element-01
element-02
element-04
element-05
element-06
element-07
element-08
element-09
element-11
element-13
element-15
element-17
element-19
element-21
nawigacja: Strona główna » Teksty
wrzesień 23, 2012

Rozmowa z Romaną Żuk


Dlaczego Pani rodzina nie wyjechała po II wojnie światowej ze Lwowa?

Oczywiście jestem ze Lwowa, ze Słonecznej na Zamarstynowie. Chcieliśmy wyjechać, ale jak to w życiu bywa, wszystko się pokomplikowało. Ojciec, Stanisław Kozłowski, pracował w restauracji. I jak przyszli ruscy, to chcieli, żeby on zajmował się donoszeniem. Twierdzili, że jest między ludźmi, słyszy co mówią, i że taki człowiek by się im przydał. Ojciec się nie zgodził, został aresztowany na parę miesięcy. W końcu zwolnili go, ale pod warunkiem, że podejmie współpracę. Wtedy cała rodzina się zdecydowała na opuszczenie Lwowa, ale ojciec musiał to zrobić natychmiast. We Wrocławiu znalazł pracę i mieszkanie. Mama ze mną i starszą siostrą zostałyśmy we Lwowie. Mama likwidowała mieszkanie, sprzedawała co się dało sprzedać, inne przedmioty rozdawała. Niebezpieczeństwo nie mijało, a nasz wyjazd się wciąż odciągał. Tuż po wojnie NKWD często chodziło po domach i sprawdzało paszporty mieszkańców. Mama strasznie się bała, że będą szukać ojca, jego nie znajdą a nas wywiozą na Sybir. Dozorcą w naszej kamienicy był Ukrainiec, który miał żonę Polkę. Trzy razy ostrzegał mamę, że będą kontrolować naszą kamienicę. Zamykaliśmy się w mieszkaniu, a dozorca z zewnątrz zamykał nas jeszcze na kłódkę. Dzięki tej kłódce nasza nieobecność nie wzbudzała podejrzeń. Jednak za trzecim razem nie ukrywali zdziwienia, że znowu nas nie ma w domu. Wtedy dozorca powiedział im, że mieszka tu stara i biedna kobieta z dwoma córkami, opuszczona przez męża, i ciągle z dziećmi siedzi u rodziny na wsi, bo tam ją nakarmią, a do miasta rzadko przyjeżdża. Obok nas mieszkała rodzina ukraińska. Podobno byli podejrzani o związki z banderowcami i podczas takiej kontroli zostali wywiezieni. A nas, być może, uratował od Sybiru ten ukraiński dozorca. Mama bała się wyruszyć sama. Od sióstr ojca dochodziły niepokojące wiadomości o stanie zdrowia taty. On cały czas chorował. Kiedy w końcu zdecydowała się na wyjazd, stan ojca pogorszył się i zmarł na zapalenie płuc u siostry w Zielonej Górze. Tam został pochowany. To był 1950 r. Wtedy mama podjęła decyzję, że zostajemy we Lwowie. Nie odważyła się na wyjazd w nieznane. Wszystko trzeba było odkręcać! Na nasze mieszkanie już był wypisany przydział. To nie było rewelacyjne mieszkanie, ale ruskich było we Lwowie tyle, że na każde mieszkanie było wtedy wielu chętnych. Chciał tam mieszkać jakiś rosyjski wojskowy, a kierowniczka „domouprawy”, Żydówka, już sobie nawet przydział na to nasze mieszkanie wypisała. Mama wpadła w rozpacz, bo mogliśmy za chwilę znaleźć się na ulicy beż dachu nad głową. W naszej kamienicy mieszkał też rosyjski pułkownik. Mama zaznajomiła się z jego żoną. Któregoś dnia siedziała przed naszym mieszkaniem na spakowanym kufrze i płakała, tak strasznie płakała. I ten pułkownik zainteresował się nią, zapytał co się stało? Kiedy mama opowiedziała mu naszą historię, obiecał, że pomoże. Zaczął pisać pisma, chodził po urzędach i uratował nam mieszkanie. Dzięki bezinteresownej pomocy Rosjanina znowu miałyśmy gdzie mieszkać. I tak, pod opieką mamy dorastałyśmy we Lwowie...

Co się stało z resztą rodziny, wszyscy wyjechali?

Dziadków ze strony mamy w ogóle nie znam. Mama była sierotą od ósmego roku życia. Jej rodzice zmarli w ciągu pół roku – jedno po drugim, na „hiszpankę”. Mama wychowywała się w sierocińcu u sióstr zakonnych, poza Lwowem. Sama niewiele wiedziała o swojej przeszłości. Miała rodzeństwo, siostrę i brata. Nie znała ich losów. Natomiast rodzice mojego taty pochodzili z Podola. Dziadek miał chyba w Grzymałowie lub Żurowie niewielki dworek. Dziadkowie też zmarli przed wojną.

Z czasów wojny chyba niewiele Pani pamięta... Była pani wtedy małą dziewczynką…

Pamiętam tylko bombardowanie, niedaleko nas była gazownia…

Przejdźmy zatem do czasów, które pamięta pani jako dziewczynka i uczennica, a w końcu dorosła kobieta. Lwów na dobre – choć wraca pani tam jako turystka każdego roku – opuściła pani z całą rodziną w 1981 r.! My na tamte czasy patrzymy przez pryzmat PRL-u, już nieco z dystansu i z przymrużeniem oka.

Wychowywałam się w domu, a właściwie pod domem, z kluczem zawieszonym na szyi. O sowieckim żłobku czy przedszkolu matka nie chciała słyszeć. Do szkoły zaczęłam uczęszczać w 1947 r. Była to szkoła polska nr 30, przy ul. Krasickich. Dzisiaj ta szkoła już nie istnieje. Mama pracowała w różnych miejscach, we młynie skąd przynosiła mąkę, szyła – czego nauczyła się w sierocińcu. Nie miała wykształcenia, więc często zmieniała pracę. Przez jakiś czas pracowała nawet w bibliotece naszej szkoły, gdzie zatrudnił ją dyrektor Węgier. A dzieciństwo było sielskie anielskie, choć nie było nam łatwo. Nie żyło nam się dostatnio, ale dzięki zaradności mamy nie było też biednie. Choć przecież, jako dziecko nie bardzo zdawałam sobie sprawę z tego, co się wokół dzieje. Bawiliśmy się wszyscy razem. Ja mieszkałam w dużej kamienicy. Było tam 47 mieszkań, w których mieszkali Polacy, Ukraińcy, Ormianie, Żydzi czy w końcu Rosjanie. Dzieci różnych nacji bawiły się i doskonale porozumiewały się… Byliśmy jedyną rodziną polską, która w tej kamienicy pozostała po 1945 r. Mimo, że w czasie wojny Niemcy i Rosjanie wymordowali, wywieźli i wypędzili tylu ludzi, to Lwów nadal był i jest wielonarodowym miastem.

W jakim języku porozumieliście się na podwórku?

Rozmawialiśmy po rosyjsku.

A język ukraiński?

Też się nauczyłam w końcu. Ale po 1946 r., kiedy skończyła się ekspatriacja.Dzieci zawsze się między sobą dogadają.

Ale w domu to chyba po polsku?

W domu tylko po polsku. I muszę przyznać, że matka bardzo tego przestrzegała. Z domu wyniosłyśmy wychowanie w duchu patriotyzmu i religii.

Jak było w szkole. Pamięta pani swoich nauczycieli?

W pierwszych klasach uczył nas pan Paradowski. On szybko wyjechał. Były też panie – dwie siostry – Gajdacz, niezastąpiona pani Zabłocka, polonistka, którą już po przejściu na emeryturę często odwiedzaliśmy. Parzyła dobrą herbatę, piekła pyszne kapuśniaczki, opowiadała o literaturze, czytała interesujące książki i wiersze. To był pierwszy „salon herbaciany”, z jakim się zetknęłam. Miała willę na Łyczakowie. Była samotna…. Nie przyjęła na mieszkanie nikogo z Polaków, to po jej śmierci dom przejęli Rosjanie. Teraz to jest ruina. Z czasem w szkole zmieniało się na gorsze. Odszedł polski dyrektor, pan Węgier. Zastąpił go Ukrainiec – Kowałyszyn. Był łysy, to uczniowie mówili na niego „Globus”. Kiedyś, po dzwonku, na trzecim piętrze, goniłyśmy jeszcze po korytarzach i ktoś krzyknął: „Globus” idzie! Kowałyszyn przyszedł do naszej klasy rozwścieczony i zapytał: Kto to powiedział?! Oczywiście nikt się nie przyznał. Wtedy zwyzywał nas: Polska swołocz, polskie świnie… On nas nienawidził! Bardzo niemiło wspominam czas, kiedy namawiali nas do wstąpienia do pionierów a potem do komsomołu. Starałam się godnie przetrwać ten okres. To nie było takie łatwe. Zmuszali nas, namawiali opornych na różne sposoby. Ja nie należałam…

Czyli nawet w ZSRR można było powiedzieć: nie!

Można było. Wprawdzie z trudem to przychodziło, ale nielicznym się to udało. Trzeba pamiętać, że mieliśmy pracujących rodziców i taka postawa na nich się odbijała. W siódmej klasie, to schyłek pionierów, mieliśmy nauczycielkę matematyki, Żydówkę. To był bardzo ważny przedmiot – algebra, geometria, trygonometria, a nam bardzo zależało mieć bardzo dobre oceny. Ona obiecywała piątki, starała się nam przypodobać, prosiła żebyśmy się zapisali do pionierów. Mówiła: Nie musicie wierzyć, tylko ten czerwony krawat ubierzcie. Sama chciała wyjechać do Izraela, bo Ruscy prześladowali jednak Żydów. Przyszłam kiedyś ze szkoły i mówię do mamy, że dla dobra tej pani może bym się jednak zapisała? To był nie lada problem. Matka też się bała powiedzieć nam cokolwiek. Gdyby wyszło na jaw, że matka nie pozwala wstąpić do pionierów, to byłby Sybir! Nawet w późniejszych latach. Mama odpowiedziała mi dyplomatycznie: Wiesz, czego was uczyłam i czego was uczę, a postępuj jak chcesz. Oczywiście nie wpisałam się. Czasami zamykali nas w szkole, osoby które nie chciały się wpisać do pionierów, na 3-4 godziny. Trzymali nas, wytrzymamy, czy nie wytrzymamy. Przychodzili na lekcje wychowawcze z komitetu pionierów i z komsomołu, pytali się: Dlaczego nie chcesz się zapisać? Mama ci nie pozwala? Mama pozwala – odpowiadałam. – No to dlaczego nie chcesz się zapisać? No to wymyślałam: Nie jestem godna, bo dwójkę dostałam, a Lenin mówił, że trzeba się uczyć, uczyć i uczyć! (śmiech) No to pytali dalej: Czy wierzysz w Boga? Czy chodzisz do kościoła? A ponieważ my uczyliśmy się religii i wiedzieliśmy, że nie wolno się wyrzekać wiary katolickiej, to poszliśmy z tym problemem do księdza Kiernickiego, ojca Rafała, po poradę. – Co mamy powiedzieć? – pytaliśmy. On się uśmiechał i z pełną powagą tłumaczył: Jak was zapytają, czy wierzysz w Boga, powiedz, że wierzysz. Ty możesz wierzyć i do tego mama cię nie zmusza. A jak zapytają, czy chodzisz do kościoła, to powiedz, że nie chodzisz. Bo do kościoła to już rodzice prowadzą i można zinterpretować, że was do tego zmuszają. No i takimi wykrętami udało się przejść przez szkołę nie zapisując się do tych organizacji! Było nas wprawdzie niewiele takich niezależnych, ale kilka osób jednak było. To, że nie byłam ani pionierką ani komsomołką, przepłaciłam studiami. Wybrałam historię, zdałam egzaminy, miałam odpowiednią ilość punktów, ale i tak nie zostałam przyjęta. Podczas rozmowy z dziekanem zapytano mnie, jak mam zamiar uczyć dzieci, jeśli jestem „ideologicznie nie podkuta”? Tłumaczyłam, że nie chcę uczyć w szkole, że mnie bardziej praca naukowa interesuje. Na nic się to zdało. Nie przyjęli mnie. Tak mnie to dotknęło i zraziło, że nie podjęłam już żadnych studiów. Na innych kierunkach – chociażby medycyna, miałabym szansę się dostać.

Co zatem robiła pani po skończeniu szkoły?

Miałam trochę szczęścia, bo szybko udało mi się znaleźć pracę w Archiwum Wojewódzkim. Najpierw trafiłam do biblioteki, a potem przeszłam już na etat archiwalny. Pracowałam tam przez 20 lat! To była ciekawa praca. Mieliśmy dostęp do różnych dokumentów historycznych i współczesnych. Wtedy trafiłam też do innego „herbacianego salonu” u pani Marii Jarosiewiczowej, na Nabielaka. Miała tam swój dom. Na parter kogoś jej wcisnęli, a ona zajmowała całe piętro. Pani Jarosiewicz to znana wśród Polaków we Lwowie postać, nasza wspaniała nauczycielka geografii. Kiedy przeszła na emeryturę zaczęła organizować „herbatki”. Przychodziło grono młodych oczywiście zaufanych osób. Spotykaliśmy się tam z takimi osobami, jak znana chyba wszystkim, pani Janina Zamojska, siostry Zappe, małżeństwo Nikodemowiczów – znany kompozytor, który teraz mieszka w Lublinie. Spotkania były prawie konspiracyjne, że to niby spotkanie imieninowe… Urodziny odpadały, bo to mogli zawsze sprawdzić, a na imieninach to oni się nie znali. Zawsze były kanapki, herbatka – pełny, ale sympatyczny, kamuflaż! W tamtych warunkach, taka konspiracja była koniecznością. Spotykaliśmy się raz, czasem dwa razy, w miesiącu w gronie Polaków, a dla władz sowieckich było to już podejrzane. Zawiadomienia, oczywiście tylko ustne, trafiały do grona zaufanych osób. A na spotkaniach opowieści o historii Obrońców Lwowa, o sowieckiej zbrodni w Katyniu, wojnie polsko-bolszewickiej. Ale nie tylko. Pamiętam ostatnie spotkanie z panem Nikodemowiczem, przed jego wyjazdem do Polski. To był pokaz slajdów z naszej lwowskiej katedry. Tyle lat chodziliśmy do tego kościoła, na msze święte, na modlitwy, a dopiero te jego przeźrocza otworzyły nam oczy na piękno naszej świątyni. Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę z tego, czym jest ta świątynia dla Lwowa i dla Polski. Z grona pedagogów naszej szkoły trzeba też przypomnieć nauczyciela fizyki i astronomii Chrystoforowa, czyli tak naprawdę Krzysztofowicza. Był chyba Ormianinem. Organizował dla nas wycieczki po Kresach, na Podole – aż po Kamieniec Podolski. W tych wyprawach uczestniczyła tylko zaufana młodzież. Tam mówiło się o prawdziwej historii Polski. W szkole nie bardzo lubiliśmy go, szczególnie w młodszych klasach, kiedy nie mieliśmy z nim bliższego kontaktu. Był powolny, oschły i ostry. Nazywaliśmy go „Lolo”. Jak byłam w 10. klasie wybuchła sensacja. Ktoś z nas był w zachrystii katedry i spotkał tam Chrystoforowa. Na drugi dzień powtarzaliśmy w tajemnicy sensacyjną wiadomość: Wiecie, że „Lolo” w katedrze kupował opłatek?! W jednej chwili zyskał w naszych oczach. Od razu go polubiliśmy. Skoro kupował opłatek, to wiadomo, że jest Polakiem wierzącym i praktykującym. Nasze wycieczki z nim skończyły się dość dramatycznie. Złożono na niego doniesienie. W katedrze była wtyczka. Jakiś chłopak, chyba ministrant, na jednej z wycieczek miał magnetofon i wszystko nagrywał. A przecież „Lolo” opowiadał nam prawdziwą historię Rzeczypospolitej! Został wtedy wyrzucony z pracy. Po skończeniu szkoły kontakt z „Lolem” się nie urwał. Pracowałam wtedy już w Domu Nauczyciela. W pokoju siedziałam sama. Odwiedził mnie i powiedział, że wyjeżdża do znajomych na Kaukaz i prosił żebyśmy nie szukali z nim kontaktu. Kiedy wróci to sam się z nami skontaktuje. Dostawał wezwania, nie odbierał ich i nie stawiał się na przesłuchania. Musiał zatem zniknąć. Musiał się ukrywać. I to niejednokrotnie. Kiedy dewastowali Cmentarz Obrońców Lwowa, Chrystoforow ze znajomymi zrobili zdjęcia i wysłali je do Kanady, gdzie zostały opublikowane. W chwili zagrożenia przyszedł do nas z tymi fotografiami oraz plik innych dokumentów. Mieliśmy wtedy piece kaflowe ogrzewane gazem. Do jednego z tych pieców schowaliśmy dokumenty przyniesione przez Chrystoforowa. Zapytał też, czy mamy rodzinę na wsi, czy ktoś przyjeżdża do nas w nocy… Uspokoił się, gdy dowiedział się, że nie mamy żadnej rodziny i nikogo kto nas w nocy nawiedza. Powiedział: Schowajcie te dokumenty do pieca, ale jeżeli w środku nocy ktoś zadzwoni do drzwi, zapalajcie palnik; zanim ktoś otworzy drzwi, dokumenty muszą już płonąć. Dzięki Bogu nic takiego się nie wydarzyło, a jak Christoforow poczuł się bezpiecznie, to je zabrał. W latach sześćdziesiątych, kiedy już mogliśmy na urlop do Polski wyjeżdżać, na prośbę wielu starszych osób dostarczałyśmy listy do ich rodzin w Polsce. Kiedyś Christoforow poprosił nas o dostarczenie informacji do wielu osób w Polsce związanych z AK oraz harcerstwem. Podał zaufane adresy, gdzie miałyśmy dotrzeć. Zakazał zapisywać te adresy. Miałyśmy je zapamiętać. To była ciężka sprawa. Wzięłyśmy się na sposób. Jak pan może pamięta, w Rosji kanapki zawijało się wtedy w gazety... Na mocno zadrukowanej stronie gazety, między linijkami, ołóweczkiem cieniusieńko wpisywałyśmy te adresy! Kanapek, choćby z tego względu, miałyśmy dużo. Jeden adres umieszczony był na osobnym skrawku gazety. Kiedy przyjechałyśmy do Przemyśla, od razu odwijałyśmy kanapki, żeby te adresy się nie zatarły… A informacja była krótka: Nie kontaktujcie się z, jesteśmy w niebezpieczeństwie...

Przez długi czas występowała Pani na scenie Teatru Polskiego we Lwowie.

Z teatrem związana od 1958 r. Pierwsze próby, w których uczestniczyłam odbywały się jeszcze pod kierunkiem pana Hauswatera. I występowałam dość długo, bo jeszcze w 1970 r. – już w stanie błogosławionym – byłam na scenie! (śmiech) Grałam wtedy w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego i nagle spódnica mi pękła! (śmiech) To były bardzo miłe czasy, prezentowaliśmy głównie polskie spektakle, jeździliśmy po Kresach do Polaków. Po premierze „Wesela” mieliśmy jechać do Rzeszowa na Festiwal Kultury Polskiej. Było już zezwolenie na nasz wyjazd z Kijowa, wydrukowane afisze czekały w paczkach, a władze lwowskie nas nie puściły. Przykro nam było, ale zawsze rekompensowała nam to nasza lwowska publiczność. Prof. Adam Kuryło i jego żona zawsze siedzieli w pierwszym rzędzie. Rzucał się w oczy, bo był łysym i postawnym mężczyzną. Po każdej premierze z żoną i służącą podchodził do nas i gratulując wręczał nam całe naręcza kwiatów. To było dla nas wielkim wyróżnieniem! A występowałam wtedy z Lidią Chrzanowską – siostrą naszego reżysera Zbigniewa Chrzanowskiego – oraz niezapomnianą Jolą Martynowicz, gwiazdą naszego teatru. Prof. Adam Kuryłło z Politechniki Lwowskiej bojkotował wszystkie imprezy państwowe we Lwowie. Miał też kiedyś powiedzieć, że nigdy do teatru nie będzie chodził. A Teatr Polski we Lwowie był jedynym, do którego przychodził regularnie. Nasza sala była niewielka, zaledwie 150 miejsc, ale zawsze była wypełniona i to przez jakich gości!.

Czy w związku z pracą w teatrze spotykaliście się państwo z jakimiś szykanami ze strony władz lub pracodawców?

Raczej nie. Tyle, że repertuar musieliśmy mieć mieszany. Trzeba było czasem pokazać jakąś współczesną sztukę teatralną. Ale w realizacji tego, co przepuściła cenzura, nie przeszkadzali nam. Dopiero w 1980 r., jak w Polsce „Solidarność” wybuchła, zaczęły się problemy. Wtedy już nie grałam i tylko koleżanki opowiadały czasem, co w teatrze się dzieje. Tradycją w naszym teatrze było, że po premierze szliśmy z kwiatami pod pomnik Adama Mickiewicza. Tak było też w 1981 r. A na drugi dzień rozpoczęła się nagonka, że aktorzy z Teatru Polskiego manifestowali pod pomnikiem Adama Mickiewicza i wykrzykiwali antypaństwowe hasła przeciw Związkowi Radzieckiemu, popierając oczywiście „Solidarność”. Najbardziej ucierpiał nasz reżyser Zbigniew Chrzanowski, który stracił pracę w telewizji lwowskiej i musiał wyjechać ze Lwowa. Ale dzięki temu, że był z teatrem związany Walerij Bortiakow – Rosjanin zakochany w Polsce, Polakach i teatrze, który poprowadził teatr przez ten trudny okres, Teatr Polski we Lwowie przetrwał do dziś. Wiele zawdzięczamy też Larisie Swierdlik – Ukraince z Winnicy, dyrektorce domu nauczyciela, gdzie mamy wciąż swą siedzibę. Nie wszyscy byli tacy jak ona. W archiwum mieliśmy kolegę – on był nacjonalistą ukraiński. Razem z żoną za działalność zostali wywiezieni na Syberię, a po odbyciu kary przez kilka jeszcze lat mieli zakaz osiedlania się w promieniu wielu setek kilometrów od Lwowa. Chyba po sześciu latach wrócili. To były już dobre dla nich czasy i zaczęli się strasznie panoszyć. Demonstrował swą ukraińskość na każdym kroku. Ubierał się tylko w koszule z krajką. A do znajomości z nami nie przyznawał nie przyznawał się, a przecież przez tyle lat był wielkim naszym przyjacielem! W pracy siedzieliśmy naprzeciw siebie, biurko w biurko! Kiedyś grali jakiś polski film. Ja nie poszłam go obejrzeć. Wracaliśmy razem z pracy i on pyta mnie, czy byłam już w kinie na tym filmie. Odpowiedziałam, że nie byłam. A on na to – to jaka z ciebie patriotka! Polski film, a ty nie poszłaś!

Lwów zawsze przesiąknięty był patriotyzmem. Zawsze świętował hucznie narodowe święta, a Polacy mieszkający w tym mieście mocno związani byli ze świętami religijnymi. Co z tego zostało we Lwowie powojennym?

Nie obchodziliśmy oficjalnie świąt narodowych. W listopadzie spotykaliśmy się u pani Jarosiewicz, ale to już w późniejszym okresie. Kiedy Cmentarz Orląt był już zdewastowany, to nasz nauczyciel, Krzysztofowicz, mobilizował nas i szliśmy oczyścić cmentarz. Rosjanie siali specjalnie jakąś dziwną trawę, która rosła wysoko, była wyższa od człowieka, i bardzo twarda. Ścinaliśmy ją odsłaniając groby. To było zanim na cmentarzu wysypisko śmieci zrobili. Potem, na 1 listopada, trzeba było oświetlić. Ale nie było nas stać, żeby znicze kupować. W archiwum zarabiałam wtedy 40 rubli. To było bardzo mało. Zawsze po ratunek szliśmy do katedry. Tam zbierali dla nas ogarki świec. Czasem dostaliśmy też kwiaty, najczęściej były to chryzantemy. Wtedy po jednym kwiatuszku i ten ogarek świecy na prawie każdej mogile się znalazł. A na grobie Nieznanego Żołnierza zapalaliśmy lampiony z białej tekturki, z wyciętymi krzyżami zaklejonymi czerwoną bibułką. Na tych lampionach były wypisane wszystkie miejsca kaźni Polaków, zarówno Katyń jak i Auschwitz. Lampiony przygotowywaliśmy w magazynach archiwum z Lidką Chrzanowską, Jolą Martynowicz i Waldkiem Przyszlakiem. W początku lat siedemdziesiątych nasi koledzy zorganizowali niesamowitą akcję. Do dużej puszki włożyli gałgany nasączone ropą. Do puszki przymocowali linę, którą też nasączyli łatwopalnym płynem. Przerzucili sznur przez wysoki pylon na cmentarzu, a potem osadzili tę puszkę na szczycie pylonu. Potem podpalili linę nasączoną ropą, która przeniosła ogień do puszki. A my pobiegliśmy na górę powstańców skąd patrzyliśmy na pięknie oświetlony cmentarz! Taka piękna łuna powstała nad Cmentarzem Orląt. Dzisiaj to by się nazywało happeningiem… Wtedy nie było żartów, jakby ich złapali, mieliby potworne kłopoty. Oczywiście było dochodzenie, poszukiwanie sprawców, których na szczęście nie udało się zidentyfikować. A mama mówiła do mnie tak: Nie wywieźli nas Ruscy w 1944, to teraz przez ciebie jeszcze na tej Syberii wyląduję… A ja jej wtedy zadawałam pytanie: A kto mnie tego nauczył? Mama wtedy patrzyła na mnie i mówiła: Ale ja ci nie kazałam tam chodzić… (śmiech) Nie kazała, ale uczyła. Mama w 1953 r. ciężko zachorowała. Miała problemy z tarczycą i musiała poddać się operacji. Bała się, że umrze. Miałam 13 lat, a siostra 16 lat. Tego dnia, kiedy mama szła do szpitala, przed naszym wyjściem do szkoły, usiadła w kuchni na taborecie, posadziła nas sobie na kolanach, i powiedziała: Słuchajcie, nie wiem co będzie, co się stanie. Jeśli umrę, a was ktoś weźmie na wychowanie, to róbcie co chcecie, róbcie co wam każą, tylko o jedno dbajcie, żebyście się nie dały przepisać ani na Ukraińców ani na Ruskich. Nawet nazwisko możecie zmienić, tylko żebyście się nigdy nie wyrzekły narodowości polskiej. Mówię, bo was będę straszyć! (śmiech) Na każdym kroku wpajała nam polskość tak, jak potrafiła. To siedziało w nas, zawsze o tym, że jesteśmy Polakami pamiętaliśmy i pamiętamy. Taki duch przekory siedział we mnie zawsze…A wcześniej edukacja patriotyczna odbywała się tylko w domu.. Mama zawsze prowadziła nas na Cmentarz Orląt i opowiadała, o polskich świętach narodowych. Uczyła nas patriotycznych pieśni. W szkole obchodzono tylko święto pracy 1-go maja i kolejne rocznice rewolucji październikowej. Jeśli coś organizowano, to tylko w ukryciu, w zaciszu domowym. Przykładem mogą być „Jasełka” dla dzieci u państwa Adamskich. Ale tylko dla zaprzyjaźnionych. „Jasełka” organizowały także panie Zappe, a aktorami były nie tylko dzieci, ale i dorośli.

Panie Zappe uczyły też religii…

Tak. Ale nie tylko one. Ja naukę religii zaczęłam w 1950 r. u ks. Kiernickiego. Pamiętam dwie lekcje przez niego prowadzone. Odbywały się w katedrze pod amboną. Trzecie spotkanie już się nie odbyło, ponieważ władze zakazały księdzu prowadzenia pracy duszpasterskiej. To spowodowało, że mieliśmy roczną przerwę w nauce religii. A potem, przez znajomych, trafiłam do pani Władzi, która mieszkała na Zamarstynowie. Chodziliśmy do niej niewielką grupką. Moja starsza siostra uczęszczała na religię jeszcze do kościoła Maryi Śnieżnej. Pamiętam jak jechaliśmy tramwajem na moją pierwszą komunię świętą do katedry. Byłam ubrana w białą sukienkę i welon. Rosjanki mówiły o mojej mamie, że taka stara, głupia baba, takie dziecko do ślubu wiezie. (śmiech) Myślały, że ja za mąż wychodzę! Mój siostrzeniec uczył się religii u pani Ireny Zappe. A moje dzieci przez panie Zappe odesłane zostały do „dziewczyn”, które były w katedrze. One uczą religii – powiedziały mi. Co to były za „dziewczyny”, to jeszcze nie wiedzieliśmy. Ale skoro panie Zappe poleciły je... Później okazało się, że to były siostry zakonne! One przychodziły do domów dzieci. I powtarzała się historia jak z tymi herbatkami. W jednym domu spotykało się dwanaścioro dzieci i były to oczywiście urodziny lub imieniny… W jednym miejscu takie lekcje odbywały się dwa-trzy razy. Potem lekcje przechodziły do następnego miejsca. W jednym pokoju dzieci uczyły się z „dziewczyną” religii, a rodzice w kuchni przygotowywali herbatę i kanapki. Zawsze gotowi na tłumaczenie się, że to dziecięca uroczystość imieninowa. Na uroczystość pierwszej komunii świętej ubrania naszych dzieci wieźliśmy w torbie i w zachrystii dzieci były przebierane. Taka manifestacja, jaką zafundowała sobie ze mną mama, mogła skończyć się nieprzyjemnie, przede wszystkim dla rodziców. Ludzie bali się. Moja siostra pracowała w urzędzie statystycznym, kiedy w pracy dowiedzieli się, że brała ślub kościelny, musiała się zwolnić z pracy. Ja w archiwum na szczęście nie miałam takich problemów. Ludzie byli tam bardziej tolerancyjni. Chciałam wysłać do rodziny, do Polski, zaproszenie na ślub, choć i tak wiadomo, że nikt by nie przyjechał. Oni bardzo się bali kontaktów z nami. Pochodzili z Podola i tam pozostawili cały swój dobytek uciekając przed Ukraińcami. Na drzwiach znaleźli od banderowców kartki, że mają 24 godziny na opuszczenie domów. Uciekli do Lwowa, a stamtąd do Polski. Oni się potwornie bali. Nikt do nas do 1981 r. z Polski nie przyjechał. Wracając do mego ślubu. W archiwum mieliśmy maszyny do pisania łacińską czcionką, więc w czasie przerwy obiadowej chciałam te zaproszenia wypisać. Zauważyła to zastępczyni dyrektorki. Zapytała co ja tam robię, czemu nie jestem na przerwie. Myślała, że dorabiam sobie do pensji przepisując jakieś dokumenty. I zajrzała mi przez ramię… Zmartwiałam. Nic mi nie powiedziała, ale w katedrze na ślubie była z inną koleżanką, Rosjanką, kierowniczką czytelni w archiwum. Ta kierowniczka musiała pochodzić z jakiejś grafskiej rodziny, była taka dystyngowana, lubiła Polaków, lubiła z nami rozmawiać. Jak odeszliśmy od ołtarza, podeszły do nas z życzeniami. Ja, zamiast się cieszyć, już przygotowywałam się na to, że będę musiała opuścić pracę. Ale nic takiego się nie stało.

Widocznie były normalnymi, rozumnymi i dobrze życzącymi pani i mężowi, kobietami…

Widzi pan, ludzie byli naprawdę bardzo różni. Jak pan wie archiwum mieści się w klasztorze dominikanów. Pracowałam w jednym z magazynów z Rosjanką, która była tak zaciętą komunistką, że to było coś strasznego! Była biedna jak mysz kościelna, ale tak strasznie kochała i wierzyła w tą komunę! W naszym biurze nad nią wisiał portret Lenina, a nade mną portret Łysenki. Podczas remontu pozdejmowali te obrazki, a potem ponownie je zawieszali. I wtedy ona zadysponowała: Nad Romą powieście Lenina, a nade mną Łysenkę. Byłam zaskoczona i myślałam, że ona chce zacząć mnie edukować… Zapytałam: Katia, a dlaczego ty chcesz, żeby Lenin nade mną wisiał, a nie nad tobą, blisko ciebie? A ona na to: A co mi z tego, że on nade mną wisi, jak ja go nie widzę?! To było dla mnie, żyjącej przecież w tamtych realiach, takie nieprawdopodobne! (śmiech) Ale zdarzyło się kiedyś w Wielką Sobotę, kiedy jak zawsze był organizowany tzw. „subotnik”, czyli w polskich realiach czyn społeczny. Wtedy były już wolne soboty, a władze sowieckie zawsze starały się zakłócić nam święta Wielkanocne. Z Katią zawsze razem wracałyśmy po pracy w jednym kierunku. Ona mieszkała nieco dalej ode mnie, na Kleparowie. Tym razem zamierzałam się z nią pożegnać nieco wcześniej. – A ty co, nie idziesz do domu? – zapytała. – Nie, bo idę na Boże groby. Ja nigdy w życiu nie kryłam się ze swoją wiarą. A co to są te Boże groby? – zapytała Katia. Przecież wiesz, że jutro mamy święto, Wielkanoc. – odpowiadam – W Wielką Sobotę zawsze trzeba nawiedzić Boży Grób. – To ja pójdę z tobą, można? No i poszła. Boży Grób w katedrze zawsze robił niesamowite wrażenie. Umieszczony był w ogromnej kaplicy, tam zawsze w absolutnej ciszy ptaszki śpiewały. Uklękłam, żeby się modlić. Ona uklękła przy mnie. Nie wiem, co ona tam sobie myślała. Długą chwilę spędziłyśmy w katedrze. Kiedy szłyśmy do domu, od katedry do teatru wielkiego milczałyśmy. Nie odezwała się ani słowem. W końcu zebrała się po tych przemyśleniach i mówi: - To jest nieprawdopodobne! - Ta zacięta komunistka, miała dwóch synów, których też w takim duchu wychowywała. – To jest takie przeżycie! Ja się wam teraz nie dziwię, że wy wierzycie w tego Boga i że wy do kościoła chodzicie. Ty wiesz co ja zaraz zrobię? Pójdę do domu, wezmę Kolkę i Saszkę, i zaciągnę ich do kościoła, żeby zobaczyli jak przeżywacie święta! Nie wiem, czy była w katedrze z synami. Ale za rok w Wielką Sobotę, nie było wprawdzie „subotnika”, ale akurat wypadła robocza sobota. Powiedziałam jej, że chciałabym się do domu się urwać wcześniej. Podpowiedziała mi, żebym wyszła bocznym wyjściem na ul. Ormiańską. Między naszymi biurami, a magazynami były drzwi oddzielające nas od kierownictwa. Odprowadziła mnie do magazynów, drzwi się zatrzasnęły. Poszłam do tego bocznego wyjścia – zamknięte! Okazało się, że nasze kierownictwo jeszcze wcześniej poszło sobie do domu! W końcu to była sobota… Zostałam w pułapce w labiryncie archiwalnego magazynu. Już widziałam jak siedzę tam do poniedziałku, a rodzina zachodzi w głowę, co się mogło ze mną stać. Nie było telefonu, ani dzwonka alarmowego. Szanse na to, że któraś z koleżanek zajdzie jeszcze do magazynu były znikome…A wyjście na Ormiańską, to gruba brama. Nawet jakbym młotkiem w nią waliła, nikt by nie usłyszał. Siedziałam i płakałam. Myślałam, że oszaleję. Zapowiadały mi się arcyciekawe święta… Na moje szczęście, jednak ktoś z tego kierowniczego działu wrócił po coś do pracy i wypuścił mnie. Ale w tej pułapce siedziałam ponad dwie godziny! Gdy przyjechałam do Polski na stałe, w roku 1981, byłam zrozpaczona. A muszę powiedzieć, że nie było nam lekko. Nie byliśmy repatriantami i nic nam się nie należało. Do wszystkiego przez lata dochodziliśmy tu z dużym trudem, ale nie żałujemy. Ale nie to mnie doprowadzało do rozpaczy. Początkowo nie miałam tu nic do roboty. Wokół sami Polacy, nie miałam gdzie działać. Nikogo też nie znałam. Przyjechaliśmy w lipcu, a dzieci do szkoły we wrześniu szły. Poszliśmy z nimi – tak jak we Lwowie. Tam do dziś pierwszy dzwonek i ostatni dzwonek to wielka uroczystość. Wprowadzanie uczniów do klasy, dzwonienie na tę okazję specjalnym dzwonkiem, odświętne stroje. A w Krakowie przeżyliśmy szok. Wprawdzie jakieś dziecko wydukało wierszyk, dyrektor kilka słów powiedział – i po uroczystości… Wyszliśmy z mężem trochę zadziwieni, ja ze łzami w oczach, bo jakże to tak można witać szkołę po wakacjach?! A mąż do mnie mówi: Ty wiesz co się teraz we Lwowie dzieje? Wszyscy nasi znajomi piją teraz kawę… Tak było, dzieci do szkoły, a my na kawę! Ech, szkoda gadać! Tyle lat już w Polsce, mąż już nie żyje kilka lat, a mnie przy wspomnieniach łza w oku wciąż się kręci…

Jak się Polacy we Lwowie bawili?

Musiał pan słyszeć o Jarku Stankiewiczu. Miał piękny dom przy drodze prowadzącej na Wysoki Zamek. On zawsze urządzał zabawy sylwestrowe, karnawałowe dla Polaków. Miał olbrzymi dom. Dla nas te spotkania u pana Jarka były zawsze wspaniałym i niepowtarzalnym przeżyciem. Później popsuła się atmosfera, bo przecież nasi panowie pożenili się z Rosjankami i Ukrainkami i zaczęli z nimi na te zabawy przychodzić. W końcu pan Jarek przestał organizować te zabawy. Tam się potrafiło i sto osób bawić! We Lwowie święta Bożego Narodzenia inaczej były zorganizowane niż w Polsce. Najpierw, na siódmą, szliśmy na pasterkę, dopiero potem zasiadaliśmy do wieczerzy wigilijnej. Atmosfera pasterki z kolędami przenosiła się do domu, ta wieczerza była taka uświęcona. Nastrój był taki podniosły. A potem mogliśmy się odwiedzać i biesiadować radując się ze świąt. Swoją pierwszą pasterkę w Polsce przeżywałam we Wrocławiu. I zapamiętałam jakiegoś pijaka, od którego cuchnęło alkoholem a w dodatku tak ryczał śpiewając kolędy… Dla mnie to był szok, makabra! Tam, we Lwowie, nikt po pijaku nie ośmieliłby się pójść na pasterkę! No mówię panu, nie ma jak we Lwowie! Przy okazji pasterki, bo po mszy to się przecież prawie cały polski Lwów w katedrze spotykał, składaliśmy sobie życzenia i umawialiśmy się na zabawę sylwestrową u pana Jarka. Potem, 31 grudnia szliśmy do kościoła na zakończenie starego roku, pan Jarek też był z nami, i po zakończeniu, z torbami – każdy przynosił prowiant, panie coś do jedzenia a panowie alkohol – szliśmy do pana Jarka! A tam wszystko wypakowywaliśmy na stoły i dalej bawić się! Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co to znaczy „szwedzki stół”, ale już stosowaliśmy go u pana Jarka i nazywaliśmy go „bufetem”. A w bufecie pojawiały się przygotowane w domu kanapki, pączki, chrust i inne smakołyki. Tańczyliśmy przy magnetofonie, grała nam moja ulubiona orkiestra Glena Millera. Pan Jarek był pasjonatem muzyki i fotografii. Miał lampę błyskową, co na tamte czasy było luksusem i robił nam zdjęcia. U pana Jarka było zawsze strasznie zimno, on nie ogrzewał domu, bo to przecież kosztowało. I miał taką zasadę, że choinki nie rozbierał aż do Wielkanocy! Te choinki były specyficzne, bo nie ubierał je w świecidełka, a otulał watą. Choinka była w pokoju, w którym tańczyliśmy, a nad drzwiami do bufetu – czyli drugiego pokoju – wisiała też ogromna gałąź choiny. To były obowiązkowo jodły! Nie było krzeseł, tylko pniaczki brzozowe. Były też zabawy karnawałowe i oczywiście zapusty! Przed środą popielcową była śledziówka u pana Jarka. Kiedyś przyszliśmy i nie było śledzia! Taka była tradycja, że na lampie, na sznurku o północy wieszało się śledzia. Z jakimś chłopakiem prawie cały Lwów za tym śledziem zbiegaliśmy! Dopiero koło dziewiątej wieczorem w jakimś gastronomie udało się nam kupić jakiegoś wędzonego śledzia. No i spokojnie bawiliśmy się do północy! Wtedy wieszaliśmy śledzia i koniec zabawy. Szliśmy do domów, a śledź tam wisiał aż do zakończenia postu.

Katedra lwowska przez całe lata kojarzyła się z osobą o. Rafała Kiernickiego. Czy ma pani jakieś wspomnienia związane z jego osobą?

Z księżmi nie było takiego kontaktu, jak w Polsce. Dla nas ksiądz to był Bóg, często nieprzystępny. Zawsze chodziłam na majowe nabożeństwa, nosiłam chorągwie, należałam do Bractwa. Kiedyś ksiądz Kiernciki zabrał nas, miałam wtedy chyba 16 lat, na Czartowską Skałę, na wycieczkę. Dla nas było to wielkim wyróżnieniem, bo rozmawiał z nami, opowiadał nam ciekawe rzeczy, śpiewaliśmy pieśni. W pewnym momencie wyjął duży worek cukierków czekoladowych i po dwa cukierki nam rozdał. Innym razem, w katedrze, bardzo się zdenerwował. Mieliśmy wyjść z chorągwiami na nabożeństwo, i pojawił się problem, bo każdy chciał być bliżej ołtarza. Ustawiała nas taka pani Roma i nie mogła sobie poradzić z dziewczynami. Sprzeczały się, ta nie chce iść w parze z tą, inna chciała być pierwsza, a tu już trzeba było wychodzić. Ks. Kiernicki wtedy wyskoczył z tej swojej drugiej zachrystii: - Co tu się dzieje?! – nie ukrywał zniecierpliwienia. Roma mówi, że nie możemy podzielić par. Na to on sam nas szybko podzielił i wyekspediował na mszę świętą. Jemu żadna z nas nie ośmieliłaby się sprzeciwić! Ks. Kiernicki udzielał też komunię świętą mojemu synowi. Moje dzieci chodziły do jednej klasy z synem pani, która opiekowała się ks. Kiernickim. On miał na nogach okropne rany i wymagał stałej pielęgniarskiej opieki. Mój syn uczęszczał na wszystkie lekcje religii, znał wszystkie pacierze i przykazania. Przyszedł czas egzaminu. Cała klasa zdała, moje dziecko nie zdało. Wyszedł zapłakany, bo ksiądz go wyrzucił. To ona zapytała księdza dlaczego mój syn Andrzej nie zdał, ale nie powiedział dlaczego: Zapytajcie Andrzejka... – rzekł. Pytamy go, dlaczego nie zdał, a on w końcu odpowiada: A bo ksiądz się zapytał co to znaczy przyjąć komunię świętą, a jak ja mu mogłem powiedzieć, że to jeść ciało Pana Jezusa!... No i nic nie powiedział… Ksiądz był cierpliwy i wyrozumiały, wysłuchał mojego wyjaśnienia i przyjął go na jeszcze jeden egzamin, który Andrzej już poprawnie zdał. Byłam też wtajemniczona przez siostry Pankówny w ich sekret. Niewiele osób wiedziało, że o. Rafał u nich mieszkał. Przy katedrze był pokoik, gdzie zazwyczaj ks. Kiernicki mieszkał. Raz nawet się w tym pokoiku spowiadałam. Kiedyś został napadnięty, pobity i bardzo długo chorował. Wtedy nie wychodził do konfesjonału, ale przyjmował w swoim pokoiku. Jedna z sióstr była po konserwatorium i grała na fortepianie, chodziłyśmy do niej na naukę śpiewu. Panie Pankówny miały dwa pokoje, a z kuchni było wejście do jeszcze jednego pokoju. Kiedyś jedna z sióstr powiedziała mi, żebym tam zaglądnęła i potem powiedziała co tam zobaczyłam. Nic ciekawego w tym pokoju nie było. Łóżko, klęcznik i stuła przerzucona przez klęcznik, brewiarz, różaniec. - Pokazałam ci ten pokój, żebyś wiedziała, że ojciec Rafał tutaj mieszka. – powiedziała. Przed samym wyjazdem do Polski wylądowałam na operacji. Opierałam się, byłam wystraszona. Już żegnałam się z życiem. Musiałam się wyspowiadać, ale to nie było u nas takie proste. Pielęgniarka o. Kiernickiego pomogła mi po znajomości wyspowiadać się. Dopiero o dziewiątej wieczorem mógł mnie przyjąć, jak wrócił z wizyty u chorych w szpitalu. Wpuścili mnie do katedry drzwiami od zachrystii i poszłam do jego konfesjonału, tuż przy kaplicy z Najświętszym Sakramentem. Wyspowiadał mnie i pocieszył. Chwała Bogu wszystko się udało. On był jeden na wszystko. Ja dopiero teraz sobie uświadomiłam, jak mi pani Zosia Panek opowiadała o nim: Dziecko, ile razy on mdlał jak go ubierali do mszy… Dlaczego? -  pytam. Zwyczajnie z głodu… W tamtych czasach post przed przystąpieniem do komunii świętej trwał 12 godzin! Jak on wracał późno ze szpitala od chorych, albo z jakich podlwowskich miejscowości, często bez obiadu albo kolacji, to on już nie miał szansy nic zjeść do następnego dnia! A do tego te jego nogi. Kiedy mój teść był w szpitalu, a jego stan był już bardzo poważny, poprosił o księdza. Akurat był to czas rekolekcji, spowiedzi wielkanocnej. I żeby poprosić księdza o wizytę w szpitalu, mąż musiał przystąpić do konfesjonału w katedrze. Nie było innej możliwości. Ale o. Rafał zgodził się i przyszedł, oczywiście ubrany w świeckie ubranie, do szpitala i wyspowiadał go. Na sąsiednim łóżku leżał jakiś Ukrainiec. Chyba zauważył, że nie jest to taka normalna wizyta, a może zauważył jak ojciec przyjmował komunię świętą. Kiedy ksiądz poszedł, zapytał teścia kto to był. Teść powiedział, że ksiądz. I on wtedy mówi, że też by chciał. I wie pan, jeszcze raz poszedł mąż do o. Rafała porosił go i on przyszedł raz jeszcze, by wyspowiadać tego starego człowieka?

Mieszka pani w Krakowie od 1981 r. przyjechała pani z całą rodziną, nawet mama doczekała  tego wyjazdu. I teraz jest pani organizatorem wyjazdów do Lwowa. Dlaczego to pani robi?

Nie zamierzałam i nie przypuszczałam, ze będę się tym zajmowała. To przez męża. Zaangażowałam się w prace TMLiKPW. Kiedy pani Łucja Gedl przestała organizować wyjazdy, mąż namówił mnie żebym tym się zajęła. I tak zostało do dziś, bo ludziom się to podoba, bo pytają się kiedy pojedziemy. I po każdej wycieczce mówię, że to ostatni raz. No i co, czy mogę to zostawić? A Lwów także i mnie ciągnie…

Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę.

 

opublikował: janusz
Spis tekstów

Strona 1 z 2  > >>

wrz 27, 2017

Z żalem skończyłem czytać książkę Piotra Tymińskiego „Wołyń bez litości”, choć początkowo bardzo się lękałem tej lektury. Sięgałem po nią z obawami, że opisy wszechobecnej zbrodni ludobójstwa, jaka dokonana została na ludności polskiej na Wołyniu, pogrąży mnie w stany depresyjne. Wszak powieści, tak jak filmy, mają to do siebie, jeśli są oczywiście dobrze napisane, a taką jest powieść Piotra Tymińskiego, że „wciągają” nas – czytelników czy też widzów – w tryby swoistego wehikułu czasu. Bo i cóż z tego, że czytam książkę w Krakowie, w realiach wiosny 2017 roku, jeśli ma dusza umyka co chwilę w czas straszny i okrutny wywoływany na stronach książki przez Piotra Tymińskiego. Żyję już kilkadziesiąt lat i przez ten czas sporo naczytałem się i naoglądałem o zbrodniach, jakie w międzyczasie ludzie sobie zgotowali. Wietnam, Kampucza, Afryka, Ameryka Południowa, Afganistan, Iran i Irak, w końcu Bałkany w Europie a obecnie płonący Bliski Wschód i tląca się Ukraina. Te chyba niezliczone miliony ofiar zbrodni wojennych w jakimś sensie powinny uodpornić mnie i wprowadzać w stan obojętności emocjonalnej. Opisy zbrodni dominują w newsach płynących z różnych zakątków świata każdego dnia. To już codzienność.

opublikował: janusz
wrz 6, 2017
Trochę przypadek spowodował, że na moim biurku pojawiła się książka Joanny Stovrag „Chwila na miłość”. Nie ukrywam, że tytuł – prawie jak w obśmiewanej (chyba niesłusznie, skoro czytelnicy sięgają po tego rodzaju literaturę) serii wydawniczej Harlequin – nie zachęcał mnie do lektury. Spojrzałem na tekst na skrzydełkach okładki… Autorka z Krakowa, to już przykuwa moją uwagę, a dodatkowo pisze o Sarajewie! Takiej książki, gdzie Sarajewo jest bohaterem głównym, pominąć nie mogłem… Autorka, studentka filologii słowiańskiej, wyjechała u schyłku lat 80. XX w. na studia jeszcze do Jugosławii i zakochała się w Sarajewie – sensu stricto ale i sensu largo… Zawrócił jej w głowie piękny Sejo! Nie dziwię się, bo Sarajewo to miasto z duszą, jak nasz Kraków, z którym chciałoby się na dobre i złe… A o pięknie czarujących wschodnią urodą kobiet pisał nie będę, bo co moje Krakowianki na to powiedzą?!
opublikował: janusz
sty 27, 2017
Połowinka nie jest zwykłą książką. Autorka pisała ją emocjami przeplatającymi się z uczuciami do ojca. Jeśli spodziewacie się, że będzie to tylko relacja z nieziemskiej eskapady rowerami na Ural, to się mylicie. Książka Agnieszki Martinki jest wielką lekcją patriotyzmu i historii Polaków, tak boleśnie doświadczonych przez II wojnę światową i jej skutki. Ta książka to hołd złożony ojcu autorki, Zdzisławowi Martince (1927-2007), znanemu lekarzowi z Tomaszowa Lubelskiego, który jako 12-letni chłopak rozpoczął jesienią 1939 r. swą wielką wyprawę, z mapą wyrwaną z atlasu geograficznego. Uciekł z domu i kierował się do Francji, bo chciał dostać się do armii polskiej gen. Władysława Sikorskiego. Wtedy trafił do sowieckiego więzienia w Samborze, a po wojnie, jako partyzant AK, wywieziony został na Ural, do Połowinki, kopalni węgla kamiennego nr 4. Agnieszka pojechała na rowerze jego śladami. Zdążyła pokazać ojcu fotografie z wyprawy, opowiedzieć mu przygody... Nie zdążyła napisać z nim – wspólnie – książki, a taki był plan. Czy rzeczywiście ten plan się nie powiódł? Przekonacie się sami, sięgając po książkę, do czego gorąco zachęcam.
opublikował: janusz
paź 20, 2015

Historia okrutnie obeszła się z Kresami Rzeczypospolitej (zarówno I jak i II) i mieszkającymi tam Polakami. Zło Polakom wyrządzali Rosjanie (tak carscy jak i komunistyczni) ale i Ukraińcy (najboleśniej czujemy dotąd to, co stało się podczas II wojny światowej na Wołyniu). Tego nikt nie może zaprzeczyć. Historia dotkliwie też na tych ziemiach obeszła się z Ukraińcami (Wielki Głód, stalinowskie przesiedlenia). I choć tęsknie spoglądamy w tamtą stronę, gdzie wychowali się nasi dziadkowie i pradziadkowie, a ich ojcowie spoczywają na cmentarzach kresowych miast i wiosek (niezależnie od tego, czy te cmentarze istnieją, czy nie), to zdajemy sobie sprawę z tego, iż czas się nie zatrzymał, a życie nie znosi pustki. Wyrzucono jednych, pojawili się drudzy. Niewielu pozostało tam Polaków, którzy nolens volens włączeni zostali w tworzenie nowej rzeczywistości na Kresach. Karawana zawsze idzie dalej, nie czeka…

opublikował: janusz
lip 14, 2015
Paweł Daniel Zalewski napisał bardzo ciekawą, niektórzy dorzucą piękną, ale dla mnie bardzo ważną książkę. Można zaliczyć ją do kanonu lektur, może nawet obowiązkowych, dotyczących Kresów. Znaczenie książki wiążę z faktem, iż odezwał się kolejny autor wywodzący się z polskich rodzin pozbawionych przez „pojałtański ład pokojowy” swej ojczyzny. Przywiązuję do tego tym większą wagę, że Paweł Zalewski to pokolenie lat 50-tych, dla którego miejscem wspomnień, miejscem pamięci jest i będzie Kraków, gdzie się urodził. „Bez pamięci” – tak zatytułował autor swą opowieść – wiedzie nas bowiem do Lwowa, do Tiumeni – gdzie w czasie II wojny światowej trafiali zesłańcy także ze Lwowa, w końcu na manowce Mongolii… Ale po kolei… Autor wywodzi się z rodu słynnego cukiernika Zalewskiego, którego cukiernia – nie tylko ze względu na walory smakowe oferowanych produktów, ale także wzrokowe, ze względu na słynne wystawy cukierni przy ul Akademickiej – zapamiętana została przez całe pokolenia Lwowiaków.
opublikował: janusz
mar 31, 2015

Tam, gdzie Wanga wszystko przewidziała…

Kiedy pierwszy raz znalazłem się w najmniejszym miasteczku Bułgarii – Melniku, w 1980 r., oprócz paszportu posiadałem specjalny propusk, uprawniający mnie do poruszania się po strefie przygranicznej z Grecją. Melnik tonął w promieniach słońca. Puste uliczki, tajemnicze ścieżki wśród zrujnowanych domów. I wino… Słynne melnickie wino! Najlepiej smakuje w miejscowej mechanie w wydrążonej dla przechowywania beczek z winem, jaskini-piwnicy w stromym zboczu wąwozu. Stożkowate, piaszczyste wzniesienia, słynne melnickie piramidki, to druga atrakcja – geologiczna – tego miejsca. Wędrujemy melnickimi kanionami aż do Rożeńskiego Monastyru. Nie zrobił wówczas większego wrażenia. Ot, zaniedbana budowla, raczej przez nikogo nie odwiedzana, pomalowana na biało, z cerkwią wewnątrz, w której spotkaliśmy nietrzeźwego samotnego zakonnika. Pozwolił nam wszędzie wchodzić, nawet za carskie wrota! Za monastyrem, cerkiew i mogiła rewolucjonisty Jane Sandanskiego (1872-1915), bohatera Macedonii i Bułgarii, który walcząc z uciskiem tureckim, zginął w tej okolicy.

Zjawiłem się tam ponownie po 30 latach. Niby te same domy, ale inny świat! Trudno o miejsca noclegowe. Siermiężna piwnica, w której piłem przed laty wino, dzisiaj jest wytworną regionalną winiarnią. Uliczki i ścieżki wypełnione gwarnymi grupami turystów. Słychać różne języki. Tylko słońce świeci jak przed laty i wino nie zmieniło smaku!


opublikował: janusz
mar 2, 2015

W pogoni za cieniem…

Mój pierwszy świat, jaki zapamiętałem, to Rozwadów, okolice „kamienicy generalskiej” u zbiegu ulic Mickiewicza, Klasztornej i Słowackiego. Zapamiętane podwórka, „błonie” i dla nas wówczas bezkresne łąki, na straży których stał „straszny” pan Gorczyca… To koleżanki i koledzy – Ela i Ania Kułaczówny oraz ich brat Staszek i stryjeczni bracia Zbyszek i Hirek, Ewa i Ala Golikówny oraz ich brat Janek, Zosia Tarczyńska i jej brat Piotr, Aldek Ulanowski, Janek Sudoł, bracia Karczowie, Jacek i Leszek Krakułowie… Muszę też wspomnieć tych starszych, patrzących na nas z góry, ale jak brakowało zawodnika do piłki, albo „żołnierza” do walk na błotne kule, to się przydawaliśmy – Janek Pacholec, Witek Wrzos, Andrzej Ulanowski, Jerzyk Krawczyk, Andrzej Karakuła … To był początek lat 60-tych XX w. Kiedy wspominam tamte czasy, czuję się jakbym odbywał podróż w pogoni za cieniem bezpowrotnie umykającym. Bo przecież zostanie tylko to, co nie tylko opowiemy, ale przede wszystkim zapiszemy…

Świat, jaki zapamiętał z lat dzieciństwa Józef Taler wyglądał nieco inaczej, choć chadzał tymi samymi ścieżkami, co my – tyle, że przed wojną… Mieszkał w tej samej kamienicy co Ulanowscy, Wrzosowie i Golikowie, po sąsiedzku z sądem i kaflarnią. Biegał po łąkach. Jak był już chłopakiem, zaczęto budować kamienicę, w której potem – od 1957 r. – mieszkałem. Jego świat zawalił się 1 września 1939 r. Był Żydem, a jego ojciec, oficer Wojska Polskiego, jako dowódca artylerii bronił kombinatu w Stalowej Woli przed bombami niemieckimi. Jego rodzina cudem przeżyła okupację niemiecką. Po wojnie autor wyjechał z Polski i zamieszkał w USA. On też wybrał się w niebezpieczną podróż, w pogoń za umykającym cieniem…


opublikował: janusz
sty 5, 2015

Gdyby wszystkie biblioteki w Polsce były takie jak ta w Borzęcinie! Nie byłoby pewnie wtedy problemów z czytelnictwem, a książki znikłyby z półek księgarskich w zastraszającym tempie… Ale to utopia i – jak powiadają – marzenie ściętej głowy. A szkoda! Czym się wyróżnia Gminna Biblioteka Publiczna w Borzęcinie od innych? Dbałością o Czytelnika, czytelnictwo a nade wszystko o „borzęcińskie dobro narodowe”, którym jest poeta Józef Baran. W tym roku borzęcińska biblioteka wydała wybór wierszy oraz fragmentów książek swego rodaka „Borzęcin. Poezja i proza Józefa Barana”. „Nasza inicjatywa wpisuje się w pielęgnowany  w wielu europejskich krajach kult małych ojczyzn, który jest dziś szczególnie ważny w postępującej globalizacji  i unifikacji kulturowej” – pisze we wstępie pani Elżbieta Kwaśniewska dyrektorka Gminnej Biblioteki Publicznej w Borzęcinie.

opublikował: janusz
sty 1, 2015

Z Płowdiw – starożytnego Philipopolis założonego przez Filipa Macedońskiego, ojca Aleksandra Wielkiego, krętymi górskimi drogami zmierzamy do Szirokiej Łyki. Pogoda nie sprzyja. Niskie chmury, siąpiący deszcz. Wrześniowe Rodopy odstraszają. Chronią mitycznych tajemnic miast kusić pięknem przyrody, niekończących się dzikich gór i lasów. Ale nie dziwota, wszak tu znajduje się zejście do Hadesu… W Rodopach, na najwyższym szczycie o nazwie Zilmisos miała też być wzniesiona świątynia Dionizosa.

opublikował: janusz
lis 2, 2014

Zawsze marzyłem, by zobaczyć Mierzeję Kurońską i zwiedzić Kłajpedę. Znane portowe miasto, które w marcu 1939 r. szantażem włączone zostało do III Rzeszy… I niewiele brakowało, by to ono stało się zarzewiem wybuchu II wojny światowej, gdyby rządy Anglii, Francji i Polski – poproszone o pomoc przez władze litewskie – zareagowały stanowczo przeciw Niemcom. 24 marca 1939 r. z balkonu teatru, który był ulubionym miejscem Ryszarda Wagnera, defiladę wojsk niemieckich odbierał Adolf Hitler… Jakże naiwny był rząd polski i Polacy, oczekujący pół roku później, w obliczu agresji niemieckiej, pomocy ze strony Francji i Anglii…


opublikował: janusz
paź 17, 2014
„Wyobraź sobie, że jesteś elfem", kiedy doskwiera ci życie, mglisty poranek, deszczowy dzień, praca, za ciemny wieczór… Jesteś elfem i wszystko przetrzymasz, przetrwasz. W takim tonie zaczyna się książka poetycka Agaty Linek „Śpiew delfina", którą dedykowała swemu ojcu. Na okładce informacja o autorce, interesująca fotografia, jakże dziewczęcej pani Agaty. Wpatruję się w jej twarz. Kogo mi przypomina?...
opublikował: janusz
wrz 22, 2014

Lwów i Kresy to dla mnie świątynia Polskości. Tam wykuwała się historia naszej państwowości, potęgi I Rzeczpospolitej. W końcu tam stanął mur, który odgrodził Europę od tureckiego naporu, a w XX w. postawiono barierę przed rozprzestrzenianiem się sowieckiego komunizmu. Także tam wykluwała się w bólu osobowość Ukraińców, która dopiero po 1989 r. zaowocowała powstaniem państwa ukraińskiego. Paradoksem jest, że na ołtarzu wolności Ukrainy złożono daninę krwi bezbronnych Polaków. Rosjanie wywozili naszych rodaków na Syberię, Niemcy na roboty albo do obozów koncentracyjnych, a Ukraińcy mordowali bezlitośnie całe wioski w imię samostijnej Ukrainy. Przeżyli ci, którym cudem udało się schować i uciec. Jednak, czy się to nam podoba, czy nie – wolna Ukraina jest faktem historycznym. Buduje swoją tożsamość z wielkim trudem, w biedzie i znoju, pod pręgieżem, z jednej strony, rodzimej szeroko rozbudowanej przestępczości gospodarczej i nie tylko, a z drugiej pod bacznym okiem wschodniego protektora szachującego sąsiada (sąsiada, nie partnera…) dezynwolturą cenową surowców energetycznych. Państwo ukraińskie szuka swej narodowej tożsamości, bohaterów narodowych wśród postaci, które na swym sumieniu mają ludobójstwo Polaków na Kresach Południowo-Wschodnich – nie tylko na Wołyniu. Ale to jest ich wybór, ich wola. Nie można jednak zmuszać nas, byśmy ten wybór szanowali. Naszym obowiązkiem jest przestrzegać ich przed takimi postaciami. Nie chcą nas słuchać, trudno. Kłamstwo i obłuda… Ukraina jest też naszym sąsiadem. Czy to mało, by interesować się tym państwem, jeździć tam i odkrywać zapomniane światy? Fascynować się odmiennością kulturową, egzotyką, Polakami tam mieszkającymi, wciąż jeszcze autentycznie spragnionymi Polskości (choć już i w ten rejon wkracza komercja, co autor książki, o której tu będzie mowa zauważył dość dobitnie), czy to nie wystarczy, by tam bywać? Odwiedzać wstające z ruin świątynie, nawet te kościoły rzymsko-katolickie zamienione w cerkwie grekokatolickie – w końcu oddychające duchem modlitwy wiernych, czy to mało by w tym procesie towarzyszyć a często i pomagać? Takie są moje Kresy, te miasta jak Lwów, Sambor, Drohobycz czy Żółkiew, że wymienię kilka przychodzących jako pierwsze na myśl.


opublikował: janusz
wrz 12, 2014
Kim była Kaliope? Któż zacz Mnemosyne? Tu rozpoczyna się już intelektualna wspinaczka dla tych, którzy nie „liznęli” choćby „Mitologii” Jana Parandowskiego – kiedyś obowiązkowa lektura w szkole średniej… Błagam, tylko nie pytajcie kto to Parandowski (dla wielu dzisiaj jest tylko dziadkiem Joanny Szczepkowskiej)… Drugi próg wysiłku intelektualnego, do jakiego zmusza autor książki czytelnika, to używanie maksym i sformułowań „w pewnym wymarłym języku, którego nie uczą się już nawet duchowni”… Przypomina mi się spotkanie sprzed lat, podczas którego starli się na łacińskie maksymy dwaj nieżyjący już szermierze: Olgierd Jędrzejczyk – rocznik 1930 rodem ze Słonima i Andrzej Urbańczyk – rocznik 1946 pochodzący z Lublińca… Trwał długo, aż ktoś litościwie poprosił by mieli zrozumienie dla innych… Pojedynek trwałby długo, a pewnie do dziś spierają się na niebieskich bezkresach…
opublikował: janusz
lut 2, 2014

Pierwszy raz o Nikopolis czytałem w popularnej reporterskiej książce Pawła Jasienicy „Słowiański rodowód”. Brukowanymi rzymskimi ulicami tego miasta wędrowałem wiele lat później. Leży ono nieco na uboczu popularnych wakacyjnych szlaków wiodących Polaków na piaszczyste i słoneczne plaże Morza Czarnego. Pierwej więc poznałem uroki Apollonii (Sozopol), Messembrii (Neseber), Odessos (Warna) czy Dionizopolis (Bałczik), nim pielgrzymie drogi zawiodły w okolice Wielkiego Tyrnowa.

opublikował: janusz
gru 8, 2013

Gdzie Smotrycz płynie z wolna…

Aby dojechać do Kamieńca Podolskiego należy przekroczyć kilka granic. Pierwszą jest lęk u wielu przed tym, z czym mogą spotkać się na Kresach, w państwie ukraińskim. Odradzający się w zastraszającym tempie nacjonalizm ukraiński, dziurawe drogi czy wręcz niechęć do Polaków. Kolejne granice, to te istniejące w Krakowcu i Medyce między Polską i Ukrainą, czy geograficzne między Polesiem a Wołyniem, ale i między zlewniami wód do Mórz Bałtyckiego i Czarnego. W końcu granice już nieistniejące – między II Rzeczpospolitą i komunistyczną Rosją oraz I Rzeczpospolitą i Turcją. Wszak od pewnego czasu, od 26 sierpnia 1672 r. do 1699 r., Kamieniec Podolski położony był po „multańskiej stronie”, a po wojnie polsko-sowieckiej, w 1920 r., znalazł się w granicach Rosji sowieckiej.


opublikował: janusz
lis 24, 2013

Nicieja o Atlantydzie

Opowiadano mi kiedyś anegdotę o człowieku, który nie zdążył na ostatni transport z ekspatriantami, kierujący się ku nowej Polsce. Rodzina – żona i dzieci – pojechali. On został i nigdy już nie opuścił Lwowa… Nie mógł? Nie chciał! Podobnie jak prof. Gębarowicz, czy prof. Nikoforowicz. Trwali często wśród szykan, niedostatku, ale we Lwowie. Nie potrafili, a może tak im się tylko wydawało, żyć bez Lwowa.

Kresowa Atlantyda, w zamierzeniu wielotomowa opowieść, pisana jest przez prof. Stanisława S. Nicieję dla nas – zaczadzonych bakcylem kresowym, ale i dla tych wątpiących w istnienie Atlantydy… Dotychczas ukazały się dwa tomy. Pierwszy poświęcony kilku ważnym/najważniejszym (niech czytelnik we własnym sumieniu niepotrzebne słowo skreśli) miastom: Lwowowi (bo jakże by inaczej!), Stanisławowowi, Tarnopolowi, Brzeżanom i Borysławowi. Miasta piękne, ale jakże różne w substancji architektonicznej i intelektualnej. Książki napisane są pięknym i barwnym językiem, jaki coraz częściej gości tylko na kartach książek tak znamienitych pisarzy jak Stanisław Nicieja, Barbara Wachowicz, Aleksandra Ziółkowska-Boehm czy Teresa Siedlar-Kołyszko. Autor postarał się o bogatą szatę ilustracyjną, co znacznie uatrakcyjnia czytanie jego książek. Dzieło zaopatrzył w bogatą bibliografię i – co bardzo ważne – w indeks nazwisk.

opublikował: janusz
paź 31, 2013

Kochany Święty Mikołaju!

Napisaliście już list do św. Mikołaja? Nie – to się pospieszcie, bo grudzień za pasem!

opublikował: janusz
wrz 30, 2012
Kiedy zbliża się jesień i z tęsknotą spoglądam na zdjęcia z wakacji, zawsze przypominają się zapachy, smaki, majaki egzotycznych dźwięków, a w oku łezka tęsknoty za… No właśnie, za czym i za kim… Tego nie zdradzę! Moje wakacyjne serce od lat pozostaje na Kresach i Bałkanach, i nic na to nie poradzę. Pozostają zatem na wieczorne posiady smaki zakorkowane w butelkach, przywiezione z Bałkanów. Bo tam, oprócz gór, morza, słońca, egzotyki i pięknych kobiet, liczą się przecież wino i rakija. Bałkańska kuchnia – grilowane i smażone mięsa, „kiufteta”, kebabczeta”, „sacze” rożnego rodzaju, smażone jarzyny, tłuste bakłażany, do tego frytki z białym serem a przede wszystkim wspaniałe sałatki oparte na surowych warzywach – bez wina czy rakiji? Nie do pomyślenia!
opublikował: janusz
wrz 23, 2012


Dlaczego Pani rodzina nie wyjechała po II wojnie światowej ze Lwowa?

Oczywiście jestem ze Lwowa, ze Słonecznej na Zamarstynowie. Chcieliśmy wyjechać, ale jak to w życiu bywa, wszystko się pokomplikowało. Ojciec, Stanisław Kozłowski, pracował w restauracji. I jak przyszli ruscy, to chcieli, żeby on zajmował się donoszeniem. Twierdzili, że jest między ludźmi, słyszy co mówią, i że taki człowiek by się im przydał. Ojciec się nie zgodził, został aresztowany na parę miesięcy. W końcu zwolnili go, ale pod warunkiem, że podejmie współpracę. Wtedy cała rodzina się zdecydowała na opuszczenie Lwowa, ale ojciec musiał to zrobić natychmiast. We Wrocławiu znalazł pracę i mieszkanie. Mama ze mną i starszą siostrą zostałyśmy we Lwowie. Mama likwidowała mieszkanie, sprzedawała co się dało sprzedać, inne przedmioty rozdawała. Niebezpieczeństwo nie mijało, a nasz wyjazd się wciąż odciągał.
opublikował: janusz
sie 22, 2012
Podczas wielu swoich wędrówek po Kresach, kiedy spotykałem wciąż przecież tam żyjących Polaków, którym przyszło spędzić życie w rodzinnych pieleszach, choć już nie w ukochanej Polsce, mimo uśmiechów, czy nawet radości ze spotkania z rodakami (dla wielu jest to wciąż święto!), w ich oczach dostrzegałem zawsze smutek. Smutek i tęsknotę. Tak było i w tym roku, kiedy w Okopach Świętej Trójcy podeszła do nas wiekowa już kobieta. Oczywiście oczekiwała kilku hriwien jałmużny... To, w państwie ukraińskim, sposób na prze-życie starych ludzi, nie tylko Polaków. Opowiadała pięknym, archaicznym już, polskim języ-kiem, że jest ostatnią we wsi żyjącą Polką. Nazywa się Biela, a jej ojciec pochodził spod My-ślenic. Było im dobrze za Polski, a potem wojna zniszczyła wszystko. Pozostały tylko wspo-mnienia tych ostatnich radosnych dni młodości – lata 1939 r. Lepsze dni już nie przyszły, choć na twarzy pani Bieli uśmiech, bo znowu może kilka zdań po polsku powiedzieć. To w oczach głębia smutku i żalu...
opublikował: janusz
element-23
powered by:marklar-net.pl(external link)
element-24