losach Polaków na Syberii. Ojciec dotrwał w Palestynie do końca wojny i zajmował się też likwidacją tego obozu. Polacy wyjeżdżali zazwyczaj do Wielkiej Brytanii. W tamtym czasie w Palestynie powstała bardzo niebezpieczna sytuacja, ponieważ żydowska organizacja rozpoczęła walkę o niepodległy Izrael. To była batalia, w której nie przebierano w środkach. Walczono z Brytyjczykami, którzy tam sprawowali rządy, walczyli z Arabami. Dalszy pobyt w tamtym miejscu stawał się już bardzo niebezpieczny. Wyjechał do Londynu i spędził tam 25 lat. Nie wracał, bo dochodziły słuchy, jak traktowano w Polsce wracających żołnierzy związanych z rządem czy Polskimi Siłami Zbrojnymi na Zachodzie. Oczywiście byliśmy w kontakcie, ale też bardzo dyskretnie. Ja przecież rozpoczynałem studia w Krakowie i mieliśmy świadomość, że to może mi zaszkodzić w przyjęciu na uczelnię.

 

Co pan studiował na UJ.?

Historię i dziennikarstwo. Historię wybrałem za namową prof. Henryka Twaroga z Jedlicza, gdzie kończyłem szkołę średnią. To był oficer AK. A ja wybrałem historię średniowiecza, bo to był najbezpieczniejszy kierunek. Moi profesorowie to Jan Dąbrowski, Roman Grodecki, Kazimierz Lepszy, Emanuel Rostworowski, Ludwik Piotrowicz. Nosicieli marksistowskiej idei nie było zbyt wielu. Najsłynniejszą była prof. Bobińska. Do współczesności miałem dystans. Pracowałem w radio i publikowałem prasie w „Nowinach Rzeszowskich” i miesięcznika „Profile”, „Prometem”. Zajmowałem się szeroko pojmowaną publicystyką kulturalną. W początkach lat sześćdziesiątych w Rzeszowie nie było jeszcze środowiska literackiego, ale byli różni twórcy wywodzący się z tych stron. Nagrywałem z nimi rozmowy, byli to m.in. Wilhelm Mach, Stanisław Piętak, Jan Maria Gisges, Julian Przyboś, Julian Kawalec, Jan Bolesław Ożóg. Zająłem się tą ciekawszą stroną rzeczywistości, wolną od nachalnej polityki.

 

Kiedy pana ojciec wrócił do Polski?

Do Polski ojciec przyjechał pierwszy raz pod koniec lat 60-tych, by przekonać się jak wygląda tutaj sytuacja. Oczywiście nie było już terroru stalinowskiego i stwierdził, że można zacząć myśleć o powolnym powrocie. Był jednak mocno związany ze środowiskiem polonijnym. Najpierw postanowił zabrać tam na kilka lat mamę. Ich powrót przyśpieszyła choroba mamy. Lekarz zaordynował zmianę klimatu. I w 1970 r. razem wrócili do kraju. Ale jego decyzja o powrocie do Polski spotkała się z bardzo chłodnym, wręcz nieprzyjaznym przyjęciem przez znajomych z emigracji. Dochodziło do takich sytuacji, że ludzie, których znał bardzo dobrze, widząc go, przechodzili na drugą stronę ulicy, nie chcieli podawać ręki. Uważali to za zdradę! No cóż, taki był czas. W rezultacie postąpił słusznie, bo mama wróciła w Polsce do zdrowia i przeżyli razem jeszcze wiele lat. Wie pan – bardzo żałuję, że nie spisałem jego barwnych opowieści o tułaczce po Europie i Bliskim Wschodzie.

 

Czy wróciliście kiedyś do Bitkowa?

Niestety nigdy. To jest dość daleko. W czasach sowieckich było to raczej niemożliwe. Później nie miałem możliwości, bo nigdy nie byłem zmotoryzowany, a i też stan zdrowia nie bardzo pozwalał na dłuższe podróże.

 

Nie tylko rodzice pana znaleźli się na Kresach…

Pradziadek i dziadek byli kowalami w Szczepańcowej. Na wsi to był ważny fach! Część jego dzieci zdołała się wykształcić. Jednym z nich był ks. Józef Wawszczak. Był dziekanem w Jaryczowie Nowym pod Lwowem. Byłem u niego na wakacjach w 1938 r.. Pamiętam takie błotniste uliczki, mnóstwo ptactwa wodnego, gęsi, kaczki… Pamiętam go jako dobrotliwego, starszego i siwego już mężczyznę. Jego brat – Stanisław Wawszczak był nauczycielem i przez wiele lat pełnił funkcje inspektora szkolnego. Dzieci Stanisława, moi kuzyni, urodzili się na Kresach, ale każde w innym mieście, ponieważ stryj Stanisław był zwolennikiem Narodowej Demokracji, często popadał w konflikty z aktualnymi władzami i przenosili go ciągle na inne stanowiska. Jego synem też był Stanisław Wawszczak, który poszedł do seminarium duchownego we Lwowie. Po otrzymaniu święceń kapłańskich w 1936 r., wysłany został na studia do Rzymu. Po ich ukończeniu, ks. dr Stanisław Wawszczak, w lipcu 1939 r., wrócił do kraju. Młody ksiądz bez przydziału w chwili wybuchu II wojny światowej… Na szczęście miał stryja ks. Józefa w Jaryczowie Nowym, gdzie na jakiś czas się schronił i pracował jako wikary. Z relacji rodzinnych wiem, że jakiś czas był wikarym we Lwowie w parafii św. Antoniego. W tamtym czasie zapadł na chorobę płuc, do czego przyczynił się panujący we Lwowie głód. W 1945 r. abp. Eugeniusz Baziak powołał go na ojca duchowego wyższego seminarium we Lwowie. Jak opowiadał mi ks. Stanisław, abp. Baziak nie bardzo kwapił się do opuszczenia Lwowa, bo wydawało mu się, że uda się i ten okres okupacji przetrwać utrzymując strukturę kościoła. W końcu musiał się poddać, ponieważ powiedziano wprost – jeśli nie wyjedzie, wszystkich kleryków wcielą do Armii Czerwonej. Seminarium przeniesiono wtedy do Kalwarii Zebrzydowskiej. Ks. Stanisław pracował tam z seminarzystami przez trzy lata. Jednak choroba płuc rozwinęła się na dobre. Przeszedł operację, odjęto mu jedno płuco i resztę życia spędził w Zakopanem, jako kapelan sióstr na Jaszczurówce. Ks. prałat Stanisław Wawszczak zmarł w 1989 r. w wieku 76 lat, a dwa lata temu ukazała się jego biografia napisana przez ks. Jacka Waligórę, proboszcza parafii w Niżankowicach, tuż za ukraińską granicą.

 

A co się stało z ks. Dziekanem Józefem Wawszczakiem?

Nadszedł 1945 r. Z jednej strony było zagrożenie banderowskie, z drugiej sowieci domagali się, by Polacy opuścili Kresy. Wyjechał wraz z całą parafią pod Wrocław, gdzie po kilku latach zmarł.

 

Skoro już mówimy o losach członków pana rodziny nie można pominąć wojskowych…

To byli oprócz ojca jego bracia. Bronisław był leśniczym w Worochcie. Cudowna miejscowość letniskowa w Karpatach. Jeździliśmy czasem na niedzielę do stryja do leśniczówki. To były wspaniałe chwile! Ale czasem pełne grozy… Mama zbierając w lesie maliny przeraziła się strasznie, bo spotkała się z… niedźwiedziem! Na szczęście nic się nie stało. A w 1941 r. przyszli sowieci, kazali się spakować i wywieźli całą jego rodzinę na Syberię. Stryj trafił potem do I Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka, był saperem, uczestniczył w inwazji na Normandię. Po wojnie wrócił do Polski. Jego rodzina z Syberii trafiła do obozów w Afryce, gdzie też przeżyła wojnę. Najmłodszy z braci ojca – Tadeusz, też przez Syberię trafił do Armii Andersa i przeszedł z nią bojowy szlak aż pod Bolonię. On też wrócił do Polski i spośród rodzeństwa zmarł najwcześniej. Synem Tadeusza, który wziął udział w bitwie pod Monte Casino, jest Mieczysław Wawszczak, człowiek bardzo energiczny, policjant z przyczyn zdrowotnych rencista, od lat gromadzi materiały, dokumenty i zdjęcia rodziny Wawszczaków, wywodzących się ze Szczepańcowej koło Krosna, na zachodniej granicy dawnego województwa ruskiego. Nawiązał kontakty z członkami rodziny rozrzuconymi w różnych częściach kraju, m.in. w Zabrzu, Wrocławiu, Bytomiu, Krakowie. Nie udało mu się dotrzeć do potomków Franciszka Wawszczaka, nauczyciela w Poznaniu. Jesienią 1939 r., po zajęciu Wielkopolski przez III Rzeszę aresztowany, znalazł się wśród ponad 20 tysięcy polskiej inteligencji zamordowanej przez hitlerowców. Mieczysławowi marzy się zorganizowanie zjazdu rodu Wawszczaków – oby mu się udało. Zawodowym wojskowym był kuzyn ojca kpt. Ignacy Wawszczak, oficer piechoty, który stał się zapalonym „baloniarzem”. Sportowa pasja dała mu wiele satysfakcji. Wraz z partnerem Antonim Januszem zajęli w 1935 r. II miejsce w Międzynarodowych Zawodach Balonowych o puchar Gordon Benetta. Jego dalsze ewentualne sukcesy przerwała śmierć w nurtach Wisły pod Toruniem podczas kajakowej wycieczki.

 

Pana książka „Tam był nasz dom. Wspomnienia Kresowian”, edytowanej przez rzeszowskie Wydawnictwo Carpatia w 2010 r. spotkała się dużym zainteresowaniem czytelników. Nakład tysiąca egzemplarzy rozszedł się w całości. Czy myśli pan o kontynuacji drugiej części tej publikacji?

Kończę pracę nad drugim tomem tej książki, której pierwszą część opatrzył pan życzliwym wstępem, powinna ukazać się latem 2012 r. Wykorzystuję materiały, które zgromadziłem w okresie czternastu lat (1994-2008), kiedy w rozgłośni regionalnej „Polskie Radio Rzeszów” redagowałem wykreowaną przez siebie audycję cykliczną „Kresy, krajobraz serdeczny. Radiowy program publicystyczny poświęcony dawnym Ziemiom Wschodnim Rzeczypospolitej”. Ukazało się 514 odcinków tego programu. Wielu czytelników mej książki to dawni słuchacze audycji. Korzystając z okazji – gorąco dziękuję im za lata bliskiej współpracy i zainteresowanie, jakim obdarzyli książkę.

 

Właściwie dlaczego musiał pan drugi raz odejść z radia?

Myślę, że już nie warto o tym mówić. Zawsze są ludzie, którzy bardzo gorliwie wypełniają jakieś zalecenia, wskazówki. Sądzę, że częściowe skrócenie emisji mojego magazynu, który na szczęście nie upadł, bo inicjatywę przejęli inni ludzie i poświęcony Kresom magazyn jest nadal wydawany, wynikało z obawy, że ja poddaje w sposób dosyć radykalny krytyce działalność nacjonalistycznych organizacji ukraińskich. Zgodnie z prawdą przecież! Jak mógłbym spojrzeć w oczy Kresowianom, gdybym próbował coś fałszować, czy kłamać, jak to często się w naszej rzeczywistości zdarzało i nadal niestety zdarza.

 

Dziękuję Panu za rozmowę.

opublikował: janusz
kwiecień 1, 2012

O paniach spoczywających na Cmentarzu Rakowickim


 

Kiedy po wydaniu „Gdzie miasto zaczarowane. Księga cytatów o Krakowie”, biografii „Zapomniana rzeźbiarka. Janina Reichert - Toth (1895 - 1986) i jej twórczość” oraz „Miasto jak brylant... Księga cytatów o Lwowie” wydawało się, że naukowe zainteresowania znamienitej krakowskiej autorki zmierzają w inną niż polskie cmentarze stronę, ukazała się książka, która niby jest kontynuacją dotychczasowego opisu cmentarza Rakowickiego, z drugiej jednak strony jest nowym otwarciem historii tej zacnej nekropolii, a właściwie losów tych, którzy znaleźli tam wieczny spoczynek. W taki oto sposób do licznych już książek Karoliny Grodziskiej, mających swe ważne miejsce w mojej bibliotece, dołączyłem kolejną – „Krakowianki zapomniane. O niezwykłych paniach pochowanych na Cmentarzu Rakowickim 1803-1920” (Oficyna Wydawnicza Secesja, Kraków 2011). Rzecz czyta się jak kryminał. Ileż tam losów, prostych i jakże pokrętnych mniej lub bardziej znamienitych krakowianek. Właśnie… Dlaczego tylko kobiet?

Wędrując turystycznie po różnych miastach niemal zawsze przewodnicy prowadzili mnie również na cmentarze. W Moskwie  by złożyć hołd Włodzimierzowi Wysockiemu (wcześniej obowiązkiem było odwiedzenie cmentarza pod murami Kremla i grobowca, w którym w szklanej trumnie spoczywa Lenin), w Paryżu – jedni szli pokłonić się Morisonowi czy Edith Piaf, drudzy oddać hołd wielkim Polakom na Pere La Chesse. We Lwowie odwiedza się cmentarze Łyczakowski, Orląt Lwowskich i czasami Janowski, a w Wilnie cmentarz na Rossie. W końcu stolica Polski i Powązki ze szczególnie poruszającym lasem brzozowych krzyży Powstańców Warszawy z 1944 r.

A w Krakowie? No właśnie! Bywając tu jeszcze jako turysta, czy to z rodzicami czy wycieczkami szkolnymi (kiedyś wyciuecfzki do Krakowa i Warszawy były obowiązkowym elementem nauczania –dzisiaj chyba niekoniecznie) nigdy nie zaprowadzono czy zawieziono (wówczas dało się jeszcze Kraków zwiedzać autokarami turystycznymi) nas na cmentarz Rakowicki. W naszym mieście dominują przecież królewskie grobowce na Wawelu i Panteon Narodowy na Skałce ze szczątkami tych najważniejszych dla historii kultury polskiej postaci. Cmentarze Rakowicki i Salwatorski do dziś pozostają w cieniu.

Karolina Grodziska od wielu lat dobywa z cienia cmentarz Rakowicki. W książce „Krakowianki zapomniane. O niezwykłych paniach pochowanych na Cmentarzu Rakowickim 1803-1920” przedstawia wybrane życiorysy kobiet, które znalazły wieczny spoczynek na przestrzeni ostatnich dwóch wieków na tym cmentarzu. Jako pierwsza kobieta, o której też mowa w książce, pochowana tam została w 1803 r. 18-letnia Apolonia z Lubowieckich Bursikowa. Nie istnieje jej grób. Nie ma też możliwości, by na podstawie posiadanych dokumentów zlokalizować miejsce jej pochówku. Płytę nagrobkową zrekonstruowano w 2003 r. z okazji obchodów 200. rocznicy założenia cmentarza i umieszczono w murze cmentarnym tuż przy bramie wejściowej, a treść epitafium odtworzono na podstawie zapisków z 1861 r. pierwszego badacza dziejów cmentarza Rakowickiego Antoniego Kosteckiego. Ale czy rzeczywiście Apolonia Bursikowa była pierwszą kobitą pochowaną na cmentarzu Rakowickim? Jak wspomina autorka, istnieje słowny przekaz opowiadający o tym, iż pierwszym mogiła na Cmentarzu Rakowickim był ziemny grób bezimiennej krakowskiej żebraczki. Czy dojdziemy kiedyś prawdy?

Uwagę czytelnika przykuje zapewne postać Barbary Sedlmayerowej z Dembińskich. Wywodziła się ze Szczekocin, a jej pierwszym mężem był Tadeusz Czacki, znany polityk i działacz społeczny, m.in. założyciel słynnego Gimnazjum w Krzemieńcu. Kiedy Czacki podróżował, ona mieszkała w Porycku lub w Krzemieńcu. Tam poznała lekarza Józefa Sedlmayera, który po śmierci jej męża – zmarł w Dubnie na poddając się zarazie panującego tyfusu – stał się jej opiekunem i „tajemnym” mężem, o czym oficjalnie poinformowała na łożu śmierci.

Równie intrygującą postacią jest Zofia Ankwiczowa z Łempickich. Była matką jedynaczki Henryki Ewy, która stała się jedną z niespełnionych miłości Adama Mickiewicza. Ślady tego uczucia znajdziemy wśród wierszy Wieszcza oraz w III części „Dziadów” oraz w „Panu Tadeuszu”. Ankwiczowie potraktowali starającego się o rękę Henrietty Mickiewicza nieprzychylnie, dając mu do zrozumienia, iż „za wysokie progi…” – nie jest odpowiednim kandydatem na męża ich jedynej córki. Niebawem jednak, gdy o Mickiewiczu zrobiło się głośno, żałowali tej decyzji. Próbowali nawet odzyskać jego względy, ale słane listy pozostały bez odpowiedzi. A złamane serce Henrietty nie zaznała takiej miłości o jakiej marzyła.

Porażający jest opis tragicznego wydarzenia z 7. sierpnia 1863 r., kiedy to w samym sercu Krakowa, u zbiegu ulic Szewskiej i Teatralnej (obecnie Jagiellońska) doszło do wybuchu. Znajdowała się tam wytwórnia amunicji na potrzeby powstania. Zginęło wówczas pięć osób: Barbara (20 lat) i Julia (18 lat) Janowskie, Mariann Wiatrowiczówna (17 lat), Ludwik Zborowski (16 lat) i Ludwika Królikowska (2 lata). O tym, jak społeczeństwo Krakowa było wstrząśnięte tym wydarzeniem świadczy udział kilkunastu tysięcy ludzi w pogrzebie. „Była to jedna masa kilkunastu tysięcy ludzi, a cmentarz nie można się było docisnąć. Młodzież niosła trumny dziewic okryte kwiatami” – zapisała w swym pamiętniku Maria Estreicherówna.

Ostatnią postacią, jaką spotkamy na stronach książki Karoliny Grodziskiej jest pochowana w 1994 r. w alei zasłużonych (jako czwarta kobieta w dziejach miasta dostąpiła tego zaszczytu) Franciszka Ślusarczyk ur. w 1893 r. Była chorążym w Legionach w czasie I wojny światowej i żołnierzem Kobiecego Batalionu Orląt Lwowskich, a także uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. Żyła 101 lat!

A wśród nich aż i zaledwie 200 kobiet o pięknych i interesujących życiorysach, które w wielu przypadkach mogłyby być zaczynem czy to romantycznej czy to sensacyjnej powieści. Dlatego też książkę Karoliny Grodziskiej tak dobrze się czyta. Grodziska – jak Tadeusz Kantor w swych spektaklach scenicznych Teatru Cricot 2 – wywołuje z pamięci historycznej leniwe duchy kobiet, zmusza je do opowieści o swym życiu. One niechętnie opowiadają zapiskami w dziennikach, pamiętnikach ze współczesnej im epoki, wzmiankami prasowymi, epitafiami, do których przez wiele lat żmudnej pracy historyka autorka dociera. Często mówimy o przemijaniu, nie do końca zdając sobie sprawę z faktu czym ono jest. Karolina Grodziska podejmując trud pisania tej książki dotyka właśnie przemijania, ludzi nie tylko znamienitych w swych czasach ale i niewiele znaczących. Pokazuje, jak czas jednakowo ze wszystkimi się obchodzi. Tylko 200 lat wstecz, a ilu mogił już nie ma, ile rodzin przeminęło pozostawiając ślad po sobie zaledwie na kamiennym nagrobku mogiły. Nadzieja w Karolinie Grodziskiej, że nie poprzestanie na tym i nadal walczyć będzie z przemijaniem przywracając pamięci życiorysy, w końcu nie tak dawnych, mieszkańców Krakowa.

Janusz M. Paluch

 

Karolina Grodziska, „Krakowianki zapomniane. O niezwykłych paniach pochowanych na cmentarzu Rakowickim 1803-1920”, współpraca Agnieszka Rudnik, Oficyna Wydawnicza Secesja, Kraków 2011 r.

 

opublikował: janusz
marzec 19, 2012

Rozmowa z Barbarą Olasińską


Pani Barbaro, od 1998 r. uczestniczy Pani w programie charytatywny m na rzecz Polaków we Lwowie, w ramach działalności Krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”.
Rzeczywiście w ideę niesienia pomocy Polakom na Kresach jestem zaangażowana od początku. Zamysł powołania komórki organizacyjnej, która pracowałaby na rzecz charytatywnego pomagania Polakom na Kresach, powstał podczas Walnego Zebrania Krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” w listopadzie 1998 r. Byłam inicjatorką i wnioskodawczynią tej działalności. Prof. Zygmunt Kolenda, prezes Krakowskiego Oddziału „Wspólnoty Polskiej”, został wkrótce przewodniczącym nowo powstałej Komisji Charytatywnej, a jej działalność stała się działalnością własną Wspólnoty. Wkrótce okazało się, że powołanie Komisji Charytatywnej było najprostszą sprawą. Kolejnym krokiem, chyba najtrudniejszym i to pod każdym względem, było zebranie pieniędzy w kraju i dotarcie do ludzi na Kresach, którym taka pomoc była najbardziej potrzebna. Mówię najbardziej, bo każdy, kto bywa we Lwowie, kto bywa na Kresach, wie, że takiej pomocy potrzebują niemal wszyscy starsi ludzie. Trzeba było zatem dotrzeć do tych osób najbardziej potrzebujących opieki i pomocy, dokonać swoistej inwentaryzacji potrzeb oraz zdecydować, komu taką pomoc należy przyznać. Otrzymaliśmy różnego rodzaju listy z nazwiskami od polskich organizacji działających na Ukrainie, z rzymskokatolickich parafii czy w końcu od znanych i nieznanych nam osób, mających rozeznanie wśród Polaków tam mieszkających.

 

W pierwszym wyjeździe rozpoznawczym do Lwowa uczestniczyli prof. Kolenda i p. Andrzej Chlipalski, ówczesny prezes Krakowskiego Oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa i KPW. Ich opowieści i przywiezione zdjęcia były wstrząsające!

Potem wyjechaliśmy na rekonesans do Lwowa i jeździliśmy od osiedla do osiedla, chodziliśmy pieszo, jeździliśmy tramwajem, taksówką i autobusami, docierając do różnych miejsc Lwowa, rozmawialiśmy z ludźmi, wypełniając opracowaną wcześniej ankietę. Tych ankiet zebraliśmy kilkaset. Wobec takiej liczby ankiet, ustaliliśmy kryteria, które mają spełniać nasi przyszli podopieczni, a to: że są Polakami, mają ukończone 70 lat, cierpią na brak opieki ze strony rodziny, trapi ich choroba lub nieuleczalne kalectwo, są rodzinami wielodzietnymi, są samotni, opuszczeni, niedołężni. Kwalifikowaliśmy potem na tej podstawie osoby wymagające opieki finansowej, ale nie tylko, bo i lekarskiej, farmaceutycznej czy rehabilitacyjnej. Było wiele osób potrzebujących najzwyklejszej laski, kuli czy nawet wózków inwalidzkich, a otrzymanie takowych w warunkach ukraińskiej opieki medycznej graniczyło niemal z cudem. Naszą główną dewizą, od której nigdy nie odstąpiliśmy, było: osobiście przekazujemy pieniądze, nigdy przez osoby trzecie, za pokwitowaniem przez podopiecznego odebranej kwoty. I tak jest do dziś. Dzięki osobistemu kontaktowi z naszymi Rodakami znamy ich potrzeby, cieszymy się, gdy zdrowieją, rozmawiamy o ich codziennych problemach i radościach.

 

Kto dokonywał tej analizy i podejmował trudne decyzje dotyczące niesienia pomocy finansowej?

Jak już powiedziałam, przy Krakowskim Oddziale Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” została powołana Komisja Charytatywna, składająca się z członków Stowarzyszenia, pracujących na zasadzie wolontariatu (niektórzy członkowie komisji byli wówczas pracownikami w różnych instytucjach), działająca na podstawie uchwalonego statutu i regulaminu pracy, pod kierunkiem prof. Zygmunta Kolendy. Dokumenty te wyraźnie określały cele naszej działalności, źródła pozyskiwania pieniędzy i sposób ich wydatkowania, a także, kto w ramach niesienia pomocy może otrzymywać tę pieniężną zapomogę w oparciu o ustalone kryteria. Początkowo komisja zbierała się co miesiąc, a śp. pani Krystyna Bobrowska informowała komisję o stanie naszego charytatywnego konta, ustalaliśmy listę nowych podopiecznych, terminy wyjazdów. Potem, w miarę stabilizacji list podopiecznych, spotykaliśmy się tylko przed wyjazdami, aby ustalić kwotę, przypadającą na jedną osobę wymagającą naszego finansowego wsparcia.

 

Skąd zatem braliście pieniądze na pomoc?

Wkrótce po powołaniu naszej komisji, został zrealizowany film dla TVP 1 przez pana Dariusza Walusiaka, subsydiowany m.in. przez „Wspólnotę Polską”, ukazujący problemy, z jakimi borykają się nasi rodacy mieszkający we Lwowie. Ten film spotkał się z dużym zainteresowaniem naszego społeczeństwa. Równocześnie Telewizja Polska przed lub tuż po wieczornym wydaniu „Wiadomości” kilkakrotnie nadawała apel o niesienie pomocy Polakom na Kresach. Odzew społeczeństwa polskiego na te filmy był tak wielki, że trzeba było stworzyć dyżury w krakowskim Domu Polonii, gdzie siedzibę ma Stowarzyszenie „Wspólnota Polska”. Siedzieliśmy przez dwa tygodnie, dzień w dzień do późnego wieczora, a ludzie telefonowali z całej Polski! Nasza działalność – nie akcja, bo akcja jest jednorazowa, a nasza systematyczna działalność trwa po dzień dzisiejszy. Pracujemy w ten sposób społecznie już 14. rok! I zaczęły spływać z całej Polski, od ludzi i od zakładów pracy, pieniądze. Nie wyobrażaliśmy sobie w najskrytszych marzeniach, że to będą tak ogromne pieniądze. Dzięki mediom zebraliśmy prawie 700 tys. zł, które umieszczone zostały na lokatach bankowych. Równolegle pracowaliśmy nad zebranymi ankietami. Ze Lwowa przywieźliśmy ponad 350 ankiet! Wkrótce z innych miejscowości na Kresach spłynęło drugie tyle. W naszej bazie mieliśmy prawie 700 osób – Polaków oczekujących na pomoc! Wydawało nam się, że tych pieniędzy jest strasznie dużo, że dzięki skrupulatnej gospodarce nimi, nigdy ich nie wydamy. Niestety, nasze nadzieje okazały się złudne…

 

Przecież pracują państwo już 14 lat, to przecież sukces, nawet jeśli z braku możliwości finansowych będziecie musieli zawiesić działalność!

Pewnie ma pan rację, ale może gdyby nie nasza „rozrzutność” i wiara, że pieniądze będą zawsze, sytuacja wyglądałaby, być może, dzisiaj inaczej.

 

Rozrzutność? Przecież z każdym groszem postępowaliście jak prawdziwi finansiści, oglądając go dokładnie z każdej strony, zastanawiając się nad celowością jego wydania.

Może nieco przesadziłam z użyciem tego słowa… Chodzi mi o to, że początkowo aż cztery razy w roku wspomagaliśmy naszych podopiecznych. Można było przecież wspomagać tylko trzy razy w roku, co pozwoliłoby nieco dłużej tę pomoc utrzymać. Wydawało nam się jednak, że ta pomoc płynąca z całej Polski od ludzi gorącego serca będzie trwała cały czas. Ponadto nawiązaliśmy wówczas kontakt ze Związkiem Lekarzy Polskich we Lwowie, którym kierowała pani dr Ewelina Hrycaj-Małanicz. Zaoferowała nam pomoc polegającą na tym, że kilku polskich lekarzy nie tylko będzie przyjmować naszych podopiecznych w gabinetach, ale poświęcą się i pójdą do wskazanych przez nas obłożnie chorych osób, które dotychczas były pozbawione pomocy medycznej. Lekarzy opłacaliśmy z tych pieniędzy. Potem, z różnych powodów, zrezygnowaliśmy z tej współpracy.

 

Mówimy w tym miejscu o lekarzach polskiego pochodzenia, którzy urodzili się na Kresach, a medycynę skończyli na uczelniach miejscowych lub w Polsce…

Oczywiście. Nawiązaliśmy też kontakt z tamtejszym doktorem – Borysem Sawczykiem. To lekarz, wyjątkowy człowiek. Polonofil. Polecił nam do współpracy lekarkę, Ukrainkę, która bez zarzutu wywiązywała się (odpłatnie) z wziętych na jej barki obowiązków. Pieniądze rozchodziły się, ale do 2005 r. dysponowaliśmy jeszcze dość dużymi kwotami. Potem wyjeżdżaliśmy już tylko 3 razy do roku, a teraz, od dwóch lat – 2 razy do roku. Niestety, pieniądze nie spływają „szerokim strumieniem” na nasze konto.

 

Polacy na Kresach zawsze mieli oparcie w swoich parafiach. Czy państwo w swej pracy również mogli liczyć na duchowieństwo?

Nawiązaliśmy, i to już w początkach naszej działalności, kontakt z proboszczem parafii pod wezwaniem św. Antoniego przy ul. Łyczakowskiej, o. Władysławem Lizunem, który przekazał nam informacje o swoich podopiecznych. Taka weryfikacja pozwalała na wyeliminowanie podwójnej pomocy, a tym samym rozszerzenie liczby osób objętych naszą pracą charytatywną. Podobne wsparcie znaleźliśmy u ss. Józefitek, które swe Zgromadzenie Generalne mają w Krakowie. Współpracuję z tymi lwowskimi Siostrami do dzisiaj. One mają we Lwowie dwa ośrodki – jeden przy ul. M. Kopernika, drugi na ul. Tatarbunarskiej. Także z nimi porównaliśmy nasze listy. W niektórych przypadkach listy pokrywały się. Pomoc niesiona przez siostry zakonne polega na dostarczaniu żywności, opiece pielęgniarskiej, utrzymywaniu w czystości mieszkań osób obłożnie chorych, dostarczaniu lekarstw, itp. Siostry józefitki przejęły z naszej listy część osób wymagających stałych kontaktów i opieki pielęgniarskiej, takiej, jak zmiana opatrunków, wypranie pościeli, umycie naczyń, zmiana bielizny, itp. Proszę sobie zatem wyobrazić, w jakich warunkach niektórzy żyli – i być może nadal żyją! Cóż takim osobom po pieniądzach, które mogliśmy zostawić? One potrzebowały i potrzebują zrobienia zakupów, posprzątania mieszkania, zmiany pościeli, pomocy przy toalecie, itp. Taką pomoc mogły zapewnić na miejscu tylko siostry ­józefitki. I robią to do tej pory, oczywiście my ich pracy nie opłacamy, bo tłumaczą, że jest to ich posłannictwo, misja. (Być wszystkim dla wszystkich – słowa założyciela zakonu, św. Józefa Gorazdowskiego). I chwała im za to, że tam są! Siostrom zawozimy lekarstwa, środki opatrunkowe, itp., wiedząc, jak bardzo takie dary są im potrzebne. Zaprzyjaźniona krakowska apteka pp. mgr Agaty Idzik i Sabiny Białas daje nam nieodpłatnie środki opatrunkowe w bardzo dużych ilościach, płyny odkażające, plastry, potrzebne lekarstwa. Wspiera nas także organizacja „Lekarze bez Granic”.

 

W pracy organizacji charytatywnej zawsze można opierać się na młodzieży. We Lwowie są dwie szkoły polskie, a także, mówi się, że aktywnie działa harcerstwo polskie. Czy próbowali państwo nawiązać kontakt z młodzieżą, by zachęcić ją do niesienia bezinteresownej pomocy starszym Polakom?

Niestety nasze apele pozostały bez echa. Byłam w tej sprawie w redakcji „Kuriera Galicyjskiego”. W rozmowie sugerowałam, że młodzi polscy inteligenci, wykształceni w Polsce i na Ukrainie, mogliby powołać np. Klub Młodej Inteligencji, powinni się zrzeszać, radzić, debatować. Mogliby prowadzić zajęcia w ramach działalności Uniwersytetu Trzeciego Wieku zrzeszającego starsze osoby polskiego pochodzenia, a stąd, do tworzenia organizacji charytatywnych lub przynajmniej wolontariatu charytatywnego – już niedaleko. Pierwsza odpowiedź jaka padła, że nie mają gdzie się spotykać. Odpowiadałam, że w Polsce najpierw spotykaliśmy się w prywatnych mieszkaniach; kiedy okrzepliśmy i mieliśmy już sprecyzowany cel działania, zaczynaliśmy poszukiwać innych możliwości spotkań. Taką działalność charytatywną można by przedstawić ks. proboszczom, znajdzie się salka, znajdzie się gorąca herbata. Niestety, nie rozumiem, dlaczego jest taki duży „opór materii”. Czy to wynika z tego, że jesteśmy tam niedużą grupą etniczną, rozrzuconą w wielkim mieście? Trzeba jednak zaczynać od młodzieży ze szkół średnich, aby wdrożyć ją do pomocy bliźniemu, jak mówi rota przysięgi harcerskiej. …

 

Kiedy świat pomagał Polakom stłamszonym stanem wojennym, często konkretne rodziny ze świata pomagały konkretnym rodzinom w Polsce. Czy ten model nie zdałby egzaminu w przypadku Kresów? Proszę o kilka przykładów.

Kiedy przebiegam myślą naszych podopiecznych we Lwowie, ludzi starych, samotnych, biednych, chorych, opuszczonych, czasem w skrajnej nędzy, to widzę ich wszystkich – ich zimne mieszkania, nory, sutereny, poddasza, nędzne klitki bez ubikacji, zlewu, łazienki. Często głodnych, pozbawionych opieki lekarskiej. Żyjących z nadzieją, że może coś się odmieni na lepsze albo umrą i już będzie koniec tej męczarni. Wszyscy mają powyżej 70 lat, tylko czasem mniej, ale to są ci, których sytuacja rodzinna, zdrowotna, wymaga finansowego wsparcia. Emerytura, każdemu po równo, ok. 850 hrywien, to jest 350 zł, ledwie wystarcza na namiastkę życia. Ceny podobne jak w Polsce, ale co można kupić za 350 zł opłaciwszy gaz, wodę, prąd i lekarstwa?

Pani Maria ukończyła 90 lat. Nie ma rodziny, mieszka sama, wysoko, w pokoiku na poddaszu. Nie ma kuchni, bo trudno nazwać kuchnią półeczkę za wejściowymi drzwiami, na której stoi jednopalnikowa kuchenka. Cud, że Pani Maria nie poparzyła się dotąd. Pani Maria nie ma też łazienki, ma okropną ubikację. Cztery razy w tygodniu pości, postny chleb z mlekiem. Jeszcze dwa lata temu chodziła codziennie do kościoła. Dziś już nie chodzi, boi się złamania nogi lub ręki, wtedy byłoby naprawdę bardzo trudno, zresztą nie ma butów. Nie widzi, ma zaćmę, słabo słyszy. Jest pogodna. Chciałaby wyjść choć jeszcze raz z domu, ale z kim i w czym? Chciałaby radio z długimi falami, bo mogłaby słuchać polskich audycji. Niestety ledwo wystarczy na ten chleb, mleko i opłaty.

Pani Ewa nie ma nóg. To cukrzyca. Jej ostoją i najczulszym pielęgniarzem był mąż. Niestety, umarł w tym roku na atak serca. Przychodzą siostry józefitki, ale ile trzeba pampersów, ile trzeba lekarstw, ile trzeba miłości, żeby to wszystko wytrzymać? Pani Ewa płacze. Boże, daj mi umrzeć.

W dziwnym mieszkaniu, do którego schodzi się po drabince, potem po dachu garażu, mieszka Pani Zosia. Pani Zosia ma tak niską emeryturę, że też pości co drugi dzień. Jest bezradna i samotna. Nie ma żadnej rodziny. Nie widzi, ma gruźlicę oczu. Zjadłaby chętnie kawałek kiełbasy i podzieliłaby się jeszcze ze swoimi ślicznymi kotkami, ale skąd wziąć na takie rarytasy pieniądze?

Trochę na obrzeżach Lwowa jest w ogrodzie altanka. Przez szpary wieje wiatr. Zimno tu i wilgotno nawet w lecie. Siwa Pani Emilia wegetuje tu wraz z niepełnosprawnym umysłowo synem. Jesteśmy tam dwa razy do roku, o różnych porach, a Pani Emilia zawsze smaży naleśniki dla syna. Z mąki i wody. A co do tych naleśników? Jak to, co, dziwi się Pani Emilia, dobrze, że mi wystarcza na mąkę, i zaprasza do jedzenia. Na czym usiąść? Gdzie? Jakiś okropny stół, kiwające się krzesło. Skrajna nędza wygląda z każdego kąta. Jak wyżyć we dwoje z jednej renty? Czy kupić buty, czy ziemniaki na zimę? A skąd wziąć pieniądze na leczenie syna? Kto pomoże?

 

Jak wyglądała praca pań we Lwowie?

Do Lwowa zawsze jeździłyśmy nocnymi autobusami i takimi wracałyśmy. Po podróży od rana mogłyśmy przystąpić do pracy. Jeździłyśmy trójkami, w taki sposób, by nasza obecność była dostatecznie długa, by się zazębiała. We Lwowie czekał na nas transport, oczywiście opłacany przez nas. We Lwowie podjęliśmy współpracę z zaufanymi, poleconymi nam Polakami, którzy doskonale znają tamtejsze realia, mówią świetnie po ukraińsku i pełnią rolę opiekunów naszych podopiecznych. Są wolontariuszami, chociaż otrzymują drobną gratyfikację za współpracę z nami. Też muszą brać urlopy, kiedy przyjeżdżamy do Lwowa. Są zawsze, na każde wezwanie, gotowi pomagać podopiecznym. A jest co załatwiać, choćby tzw. „subsydia”, czyli ulgi za gaz i prąd, czy znalezienie siostry z tzw. Sobezu, czyli opiekunki, która robi zakupy i sprząta, oczywiście za opłatą. Nasi podopieczni nie są w stanie tego załatwić sami. Często wysyłamy lekarstwa, okulary, pampersy czy inne potrzebne im środki medyczne, wtedy to właśnie nasi wolontariusze dostarczają je podopiecznym. Jestem przekonana, że oni pozostaną już tymi opiekunami nawet wtedy, gdy nas tam zabraknie.

 

Proszę powiedzieć kilka słów o osobach, które pracowały i pracują w tej komisji…

Rzeczywiście w komisji w ciągu tych lat pracowało wiele osób. Wiele pracy włożyła nieżyjąca już pani Krystyna Bobrowska, której mąż rozpoczął prace nad ratowaniem Cmentarza Orląt Lwowskich. Dzięki swoim kontaktom pozyskiwała od zaprzyjaźnionych firm dotacje na naszą działalność, poza tym prowadziła też sprawy rozliczeń. Krótko mówiąc, jak księgowa, trzymała to wszystko w garści, na bieżąco informując nas o nowych wpłatach i wysokości pomocy, jakiej możemy udzielać. Nasz charytatywny „team” składa się z 8 czynnych osób, w większości członków Towarzystwa Miłośników Lwowa i KPW. Wymienić tu należy panią Romanę Machowską, z której inicjatywy rozszerzyliśmy (chyba od 2000 r.) naszą pomoc poza Lwów, a z którą jeździła przez ostatnie 2 lata pani Barbara Szumska. Nie można pominąć państwa Wiesławy i Bronisława Orskich, którzy zorganizowali pomoc w Samborze i okolicach. Oni docierają do prawie 40 wiosek w okolicach Sambora! Wiele pomagali państwo Roma i Jerzy Żukowie. Po śmierci pana Jerzego zastąpiła go w wyjazdach pani Urszula Kogut. Do Lwowa „od zawsze” jeżdżą pp. Teresa Kondolewicz-Wilkowa, Małgorzata Stępka i ja. Jeździł też z nami, nieżyjący już od paru lat, pan Andrzej Kuzak. Średnia wieku komisji powyżej 70 lat! Tu trzeba także wymienić tych, którzy pomagają nam we Lwowie. To jest bardzo ważne, bo bez tych osób niewiele bylibyśmy w stanie zrobić. Dużą pomoc uzyskiwaliśmy od pani Czesławy Lemiszki – romanistki, która pracowała w bibliotece uniwersyteckiej, a którą od dwóch lat zastępuje pan Józef Żak. W tym gronie była też pani Alicja Sarabacha, która osiem lat temu zamieszkała w Polsce, a zastępuje ją od 2004 r. pani Wika Łomanowska, natomiast od samego początku jest, wspomniany już, pan Andrzej Kowalczyk, nasz kierowca i tłumacz. Drugim naszym kierowcą jest pan Lonia, niezwykle życzliwy i ze wszech miar pomocny. Jesteśmy im za to bardzo wdzięczni i bardzo za pomoc dziękujemy!

 

Patrząc z perspektywy tych 14 lat, czy życie Polaków we Lwowie się poprawiło?

Te osoby, które żyły w okropnej nędzy lub były ciężko chore, już zmarły. Tak więc z tej perspektywy – nędzy już mniej widzimy wśród naszych podopiecznych. Pozostało jednak opuszczenie, samotność. Ci ludzie proszą, by przywieźć im jakieś gazety, czasopisma, kalendarz do zrywania kartek, bo tam można miesiąc coś jeszcze poczytać. Pozostała też bieda i bezradność, a tego nikt nie jest w stanie zwalczyć. Za 800 hrywien trudno się utrzymać, kiedy mleko w kartonie kosztuje 10 hrywien, chleb 3–5 hrywien, zwykła kiełbasa 40 hr/kg. Proszę sobie wyobrazić, że musi pan przeżyć miesiąc za ok. 300 zł, przy podobnych cenach jak w Polsce! A w ostatnim czasie wszystko tam podrożało, przede wszystkim żywność, lekarstwa, nawet tramwaj.

 

Po czternastu latach pracy doszli państwo do niebezpiecznego punktu, po którego przekroczeniu pomoc płynąca z ludzkich darowizn i dobrego serca Polaków mieszkających w kraju ustanie. Doszliście do ściany i co dalej?

Rzeczywiście doszliśmy do ściany. Zostało nam obecnie tylko ok. 35 tys. zł, a drogą eliminacji naturalnej (ludzie umierają) i weryfikacji będziemy pomagać obecnie 110 osobom we Lwowie. Wyeliminowaliśmy także tych, którzy swe mieszkania zapi­sali osobom mającym w zamian opiekować się nimi do końca życia. Pozostały zatem osoby, które rzeczywiście znikąd nie mogą oczekiwać pomocy. Co dalej? Nie wiem. Uważam, że nie można z tej pomocy zrezygnować. Jako Polacy powinniśmy naszym Rodakom pomagać, wszak to zagmatwana historia spowodowała, że znaleźli się poza Polską. Może trzeba tę pomoc ograniczyć do Lwowa? Ludzie mieszkający poza dużym miastem mają trochę lżej, łatwiej im może w mniejszych społecznościach przeżyć, a życie poza Lwowem jest tańsze.

 

Ale i na to są potrzebne środki. O ile rozumiem Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” sama takich środków nie wygeneruje. Czy są jakieś pomysły na pozyskiwanie pieniędzy na dalszą działalność?

Rzeczywiście „Wspólnota Polska” zajmuje się innymi zadaniami i niesienie pomocy materialnej Polakom na Wschodzie nie jest dla niej priorytetem. Stowarzyszenie ma za cel podtrzymywać ducha polskiego, kulturę polską, naukę wśród Polonii i wśród Polaków na Kresach, na Białorusi, Litwie, Mołdawii. A ta działalność charytatywna jest dodatkową aktywnością „Wspólnoty Polskiej”. Myślę, że gdybyśmy wiedzieli, czy inne oddziały „Wspólnoty Polskiej” w ten sposób pomagają Polakom na Wschodzie, to uzyskalibyśmy cenne informacje na ten temat. Być może jest tak, że nasza pomoc się dubluje, a przez to rozpraszamy i siły i środki?

To już najwyższy czas, by zastanowić się nad zorganizowaną formą niesienia pomocy. Mam nadzieję, że na walnym zebraniu, które się zbliża, będzie szansa o tym porozmawiać. Musimy się zastanowić, jak pomagać charytatywnie odzieżą, żywnością, co też jest ważne i istotne, ale jak przede wszystkim pomagać systematycznie finansowo, bo podopieczny sam będzie w stanie przeznaczyć pieniądze na to, co w danym momencie jest mu najbardziej potrzebne. Czy będzie to wizyta u lekarza, zakup lekarstw, opłata mediów, czy kupienie butów. Musimy sobie też zdać sprawę, że nie rozmawiamy o dużych pieniądzach.

Trzeba więc szukać sponsorów i tak ukierunkować działalność, aby inne oddziały przyłączyły się do niej. Poza tym jest przecież Polonia, z którą „Wspólnota Polska” ma doskonałe kontakty. To są przede wszystkim Stany Zjednoczone, Kanada, Argentyna, Australia czy Anglia. Tam także są stowarzyszenia Polaków, do których trzeba wyjść z apelem poprzez rozgłośnie polskie, prasę, poprzez ośrodki telewizyjne. W takim ośrodku, gdzie jest kilkanaście milionów Polaków, jak Chicago i okręg chicagowski, gdyby każdy Polak wiedział, że jego 5 dolarów przeznaczone jest na pomoc dla konkretnych ludzi, a jest to bardzo duża kwota dla Rodaka we Lwowie, np. 4 l mleka, to może by to zaowocowało pokaźną zbiórką pieniędzy. Ponadto taką działalność informacyjną można przeprowadzić przez struktury kościelne. Są w Polsce składki na kościoły na Wschodzie i ludzie bardzo chętnie dają pieniądze. A gdyby jedną taką składkę w roku przeznaczyć w każdej diecezji w Polsce na pomoc charytatywną dla Polaków chorych, samotnych i opuszczonych we Lwowie i na Kresach? To byłby piękny gest!

Dlaczego o tym mówię? Bo w Polsce ludzie mówią tak: „a u nas też jest bieda, a u nas też jest nędza, dużo rodzin jest wielodzietnych i też nie mają co jeść”. Tak, ale u nas jest Caritas, są MOPS-y, są różnego rodzaju organizacje i fundacje, sponsorzy, stowarzyszenia, które pozyskują pieniądze choćby poprzez ten 1% odpisu, w końcu są też sąsiedzi, na których chyba zawsze w potrzebie możemy liczyć. Tam, we Lwowie i na Kresach nie ma tego wszystkiego. Nikt nie organizuje żadnych akcji charytatywnych. Mało tego, we Lwowie nie ma domu spokojnej starości. Co jest rzeczą niewyobrażalną, aby w takim olbrzymim mieście, jakim jest Lwów, nie było domu spokojnej starości!

 

Czy zbudowanie takiego domu dla Polaków, którzy dożywaliby tam swoje dni, nie byłoby wspaniałym wyzwaniem dla „Wspólnoty Polskiej”?

Była swego czasu taka idea we „Wspólnocie Polskiej”. Kiedy mieliśmy więcej pieniędzy i dostaliśmy plac u oo. Franciszkanów na ul. Łyczakowskiej, chcieliśmy zbudować budyneczek, który miałby 10 łóżek. To na początek byłoby zupełnie wystarczające. Chcieliśmy poszukać także jakiegoś domku, nawet za miastem, ale i ta idea upadła, z różnych powodów. Odezwały się też głosy niby zdrowego rozsądku, kto to będzie później utrzymywał? Ja bym się o przyszłość nie martwiła, bo jeżeli się czegoś nie zrobi tu i teraz, to co my możemy mówić o przyszłości?! Jestem zwolenniczką tej idei, żeby zbudować albo zaadaptować jakiś budynek we Lwowie na dom spokojnej starości. Bo ci ludzie, którzy nie mają dostępu do lekarza, do których trzeba docierać z pomocą, byliby w jednym miejscu i mieliby ciepło, czysto, sucho i nie głodowaliby. Mają emerytury, nie musieliby płacić czynszu, mediów, więc te pieniądze byłyby wydawane bardziej celowo. Będziemy się starali powrócić do tej idei. Wydaje się jednak, że bez pomocy naszego państwa „Wspólnota Polska” nie udźwignie takiego problemu. Rozmawiałam o tym ze śp. marszałkiem Senatu Maciejem Płażyńskim, prezesem Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, który obiecywał, że w Senacie będzie starał się pozyskać jakąś kwotę, którą będzie można przeznaczyć na ten cel. Niestety tragiczna śmierć przerwała Jego działalność we „Wspólnocie Polskiej”. Trzeba tu jednak jasno powiedzieć – działalność charytatywna nie jest działalnością statutową Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”.

 

Kończąc naszą rozmowę, można tylko zaapelować o pomoc…

Tak, apelujmy, ale nie tylko do Polaków żyjących w Rzeczpospolitej Polskiej i do Polonii. Apelujemy do młodych Polaków tam mieszkających, aby organizowali pomoc dla tych najbardziej potrzebujących. Rodaków. Niech ogłoszenia o tym, że ktoś za dożywotnią opiekę – chce oddać mieszkanie, trafią do Polaków z ambon, gazet, z informacji w polskich organizacjach we Lwowie. Oby działalność charytatywna została podjęta przez młodych Polaków mieszkających we Lwowie.

 

Wróćmy jednak do naszego apelu! Proszę podać konto, na które można wpłacać darowizny na rzecz pomocy Polakom na Wschodzie.
Wpłaty można dokonywać przy rozliczeniu podatkowym w ramach 1% na rzecz organizacji pożytku publicznego, do jakich zalicza się Stowarzyszenie „Wspólnota Polska”. Wpłaty 1% prosimy dokonywać na konto:

OPP – Stowarzyszenie „Wspólnota Polska”
KRS – 0000034914
Cel – Pomoc Polakom we Lwowie i na Kresach, dla Oddziału w Krakowie (ważny dopisek).
Podając OPP organizacji nie potrzeba podawać nr konta.

Ale nie tylko 1%, każda złotówka ofiarowana jako dar gorącego serca zostanie przekazana potrzebującym samotnym, chorym, opuszczonym Polakom we Lwowie i na Kresach. Wpłaty prosimy dokonywać:

1. Bezpośrednio w kasie Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” (Dom Polonii, Rynek Główny 14) czynnej od poniedziałku do piątku w godz. 8.00–15.00

2. Przelewem na konto bankowe Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” Oddział w Krakowie, adres: 31-008 Kraków, Rynek Główny 14, numer konta:
69 1910 1048 4002 9344 1121 0004
z dopiskiem: „Wpłata celowa na pomoc dla opuszczonych Polaków we Lwowie i na Kresach”
Z góry za każdą złotówkę dziękujemy!

A ja Pani serdecznie dziękuję za rozmowę.


BARBARA OLASIŃSKA – ur. 1940 we Lwowie w rodzinie inteligenckiej. Po wojnie mieszkała w Czechowicach na Śląsku, od 1952 w Krakowie. W 1962 ukończyła chemię na UJ. Praktykę badawczą odbyła w Instytucie Technologii Nafty w Krakowie. Przez 13 lat pracowała w Zakładach Rafineryjnych i Petrochemicznych w Płocku, zajmowała kierownicze stanowisko w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym. Opublikowała szereg prac naukowych, wygłaszała referaty na sympozjach i seminariach. Wróciła do Krakowa w 1976 do Instytutu Technologii Nafty na stanowisko adiunkta. W 1994 zorganizowała tam Punkt Informacji Normalizacyjnej, została jego kierownikiem. W 2004 r. odeszła na emeryturę. Ma cztery córki i czworo wnucząt.

 

opublikował: janusz
marzec 3, 2012

Przygody z Teatrem 38 ciąg dalszy…


Przygody z Teatrem 38 ciąg dalszy… Tuż po lekturze tomu wierszy Jerzego Gizeli „Sytuacje bezgraniczne. Wybór wierszy”, którego poezja pełna jest czasami skrajnych emocji, nie pozwalających przejść obojętnie obok jego twórczości, otrzymałem książkę autorstwa Stanisława Dziedzica i Tadeusza Skoczka „Przygody z metacodziennością. Teatr 38 w latach 1960-1972” (Prowincjonalna Oficyna Wydawnicza, 2010). Obie pozycje łączy osoba Tadeusza Skoczka. Zafascynowany twórczo-ścią Gizelli, nie potrafił jednak odmówić sobie naszkicowania we wstępie do jego książki obrazu kultury studenckiej w Krakowie w latach 70-tych, kiedy Jerzy Gizella rozwijał swój poetycki talent. Wszak był to czas swoistego, romantycznego, rozwoju kultury studenckiej, „kiedy w oficjalnych wydawnictwach szalała cenzura, jedynie kluby studenckie zdawały się być oazą wolności, nieskrępowania, spontaniczności”. Oczywiście były to zaledwie pozory, ale w ułudzie wolności PRL-u żyli wtedy wszyscy. Do takich miejsc zaliczał się Klub „Nowy Żaczek”, w którym szlifował poetyckie pióro m.in. Jerzy Gizela. Ale takich miejsc w Krako-wie było przecież wiele. Wśród nich poczesne miejsce od dawna zajmował Teatr 38, któremu Stanisław Dziedzic i Tadeusz Skoczek poświęcili też wydaną w 2007 r. książkę „Teatr 38. Awangardowy teatr Waldemara Krygiera”. Warto nadmienić, iż w 1985 r. ukazała się „Mo-nografia Teatru 38”, tychże autorów, która, jak się okazało po latach, nie do końca wyczerpa-ła temat działalności tego teatru. Wspomniany poeta nie miał wprawdzie swego udziału w twórczym bycie Teatru 38, ale bez wątpienia musiał bywać gościem tego kultowego przez lata miejsca. Jego magia trwa zresztą do dziś, choć nic szczególnego na deskach sali teatralnej od lat się nie dzieje. Jest to swoiste signum temporis uwiądu zjawiska pod nazwą kultura stu-dencka. Książka „Przygody z metafizycznością. Teatr 38 w latach 1960-1972” chronologicznie obejmuje okres po odejściu pierwszego dyrektora i założyciela teatru Waldemara Krygiera (1928-2006), kiedy to „zespół znużony jego dyktatorskimi rządami powołał Radę Artystycz-ną”, a kierowanie zespołem powierzono Andrzejowi Skupieniowi (1936-1989), współzałoży-cielowi teatru. Na stanowisku dyrektorskim Skupień trwał przez siedem „tłustych” lat –jak twierdzą autorzy książki – do 1967 r. Czasy późniejsze, to okres kierownictwa Helmuta Kaj-zera (1941-1982) i Bogdana Hussakowskiego (1941-2010), kiedy Teatr 38 zaczął poszukiwać nowej formuły. Targany wewnętrznymi konfliktami, na co nałożył się przez jakiś czas brak własnej sceny (okres niekończącego się remontu), a na dodatek dołączył się konflikt z rozwi-jającym swe skrzydła Teatrem STU Krzysztofa Jasińskiego, który początkowo chciał zaanek-tować dla swych potrzeb pomieszczenia Teatru 38, doprowadził do formalnej likwidacji te-atru w 1972. Doszło wówczas do ostrego konfliktu między władzami Krakowskiego Okręgu Związku Studentów Polskich z artystami Teatru 38, który – nie poddając się – przetrwał w tej formule jeszcze do 1973 r. Nie potrafiąc rozwiązać konfliktu w Krakowie, odwoływano się aż do Warszawy, do Zarządu Głównego ZSP, któremu przewodniczył wówczas Stanisław Cio-sek. Niestety, autorzy, skupiając się na artystycznej działalności teatru, nie do końca wyświe-tlili w swej książce sprawę tego konfliktu, a szkoda. Może uczynią to w kolejnym tomie, nad którym bez wątpienia pracują, bo przecież tradycję tej sceny usiłował jeszcze utrzymać i od-budować, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX w., Piotr Szczerski – reżyser i wieloletni dyrektor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. W opisywanym przez Stanisława Dziedzica i Tadeusza Skoczka okresie, na scenie Te-atru 38, zaprezentowano 37 premier, których wykaz zawierający obsadę wraz z fotografiami afiszy, plakatów lub programów autorzy prezentują w końcowej części książki. Spektakle Teatru 38 prezentowane były w wielu miastach Polski, a także na scenach wielu miast euro-pejskich, a bywali we Włoszech, Hiszpanii, Czechach (wówczas Czechosłowacja), Chorwacji (wówczas Jugosławia), Rosji (wówczas ZSRR), Niemczech (w zachodnich, wówczas RFN). Szkoda, że nie są w całości przedstawione recenzje z tych spektakli, do których – przecież rozproszonych w prasie nie tylko krakowskiej – autorom udało się dotrzeć. W tamtych cza-sach przez Teatr 38 przewinęło się mnóstwo postaci, które po latach spotykamy jako twórców działających na wielu różnych płaszczyznach kultury polskiej. Dość wspomnieć zmarłych niedawno Irenę Wollen (1934-2011) – reżyser telewizyjną, filmową i teatralną związaną z Ośrodkiem Telewizji Kraków, Bogdana Hussakowskiego – znamienitego aktora i reżysera, wieloletniego dyrektora Teatru im. Juliusza Słowackiego, Wandę Błońską (1934-2010) dziennikarkę i redaktorkę związaną z Wydawnictwem Literackim, jej męża prof. Jana Błoń-skiego (1931-2009) – krytyka literackiego, wykładowcę Uniwersytetu Jagiellońskiego, An-drzeja Kreütz-Majewskiego (1936-2011) – scenografa i artystę malarza, a także Mieczysława Święcickiego, Wiesława Dymnego (1936-1978) – artystów związanych z kabaretem Piwnica „Pod Baranami”, prof. Józefa Lipca, którego urocza fotografia ze spektaklu „Alkoholicy” zamieszczona jest na str. 75, Jerzego Piekarczyka – dziennikarza i publicystę prasy krakow-skiej, i wielu innych, których przygoda ze sceną skończyła się po zakończeniu studiów. Wspomnieć należy też o epizodycznej współpracy teatru z Krzysztofem Pendereckim, który napisał muzykę do sztuki Sofoklesa „Król Edyp” (premiera w 1963 r.). Szkoda, że autorzy w swej książce nie zamieścili biogramów wszystkich aktorów i twórców związanych przez lata z tą sceną, działającą obok równie znanego klubu studenckiego „Jaszczury” przy Rynku Głównym. Jestem jednak w tym względzie wyrozumiały, wszak obecnie, po latach, nie jest to łatwe zadanie dla badaczy, bo zespół teatru studenckiego musiał nolens volens być niestabil-ny, a studenckie, legendarne wręcz, archiwum, zgromadzone przez Andrzeja Potoka (1941-1999), w okresie transformacji ustrojowej, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdzie-siątych XX wieku, zostało bezpowrotnie przez ówczesnych działaczy studenckich zaprze-paszczone. Nie zmienia to faktu, iż poszukiwanie informacji o ludziach Teatru 38 mogłoby zasadniczo rozszerzyć wiedzę na temat codziennego dnia życia teatru. Tym bardziej, że więk-szość twórców nadających ton temu teatrowi już nie żyje, co celowo zaznaczałem wymienia-jąc przecież najważniejsze dla tego teatru nazwiska. Miejmy jednak nadzieję, że te i inne in-formacje znajdą się w zapowiadanym tomie trzecim dziejów studenckiego Teatru 38. Książki Stanisława Dziedzica i Tadeusza Skoczka poświęcone Teatrowi 38 są ważne dla dokumentacji jakże istotnego dla polskiej kultury fragmentu działalności studentów krakow-skich. Z jednej strony szkoda, że pracę jednego tylko teatru podzielili na trzy części, ukazują-ce się w różnych odstępach czasowych. Ale w tej metodzie jest ukryty cel – pobudzić i zachę-cić tych, którzy mogą jeszcze uzupełnić swymi wspomnieniami dzieje tego teatru, wyczerpać do dna wszelkie źródła informacji, by na koniec stworzyć rzetelną i niepowtarzalną monogra-fię krakowskiego Teatru 38. Czekają na nią wszyscy, dla których teatr i jego dzieje są pasją życia. Takich nie brakuje, o czym świadczą wypełnione sale krakowskich – i nie tylko – te-atrów. Zagrzewamy zatem autorów do wytężonej pracy! A swoją drogą inne studenckie teatry i kabarety wciąż czekają na swych dziejopisów!
Janusz M. Paluch

Stanisław Dziedzic, Tadeusz Skoczek, „Przygody z metacodziennością. Teatr 38 w latach 1960-1972”, t. 2, Prowincjonalna Oficyna Wydawnicza, Kraków-Warszawa-Bochnia 2010
opublikował: janusz
styczeń 30, 2011

Rozmowa z Bolesławem i Wiesławem Opałkami


Proszę opowiedzieć, jak naprawdę było na granicy polsko-ukraińskiej, bo już zaczynają tworzyć się legendy, nie o wyjeździe rodu Opałków do Lwowa, a o zajeździe Opałków na Lwów?

 

Bolesław Opałek: W ramach naszych spotkań rodzinnych, a było już trzy takie zjazdy, zorganizowaliśmy w roku 2005 wspólny wyjazd do Lwowa. Jedni byli tam po raz pierwszy, dla innych była to okazja do wspólnego odwiedzenia miejsc, tak ważnych dla rodziny Opałków. Właściwie nie zdarzyło się nic szczególnego. Na granicy zameldowało się osiemnastu potomków naszego rodu, co wzbudziło niemałe zdziwienie i podejrzenie służb granicznych. Co brali do kontroli paszport, to Opałek! Nie ukrywali zaskoczenia, pewnie dokładniej sprawdzali paszporty, ale po wyjaśnieniach, najazd Opałków na Lwów stał się dla nich naturalny i zaciekawienie zdominowało podejrzliwość. A Opałkowie szczęśliwie dotarli do swego ukochanego miasta. Zobaczyli najważniejsze dla nich miejsca i już w drodze powrotnej rozmawialiśmy o ponownym wspólnym wyjeździe.

 

Rozumiem, że zainteresowania historią rodziny nie są przypadkowe, pana ojciec – Mieczysław Opałek – był przecież jednym ze znanych lwowskich bibliofilów.

 

B.O.: Naturalnie, zainteresowania ojca nie mogły nie mieć wpływu na mnie. Zawsze interesowałem się Kresami, naszym pochodzeniem, historią, w której sam byłem zanurzony. Ale to dopiero mój syn jest tym jedynym kronikarzem rodziny, który dotarł do chyba wszystkich informacji o Opałkach i zgromadził dokumenty rodzinne. W końcu opracował je i powstała swoista kronika Opałków. Nie zamierzamy tego materiału publikować, bo to przecież nasze rodzinne sprawy i zapotrzebowania na druk większej ilości egzemplarzy książek nie byłoby. Dla krewnych zrobimy kserokopie lub przekażemy im w formie zdygitalizowanej, na płytce CD.

 

Proszę zatem opowiedzieć o korzeniach swojej rodziny. Czy Opałkowie pochodzą ze Lwowa?

B.O.: W tym miejscu muszę powołać się na książkę mojego ojca, Mieczysława Opałka „O Lwowie i mojej młodości”. Opisał tam początki rodziny, dotarł do naszego lwowskiego protoplasty, Piotra. Ojciec przedstawia hipotezę, że Piotr przybył do Lwowa po upadku powstania kościuszkowskiego, na co niestety nie ma dokumentów. Swe domniemanie oparł na znanych sobie dokumentach pochodzących z Królestwa, w których występowało nazwisko Opałek. Pamiętajmy, że jest to okres, kiedy we Lwowie znalazło schronienie wielu, którzy w tym powstaniu uczestniczyli. Już z istniejących dokumentów, wiemy, że Piotr ożenił się z Katarzyną Morawską. Z tego związku pochodziło jedyne dziecko. Był to Antoni, który urodził się 14 czerwca 1811 r. Ojciec obala w swej książce wywody m.in. Ludwika Feigla, autora broszury „Sto let česokoho života we Lwowě”, który przypisywał naszemu nazwisku korzenie czeskie. Ojciec zarzucał mu zbyt pochopnie wyciągnięte wnioski z błędnych zapisów łacińskich i niemieckich.

 

Czy wiadomo czym zajmował się Piotr Opałek?

Wiesław Opałek: Z zapisków rodzinnych wynika, że Piotr pracował w szpitalu miejskim. Nie był lekarzem. W tamtych czasach szpital to był raczej rodzaj przytułku. W XIX wieku szpitali było bardzo mało, dopiero w II połowie XIX wieku zwiększyła się ilość lekarzy i zaczęły powstawać szpitale. W tamtych czasach we Lwowie było wielu weteranów powstańczych, inwalidów a także zwykłych ludzi bez żadnej opieki. Czym w tym szpitalu zajmował się Piotr, nie wiadomo dokładnie. Czy był sanitariuszem, stróżem, a może portierem, nie można stwierdzić.

B.O.: Informacje o nim znalazł mój ojciec w szematyzmach miejskich, podobnie jak nazwisko Katarzyny Morawskiej, która  została jego żoną.

 

To może o ich synu, Antonim coś więcej jest wiadomo?

W.O.: O Antonim wiemy, że przerwał naukę w szkole i zaciągnął się do armii austriackiej, do artylerii. Służył 9 lat i 7 miesięcy! Trzeba pamiętać, że obowiązkowa służba w artylerii trwała wówczas 7 lat. Nie wiemy co robił w wojsku, ani gdzie stacjonował. Miał jednak szczęście, bo jego służba przypadła na okres, w którym Austria nie prowadziła żadnej wojny. Może dzięki temu przeżył i wrócił do Lwowa…

B.O.: Po powrocie podjął pracę w Urzędzie Miasta Lwowa, w miodosytni, ale później pełnił już funkcje urzędnicze. Ożenił się z córką kupca lwowskiego o niemieckich korzeniach, który nazywał się Piotr Veit, spolszczył nazwisko na Fait, dając swej córce Amalii polskie patriotyczne wychowanie. Antoni i Amalia prowadzili bliżej nieokreślone interesy. Zamieszkali w domu ojca Amalii, którego połowę odziedziczyli w spadku. Mieli jednego syna Józefa, czyli mojego dziadka, który urodził się 16 maja 1847 r. Odwiedzamy jego grób na Cmentarzu Łyczakowskim. Udało mi się odnaleźć jego grób i odnowić. Był bardzo zniszczony po tym, kiedy musieliśmy opuścić w 1944 r. Lwów. Co prawda jego nagrobek obecni gospodarze przesunęli nieco, niszcząc go przy okazji krzyż i rozbijając zdjęcie porcelanowe i napis na nagrobku, który był już prawie niewidoczny. W tym miejscu jest pochowana również jego żona i moja najstarsza siostra, która zmarła w1918 roku, oraz nowonarodzone dziecko mojego najstarszego brata. Były tam cztery groby, które zostały zniszczone przez obecnych gospodarzy.

 

Kim był Józef?

W.O.: Znowu był jedynakiem! Jako 16-letni chłopiec poszedł do powstania styczniowego. Walczył w oddziałach Leona Czachowskiego i Józefa Wysockiego. Brał udział w bitwie pod Radziwiłłowem i pod Potokiem. Jest odnotowany przez Józefa Białynię-Chołodeckiego w księdze pamiątkowej powstania styczniowego (Księga Pamiątkowa opracowana staraniem Komitetu Obywatelskiego w czterdziestą rocznicę powstania 1863 i 1864 r.), a wydanej w roku 1904 we Lwowie. Z powstania wrócił z braćmi  swojej przyszłej żony Pauliny, Janem i Józefem Malcami. Nie byli jednak razem w tych samych oddziałach. Jan został złapany i wywieziony na Syberię. Wrócił stamtąd po kilku latach w stanie krytycznym i szybko zmarł w wieku 37 lat. Ten drugi, Józef, miał we Lwowie zakład produkujący garnki. Ciekawa pamiątka pochodząca z tamtych czasów, to obraz. Przedstawia białego niedźwiedzia w koronie rosyjskich carów, pochylonego nad powaloną kobietą w gronostajowych szatach, która symbolizuje Polskę. Obraz pochodzi z rodziny Malców i jest w naszej rodzinie już od 140 lat! Obecnie wisi w domu kuzyna Witolda w Hamburgu.

 

Wiadomo kto go namalował?

B.O.: Nie, to raczej anonimowy autor. Wiadomo jednak, że kopia tego obrazu wisiała w ratuszu lwowskim. Mój syn, mając 2-3 lata, przebywając u dziadka Mieczysława w Rytrze – ojciec tam mieszkał kilka lat – spał w pokoju, w którym wisiał ten obraz. Budził się czasami w nocy z płaczem. Ale i potem mu się to zdarzało, cały czas miał przed oczami ten obraz. Bał się go.

 

Wróćmy jednak do dziejów Józefa i jego dzieci... Czym się zajmował po powrocie z powstania?

W.O.: Był nauczycielem, pracował w kilku lwowskich szkołach. W końcu został dyrektorem Szkoły im. Szaszkiewicza z ruskim językiem nauczania.. To była filia szkoły św. Anny. Dziadek Mieczysław był uczniem tej szkoły. Austriakom nie przeszkadzało, że pradziadek był powstańcem. Co ciekawe, Józef, ukończył austriacki kurs oficerski, żeby kiedyś przydać się w wojsku polskim. Dostał stopień zawodowego porucznika, ale już mu się to nie przydało. Nie doczekał wolnej Polski. Zmarł młodo w 1896 roku, miał zaledwie 50 lat. Jego żona, Paulina, przeżyła go trzynaście lat. Są razem pochowani. Mieli dziesięcioro dzieci. Pięcioro zmarło we wczesnym dzieciństwie, wtedy panowały różne zarazy. Dwoje zmarło na szkarlatynę. Pięcioro dzieci przeżyło: Mieczysław – mój ojciec, Tadeusz, Józef Romuald, Stanisława i Antonina, która też młodo zmarła. Była nauczycielką. Wszyscy mieszkali we Lwowie. Dopiero okres I wojny światowej spowodował pierwsze rozproszenie się rodziny. W 1914 roku rodzina Mieczysława była na wakacjach w Bieczu. Ponieważ Lwów był wówczas zagrożony przez wojska rosyjskie, chcieli z Biecza oddalić się od Lwowa, od linii frontu i pojechać do Zakopanego. Tymczasem pociąg zamiast do Zakopanego, został skierowany do Wiednia. Tym sposobem rodzina Mieczysława z trójką dzieci znalazła się w Wiedniu. Jak wrócili? Nie wiadomo. Babcia Waleria z dziećmi przyjechała do Krakowa, a następnie mieszkała w Nowym Sączu. Mieczysław Opałek trafił prawdopodobnie do Krakowa, gdzie wstąpił do Legionu Zachodniego. Jako niezdolny do służby frontowej, rozkazem z 17 września 1915 skierowany został do Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego w Piotrkowie, a  później rozkazem Komendy Legionów z 24 listopada 1917 r. przeniesiony został do Archiwum Wojskowego Legionów Polskich w Krakowie. Bliżej nie sprecyzowany okres rodzina dziadka spędziła w Nowym Sączu. 16 lutego 1918 r dziadek został internowany w obozie w Witkowicach pod Krakowem, skąd zwolniono go 27 marca 1918 r., po rozwiązaniu Polskiego Korpusu Posiłkowego w marcu 1918. Po przebytej chorobie został skierowany do „lekkiej służby” - kierował akcją tworzenia „tarcz legionowych”, z których dochody obracano na zaopatrzenie legionistów – inwalidów

 

Czy rodzina Opałków zaznaczyła swój udział w obronie Lwowa w latach 1918-1920?

B.O.: Tak, Mieczysław dość późno się włączył do tej obrony, bo 11 grudnia 1918 r. Opowiadał, że będąc w artylerii brał udział w działaniach dalekosiężnych, poza Lwowem. Ale brat ojca, Józef Romuald, był zaangażowany bezpośrednio w obronę Lwowa. Był odznaczony Krzyżem Obrońców Lwowa i odznaką Orlęta. Nie mamy jednak dokładnych informacji o jego udziale, ale w trzecim tomie wydawnictwa „Obrona Lwowa” jest podane jego nazwisko. Drugi brat ojca, Tadeusz, walczył w Legionach. Po wojnie przez długi czas przebywał w szpitalach, ponieważ w trakcie jednej z bitew stracił oko. Natomiast ważną osobą, która wyraźnie zaznaczyła swój udział w walkach o polski Lwów był bratanek mojej babci, ze strony mamy. Nazywał się por. Aleksander Zborzyl Marecki. Nazwisko Mirecki przybrał podczas obrony Lwowa. Spoczywa na Cmentarzu Obrońców Lwowa. Był dowódcą plutonu zajmującego się działaniami przeciwko karabinom maszynowym. Są nawet informacje, że zdobył aż dwanaście karabinów maszynowych. Został ranny, pod Stryjem i przewieziony do szpitala w mieście Szczerc, gdzie umarł w grudniu 1918 roku. Odwiedzamy go zawsze na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Jest pochowany w kwaterze dowódców.

 

Porozmawiajmy teraz o Mieczysławie Opałku, kim był i czym się szczególnie zasłużył dla Lwowa.

B.O.: Ojciec był bibliofilem znanym i cenionym we Lwowie. Po wojnie znany był głównie jako autor książki „Ze wspomnień bibliofila”, wydanej w 1963 roku przez Ossolineum. Mieszkał wówczas w Nowym Sączu, gdzie zmarł w 1964 r. i jest pochowany. Edytowało ją Wydawnictwo Ossolineum w bardzo niskim nakładzie. Dlaczego o tym mówię? W latach 80-tych, kiedy można już było pisać o Lwowie, Ossolineum zwróciło się do mnie z propozycją drugiego wydania tej książki. Oczywiście propozycję przyjąłem. Zaczęły się konkretnie rozmowy i ustalenia. Zaproponowałem dr Andrzejowi Zielińskiemu, który prowadził dział pamiętnikarstwa w Ossolineum, poszerzenie tej książki o dodatkowe materiały, łącznie ze zmianą tytułu na „Ze wspomnień lwowskiego bibliofila”. Dodałem słowo „lwowskiego”, żeby to uszczegółowić i zaproponowałem rozszerzenie tej książki o bibliofilskie druki lwowskie. Zapadła zgoda. Dołączyłem jeszcze poemę „O sławetnym zakonie bibliofilskim, tegoż orderach, tytułach poema napisane przez Mieczysława Opałka – Lwowczyka”, którą ojciec wydrukował, tylko w 30 egzemplarzach, dla członków rady przy stowarzyszeniu bibliofilskim. Zaproponowałem także zmianę ikonografii. Dr Zieliński opracował też biografie lwowskich bibliotekarzy i ludzi związanych z książką, a oprócz tego zaproponował wydanie pamiętnika ojca, którego rękopis znajdował się w Ossolineum. Pamiętnik, obejmujący 20. pierwszych lat życia Mieczysława Opałka, do 1901 roku, został wydany jako pierwszy w 1987 r. i nosi tytuł „O Lwowie i mojej młodości”. Tymczasem pan Andrzej Zieliński zachorował ciężko na serce, a Wydawnictwo Ossolineum zaczęło upadać. W związku z tym zwróciłem się do Ossolineum o przekazanie przygotowanych materiałów do książki ojca.. Wydałem ją w Rzeszowie w 2001 roku. Jedną z książek ojca wydali także Ukraińcy we Lwowie, bez mojej wiedzy i zgody. Kilkanaście lat temu znajomy Lwowianin mieszkający w Krakowie poinformował mnie, że będąc we Lwowie zauważył w księgarni nazwisko mojego ojca na współcześnie wydanej książce „Na szczerbatym lwowskim bruku”. Taki tytuł nadało książce „Obrazki z przeszłości Lwowa”, która ukazała się przed wojną w serii Biblioteka Lwowska, ukraińskie wydawnictwo Piramida. We wstępie napisanym przez Larisę Andrijewską wyczytałem, że autor pochodził z polsko-ukraińskiej rodziny lwowskiej a w 1945 roku wyjechał w ramach Akcji Wisła i zamieszkał we Wrocławiu! Co za absurd! Napisałem natychmiast pismo do ambasady ukraińskiej w Warszawie, do ambasady polskiej w Kijowie i do konsulatu polskiego we Lwowie oraz do Wydawnictwa Piramida, z protestem i żądaniem zamieszczenia sprostowań. Poza tym zakwestionowałem wydanie książki bez mojej wiedzy i zgody, którą wydali niezgodnie z przepisami, które również Ukraina powinna przestrzegać. I okazuje się, przynajmniej w tym przypadku, przestrzega! Zażądałem sprostowania na łamach gazet lwowskich, zapłaty honorarium, zgodnie z prawami spadkowymi moimi i moich bratanków. Po trzech miesiącach dostałem z Wydawnictwa Piramida list z przeprosinami i wyjaśnieniami, że nie wiedzieli o rodzinie Mieczysława Opałka żyjącej w Polsce. Po jakimś czasie przesłano mi dwie gazety, na łamach której sprostowano wszystkie nieprawdy o moim ojcu. Oprócz tego zwrócili się do wszystkich, którzy zakupili tę książkę, aby zgłosili się do redakcji wydawnictwa po odnośne sprostowania. Takie sprostowania zostały wklejone na ostatnich stronach w każdej nie sprzedanej książce ojca. Zapłacili też należne tantiemy.

 

To bardzo profesjonalne i rzeczowe podejście Wydawnictwa Piramida do praw autorskich.

B.O.: Zachowali się z pełną kulturą, nawet życzenia świąteczne zawsze na pięknych drukach otrzymywałem..

 

Czy pana dziadek zdradził tajemnicę swych bibliofilskich zainteresowań?

W.O.: Zagłębiając się w jego wspomnienia przeczytałem, że dziadek chodząc do szkoły mijał ulice, na których były antykwariaty i składy bukinistów. Dlatego właśnie to go tak zainteresowało. W Kronice rodzinnej zapisałem: „…od września 1893 roku, został prawdziwym gimnazjalistą w Gimnazjum Franciszka Józefa przy ulicy Batorego. Wówczas otworzył się przed Mieczysławem nowy świat. Kto wie, czy to nie ów przypadkowy w końcu wybór miejsca, codziennej trasy, spowodował „skutki uboczne”, które z czasem stały się solą Jego życia. Ulica Batorego obfitowała w sklepy z używanymi podręcznikami szkolnymi i jak zauważył sam „zainfekowany”, mogła śmiało nosić nazwę ulicy Antykwarzy. Nazwiska, które w późniejszym obcowaniu z książką stały się najmilszym dźwiękiem: Jakub Bodek, Karol Clara, Aron Menkes, Stanisław Kohler, później Gorne, Rubin, Hölzel, Dawid Igel, Zygmunt Igel (ojciec Dawida) przewijały się w ważnych literackich pracach Dziadka Mieczysława z lat późniejszych – Sto trzydzieści lat wśród książek (Lwów 1928), czy sztandarowej - Ze wspomnień bibliofila (Wrocław 1960).

Z tego okresu i zainteresowań przyrodniczych (botanika była przedmiotem ulubionym), pochodzą pierwsze zbiory zielników robionych na potrzeby szkolne, ale też zatliła się pierwsza iskierka kolekcjonerska (choć dosadniej byłoby powiedzieć „manelarska”). Chorobliwe zbieractwo szpargałów „na pamiątkę”, lub pod hasłem „bo to się może kiedyś przydać” obserwuję w naszej rodzinie od niepamiętnych czasów.

Z kolekcjonerskiej pasji zbierania kluczy, kłódek, kółek i przeróżnych papierzysk, zaczęły zapełniać się pierwsze półki zalążka biblioteczki. Dwunastoletni Miecio nie wiedział jeszcze, że oto zakochuje się w zadrukowanych stronnicach na całe życie.

Mój pociąg do książek, tęsknota za nimi i żarliwe pragnienie ich posiadania rozwijały się w łączności z nauką języka polskiego, pod wpływem i działaniem profesora Hahna, który później ujawnił jako wybitny bibliograf wielkie własne zainteresowanie dla świata książki polskiej, owocującej urodzajnie w klimacie natchnień poetów i władców pięknego słowa, we wnikliwych dociekaniach badaczy, w konkluzjach ludzi nauki”- pisał Dziadek w swoiście młodopolskim stylu. Ta fraszka wyjaśnia wybór życiowej drogi i życiowej pasji dziadka:

„…W mundurek gimnazjalny

Przyodzian, żak-jegomość,

Robiłem z mnóstwem książek

Najmilszą mi znajomość.”…

A gdzie wtedy mieszkał?

W.O.: W tamtych młodzieńczych czasach na Placu Smolki. Jako 15-latka zapisano go do Seminarium Nauczycielskiego. W pewnym momencie wyrzucono go ze szkoły. Wcześniej z gimnazjum został „relegowany” za wagary i wstręt do języka greckiego, a później z Seminarium przez – jak sam to określił - pewną lekkomyślność i płochość, a konkretnie „przez powab ócz pewnej Maniusi”, którą przedkładał ponad obowiązkowe zajęcia szkolne. Ale później wrócił. W czasie, kiedy nie chodził do szkoły zajmował się malowaniem obrazów, bo taki jakiś miał wówczas artystyczny okres w swoim życiu. Bardzo dużo czytał, chodził do Ossolineum do biblioteki, zapoznawał się z nowościami literackimi. A w Seminarium Nauczycielskim działały kółka uczniowskie, gdzie zetknął się z ludźmi, którzy interesowali się literaturą i książką. Taki był początek jego literackich zainteresowań. Wtedy też zaczęło się zbieranie książek, które weszło mu w krew na całe życie. Po ukończeniu seminarium, kiedy został nauczycielem, zaczynał być już znany w świecie bibliofilskim i wśród młodych literatów. Pierwsze próby literackie nastąpiły za czasów seminaryjnych, a debiut na łamach Tygodnika Narodowego w listopadzie 1900 roku. W późniejszym czasie zaowocowało to znajomością z Franciszkiem Biesiadeckim i innymi znanymi postaciami kultury Lwowa. Należał też do grona założycieli w 1925 r. Towarzystwa Miłośników Ksiązki we Lwowie, którego był sekretarzem. W jego gremium były takie postaci jak jego pierwszy prezes Jan Kasprowicz, poeta, profesor i rektor uniwersytetu lwowskiego, Jan Parandowski, wspomniany już Franciszek Biesiadecki, który został prezesem Towarzystwa po śmierci prof. Kasprowicza, czy Rudolf Kotula – dyrektor biblioteki Biblioteki Baworowskich.

 

B.O.: Pamiętam pana Biesiadeckiego, kiedy w latach 30-tych odwiedzał rodziców. W domu bywali też inni znani ludzie, jak pan Mękicki, pan Semkowicz – słynny we Lwowie introligator. Ojciec w 1936 r został odznaczony Srebrnym Wawrzynem Polskiej Akademii Literatury, a po wojnie odmówiono mu przyjęcia w poczet członków Związku Literatów Polskich.

 

Wróćmy do pisarstwa Mieczysława Opałka. Poezja towarzyszyła mu przez całe życie, skoro w 1945 roku powstał jakże piękny wiersz, czy realizowane w 1946 r. w Przeworsku spektakle teatralne dla dzieci. Były utwory wierszowane, bajki dla dzieci. Czy kiedykolwiek były opublikowane?

W.O.: Dziadek pisał utwory, które były wykorzystywane podczas uroczystości szkolnych. Były to wiersze patriotyczne, które mogły być wygłoszone przez uczniów z okazji święta 3 Maja, 11 Listopada, rocznicy śmierci Marszałka Piłsudskiego i inne tego rodzaju, jak „Wierszowane abecadło”. Tak więc trudno, by te utwory, znalazły się w bibliografii dziadka.

B.O.: O Marszałku Piłsudskim ojciec pisał dużo. A „Wierszowane abecadło” napisał podczas okupacji niemieckiej. Wtedy nie było przecież żadnych dziecięcych książeczek wydawanych po polsku. „Wierszowane abecadło” zostało wydane w podziemiu, w konspiracyjnej lwowskiej drukarni Kowalskiego.

Jeśli mowa o jego twórczości dla dzieci, to ojciec w Szkole im. Marii Magdaleny rozwinął teatrzyk szkolny i dla niego pisał różne utwory. Między innymi napisał taki utwór „Był cudny dzień 3 Maja”. Występowaliśmy z tym nawet na deskach Teatru Wielkiego we Lwowie. Mnie zwykle przyznawano ważne role jako synowi dyrektora. Grałem tam zwiastuna, który się zjawiał w dworku szlacheckim i opowiadał o uchwaleniu Konstytucji 3 Maja. Było też takie ważne wydarzenie, już niepublikowane, ale ważne. W 1937 roku przyjechał do Lwowa minister oświaty Świętosławski i minister oświaty z Rumunii, profesor Konstanty Angelescu. Nasza szkoła, jako wzorcowa, została wytypowana do wizytacji przez ministrów. Ponieważ ojciec był dyrektorem, to ja zostałem przez niego wyznaczony do ich przywitania. I powitałem ich, najpierw Świętosławskiego w języku ojczystym, a dla tego rumuńskiego ministra napisano mi przemówienie po rumuńsku. Kilka zdań, ale wygłosiłem to po rumuńsku. Ten minister chyba pomyślał, że język polski jest podobny do rumuńskiego, bo na pewno mój rumuński nie był najlepszy, chociaż ten lektor zaznaczył mi wszystkie akcenty. Potem w nagrodę dostałem od kuratora Gadomskiego Trylogię Henryka Sienkiewicza z dedykacją: uczniowi klasy VII Bolesławowi Opałkowi za wygłoszenie pięknego przemówienia. Tylko ta karta z dedykacją została z Trylogii, która przez lata używania rozsypała się.

 

Pana ojciec był ostatnim polskim dyrektorem Szkoły im. Marii Magdaleny we Lwowie?

B.O.: Tak, do początku 1940 roku. W styczniu, może lutym, za okupacji sowieckiej, został zwolniony. Ukrainiec został dyrektorem, ojciec został bez pracy. Bieda w domu była wielka. Sprzedawaliśmy wszystko, co było w domu, meble, dywany, kilimy, żeby w ogóle przeżyć. Z moich osobistych rzeczy sprzedany został zegarek otrzymany na chrzcie i rower. Do 1941 roku byliśmy strasznie wyniszczeni. Po wejściu Niemców, wyjechaliśmy, z mamą i siostrą, do brata, do leśniczówki pod Przeworskiem. Byliśmy kompletnie zrujnowani finansowo, chcieliśmy także podratować nadwątlone zdrowie. Ojciec został we Lwowie, bo pilnował mieszkania i swego skarbu, którym była biblioteka. Tam przeżyłem atak wyrostka robaczkowego. Operacja była skomplikowana, bo doszło do zapalenia otrzewnej, aż siedem tygodni trwał mój pobyt w szpitalu. Pod koniec 1942 roku wróciliśmy do Lwowa.

 

Nie możemy w tej opowieści pominąć pańskich wspomnień lwowskich. Wszak urodził się pan i dorastał we Lwowie!

B.O.: Urodziłem się na Łyczakowie, przy ulicy Piaskowej w 1925 roku. Przez 4 lata, od I do IV klasy, chodziłem do szkoły św. Antoniego, niedaleko domu. Między innymi moim kolegą z klasy był Zbyszek Herbert. Jerzy Ragankiewicz – później znany lekarz w Świeradowie. W tym czasie, w 1934 roku, ojciec został dyrektorem w Szkoły im. Marii Magdaleny. Wcześniej był dyrektorem Szkoły im. Piramowicza. Przystąpił jednak do konkursu na dyrektora Szkoły im. Marii Magdaleny, który wygrał. Po 2-3 miesiącach przeniósł mnie do Szkoły im. Marii Magdaleny. Chodziłem tam przez dwa lata. Z tej szkoły pamiętam więcej kolegów: Leszek Sawicki – geolog, autor książki o poszukiwaniach geologicznych dla Wietnamu, który mieszka we Wrocławiu, Witold Kowalenko, Jerzy Martula, Jan Darlewski, który był wykładowcą na Politechnice Gliwickiej. To były niezapomniane dni… Potem byłem uczniem XII gimnazjum przy ulicy Szumlańskich - Szeptyckich, dwa wejścia tam były. Było to daleko od domu, ale mój starszy brat Wiesław, który był dość niesfornym dzieckiem, w gimnazjach najbliższych naszemu miejscu zamieszkania wyrobił Opałkom dość kiepską opinię. Zresztą dyrektorem XII gimnazjum był przyjaciel ojca, który miał mieć na nas oko, bo w końcu mój niesforny brat też w tym gimnazjum wylądował.

 

Jak się nazywał ten dyrektor?

B.O.: Henryk Hollender. I dyrektor pilnował nas. Ja byłem raczej spokojny, a brat miał różne swoje wyskoki, ale skończył to gimnazjum. Ja do czasu przyjścia Sowietów skończyłem dwie klasy. Gimnazjum zamienione zostało przez sowietów w XVIII szkołę średnią. Później przeniesiono ją do budynku, przy ulicy Kordeckiego. Tam skończyłem szkołę średnią.

 

Proszę opowiedzieć o swojej znajomości ze Zbigniewem Herbertem. To przecież tak ważna postać dla polskiej kultury.

B.O.: Mieszkał na Łyczakowie, chodziliśmy do jednej klasy przez 4 lata, nawet się przyjaźniliśmy, bo on był raczej taki spokojny, podobnie jak ja. Kiedy przenieśli mnie do Szkoły im. Marii Magdaleny, to kontakt się urwał. Nie miał takich zainteresowań typowo chłopięcych, nie był skory do wybryków, był spokojny i stateczny. Mieszkał obok kościółka św. Antoniego przy ul. Małej, a wcześniej przy Łyczakowskiej 55. Tam jest teraz pamiątkowa tablica na tej kamienicy, w której on mieszkał. Odwiedzaliśmy się wzajemnie. Już wtedy myślami błądził po Grecji, wokół starożytności i mitów. Dlatego jego późniejsza twórczość literacka była skierowana na Helladę. Byliśmy też razem w kółku ministrantów założonym przez naszego księdza katechetę Sokołowskiego przy kościele SS Franciszkanek. Oprócz Herberta do tego kółka należał też Szolginia. Często się spotykaliśmy, bo ksiądz taki zwyczaj wprowadził, że dwunastu ministrantów służyło podczas mszy świętej lub nieszporów. Na temat Herberta rozmawiała ze mną pani Joanna Siedlecka, autorka znanej biografii Herberta „Pan od poezji”. Wypożyczyłem jej nasze wspólne zdjęcie z kółka ministrantów przy kościele franciszkanek. Na szczęście zrobiłem sobie kserokopię, bo pani Siedlecka nie zwróciła mi oryginału, mimo zobowiązania, że zwróci je natychmiast. Ale to zdjęcie zamieściła w książce, przytoczyła kilka moich wypowiedzi na temat Herberta i żeby mi wynagrodzić wypożyczenie zdjęcia, napisała pod nim: „Kółko ministrantów przy kościele sióstr franciszkanek we Lwowie. W szóstym rzędzie Zbigniew Herbert, a w drugim rzędzie Bolesław Opałek”. Książki mi nie przysłała, sam sobie ją kupiłem.

 

Pańska mama też pochodziła z Kresów?

B.O.: Była córką Karola Bednarskiego, lwowskiego drukarza. Skończyła konserwatorium muzyczne we Lwowie w klasie fortepianu. Nigdy jednak nie pracowała jako nauczycielka. Wyszła za mąż, dzieci zaczęły przychodzić na świat. Tylko nas w domu uczyła muzyki. Alina i Zbigniew grali doskonale, Ryszard był usprawiedliwiony – miał „przydeptane ucho”. Ja grałem, ale bardzo amatorsko. Chciałem grać, ale mama zaczynała mnie uczyć na podstawach Bajera, Różyckiego i innych tych dawnych nauczycieli. Mnie to nie odpowiadało, bo tam trzeba było zaczynać od żmudnych palcówek, a ja chciałem być wirtuozem fortepianu od zaraz. W końcu zostałem samoukiem i takie utwory jak Warszawianka czy inne patriotyczne melodie, bo takie mnie najbardziej pociągały, umiałem zagrać na fortepianie. Fortepian był w domu do czasów sowieckich. Wtedy trzeba było go sprzedać, żeby były pieniądze na chleb. Dopiero dwa lata temu odnalazłem grób ojca mamy. Bardzo długo nie mogłem go znaleźć. Wcześniej był ogrodzony metalową balustradą, ale zlikwidowano ją albo skradziono i wywieziono na złom. Miejsce zabudowano ukraińskimi grobami i dlatego nie mogłem odnaleźć tej mogiły. Dwa lata temu wszedłem do biura przy wejściu na Cmentarz Łyczakowski, w którym pracowały trzy urzędniczki. Jedna z nich, starsza pani Larisa, kiedy podałem nazwisko, powiedziała: znam pana rodzinę, mam nawet książki pana ojca. A kiedy powiedziałem, że szukam grobu dziadka Bednarskiego, od razu zaprowadziła mnie na jego grób. Przypomniałem sobie wtedy, że przy płycie nagrobnej dziadka była jeszcze druga płyta, na której jest napisane: Aniela z Jezierskich Bednarska. To była matka mojego dziadka, czyli moja prababcia. Karol Bednarski, jak już wspomniałem, był drukarzem, pochodził zresztą z drukarskiej rodziny. Jego brat – Szczęsny Bednarski – był jeszcze bardziej znany w drukarskim świecie, ponieważ był właścicielem drukarni przy lwowskim rynku i przewodniczącym gremium drukarzy we Lwowie oraz redaktorem pisma drukarskiego „Czcionka”. Po prawdzie miał na imię Feliks, ale zmienił imię na Szczęsny. Syn Szczęsnego, Roman Bednarski także został drukarzem.

 

Czy we Lwowie pozostała jakaś panów rodzina?

B.O.: Nie, wszyscy wyjechali. Ja w 1944 roku musiałem po Akcji Burza szybko ze Lwowa uciekać. Od 1943 roku, jak skończyłem 18 lat, byłem w Armii Krajowej. W lipcu 1944 r., jak Sowieci doszli do Lwowa, ujawniliśmy się na rozkaz komendy, i przez te parę dni próbowaliśmy jakąś działalność rozwijać. Krótko to trwało, bo jak przyszły frontowe oddziały NKWD, to natychmiast wszystko zostało zlikwidowane. Ja szybko wyjechałem do mojego brata, do leśniczówki koło Przeworska. Za jakiś czas dotarły tam oddziały lwowskie, idące na pomoc Powstaniu Warszawskiemu. Dołączyliśmy z kolegami i innymi w Grodzisku Dolnym i szliśmy na północ. Za Rudnikiem, zatrzymaliśmy się na nocleg. To był dość duży oddział, około trzystu ludzi, trzy kompanie. Tam zajechała nam drogę kawaleria sowiecka. I skończył się marsz na odsiecz Warszawie. Z tej obławy uszedłem cało, ale za jakiś czas trafiłem do więzienia w Rzeszowie. Ale to już zupełnie inna opowieść.

 

Jak wygląda współczesność rodu Opałków?

B.O.: Opałkowie rozjechali się po różnych miejscach. Brat ojca, Tadeusz, zamieszkał w Krakowie. Był inwalidą wojennym, co uniemożliwiało mu podjęcie pracy. Jego syn – Kazimierz – był profesorem, teoretykiem państwa i prawa, autorem wielu prac naukowych, w pewnym okresie był prorektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zmarł w 1995 r.. Drugi brat ojca – Romuald – zmarł w 1942 r. Lublinie. Jego rodzina wyjechała do Białegostoku. Ale tam Opałków już nie ma, zmarli, także jego synowie i córka. Jeszcze we Lwowie był z nimi luźny kontakt, ponieważ w ramach osadnictwa wojskowego, stryj dostał majątek pod samą granicą. Mieszkał tam z rodziną, a ponieważ zajmował się budownictwem, często wyjeżdżał, a gospodarstwo prowadziła żona. Jego córka już tam się urodziła, a dwaj synowie jeszcze we Lwowie, gdzie skończyli też szkoły średnie. Później jeden studiował w Wyższej Szkole Handlu Zagranicznego, a drugi został w 1941 roku wzięty do wojska sowieckiego. Został wywieziony na Kaukaz. Jak zaczęła się wojna niemiecko-sowiecka, jechał transportem na front. Pociąg został zbombardowany i on tam prawdopodobnie zginął. Jego starszy brat, jak wspomniałem, mieszkał później w Białymstoku i parę lat temu zmarł. Ich siostra była dziennikarką i mieszkała w Warszawie, ale potem przeniosła się także do Białegostoku, gdzie zmarła.

W.O.: Ciotka Alina, siostra ojca, ukończyła szkołę zielarską. Pracowała później u pana Józefa Kusińskiego, który prowadził sklep zielarski, skup ziół, a przy okazji był czynnym działaczem AK we Lwowie.

B.O.: U niego składałem przysięgę w 1943 r.. On był porucznikiem AK, został aresztowany przez Niemców. Był okrutnie maltretowany w więzieniach, paznokcie mu wyrywano. Został potem przez rodzinę wykupiony. Pod jego nazwisko podstawiono jakieś zwłoki i pochowano tego kogoś pod jego nazwiskiem, a jego wykradziono ze szpitala gestapowskiego. Potem mieszkał między innymi w Rzeszowie, gdzie prowadził sklep zielarski, ale i tutaj jeszcze prowadził działalność konspiracyjną. Potem wyjechał do Krakowa, zajmował się cały czas zielarstwem. Potem przejął sklep jego syn

W.O.: Utrzymywał też kontakt z ciotką, która dalej pracowała w zielarstwie. Ciotka nie wyszła za mąż, była z charakteru taką „harcerką”. Całe życie wędrowanie, góry. Często jeździłem z nią na wakacje i to były zawsze takie wakacje gdzieś w chałupach wiejskich, u chłopów, poziomki o świcie, grzyby.

B.O.: Mój ojciec miał nas pięcioro, czterech synów i jedną córkę . Moi bracia i siostra już nie żyją, ale są ich dzieci. Najstarszy brat Zbigniew miał trzech synów, jeden mieszka w Opolu, drugi w Łodzi, a trzeci w Hamburgu. Syn mojego drugiego brata – Ryszarda, mieszka w Nowym Sączu, z dość liczną rodziną, bo jest ich tam dziesięć osób, a jego brat mieszka pod Tarnowem. Wszyscy mają już swoje dzieci i wnuki. Wiesław zmarł w Warszawie bezpotomnie. W sumie w tej chwili ród lwowskich Opałków liczy 32 osoby. Nie mamy jedynie kontaktu z córkami Kazimierza, które wyjechały z Krakowa, prawdopodobnie za granicę. Natomiast jesteśmy w bliskim kontakcie z dziećmi Ryszarda w Nowym Sączu, a także z rodzinami z Łodzi i Hamburga. Wszyscy pojawiają się na rodzinnych zjazdach organizowanych przez poszczególne „gniazda” Opałków.

 

Pan urodził się w Rzeszowie?

W.O.: Tak, w Rzeszowie, w 1951 roku. Na studia wyjechałem do Gdańska w 1970 roku.  Ciekawa sprawa, bo w Gdańsku często „ciągnęło mnie” pod pomnik Jana III Sobieskiego, o którym wiedziałem, że został przeniesiony ze Lwowa, a zainteresowanie łucznictwem ma tę dziwną paralelę, że Lwów to ważne miejsce dla polskiego łucznictwa. W 1931 roku odbyły się tam pierwsze Mistrzostwa Świata oraz powołano do życia Międzynarodową Federację Łuczniczą.

 

Kiedy zaczął się pan interesować tematami kresowymi?

W.O.: Zaczęło się od tego, że razem z bratem znaliśmy wszystkie piosenki lwowskie, których nauczyła nas mama i lwowski „bałak”. Ona do Lwowa przyjechała z Zaleszczyk. Miała we Lwowie wujka, który jej powiedział, że jeśli chce być Lwowianką, to musi znać wszystkie lwowskie piosenki, te batiarskie, uliczne, też. Nie interesowały nas zbytnio w wieku szkolnym sprawy historyczne i dokonania literackie dziadka, bo z tym mieliśmy kontakt co pewien czas, jeżdżąc do niego na wakacje. W końcu w 1974 r. pierwszy kontakt ze Lwowem. Wracając z wczasów na Węgrzech, pojechaliśmy rodzinnie do Lwowa. To był mój pierwszy kontakt ze Lwowem. Wtedy szybko obeszliśmy centrum, katedrę, Cmentarz Łyczakowski, zburzony wówczas jeszcze Cmentarz Orląt. Pamiętam, że duże wrażenie zrobił na mnie kościół św. Elżbiety, pusty, ogołocony ze wszystkiego i te wyjeżdżające z niego ciężarówki. Bo tam był skład mebli. Później jeździłem do Lwowa co rok, bo z racji łuczniczych zainteresowań mieliśmy kontakt z lwowskim klubem łuczniczym z Akademii Medycznej. Wtedy miałem czas, żeby samemu poznać Lwów. Ale wtedy odczułem, że brak mi  historycznego zaplecza, tej wiedzy, którą posiadał dziadek, ojciec. Kiedy pojechaliśmy do Lwowa na zjazd rodzinny, ojciec chciał nam wszystko pokazać. Moi kuzyni nie znali Lwowa, chociaż dwóch urodziło się jeszcze we Lwowie, ale nie byli tam od czasów wojny. I miasto tak nam utkwiło w głowach, że w rozmowach wciąż do niego wracaliśmy. Kuzyn z Łodzi, który jest budowniczym mostów i bardzo interesuje się architekturą, powiedział, że on tam musi jeździć. A ja zacząłem trochę szperać w papierach rodzinnych. Ojciec ma bibliotekę lwowską bardzo bogatą, w związku z tym miałem co czytać. Szybko zorientowałem się, że tak jak ja przespałem dziadka i wiele szczegółów z życia mamy i ojca z tamtych czasów, bo w tej chwili ojciec może już wiele szczegółów nie pamiętać, to moje dzieci nie będą już nic z tej rodzinnej historii wiedziały, nie wspominając o wnukach! Postanowiłem zatem całą wiedzę o Opałkach pozbierać i stworzyć napisać historię rodzinną Opałków.

 

Serdecznie dziękuję Panom za rozmowę

 

 

 

opublikował: administrator
Spis tekstów

<< <  Strona 2 z 2

lip 31, 2012
Tę książkę opisać winien historyk, który potrafi oddzielić fakty historyczne od literackiej fabuły. Ale z drugiej strony, czy dla czytelnika jest to aż tak istotne? Tak, jeśli autor celowo przeinacza historię, układając ją na zapotrzebowanie polityczne. Jeśli nie ma takiego podejrzenia i zagrożenia, niech pisze i stwarza sytuacje jakie mogły w dramatycznych momentach naszej historii mieć miejsce.
opublikował: janusz
lip 6, 2012

Ze Zbigniewem Wawszczakiem rozmawia Janusz M. Paluch.

Poznaliśmy się dzięki Pana książce „Tam był nasz dom”. Opisuje w niej Pan losy Polaków, których wojna rzuciła w obce im strony. Dlaczego Pan zajął się tym tematem?

Wie pan, dzieciństwo wywiera na człowieka olbrzymi wpływ, rodzi się takie przywiązanie do miejsc, które wraz z upływem czasu stają się magiczne. W czasach PRL nie można było pisać wprost o Kresach. Co najwyżej oględnie, pisząc o historii ludzi, wielkich Polaków, którzy tam, na Kresach, przyszli na świat… Dopiero rok 1989 otworzył możliwości pisania i robienia audycji orz filmów o Kresach. Pod koniec epoki Gierka, w 1978 r., zwolniono mnie z pracy w rzeszowskiej rozgłośni radiowej. Nie chciałem być piewcą tamtej epoki. Do prasy też nie chciano mnie przyjąć, więc na 12 lat wyleciałem z zawodu dziennikarskiego.
opublikował: janusz
kwi 1, 2012

Karolina Grodziska od wielu lat dobywa z cienia cmentarz Rakowicki. W książce „Krakowianki zapomniane. O niezwykłych paniach pochowanych na Cmentarzu Rakowickim 1803-1920” przedstawia wybrane życiorysy kobiet, które znalazły wieczny spoczynek na przestrzeni ostatnich dwóch wieków na tym cmentarzu.

opublikował: janusz
mar 19, 2012
O sytuacji Polaków mieszkających we Lwowie i na Kresach oraz o tym w jaki sposób możemy Rodakom pomóc opowiada inicjatorka niesienia im pomocy - Pani Barbara Olasińska
opublikował: janusz
mar 3, 2012
O książce Stanisława Dziedzica i Tadeusza Skoczka poświęconej legendarnemu "Teatrowi 38".
opublikował: janusz
sty 30, 2011

opublikował: administrator
element-23
powered by:marklar-net.pl(external link)
element-24