element-01
element-02
element-04
element-05
element-06
element-07
element-08
element-09
element-11
element-13
element-15
element-17
element-19
element-21
nawigacja: Strona główna » Teksty
listopad 24, 2013

Nicieja o Atlantydzie


Nicieja o Atlantydzie

Opowiadano mi kiedyś anegdotę o człowieku, który nie zdążył na ostatni transport z ekspatriantami, kierujący się ku nowej Polsce. Rodzina – żona i dzieci – pojechali. On został i nigdy już nie opuścił Lwowa… Nie mógł? Nie chciał! Podobnie jak prof. Gębarowicz, czy prof. Nikoforowicz. Trwali często wśród szykan, niedostatku, ale we Lwowie. Nie potrafili, a może tak im się tylko wydawało, żyć bez Lwowa.

Kresowa Atlantyda, w zamierzeniu wielotomowa opowieść, pisana jest przez prof. Stanisława S. Nicieję dla nas – zaczadzonych bakcylem kresowym, ale i dla tych wątpiących w istnienie Atlantydy… Dotychczas ukazały się dwa tomy. Pierwszy poświęcony kilku ważnym/najważniejszym (niech czytelnik we własnym sumieniu niepotrzebne słowo skreśli) miastom: Lwowowi (bo jakże by inaczej!), Stanisławowowi, Tarnopolowi, Brzeżanom i Borysławowi. Miasta piękne, ale jakże różne w substancji architektonicznej i intelektualnej. Książki napisane są pięknym i barwnym językiem, jaki coraz częściej gości tylko na kartach książek tak znamienitych pisarzy jak Stanisław Nicieja, Barbara Wachowicz, Aleksandra Ziółkowska-Boehm czy Teresa Siedlar-Kołyszko. Autor postarał się o bogatą szatę ilustracyjną, co znacznie uatrakcyjnia czytanie jego książek. Dzieło zaopatrzył w bogatą bibliografię i – co bardzo ważne – w indeks nazwisk.

Nie będę ukrywał, że zauroczył mnie tom drugi „Kresowej Atlantydy” poświęcony uzdrowiskom. Zapewne dlatego, że większość z nich położona jest w górach! A góry zawsze mnie pociągały swą tajemniczością, dzikością  i pięknem. Uzdrowiska, o których opowiada prof. Nicieja, to Truskawiec, Morszyn, Skole, Jaremcze i Worochta. A poza tym lektura książki przypadła na przedwakacyjny czas, kiedy to wykonując codzienne obowiązki, myślimy już, jak to pięknie  będzie w czasie wakacyjnej wędrówki… Dlaczego więc nie wybrać Atlantydy Kresowej? Jest nam – Polakom –  bliska pod każdym względem. Może i zatopiona, ale wciąż jej ślady są dostępne.

Atlantyda kojarzy się nam z zaginioną mityczną wyspą, krainą zamieszkałą przez nieznaną cywilizację, której poszukiwania od lat trwają. Cywilizacją pochłoniętą przez odmęty morskie, opis której jako pierwszy pozostawił starożytny pisarz i filozof Platon. Co wspólnego z Atlantydą mają opisywane przez prof. Stanisława S. Nicieję kresowe miasta i miasteczka dawnej Rzeczypospolitej? Dla pokoleń wychowanych w czasach PRL-u, kiedy wszystko co miało związek z polskością Kresów było zakazane, prof. Nicieja może być synonimem Platona. Odkrywa bowiem w swych książkach często nieistniejące już miejsca i związane z nimi historie. A jeśli nawet istnieją, to nie mają wiele wspólnego z tymi zatopionymi pożogą i traktatami podpisywanymi ponad głowami Polaków, przez decydentów obwołujących się sojusznikami Polski, zarówno w trakcie jak i po II wojnie światowej.

Zatem udajmy się w romantyczną wędrówkę po kresowych uzdrowiskach Truskawca, Jaremcza i Worochty, Skolego i Morszczyna, na którą zabiera nas w tomie drugim prof. Nicieja.  Pełnią one nadal swe lecznicze funkcje, a nawet przeżywają w ostatnim czasie kolejny swój renesans. Ale co tu dużo gadać, kudy im do tamtych zdrojów okraszonych prawie nieistniejącą już architekturą typową ówczesnym europejskim zdrojom czy to Szwajcarii czy Niemiec! Budowane z zamysłem  architektonicznym i urbanistycznym założenia parkowo architektoniczne zostały zdewastowane w chwili wkroczenia tam władzy radzieckiej. Właściciele domów wczasowych i sanatoryjnych w jednej chwili stracili dorobek całego życia, ciesząc się najwyżej tym, że uszli cało osiadając w nowej Polsce, często w podobnych uzdrowiskowych miejscach na Ziemiach Zachodnich, starając się realizować swą dotychczasową pracę w nowych warunkach. Wielu jednak trafiło na Syberię, gdzie umierali w nieludzkich warunkach.

Perłą polskich kresowych uzdrowisk był Truskawiec, nazywany też „galicyjską złotodajną Kolchidą” czy „Perłą Karpat”. Kuracjusze tłumnie tam wędrowali w poszukiwaniu zdrowia, jak mitologiczni Argonauci za złotem Kolchidy.  Z leczniczych wód i niepowtarzalnego klimatu Truskawca korzystał m.in. Józef Piłsudski, który porzucił to miejsce dla swych ukochanych Druskiennik, jak tylko znalazły się w granicach niepodległej Polski po 1918 r.

Gdy książkę Niciei będzie czytał czytelnik nie znający choćby pobieżnie historii Kresów, będzie co krok przeżywał traumę rozczarowania, ponieważ opisywany przez Nicieję świat żyje tylko – lub prawie – na kartach wspomnień, widokówkach, fotografiach jakże często rozproszonych po różnych kolekcjach!

Normalnemu czytelnikowi w głowie się nie mieści, że można było zrujnować perełkę architektoniczną jaką było uzdrowisko Truskawiec, stawiając w jego miejsce koszmar architektury komunizmu sowieckiego. Zresztą było to dość powszechne w dawnym ZSRR. I okazuje się pozostało w krajach postsowieckich, wszak jeśli znajdziemy się we Lwowie, w tle pomnika Adama Mickiewicza zauważymy modernistyczne wytwory współczesnej architektury ukraińskiej. Pamiętam jeszcze ze swych pierwszych pobytów we Lwowie, okazałe, aczkolwiek mocno już zniszczone (co na Ukrainie nie jest zniszczone?!) kamienice. Przecież po ich odnowieniu i zaadaptowaniu nawet dla potrzeb instytucji mieszczących się w tych nowych gmachach, Lwów w tym miejscu promowałby się znacznie lepiej. Szkoda, że nie mają tak konserwatywnych konserwatorów zabytków, jak na przykład w Krakowie! Pozwoliłem sobie na tę przydługawą refleksję, którą należy zwieńczyć wnioskiem, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Wróćmy jednak do Truskawca, którego nikt z przedwojennych kuracjuszy nie poznałby. Wszyscy jechali tam po zdrowie, ale przy okazji załatwiali różne sprawy. Jedni interesy, inni szukali wytchnienia od politycznych batalii. A niektórzy liczyli na miłosne przygody. Znani artyści natomiast odbywali tam także liczne koncerty. Kogóż na stronach swej książki nie wynotował prof. Nicieja! Chyba tylko rzeczywiście dyskretnych, skrytych, rzeczywiście szukających ukojenia od świata, którym udało się ujść przed bystrym okiem dziennikarzy szukających w Truskawcu sensacji. Bruno Schulz, mieszkający w pobliskim Drohobyczu, odwiedzał z bukietami kwiatów Zofię Nałkowską, a Hanka Ordonówna bawiła tam w towarzystwie Igo Syma. W Truskawcu wypoczywali też państwo Zarembowie w towarzystwie bony ich dzieci Rity Gorgonowej. Tej samej, o domniemanej zbrodni której czytała w latach trzydziestych XX w. cała Polska, a stała się główną oskarżoną w poszlakowym procesie o zamordowanie córki swego kochanka. „Sprawa Gorgonowej” do dziś rozpala emocje prawników i badaczy nierozwiązanych zagadek. W Truskawcu, w pensjonacie prowadzonym przez ukraińskie siostry zakonne, w sierpniu 1931 r. spędził ostatnie chwile życia senator RP Tadeusz Hołówko, zwolennik porozumienia z Ukraińcami. Został zastrzelony przez dwóch Ukraińców Dmytro Danyłyszyna i Wasyla Biłasa związanych z OUN, których przypadkowo zidentyfikowano rok później podczas rozboju w Gródku Jagiellońskim. Mord na Hołówce był zbrodnią polityczną, która głośnym echem odbiła się w całej Europie, doprowadzając do zaognienia stosunków z mniejszością ukraińską w Polsce. W tamtych czasach nie wypadało nie bywać w Truskawcu!

Zupełnie inny charakter miały uzdrowiska kolejne „perły Karpat” – Jaremcze i Worochta. To miejscowości, które stały się sławne w czasie, kiedy góry zaczęto nie tylko podziwiać, ale także wędrować szlakami górskimi i zdobywać ich szczyty. Kto z miłośników gór, jeśli sam nie stanął nogą w Gorganach, Czarnohorze czy Bieszczadach, nie zna przynajmniej opowieści o nich? Tak pięknie pisał o górach prof. Władysław Stefan Lenkiewicz – syn wspominanego przez prof. Nicieję popularnego przed wojną fotografika Adama Ambrożego Lenkiewicza, który pozostawił niezapomniane widoki tych gór o różnych porach roku. Trzeba też pamiętać, że pierwsze lata XX w., to początek mody na narty! Ale i pierwsze górskie tragedie związane z narciarskimi wędrówkami po górach. W lawinach zginęli wówczas m.in. na zboczu Wielkiego Werchu w Sławsku student i zawodnik wyczynowy klubu „Czarni Lwów”,  Ludwik Ralski, w Czrnohorze zginął Henryk Garapich – zawodnik wyczynowy „Pogoni Lwów”, w kotle Breskula pod Howerlą zginęli Lesław Chlipalski i Andrzej w Steusing. Prof. Niecieja, wśród wielu zasłużonych dla rozwoju górskiej turystyki, na poczytnym miejscu wymienia Stanisława Rawicz Kosińskiego (1847-1923), budowniczego górskiej trasy kolejowej wiodącej ze Stanisławowa przez Delatyn, Woronienkę do Sygietu Marmaroskiego na Węgrzech,  z najpiękniejszym w owym czasie w Europie słynnym mostem kolejowym na Prucie niedaleko Jaremcza, o największej w ówczesnej Europie rozpiętości łuku (65 m). Most został zniszczony w czasie I wojny światowej i nigdy nie odbudowany. Pozostał tylko na fotografiach. O pamięć i sławę tego wybitnego na skalę światową inżyniera nikt nie zabiegał. Taka u nas zresztą maniera, że zabytki techniki i architektury zazwyczaj bywają dla niewtajemniczonych anonimowe. Innym wyznacznikiem pięknych i wciąż tajemniczych gór są – oczywiście nieistniejące już – schroniska górskie. Choćby to, które oglądamy na załączonej w książce ilustracji, piękne schronisko na Zaroślaku im. Emila Henryka Hofbauera pod Howerlą oddane do użytku w 1927 r. Inne powstały na Chukulu, Gadżynie, Maryszewskiej, Kostrzycy czy „Dworek Czarnohorski” pod Worochtą. W tym rozdziale nie mogła zabraknąć opowieści o „Białym Słoniu” na szczycie Popa Iwana, czyli o słynnym polskim Obserwatorium Meteorologicznym i Astronomicznym im. Marszałka Józefa Piłsudskiego,  oddanym do użytku w 1938 r. W czasie wojny zostało opuszczone i zdewastowane. W takim stanie trwają do dzisiaj. Ostatnio pojawiła się nadzieja, że budynek zostanie odnowiony, a znajdować się tam będzie Polsko-Ukraińskie Centrum Spotkań Młodzieży Akademickiej.

Kolejnym miejscem, do którego wiedzie nas prof. Nicieja – wczasowiskiem czy letniskiem – jest Skole. W tamtych czasach było to miejsce o szczególnym charakterze. Położone w bieszczadzkich lasach na rzeką Opór, było mekką myśliwych ściągających w porach polowań z całej Europy. Pokolenie wychowane na podręcznikach historii z czasów PRL kojarzy tylko Białowieżę, jako miejsce spotkań polowań polityków, choćby niemieckiego marszałka Hermana Göringa i – jak konstatuje prof. Nicieja – „kilku innych szaleńców politycznych, którzy zgotowali Europie i światu okropny los.”  Tymczasem o prawdziwej – europejskiej – stolicy myśliwych w czasach PRL nie wolno było pisać, mówić, chciano też, aby o tym wszystkim zapomniano. Szczęśliwie się to nie udało… Tak naprawdę arystokratyczny świat myśliwych spotykał się właśnie w Skolem. „Przyjeżdżał tu książę Alfons de Bourbon – pisze Nicieja – oraz niezliczona ilość niemieckich, austriackich włoskich, angielskich, polskich i holenderskich arystokratów – książąt, baronów, hrabiów – oraz polityków i wojskowych. Wywozili oni z organizowanych tam polowań trofea myśliwskie, głównie poroża jeleni, które były chlubą ich kolekcji i święciły triumfy na europejskich wystawach.” A wszystko to stało się za sprawą żydowskiej rodziny Groedlów pochodzącej z Niemiec, którzy stworzyli w tamtym rejonie, w oparciu o rozbudowany przemysł drzewny, swoiste państwo, bo na teren należących do nich lasów można było wejść na podstawie wykupionej przepustki, emitowali też własną monetę, a urzędnicy przez nich zatrudniani bywali bezwzględni. Groedlowie przyczynili się też do rozwoju nowoczesnej, mobilnej turystyki, udostępniając wąskotorowe kolejki pociągom obwożącym po okolicy turystów.

Skole i okolice to nie tylko świat myśliwych. Tam swe letnie domy wznosili też artyści lwowscy. Słynna willa „Storożka” należąca do Karola i Wandy – z domu Monné – Młodnickich. Spotykał się tam latem artystyczny świat Lwowa. Wychowywała się w „Storożce” chorowita w dzieciństwie legendarna Maryla Wolska, która w Skolem urodziła równie sławną córkę – Beatę Obertyńską, znaną poetkę. „Storożka”, to obok imperium Groedlów drugie miejsce, jakie w Skolem obrosło legendą…

I w końcu słynny Morszyn, w którym prof. Nicieja kończy swą wędrówkę po kresowych uzdrowiskach. Położone było przy trasie kolejowej Lwów-Stryj-Stanisławów. Było to najnowocześniejsze polskie uzdrowisko określane mianem „kurortu art deco”. Nazywano też Morszyn „polskim Karlsbadem”. Bogaty w źródła mineralne – najsłynniejsze to „Bartłomiej” i „Matki Boskiej”. W ówczesnej Polsce popularna była też woda stołowa „Morszanka”. W Morszynie wznoszono modernistyczne wille i pensjonaty. Uzdrowisko słynęło także z wytwórni Naturalnej Morszyńskiej Soli Gorzkiej Krystalicznej i Naturalnej Morszyńskiej Wody Gorzkiej. Posiadał też Morszyn bogate pokłady cennej borowiny leczniczej. Morszyn słynął z Pałacu Marmurowego wzniesionego w latach 1935-1938 wg projektu znanego architekta Mariana Nikodemowicza. Kuracjuszom obiekt ten został udostępniony przy okazji obchodów 400-lecia Morszyna. Uzdrowisko gościło wielu znanych ludzi sztuki i kultury, bywała tam aktorka Mieczysława Ćwiklińska czy Aleksander Zelwerowicz. Największą jednak dumą Morszyna był Roman Aftanazy, który napisał i opublikował monumentalne dzieło w 11. tomach „Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej”.

Zamykając książkę z niedowierzaniem stawia się retoryczne pytanie: Jakże to możliwe, że tego świata już nie ma?! I tylko przyroda z beznamiętnym spokojem przyjmuje zmiany, tryskając wciąż „naftusią” i „Morszanką”, nadal zapraszając turystów, już nie na tak egzotyczne, choć nadal tajemnicze, szlaki.

Na ostatnich stronach moją uwagę przykuwa fotografia. To zdjęcie prof. Hugo Steinhausa, słynnego matematyka, współtwórcy lwowskiej szkoły matematycznej, który dożył we Wrocławiu 90. lat. Wcześniej dbał o zdrowie w Morszynie! Pewnego dnia, już we Wrocławiu, otrzymał polecenie powitania na dworcu kolejowym partyjnej delegacji naukowców z ówczesnego ZSRR. Odmówił tłumacząc, że wprawdzie jest zdrowy na umyśle, ale już słaby na ciele. Dodał też, że gdyby było odwrotnie, zapewne niezwłocznie udałby się na dworzec powitać tą delegację… Warto dodać, że w tamtych czasach na takie stwierdzenie mógł sobie pozwolić ktoś o takiej pozycji i wieku, w jakim był prof. Steinhaus.

Pocieszająca jest nadzieja na tom trzeci i następne zapowiadane przez autora, które powiodą czytelnika po zakamarkach naszej Kresowej Atlantydy…

Janusz M. Paluch

 

Stanisław S. Nicieja, Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych. Tom II – Uzdrowiska i letniska kresowe. Truskawiec, Jaremcze, Worochta, Skole, Morszyn, Wydawnictwo MS, Opole 2013

opublikował: janusz
Spis tekstów

Strona 1 z 2  > >>

wrz 27, 2017

Z żalem skończyłem czytać książkę Piotra Tymińskiego „Wołyń bez litości”, choć początkowo bardzo się lękałem tej lektury. Sięgałem po nią z obawami, że opisy wszechobecnej zbrodni ludobójstwa, jaka dokonana została na ludności polskiej na Wołyniu, pogrąży mnie w stany depresyjne. Wszak powieści, tak jak filmy, mają to do siebie, jeśli są oczywiście dobrze napisane, a taką jest powieść Piotra Tymińskiego, że „wciągają” nas – czytelników czy też widzów – w tryby swoistego wehikułu czasu. Bo i cóż z tego, że czytam książkę w Krakowie, w realiach wiosny 2017 roku, jeśli ma dusza umyka co chwilę w czas straszny i okrutny wywoływany na stronach książki przez Piotra Tymińskiego. Żyję już kilkadziesiąt lat i przez ten czas sporo naczytałem się i naoglądałem o zbrodniach, jakie w międzyczasie ludzie sobie zgotowali. Wietnam, Kampucza, Afryka, Ameryka Południowa, Afganistan, Iran i Irak, w końcu Bałkany w Europie a obecnie płonący Bliski Wschód i tląca się Ukraina. Te chyba niezliczone miliony ofiar zbrodni wojennych w jakimś sensie powinny uodpornić mnie i wprowadzać w stan obojętności emocjonalnej. Opisy zbrodni dominują w newsach płynących z różnych zakątków świata każdego dnia. To już codzienność.

opublikował: janusz
wrz 6, 2017
Trochę przypadek spowodował, że na moim biurku pojawiła się książka Joanny Stovrag „Chwila na miłość”. Nie ukrywam, że tytuł – prawie jak w obśmiewanej (chyba niesłusznie, skoro czytelnicy sięgają po tego rodzaju literaturę) serii wydawniczej Harlequin – nie zachęcał mnie do lektury. Spojrzałem na tekst na skrzydełkach okładki… Autorka z Krakowa, to już przykuwa moją uwagę, a dodatkowo pisze o Sarajewie! Takiej książki, gdzie Sarajewo jest bohaterem głównym, pominąć nie mogłem… Autorka, studentka filologii słowiańskiej, wyjechała u schyłku lat 80. XX w. na studia jeszcze do Jugosławii i zakochała się w Sarajewie – sensu stricto ale i sensu largo… Zawrócił jej w głowie piękny Sejo! Nie dziwię się, bo Sarajewo to miasto z duszą, jak nasz Kraków, z którym chciałoby się na dobre i złe… A o pięknie czarujących wschodnią urodą kobiet pisał nie będę, bo co moje Krakowianki na to powiedzą?!
opublikował: janusz
sty 27, 2017
Połowinka nie jest zwykłą książką. Autorka pisała ją emocjami przeplatającymi się z uczuciami do ojca. Jeśli spodziewacie się, że będzie to tylko relacja z nieziemskiej eskapady rowerami na Ural, to się mylicie. Książka Agnieszki Martinki jest wielką lekcją patriotyzmu i historii Polaków, tak boleśnie doświadczonych przez II wojnę światową i jej skutki. Ta książka to hołd złożony ojcu autorki, Zdzisławowi Martince (1927-2007), znanemu lekarzowi z Tomaszowa Lubelskiego, który jako 12-letni chłopak rozpoczął jesienią 1939 r. swą wielką wyprawę, z mapą wyrwaną z atlasu geograficznego. Uciekł z domu i kierował się do Francji, bo chciał dostać się do armii polskiej gen. Władysława Sikorskiego. Wtedy trafił do sowieckiego więzienia w Samborze, a po wojnie, jako partyzant AK, wywieziony został na Ural, do Połowinki, kopalni węgla kamiennego nr 4. Agnieszka pojechała na rowerze jego śladami. Zdążyła pokazać ojcu fotografie z wyprawy, opowiedzieć mu przygody... Nie zdążyła napisać z nim – wspólnie – książki, a taki był plan. Czy rzeczywiście ten plan się nie powiódł? Przekonacie się sami, sięgając po książkę, do czego gorąco zachęcam.
opublikował: janusz
paź 20, 2015

Historia okrutnie obeszła się z Kresami Rzeczypospolitej (zarówno I jak i II) i mieszkającymi tam Polakami. Zło Polakom wyrządzali Rosjanie (tak carscy jak i komunistyczni) ale i Ukraińcy (najboleśniej czujemy dotąd to, co stało się podczas II wojny światowej na Wołyniu). Tego nikt nie może zaprzeczyć. Historia dotkliwie też na tych ziemiach obeszła się z Ukraińcami (Wielki Głód, stalinowskie przesiedlenia). I choć tęsknie spoglądamy w tamtą stronę, gdzie wychowali się nasi dziadkowie i pradziadkowie, a ich ojcowie spoczywają na cmentarzach kresowych miast i wiosek (niezależnie od tego, czy te cmentarze istnieją, czy nie), to zdajemy sobie sprawę z tego, iż czas się nie zatrzymał, a życie nie znosi pustki. Wyrzucono jednych, pojawili się drudzy. Niewielu pozostało tam Polaków, którzy nolens volens włączeni zostali w tworzenie nowej rzeczywistości na Kresach. Karawana zawsze idzie dalej, nie czeka…

opublikował: janusz
lip 14, 2015
Paweł Daniel Zalewski napisał bardzo ciekawą, niektórzy dorzucą piękną, ale dla mnie bardzo ważną książkę. Można zaliczyć ją do kanonu lektur, może nawet obowiązkowych, dotyczących Kresów. Znaczenie książki wiążę z faktem, iż odezwał się kolejny autor wywodzący się z polskich rodzin pozbawionych przez „pojałtański ład pokojowy” swej ojczyzny. Przywiązuję do tego tym większą wagę, że Paweł Zalewski to pokolenie lat 50-tych, dla którego miejscem wspomnień, miejscem pamięci jest i będzie Kraków, gdzie się urodził. „Bez pamięci” – tak zatytułował autor swą opowieść – wiedzie nas bowiem do Lwowa, do Tiumeni – gdzie w czasie II wojny światowej trafiali zesłańcy także ze Lwowa, w końcu na manowce Mongolii… Ale po kolei… Autor wywodzi się z rodu słynnego cukiernika Zalewskiego, którego cukiernia – nie tylko ze względu na walory smakowe oferowanych produktów, ale także wzrokowe, ze względu na słynne wystawy cukierni przy ul Akademickiej – zapamiętana została przez całe pokolenia Lwowiaków.
opublikował: janusz
mar 31, 2015

Tam, gdzie Wanga wszystko przewidziała…

Kiedy pierwszy raz znalazłem się w najmniejszym miasteczku Bułgarii – Melniku, w 1980 r., oprócz paszportu posiadałem specjalny propusk, uprawniający mnie do poruszania się po strefie przygranicznej z Grecją. Melnik tonął w promieniach słońca. Puste uliczki, tajemnicze ścieżki wśród zrujnowanych domów. I wino… Słynne melnickie wino! Najlepiej smakuje w miejscowej mechanie w wydrążonej dla przechowywania beczek z winem, jaskini-piwnicy w stromym zboczu wąwozu. Stożkowate, piaszczyste wzniesienia, słynne melnickie piramidki, to druga atrakcja – geologiczna – tego miejsca. Wędrujemy melnickimi kanionami aż do Rożeńskiego Monastyru. Nie zrobił wówczas większego wrażenia. Ot, zaniedbana budowla, raczej przez nikogo nie odwiedzana, pomalowana na biało, z cerkwią wewnątrz, w której spotkaliśmy nietrzeźwego samotnego zakonnika. Pozwolił nam wszędzie wchodzić, nawet za carskie wrota! Za monastyrem, cerkiew i mogiła rewolucjonisty Jane Sandanskiego (1872-1915), bohatera Macedonii i Bułgarii, który walcząc z uciskiem tureckim, zginął w tej okolicy.

Zjawiłem się tam ponownie po 30 latach. Niby te same domy, ale inny świat! Trudno o miejsca noclegowe. Siermiężna piwnica, w której piłem przed laty wino, dzisiaj jest wytworną regionalną winiarnią. Uliczki i ścieżki wypełnione gwarnymi grupami turystów. Słychać różne języki. Tylko słońce świeci jak przed laty i wino nie zmieniło smaku!


opublikował: janusz
mar 2, 2015

W pogoni za cieniem…

Mój pierwszy świat, jaki zapamiętałem, to Rozwadów, okolice „kamienicy generalskiej” u zbiegu ulic Mickiewicza, Klasztornej i Słowackiego. Zapamiętane podwórka, „błonie” i dla nas wówczas bezkresne łąki, na straży których stał „straszny” pan Gorczyca… To koleżanki i koledzy – Ela i Ania Kułaczówny oraz ich brat Staszek i stryjeczni bracia Zbyszek i Hirek, Ewa i Ala Golikówny oraz ich brat Janek, Zosia Tarczyńska i jej brat Piotr, Aldek Ulanowski, Janek Sudoł, bracia Karczowie, Jacek i Leszek Krakułowie… Muszę też wspomnieć tych starszych, patrzących na nas z góry, ale jak brakowało zawodnika do piłki, albo „żołnierza” do walk na błotne kule, to się przydawaliśmy – Janek Pacholec, Witek Wrzos, Andrzej Ulanowski, Jerzyk Krawczyk, Andrzej Karakuła … To był początek lat 60-tych XX w. Kiedy wspominam tamte czasy, czuję się jakbym odbywał podróż w pogoni za cieniem bezpowrotnie umykającym. Bo przecież zostanie tylko to, co nie tylko opowiemy, ale przede wszystkim zapiszemy…

Świat, jaki zapamiętał z lat dzieciństwa Józef Taler wyglądał nieco inaczej, choć chadzał tymi samymi ścieżkami, co my – tyle, że przed wojną… Mieszkał w tej samej kamienicy co Ulanowscy, Wrzosowie i Golikowie, po sąsiedzku z sądem i kaflarnią. Biegał po łąkach. Jak był już chłopakiem, zaczęto budować kamienicę, w której potem – od 1957 r. – mieszkałem. Jego świat zawalił się 1 września 1939 r. Był Żydem, a jego ojciec, oficer Wojska Polskiego, jako dowódca artylerii bronił kombinatu w Stalowej Woli przed bombami niemieckimi. Jego rodzina cudem przeżyła okupację niemiecką. Po wojnie autor wyjechał z Polski i zamieszkał w USA. On też wybrał się w niebezpieczną podróż, w pogoń za umykającym cieniem…


opublikował: janusz
sty 5, 2015

Gdyby wszystkie biblioteki w Polsce były takie jak ta w Borzęcinie! Nie byłoby pewnie wtedy problemów z czytelnictwem, a książki znikłyby z półek księgarskich w zastraszającym tempie… Ale to utopia i – jak powiadają – marzenie ściętej głowy. A szkoda! Czym się wyróżnia Gminna Biblioteka Publiczna w Borzęcinie od innych? Dbałością o Czytelnika, czytelnictwo a nade wszystko o „borzęcińskie dobro narodowe”, którym jest poeta Józef Baran. W tym roku borzęcińska biblioteka wydała wybór wierszy oraz fragmentów książek swego rodaka „Borzęcin. Poezja i proza Józefa Barana”. „Nasza inicjatywa wpisuje się w pielęgnowany  w wielu europejskich krajach kult małych ojczyzn, który jest dziś szczególnie ważny w postępującej globalizacji  i unifikacji kulturowej” – pisze we wstępie pani Elżbieta Kwaśniewska dyrektorka Gminnej Biblioteki Publicznej w Borzęcinie.

opublikował: janusz
sty 1, 2015

Z Płowdiw – starożytnego Philipopolis założonego przez Filipa Macedońskiego, ojca Aleksandra Wielkiego, krętymi górskimi drogami zmierzamy do Szirokiej Łyki. Pogoda nie sprzyja. Niskie chmury, siąpiący deszcz. Wrześniowe Rodopy odstraszają. Chronią mitycznych tajemnic miast kusić pięknem przyrody, niekończących się dzikich gór i lasów. Ale nie dziwota, wszak tu znajduje się zejście do Hadesu… W Rodopach, na najwyższym szczycie o nazwie Zilmisos miała też być wzniesiona świątynia Dionizosa.

opublikował: janusz
lis 2, 2014

Zawsze marzyłem, by zobaczyć Mierzeję Kurońską i zwiedzić Kłajpedę. Znane portowe miasto, które w marcu 1939 r. szantażem włączone zostało do III Rzeszy… I niewiele brakowało, by to ono stało się zarzewiem wybuchu II wojny światowej, gdyby rządy Anglii, Francji i Polski – poproszone o pomoc przez władze litewskie – zareagowały stanowczo przeciw Niemcom. 24 marca 1939 r. z balkonu teatru, który był ulubionym miejscem Ryszarda Wagnera, defiladę wojsk niemieckich odbierał Adolf Hitler… Jakże naiwny był rząd polski i Polacy, oczekujący pół roku później, w obliczu agresji niemieckiej, pomocy ze strony Francji i Anglii…


opublikował: janusz
paź 17, 2014
„Wyobraź sobie, że jesteś elfem", kiedy doskwiera ci życie, mglisty poranek, deszczowy dzień, praca, za ciemny wieczór… Jesteś elfem i wszystko przetrzymasz, przetrwasz. W takim tonie zaczyna się książka poetycka Agaty Linek „Śpiew delfina", którą dedykowała swemu ojcu. Na okładce informacja o autorce, interesująca fotografia, jakże dziewczęcej pani Agaty. Wpatruję się w jej twarz. Kogo mi przypomina?...
opublikował: janusz
wrz 22, 2014

Lwów i Kresy to dla mnie świątynia Polskości. Tam wykuwała się historia naszej państwowości, potęgi I Rzeczpospolitej. W końcu tam stanął mur, który odgrodził Europę od tureckiego naporu, a w XX w. postawiono barierę przed rozprzestrzenianiem się sowieckiego komunizmu. Także tam wykluwała się w bólu osobowość Ukraińców, która dopiero po 1989 r. zaowocowała powstaniem państwa ukraińskiego. Paradoksem jest, że na ołtarzu wolności Ukrainy złożono daninę krwi bezbronnych Polaków. Rosjanie wywozili naszych rodaków na Syberię, Niemcy na roboty albo do obozów koncentracyjnych, a Ukraińcy mordowali bezlitośnie całe wioski w imię samostijnej Ukrainy. Przeżyli ci, którym cudem udało się schować i uciec. Jednak, czy się to nam podoba, czy nie – wolna Ukraina jest faktem historycznym. Buduje swoją tożsamość z wielkim trudem, w biedzie i znoju, pod pręgieżem, z jednej strony, rodzimej szeroko rozbudowanej przestępczości gospodarczej i nie tylko, a z drugiej pod bacznym okiem wschodniego protektora szachującego sąsiada (sąsiada, nie partnera…) dezynwolturą cenową surowców energetycznych. Państwo ukraińskie szuka swej narodowej tożsamości, bohaterów narodowych wśród postaci, które na swym sumieniu mają ludobójstwo Polaków na Kresach Południowo-Wschodnich – nie tylko na Wołyniu. Ale to jest ich wybór, ich wola. Nie można jednak zmuszać nas, byśmy ten wybór szanowali. Naszym obowiązkiem jest przestrzegać ich przed takimi postaciami. Nie chcą nas słuchać, trudno. Kłamstwo i obłuda… Ukraina jest też naszym sąsiadem. Czy to mało, by interesować się tym państwem, jeździć tam i odkrywać zapomniane światy? Fascynować się odmiennością kulturową, egzotyką, Polakami tam mieszkającymi, wciąż jeszcze autentycznie spragnionymi Polskości (choć już i w ten rejon wkracza komercja, co autor książki, o której tu będzie mowa zauważył dość dobitnie), czy to nie wystarczy, by tam bywać? Odwiedzać wstające z ruin świątynie, nawet te kościoły rzymsko-katolickie zamienione w cerkwie grekokatolickie – w końcu oddychające duchem modlitwy wiernych, czy to mało by w tym procesie towarzyszyć a często i pomagać? Takie są moje Kresy, te miasta jak Lwów, Sambor, Drohobycz czy Żółkiew, że wymienię kilka przychodzących jako pierwsze na myśl.


opublikował: janusz
wrz 12, 2014
Kim była Kaliope? Któż zacz Mnemosyne? Tu rozpoczyna się już intelektualna wspinaczka dla tych, którzy nie „liznęli” choćby „Mitologii” Jana Parandowskiego – kiedyś obowiązkowa lektura w szkole średniej… Błagam, tylko nie pytajcie kto to Parandowski (dla wielu dzisiaj jest tylko dziadkiem Joanny Szczepkowskiej)… Drugi próg wysiłku intelektualnego, do jakiego zmusza autor książki czytelnika, to używanie maksym i sformułowań „w pewnym wymarłym języku, którego nie uczą się już nawet duchowni”… Przypomina mi się spotkanie sprzed lat, podczas którego starli się na łacińskie maksymy dwaj nieżyjący już szermierze: Olgierd Jędrzejczyk – rocznik 1930 rodem ze Słonima i Andrzej Urbańczyk – rocznik 1946 pochodzący z Lublińca… Trwał długo, aż ktoś litościwie poprosił by mieli zrozumienie dla innych… Pojedynek trwałby długo, a pewnie do dziś spierają się na niebieskich bezkresach…
opublikował: janusz
lut 2, 2014

Pierwszy raz o Nikopolis czytałem w popularnej reporterskiej książce Pawła Jasienicy „Słowiański rodowód”. Brukowanymi rzymskimi ulicami tego miasta wędrowałem wiele lat później. Leży ono nieco na uboczu popularnych wakacyjnych szlaków wiodących Polaków na piaszczyste i słoneczne plaże Morza Czarnego. Pierwej więc poznałem uroki Apollonii (Sozopol), Messembrii (Neseber), Odessos (Warna) czy Dionizopolis (Bałczik), nim pielgrzymie drogi zawiodły w okolice Wielkiego Tyrnowa.

opublikował: janusz
gru 8, 2013

Gdzie Smotrycz płynie z wolna…

Aby dojechać do Kamieńca Podolskiego należy przekroczyć kilka granic. Pierwszą jest lęk u wielu przed tym, z czym mogą spotkać się na Kresach, w państwie ukraińskim. Odradzający się w zastraszającym tempie nacjonalizm ukraiński, dziurawe drogi czy wręcz niechęć do Polaków. Kolejne granice, to te istniejące w Krakowcu i Medyce między Polską i Ukrainą, czy geograficzne między Polesiem a Wołyniem, ale i między zlewniami wód do Mórz Bałtyckiego i Czarnego. W końcu granice już nieistniejące – między II Rzeczpospolitą i komunistyczną Rosją oraz I Rzeczpospolitą i Turcją. Wszak od pewnego czasu, od 26 sierpnia 1672 r. do 1699 r., Kamieniec Podolski położony był po „multańskiej stronie”, a po wojnie polsko-sowieckiej, w 1920 r., znalazł się w granicach Rosji sowieckiej.


opublikował: janusz
lis 24, 2013

Nicieja o Atlantydzie

Opowiadano mi kiedyś anegdotę o człowieku, który nie zdążył na ostatni transport z ekspatriantami, kierujący się ku nowej Polsce. Rodzina – żona i dzieci – pojechali. On został i nigdy już nie opuścił Lwowa… Nie mógł? Nie chciał! Podobnie jak prof. Gębarowicz, czy prof. Nikoforowicz. Trwali często wśród szykan, niedostatku, ale we Lwowie. Nie potrafili, a może tak im się tylko wydawało, żyć bez Lwowa.

Kresowa Atlantyda, w zamierzeniu wielotomowa opowieść, pisana jest przez prof. Stanisława S. Nicieję dla nas – zaczadzonych bakcylem kresowym, ale i dla tych wątpiących w istnienie Atlantydy… Dotychczas ukazały się dwa tomy. Pierwszy poświęcony kilku ważnym/najważniejszym (niech czytelnik we własnym sumieniu niepotrzebne słowo skreśli) miastom: Lwowowi (bo jakże by inaczej!), Stanisławowowi, Tarnopolowi, Brzeżanom i Borysławowi. Miasta piękne, ale jakże różne w substancji architektonicznej i intelektualnej. Książki napisane są pięknym i barwnym językiem, jaki coraz częściej gości tylko na kartach książek tak znamienitych pisarzy jak Stanisław Nicieja, Barbara Wachowicz, Aleksandra Ziółkowska-Boehm czy Teresa Siedlar-Kołyszko. Autor postarał się o bogatą szatę ilustracyjną, co znacznie uatrakcyjnia czytanie jego książek. Dzieło zaopatrzył w bogatą bibliografię i – co bardzo ważne – w indeks nazwisk.

opublikował: janusz
paź 31, 2013

Kochany Święty Mikołaju!

Napisaliście już list do św. Mikołaja? Nie – to się pospieszcie, bo grudzień za pasem!

opublikował: janusz
wrz 30, 2012
Kiedy zbliża się jesień i z tęsknotą spoglądam na zdjęcia z wakacji, zawsze przypominają się zapachy, smaki, majaki egzotycznych dźwięków, a w oku łezka tęsknoty za… No właśnie, za czym i za kim… Tego nie zdradzę! Moje wakacyjne serce od lat pozostaje na Kresach i Bałkanach, i nic na to nie poradzę. Pozostają zatem na wieczorne posiady smaki zakorkowane w butelkach, przywiezione z Bałkanów. Bo tam, oprócz gór, morza, słońca, egzotyki i pięknych kobiet, liczą się przecież wino i rakija. Bałkańska kuchnia – grilowane i smażone mięsa, „kiufteta”, kebabczeta”, „sacze” rożnego rodzaju, smażone jarzyny, tłuste bakłażany, do tego frytki z białym serem a przede wszystkim wspaniałe sałatki oparte na surowych warzywach – bez wina czy rakiji? Nie do pomyślenia!
opublikował: janusz
wrz 23, 2012


Dlaczego Pani rodzina nie wyjechała po II wojnie światowej ze Lwowa?

Oczywiście jestem ze Lwowa, ze Słonecznej na Zamarstynowie. Chcieliśmy wyjechać, ale jak to w życiu bywa, wszystko się pokomplikowało. Ojciec, Stanisław Kozłowski, pracował w restauracji. I jak przyszli ruscy, to chcieli, żeby on zajmował się donoszeniem. Twierdzili, że jest między ludźmi, słyszy co mówią, i że taki człowiek by się im przydał. Ojciec się nie zgodził, został aresztowany na parę miesięcy. W końcu zwolnili go, ale pod warunkiem, że podejmie współpracę. Wtedy cała rodzina się zdecydowała na opuszczenie Lwowa, ale ojciec musiał to zrobić natychmiast. We Wrocławiu znalazł pracę i mieszkanie. Mama ze mną i starszą siostrą zostałyśmy we Lwowie. Mama likwidowała mieszkanie, sprzedawała co się dało sprzedać, inne przedmioty rozdawała. Niebezpieczeństwo nie mijało, a nasz wyjazd się wciąż odciągał.
opublikował: janusz
sie 22, 2012
Podczas wielu swoich wędrówek po Kresach, kiedy spotykałem wciąż przecież tam żyjących Polaków, którym przyszło spędzić życie w rodzinnych pieleszach, choć już nie w ukochanej Polsce, mimo uśmiechów, czy nawet radości ze spotkania z rodakami (dla wielu jest to wciąż święto!), w ich oczach dostrzegałem zawsze smutek. Smutek i tęsknotę. Tak było i w tym roku, kiedy w Okopach Świętej Trójcy podeszła do nas wiekowa już kobieta. Oczywiście oczekiwała kilku hriwien jałmużny... To, w państwie ukraińskim, sposób na prze-życie starych ludzi, nie tylko Polaków. Opowiadała pięknym, archaicznym już, polskim języ-kiem, że jest ostatnią we wsi żyjącą Polką. Nazywa się Biela, a jej ojciec pochodził spod My-ślenic. Było im dobrze za Polski, a potem wojna zniszczyła wszystko. Pozostały tylko wspo-mnienia tych ostatnich radosnych dni młodości – lata 1939 r. Lepsze dni już nie przyszły, choć na twarzy pani Bieli uśmiech, bo znowu może kilka zdań po polsku powiedzieć. To w oczach głębia smutku i żalu...
opublikował: janusz
element-23
powered by:marklar-net.pl(external link)
element-24