element-01
element-02
element-04
element-05
element-06
element-07
element-08
element-09
element-11
element-13
element-15
element-17
element-19
element-21
nawigacja: Strona główna » Teksty
styczeń 30, 2011

Rozmowa z Bolesławem i Wiesławem Opałkami


Proszę opowiedzieć, jak naprawdę było na granicy polsko-ukraińskiej, bo już zaczynają tworzyć się legendy, nie o wyjeździe rodu Opałków do Lwowa, a o zajeździe Opałków na Lwów?

 

Bolesław Opałek: W ramach naszych spotkań rodzinnych, a było już trzy takie zjazdy, zorganizowaliśmy w roku 2005 wspólny wyjazd do Lwowa. Jedni byli tam po raz pierwszy, dla innych była to okazja do wspólnego odwiedzenia miejsc, tak ważnych dla rodziny Opałków. Właściwie nie zdarzyło się nic szczególnego. Na granicy zameldowało się osiemnastu potomków naszego rodu, co wzbudziło niemałe zdziwienie i podejrzenie służb granicznych. Co brali do kontroli paszport, to Opałek! Nie ukrywali zaskoczenia, pewnie dokładniej sprawdzali paszporty, ale po wyjaśnieniach, najazd Opałków na Lwów stał się dla nich naturalny i zaciekawienie zdominowało podejrzliwość. A Opałkowie szczęśliwie dotarli do swego ukochanego miasta. Zobaczyli najważniejsze dla nich miejsca i już w drodze powrotnej rozmawialiśmy o ponownym wspólnym wyjeździe.

 

Rozumiem, że zainteresowania historią rodziny nie są przypadkowe, pana ojciec – Mieczysław Opałek – był przecież jednym ze znanych lwowskich bibliofilów.

 

B.O.: Naturalnie, zainteresowania ojca nie mogły nie mieć wpływu na mnie. Zawsze interesowałem się Kresami, naszym pochodzeniem, historią, w której sam byłem zanurzony. Ale to dopiero mój syn jest tym jedynym kronikarzem rodziny, który dotarł do chyba wszystkich informacji o Opałkach i zgromadził dokumenty rodzinne. W końcu opracował je i powstała swoista kronika Opałków. Nie zamierzamy tego materiału publikować, bo to przecież nasze rodzinne sprawy i zapotrzebowania na druk większej ilości egzemplarzy książek nie byłoby. Dla krewnych zrobimy kserokopie lub przekażemy im w formie zdygitalizowanej, na płytce CD.

 

Proszę zatem opowiedzieć o korzeniach swojej rodziny. Czy Opałkowie pochodzą ze Lwowa?

B.O.: W tym miejscu muszę powołać się na książkę mojego ojca, Mieczysława Opałka „O Lwowie i mojej młodości”. Opisał tam początki rodziny, dotarł do naszego lwowskiego protoplasty, Piotra. Ojciec przedstawia hipotezę, że Piotr przybył do Lwowa po upadku powstania kościuszkowskiego, na co niestety nie ma dokumentów. Swe domniemanie oparł na znanych sobie dokumentach pochodzących z Królestwa, w których występowało nazwisko Opałek. Pamiętajmy, że jest to okres, kiedy we Lwowie znalazło schronienie wielu, którzy w tym powstaniu uczestniczyli. Już z istniejących dokumentów, wiemy, że Piotr ożenił się z Katarzyną Morawską. Z tego związku pochodziło jedyne dziecko. Był to Antoni, który urodził się 14 czerwca 1811 r. Ojciec obala w swej książce wywody m.in. Ludwika Feigla, autora broszury „Sto let česokoho života we Lwowě”, który przypisywał naszemu nazwisku korzenie czeskie. Ojciec zarzucał mu zbyt pochopnie wyciągnięte wnioski z błędnych zapisów łacińskich i niemieckich.

 

Czy wiadomo czym zajmował się Piotr Opałek?

Wiesław Opałek: Z zapisków rodzinnych wynika, że Piotr pracował w szpitalu miejskim. Nie był lekarzem. W tamtych czasach szpital to był raczej rodzaj przytułku. W XIX wieku szpitali było bardzo mało, dopiero w II połowie XIX wieku zwiększyła się ilość lekarzy i zaczęły powstawać szpitale. W tamtych czasach we Lwowie było wielu weteranów powstańczych, inwalidów a także zwykłych ludzi bez żadnej opieki. Czym w tym szpitalu zajmował się Piotr, nie wiadomo dokładnie. Czy był sanitariuszem, stróżem, a może portierem, nie można stwierdzić.

B.O.: Informacje o nim znalazł mój ojciec w szematyzmach miejskich, podobnie jak nazwisko Katarzyny Morawskiej, która  została jego żoną.

 

To może o ich synu, Antonim coś więcej jest wiadomo?

W.O.: O Antonim wiemy, że przerwał naukę w szkole i zaciągnął się do armii austriackiej, do artylerii. Służył 9 lat i 7 miesięcy! Trzeba pamiętać, że obowiązkowa służba w artylerii trwała wówczas 7 lat. Nie wiemy co robił w wojsku, ani gdzie stacjonował. Miał jednak szczęście, bo jego służba przypadła na okres, w którym Austria nie prowadziła żadnej wojny. Może dzięki temu przeżył i wrócił do Lwowa…

B.O.: Po powrocie podjął pracę w Urzędzie Miasta Lwowa, w miodosytni, ale później pełnił już funkcje urzędnicze. Ożenił się z córką kupca lwowskiego o niemieckich korzeniach, który nazywał się Piotr Veit, spolszczył nazwisko na Fait, dając swej córce Amalii polskie patriotyczne wychowanie. Antoni i Amalia prowadzili bliżej nieokreślone interesy. Zamieszkali w domu ojca Amalii, którego połowę odziedziczyli w spadku. Mieli jednego syna Józefa, czyli mojego dziadka, który urodził się 16 maja 1847 r. Odwiedzamy jego grób na Cmentarzu Łyczakowskim. Udało mi się odnaleźć jego grób i odnowić. Był bardzo zniszczony po tym, kiedy musieliśmy opuścić w 1944 r. Lwów. Co prawda jego nagrobek obecni gospodarze przesunęli nieco, niszcząc go przy okazji krzyż i rozbijając zdjęcie porcelanowe i napis na nagrobku, który był już prawie niewidoczny. W tym miejscu jest pochowana również jego żona i moja najstarsza siostra, która zmarła w1918 roku, oraz nowonarodzone dziecko mojego najstarszego brata. Były tam cztery groby, które zostały zniszczone przez obecnych gospodarzy.

 

Kim był Józef?

W.O.: Znowu był jedynakiem! Jako 16-letni chłopiec poszedł do powstania styczniowego. Walczył w oddziałach Leona Czachowskiego i Józefa Wysockiego. Brał udział w bitwie pod Radziwiłłowem i pod Potokiem. Jest odnotowany przez Józefa Białynię-Chołodeckiego w księdze pamiątkowej powstania styczniowego (Księga Pamiątkowa opracowana staraniem Komitetu Obywatelskiego w czterdziestą rocznicę powstania 1863 i 1864 r.), a wydanej w roku 1904 we Lwowie. Z powstania wrócił z braćmi  swojej przyszłej żony Pauliny, Janem i Józefem Malcami. Nie byli jednak razem w tych samych oddziałach. Jan został złapany i wywieziony na Syberię. Wrócił stamtąd po kilku latach w stanie krytycznym i szybko zmarł w wieku 37 lat. Ten drugi, Józef, miał we Lwowie zakład produkujący garnki. Ciekawa pamiątka pochodząca z tamtych czasów, to obraz. Przedstawia białego niedźwiedzia w koronie rosyjskich carów, pochylonego nad powaloną kobietą w gronostajowych szatach, która symbolizuje Polskę. Obraz pochodzi z rodziny Malców i jest w naszej rodzinie już od 140 lat! Obecnie wisi w domu kuzyna Witolda w Hamburgu.

 

Wiadomo kto go namalował?

B.O.: Nie, to raczej anonimowy autor. Wiadomo jednak, że kopia tego obrazu wisiała w ratuszu lwowskim. Mój syn, mając 2-3 lata, przebywając u dziadka Mieczysława w Rytrze – ojciec tam mieszkał kilka lat – spał w pokoju, w którym wisiał ten obraz. Budził się czasami w nocy z płaczem. Ale i potem mu się to zdarzało, cały czas miał przed oczami ten obraz. Bał się go.

 

Wróćmy jednak do dziejów Józefa i jego dzieci... Czym się zajmował po powrocie z powstania?

W.O.: Był nauczycielem, pracował w kilku lwowskich szkołach. W końcu został dyrektorem Szkoły im. Szaszkiewicza z ruskim językiem nauczania.. To była filia szkoły św. Anny. Dziadek Mieczysław był uczniem tej szkoły. Austriakom nie przeszkadzało, że pradziadek był powstańcem. Co ciekawe, Józef, ukończył austriacki kurs oficerski, żeby kiedyś przydać się w wojsku polskim. Dostał stopień zawodowego porucznika, ale już mu się to nie przydało. Nie doczekał wolnej Polski. Zmarł młodo w 1896 roku, miał zaledwie 50 lat. Jego żona, Paulina, przeżyła go trzynaście lat. Są razem pochowani. Mieli dziesięcioro dzieci. Pięcioro zmarło we wczesnym dzieciństwie, wtedy panowały różne zarazy. Dwoje zmarło na szkarlatynę. Pięcioro dzieci przeżyło: Mieczysław – mój ojciec, Tadeusz, Józef Romuald, Stanisława i Antonina, która też młodo zmarła. Była nauczycielką. Wszyscy mieszkali we Lwowie. Dopiero okres I wojny światowej spowodował pierwsze rozproszenie się rodziny. W 1914 roku rodzina Mieczysława była na wakacjach w Bieczu. Ponieważ Lwów był wówczas zagrożony przez wojska rosyjskie, chcieli z Biecza oddalić się od Lwowa, od linii frontu i pojechać do Zakopanego. Tymczasem pociąg zamiast do Zakopanego, został skierowany do Wiednia. Tym sposobem rodzina Mieczysława z trójką dzieci znalazła się w Wiedniu. Jak wrócili? Nie wiadomo. Babcia Waleria z dziećmi przyjechała do Krakowa, a następnie mieszkała w Nowym Sączu. Mieczysław Opałek trafił prawdopodobnie do Krakowa, gdzie wstąpił do Legionu Zachodniego. Jako niezdolny do służby frontowej, rozkazem z 17 września 1915 skierowany został do Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego w Piotrkowie, a  później rozkazem Komendy Legionów z 24 listopada 1917 r. przeniesiony został do Archiwum Wojskowego Legionów Polskich w Krakowie. Bliżej nie sprecyzowany okres rodzina dziadka spędziła w Nowym Sączu. 16 lutego 1918 r dziadek został internowany w obozie w Witkowicach pod Krakowem, skąd zwolniono go 27 marca 1918 r., po rozwiązaniu Polskiego Korpusu Posiłkowego w marcu 1918. Po przebytej chorobie został skierowany do „lekkiej służby” - kierował akcją tworzenia „tarcz legionowych”, z których dochody obracano na zaopatrzenie legionistów – inwalidów

 

Czy rodzina Opałków zaznaczyła swój udział w obronie Lwowa w latach 1918-1920?

B.O.: Tak, Mieczysław dość późno się włączył do tej obrony, bo 11 grudnia 1918 r. Opowiadał, że będąc w artylerii brał udział w działaniach dalekosiężnych, poza Lwowem. Ale brat ojca, Józef Romuald, był zaangażowany bezpośrednio w obronę Lwowa. Był odznaczony Krzyżem Obrońców Lwowa i odznaką Orlęta. Nie mamy jednak dokładnych informacji o jego udziale, ale w trzecim tomie wydawnictwa „Obrona Lwowa” jest podane jego nazwisko. Drugi brat ojca, Tadeusz, walczył w Legionach. Po wojnie przez długi czas przebywał w szpitalach, ponieważ w trakcie jednej z bitew stracił oko. Natomiast ważną osobą, która wyraźnie zaznaczyła swój udział w walkach o polski Lwów był bratanek mojej babci, ze strony mamy. Nazywał się por. Aleksander Zborzyl Marecki. Nazwisko Mirecki przybrał podczas obrony Lwowa. Spoczywa na Cmentarzu Obrońców Lwowa. Był dowódcą plutonu zajmującego się działaniami przeciwko karabinom maszynowym. Są nawet informacje, że zdobył aż dwanaście karabinów maszynowych. Został ranny, pod Stryjem i przewieziony do szpitala w mieście Szczerc, gdzie umarł w grudniu 1918 roku. Odwiedzamy go zawsze na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Jest pochowany w kwaterze dowódców.

 

Porozmawiajmy teraz o Mieczysławie Opałku, kim był i czym się szczególnie zasłużył dla Lwowa.

B.O.: Ojciec był bibliofilem znanym i cenionym we Lwowie. Po wojnie znany był głównie jako autor książki „Ze wspomnień bibliofila”, wydanej w 1963 roku przez Ossolineum. Mieszkał wówczas w Nowym Sączu, gdzie zmarł w 1964 r. i jest pochowany. Edytowało ją Wydawnictwo Ossolineum w bardzo niskim nakładzie. Dlaczego o tym mówię? W latach 80-tych, kiedy można już było pisać o Lwowie, Ossolineum zwróciło się do mnie z propozycją drugiego wydania tej książki. Oczywiście propozycję przyjąłem. Zaczęły się konkretnie rozmowy i ustalenia. Zaproponowałem dr Andrzejowi Zielińskiemu, który prowadził dział pamiętnikarstwa w Ossolineum, poszerzenie tej książki o dodatkowe materiały, łącznie ze zmianą tytułu na „Ze wspomnień lwowskiego bibliofila”. Dodałem słowo „lwowskiego”, żeby to uszczegółowić i zaproponowałem rozszerzenie tej książki o bibliofilskie druki lwowskie. Zapadła zgoda. Dołączyłem jeszcze poemę „O sławetnym zakonie bibliofilskim, tegoż orderach, tytułach poema napisane przez Mieczysława Opałka – Lwowczyka”, którą ojciec wydrukował, tylko w 30 egzemplarzach, dla członków rady przy stowarzyszeniu bibliofilskim. Zaproponowałem także zmianę ikonografii. Dr Zieliński opracował też biografie lwowskich bibliotekarzy i ludzi związanych z książką, a oprócz tego zaproponował wydanie pamiętnika ojca, którego rękopis znajdował się w Ossolineum. Pamiętnik, obejmujący 20. pierwszych lat życia Mieczysława Opałka, do 1901 roku, został wydany jako pierwszy w 1987 r. i nosi tytuł „O Lwowie i mojej młodości”. Tymczasem pan Andrzej Zieliński zachorował ciężko na serce, a Wydawnictwo Ossolineum zaczęło upadać. W związku z tym zwróciłem się do Ossolineum o przekazanie przygotowanych materiałów do książki ojca.. Wydałem ją w Rzeszowie w 2001 roku. Jedną z książek ojca wydali także Ukraińcy we Lwowie, bez mojej wiedzy i zgody. Kilkanaście lat temu znajomy Lwowianin mieszkający w Krakowie poinformował mnie, że będąc we Lwowie zauważył w księgarni nazwisko mojego ojca na współcześnie wydanej książce „Na szczerbatym lwowskim bruku”. Taki tytuł nadało książce „Obrazki z przeszłości Lwowa”, która ukazała się przed wojną w serii Biblioteka Lwowska, ukraińskie wydawnictwo Piramida. We wstępie napisanym przez Larisę Andrijewską wyczytałem, że autor pochodził z polsko-ukraińskiej rodziny lwowskiej a w 1945 roku wyjechał w ramach Akcji Wisła i zamieszkał we Wrocławiu! Co za absurd! Napisałem natychmiast pismo do ambasady ukraińskiej w Warszawie, do ambasady polskiej w Kijowie i do konsulatu polskiego we Lwowie oraz do Wydawnictwa Piramida, z protestem i żądaniem zamieszczenia sprostowań. Poza tym zakwestionowałem wydanie książki bez mojej wiedzy i zgody, którą wydali niezgodnie z przepisami, które również Ukraina powinna przestrzegać. I okazuje się, przynajmniej w tym przypadku, przestrzega! Zażądałem sprostowania na łamach gazet lwowskich, zapłaty honorarium, zgodnie z prawami spadkowymi moimi i moich bratanków. Po trzech miesiącach dostałem z Wydawnictwa Piramida list z przeprosinami i wyjaśnieniami, że nie wiedzieli o rodzinie Mieczysława Opałka żyjącej w Polsce. Po jakimś czasie przesłano mi dwie gazety, na łamach której sprostowano wszystkie nieprawdy o moim ojcu. Oprócz tego zwrócili się do wszystkich, którzy zakupili tę książkę, aby zgłosili się do redakcji wydawnictwa po odnośne sprostowania. Takie sprostowania zostały wklejone na ostatnich stronach w każdej nie sprzedanej książce ojca. Zapłacili też należne tantiemy.

 

To bardzo profesjonalne i rzeczowe podejście Wydawnictwa Piramida do praw autorskich.

B.O.: Zachowali się z pełną kulturą, nawet życzenia świąteczne zawsze na pięknych drukach otrzymywałem..

 

Czy pana dziadek zdradził tajemnicę swych bibliofilskich zainteresowań?

W.O.: Zagłębiając się w jego wspomnienia przeczytałem, że dziadek chodząc do szkoły mijał ulice, na których były antykwariaty i składy bukinistów. Dlatego właśnie to go tak zainteresowało. W Kronice rodzinnej zapisałem: „…od września 1893 roku, został prawdziwym gimnazjalistą w Gimnazjum Franciszka Józefa przy ulicy Batorego. Wówczas otworzył się przed Mieczysławem nowy świat. Kto wie, czy to nie ów przypadkowy w końcu wybór miejsca, codziennej trasy, spowodował „skutki uboczne”, które z czasem stały się solą Jego życia. Ulica Batorego obfitowała w sklepy z używanymi podręcznikami szkolnymi i jak zauważył sam „zainfekowany”, mogła śmiało nosić nazwę ulicy Antykwarzy. Nazwiska, które w późniejszym obcowaniu z książką stały się najmilszym dźwiękiem: Jakub Bodek, Karol Clara, Aron Menkes, Stanisław Kohler, później Gorne, Rubin, Hölzel, Dawid Igel, Zygmunt Igel (ojciec Dawida) przewijały się w ważnych literackich pracach Dziadka Mieczysława z lat późniejszych – Sto trzydzieści lat wśród książek (Lwów 1928), czy sztandarowej - Ze wspomnień bibliofila (Wrocław 1960).

Z tego okresu i zainteresowań przyrodniczych (botanika była przedmiotem ulubionym), pochodzą pierwsze zbiory zielników robionych na potrzeby szkolne, ale też zatliła się pierwsza iskierka kolekcjonerska (choć dosadniej byłoby powiedzieć „manelarska”). Chorobliwe zbieractwo szpargałów „na pamiątkę”, lub pod hasłem „bo to się może kiedyś przydać” obserwuję w naszej rodzinie od niepamiętnych czasów.

Z kolekcjonerskiej pasji zbierania kluczy, kłódek, kółek i przeróżnych papierzysk, zaczęły zapełniać się pierwsze półki zalążka biblioteczki. Dwunastoletni Miecio nie wiedział jeszcze, że oto zakochuje się w zadrukowanych stronnicach na całe życie.

Mój pociąg do książek, tęsknota za nimi i żarliwe pragnienie ich posiadania rozwijały się w łączności z nauką języka polskiego, pod wpływem i działaniem profesora Hahna, który później ujawnił jako wybitny bibliograf wielkie własne zainteresowanie dla świata książki polskiej, owocującej urodzajnie w klimacie natchnień poetów i władców pięknego słowa, we wnikliwych dociekaniach badaczy, w konkluzjach ludzi nauki”- pisał Dziadek w swoiście młodopolskim stylu. Ta fraszka wyjaśnia wybór życiowej drogi i życiowej pasji dziadka:

„…W mundurek gimnazjalny

Przyodzian, żak-jegomość,

Robiłem z mnóstwem książek

Najmilszą mi znajomość.”…

A gdzie wtedy mieszkał?

W.O.: W tamtych młodzieńczych czasach na Placu Smolki. Jako 15-latka zapisano go do Seminarium Nauczycielskiego. W pewnym momencie wyrzucono go ze szkoły. Wcześniej z gimnazjum został „relegowany” za wagary i wstręt do języka greckiego, a później z Seminarium przez – jak sam to określił - pewną lekkomyślność i płochość, a konkretnie „przez powab ócz pewnej Maniusi”, którą przedkładał ponad obowiązkowe zajęcia szkolne. Ale później wrócił. W czasie, kiedy nie chodził do szkoły zajmował się malowaniem obrazów, bo taki jakiś miał wówczas artystyczny okres w swoim życiu. Bardzo dużo czytał, chodził do Ossolineum do biblioteki, zapoznawał się z nowościami literackimi. A w Seminarium Nauczycielskim działały kółka uczniowskie, gdzie zetknął się z ludźmi, którzy interesowali się literaturą i książką. Taki był początek jego literackich zainteresowań. Wtedy też zaczęło się zbieranie książek, które weszło mu w krew na całe życie. Po ukończeniu seminarium, kiedy został nauczycielem, zaczynał być już znany w świecie bibliofilskim i wśród młodych literatów. Pierwsze próby literackie nastąpiły za czasów seminaryjnych, a debiut na łamach Tygodnika Narodowego w listopadzie 1900 roku. W późniejszym czasie zaowocowało to znajomością z Franciszkiem Biesiadeckim i innymi znanymi postaciami kultury Lwowa. Należał też do grona założycieli w 1925 r. Towarzystwa Miłośników Ksiązki we Lwowie, którego był sekretarzem. W jego gremium były takie postaci jak jego pierwszy prezes Jan Kasprowicz, poeta, profesor i rektor uniwersytetu lwowskiego, Jan Parandowski, wspomniany już Franciszek Biesiadecki, który został prezesem Towarzystwa po śmierci prof. Kasprowicza, czy Rudolf Kotula – dyrektor biblioteki Biblioteki Baworowskich.

 

B.O.: Pamiętam pana Biesiadeckiego, kiedy w latach 30-tych odwiedzał rodziców. W domu bywali też inni znani ludzie, jak pan Mękicki, pan Semkowicz – słynny we Lwowie introligator. Ojciec w 1936 r został odznaczony Srebrnym Wawrzynem Polskiej Akademii Literatury, a po wojnie odmówiono mu przyjęcia w poczet członków Związku Literatów Polskich.

 

Wróćmy do pisarstwa Mieczysława Opałka. Poezja towarzyszyła mu przez całe życie, skoro w 1945 roku powstał jakże piękny wiersz, czy realizowane w 1946 r. w Przeworsku spektakle teatralne dla dzieci. Były utwory wierszowane, bajki dla dzieci. Czy kiedykolwiek były opublikowane?

W.O.: Dziadek pisał utwory, które były wykorzystywane podczas uroczystości szkolnych. Były to wiersze patriotyczne, które mogły być wygłoszone przez uczniów z okazji święta 3 Maja, 11 Listopada, rocznicy śmierci Marszałka Piłsudskiego i inne tego rodzaju, jak „Wierszowane abecadło”. Tak więc trudno, by te utwory, znalazły się w bibliografii dziadka.

B.O.: O Marszałku Piłsudskim ojciec pisał dużo. A „Wierszowane abecadło” napisał podczas okupacji niemieckiej. Wtedy nie było przecież żadnych dziecięcych książeczek wydawanych po polsku. „Wierszowane abecadło” zostało wydane w podziemiu, w konspiracyjnej lwowskiej drukarni Kowalskiego.

Jeśli mowa o jego twórczości dla dzieci, to ojciec w Szkole im. Marii Magdaleny rozwinął teatrzyk szkolny i dla niego pisał różne utwory. Między innymi napisał taki utwór „Był cudny dzień 3 Maja”. Występowaliśmy z tym nawet na deskach Teatru Wielkiego we Lwowie. Mnie zwykle przyznawano ważne role jako synowi dyrektora. Grałem tam zwiastuna, który się zjawiał w dworku szlacheckim i opowiadał o uchwaleniu Konstytucji 3 Maja. Było też takie ważne wydarzenie, już niepublikowane, ale ważne. W 1937 roku przyjechał do Lwowa minister oświaty Świętosławski i minister oświaty z Rumunii, profesor Konstanty Angelescu. Nasza szkoła, jako wzorcowa, została wytypowana do wizytacji przez ministrów. Ponieważ ojciec był dyrektorem, to ja zostałem przez niego wyznaczony do ich przywitania. I powitałem ich, najpierw Świętosławskiego w języku ojczystym, a dla tego rumuńskiego ministra napisano mi przemówienie po rumuńsku. Kilka zdań, ale wygłosiłem to po rumuńsku. Ten minister chyba pomyślał, że język polski jest podobny do rumuńskiego, bo na pewno mój rumuński nie był najlepszy, chociaż ten lektor zaznaczył mi wszystkie akcenty. Potem w nagrodę dostałem od kuratora Gadomskiego Trylogię Henryka Sienkiewicza z dedykacją: uczniowi klasy VII Bolesławowi Opałkowi za wygłoszenie pięknego przemówienia. Tylko ta karta z dedykacją została z Trylogii, która przez lata używania rozsypała się.

 

Pana ojciec był ostatnim polskim dyrektorem Szkoły im. Marii Magdaleny we Lwowie?

B.O.: Tak, do początku 1940 roku. W styczniu, może lutym, za okupacji sowieckiej, został zwolniony. Ukrainiec został dyrektorem, ojciec został bez pracy. Bieda w domu była wielka. Sprzedawaliśmy wszystko, co było w domu, meble, dywany, kilimy, żeby w ogóle przeżyć. Z moich osobistych rzeczy sprzedany został zegarek otrzymany na chrzcie i rower. Do 1941 roku byliśmy strasznie wyniszczeni. Po wejściu Niemców, wyjechaliśmy, z mamą i siostrą, do brata, do leśniczówki pod Przeworskiem. Byliśmy kompletnie zrujnowani finansowo, chcieliśmy także podratować nadwątlone zdrowie. Ojciec został we Lwowie, bo pilnował mieszkania i swego skarbu, którym była biblioteka. Tam przeżyłem atak wyrostka robaczkowego. Operacja była skomplikowana, bo doszło do zapalenia otrzewnej, aż siedem tygodni trwał mój pobyt w szpitalu. Pod koniec 1942 roku wróciliśmy do Lwowa.

 

Nie możemy w tej opowieści pominąć pańskich wspomnień lwowskich. Wszak urodził się pan i dorastał we Lwowie!

B.O.: Urodziłem się na Łyczakowie, przy ulicy Piaskowej w 1925 roku. Przez 4 lata, od I do IV klasy, chodziłem do szkoły św. Antoniego, niedaleko domu. Między innymi moim kolegą z klasy był Zbyszek Herbert. Jerzy Ragankiewicz – później znany lekarz w Świeradowie. W tym czasie, w 1934 roku, ojciec został dyrektorem w Szkoły im. Marii Magdaleny. Wcześniej był dyrektorem Szkoły im. Piramowicza. Przystąpił jednak do konkursu na dyrektora Szkoły im. Marii Magdaleny, który wygrał. Po 2-3 miesiącach przeniósł mnie do Szkoły im. Marii Magdaleny. Chodziłem tam przez dwa lata. Z tej szkoły pamiętam więcej kolegów: Leszek Sawicki – geolog, autor książki o poszukiwaniach geologicznych dla Wietnamu, który mieszka we Wrocławiu, Witold Kowalenko, Jerzy Martula, Jan Darlewski, który był wykładowcą na Politechnice Gliwickiej. To były niezapomniane dni… Potem byłem uczniem XII gimnazjum przy ulicy Szumlańskich - Szeptyckich, dwa wejścia tam były. Było to daleko od domu, ale mój starszy brat Wiesław, który był dość niesfornym dzieckiem, w gimnazjach najbliższych naszemu miejscu zamieszkania wyrobił Opałkom dość kiepską opinię. Zresztą dyrektorem XII gimnazjum był przyjaciel ojca, który miał mieć na nas oko, bo w końcu mój niesforny brat też w tym gimnazjum wylądował.

 

Jak się nazywał ten dyrektor?

B.O.: Henryk Hollender. I dyrektor pilnował nas. Ja byłem raczej spokojny, a brat miał różne swoje wyskoki, ale skończył to gimnazjum. Ja do czasu przyjścia Sowietów skończyłem dwie klasy. Gimnazjum zamienione zostało przez sowietów w XVIII szkołę średnią. Później przeniesiono ją do budynku, przy ulicy Kordeckiego. Tam skończyłem szkołę średnią.

 

Proszę opowiedzieć o swojej znajomości ze Zbigniewem Herbertem. To przecież tak ważna postać dla polskiej kultury.

B.O.: Mieszkał na Łyczakowie, chodziliśmy do jednej klasy przez 4 lata, nawet się przyjaźniliśmy, bo on był raczej taki spokojny, podobnie jak ja. Kiedy przenieśli mnie do Szkoły im. Marii Magdaleny, to kontakt się urwał. Nie miał takich zainteresowań typowo chłopięcych, nie był skory do wybryków, był spokojny i stateczny. Mieszkał obok kościółka św. Antoniego przy ul. Małej, a wcześniej przy Łyczakowskiej 55. Tam jest teraz pamiątkowa tablica na tej kamienicy, w której on mieszkał. Odwiedzaliśmy się wzajemnie. Już wtedy myślami błądził po Grecji, wokół starożytności i mitów. Dlatego jego późniejsza twórczość literacka była skierowana na Helladę. Byliśmy też razem w kółku ministrantów założonym przez naszego księdza katechetę Sokołowskiego przy kościele SS Franciszkanek. Oprócz Herberta do tego kółka należał też Szolginia. Często się spotykaliśmy, bo ksiądz taki zwyczaj wprowadził, że dwunastu ministrantów służyło podczas mszy świętej lub nieszporów. Na temat Herberta rozmawiała ze mną pani Joanna Siedlecka, autorka znanej biografii Herberta „Pan od poezji”. Wypożyczyłem jej nasze wspólne zdjęcie z kółka ministrantów przy kościele franciszkanek. Na szczęście zrobiłem sobie kserokopię, bo pani Siedlecka nie zwróciła mi oryginału, mimo zobowiązania, że zwróci je natychmiast. Ale to zdjęcie zamieściła w książce, przytoczyła kilka moich wypowiedzi na temat Herberta i żeby mi wynagrodzić wypożyczenie zdjęcia, napisała pod nim: „Kółko ministrantów przy kościele sióstr franciszkanek we Lwowie. W szóstym rzędzie Zbigniew Herbert, a w drugim rzędzie Bolesław Opałek”. Książki mi nie przysłała, sam sobie ją kupiłem.

 

Pańska mama też pochodziła z Kresów?

B.O.: Była córką Karola Bednarskiego, lwowskiego drukarza. Skończyła konserwatorium muzyczne we Lwowie w klasie fortepianu. Nigdy jednak nie pracowała jako nauczycielka. Wyszła za mąż, dzieci zaczęły przychodzić na świat. Tylko nas w domu uczyła muzyki. Alina i Zbigniew grali doskonale, Ryszard był usprawiedliwiony – miał „przydeptane ucho”. Ja grałem, ale bardzo amatorsko. Chciałem grać, ale mama zaczynała mnie uczyć na podstawach Bajera, Różyckiego i innych tych dawnych nauczycieli. Mnie to nie odpowiadało, bo tam trzeba było zaczynać od żmudnych palcówek, a ja chciałem być wirtuozem fortepianu od zaraz. W końcu zostałem samoukiem i takie utwory jak Warszawianka czy inne patriotyczne melodie, bo takie mnie najbardziej pociągały, umiałem zagrać na fortepianie. Fortepian był w domu do czasów sowieckich. Wtedy trzeba było go sprzedać, żeby były pieniądze na chleb. Dopiero dwa lata temu odnalazłem grób ojca mamy. Bardzo długo nie mogłem go znaleźć. Wcześniej był ogrodzony metalową balustradą, ale zlikwidowano ją albo skradziono i wywieziono na złom. Miejsce zabudowano ukraińskimi grobami i dlatego nie mogłem odnaleźć tej mogiły. Dwa lata temu wszedłem do biura przy wejściu na Cmentarz Łyczakowski, w którym pracowały trzy urzędniczki. Jedna z nich, starsza pani Larisa, kiedy podałem nazwisko, powiedziała: znam pana rodzinę, mam nawet książki pana ojca. A kiedy powiedziałem, że szukam grobu dziadka Bednarskiego, od razu zaprowadziła mnie na jego grób. Przypomniałem sobie wtedy, że przy płycie nagrobnej dziadka była jeszcze druga płyta, na której jest napisane: Aniela z Jezierskich Bednarska. To była matka mojego dziadka, czyli moja prababcia. Karol Bednarski, jak już wspomniałem, był drukarzem, pochodził zresztą z drukarskiej rodziny. Jego brat – Szczęsny Bednarski – był jeszcze bardziej znany w drukarskim świecie, ponieważ był właścicielem drukarni przy lwowskim rynku i przewodniczącym gremium drukarzy we Lwowie oraz redaktorem pisma drukarskiego „Czcionka”. Po prawdzie miał na imię Feliks, ale zmienił imię na Szczęsny. Syn Szczęsnego, Roman Bednarski także został drukarzem.

 

Czy we Lwowie pozostała jakaś panów rodzina?

B.O.: Nie, wszyscy wyjechali. Ja w 1944 roku musiałem po Akcji Burza szybko ze Lwowa uciekać. Od 1943 roku, jak skończyłem 18 lat, byłem w Armii Krajowej. W lipcu 1944 r., jak Sowieci doszli do Lwowa, ujawniliśmy się na rozkaz komendy, i przez te parę dni próbowaliśmy jakąś działalność rozwijać. Krótko to trwało, bo jak przyszły frontowe oddziały NKWD, to natychmiast wszystko zostało zlikwidowane. Ja szybko wyjechałem do mojego brata, do leśniczówki koło Przeworska. Za jakiś czas dotarły tam oddziały lwowskie, idące na pomoc Powstaniu Warszawskiemu. Dołączyliśmy z kolegami i innymi w Grodzisku Dolnym i szliśmy na północ. Za Rudnikiem, zatrzymaliśmy się na nocleg. To był dość duży oddział, około trzystu ludzi, trzy kompanie. Tam zajechała nam drogę kawaleria sowiecka. I skończył się marsz na odsiecz Warszawie. Z tej obławy uszedłem cało, ale za jakiś czas trafiłem do więzienia w Rzeszowie. Ale to już zupełnie inna opowieść.

 

Jak wygląda współczesność rodu Opałków?

B.O.: Opałkowie rozjechali się po różnych miejscach. Brat ojca, Tadeusz, zamieszkał w Krakowie. Był inwalidą wojennym, co uniemożliwiało mu podjęcie pracy. Jego syn – Kazimierz – był profesorem, teoretykiem państwa i prawa, autorem wielu prac naukowych, w pewnym okresie był prorektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zmarł w 1995 r.. Drugi brat ojca – Romuald – zmarł w 1942 r. Lublinie. Jego rodzina wyjechała do Białegostoku. Ale tam Opałków już nie ma, zmarli, także jego synowie i córka. Jeszcze we Lwowie był z nimi luźny kontakt, ponieważ w ramach osadnictwa wojskowego, stryj dostał majątek pod samą granicą. Mieszkał tam z rodziną, a ponieważ zajmował się budownictwem, często wyjeżdżał, a gospodarstwo prowadziła żona. Jego córka już tam się urodziła, a dwaj synowie jeszcze we Lwowie, gdzie skończyli też szkoły średnie. Później jeden studiował w Wyższej Szkole Handlu Zagranicznego, a drugi został w 1941 roku wzięty do wojska sowieckiego. Został wywieziony na Kaukaz. Jak zaczęła się wojna niemiecko-sowiecka, jechał transportem na front. Pociąg został zbombardowany i on tam prawdopodobnie zginął. Jego starszy brat, jak wspomniałem, mieszkał później w Białymstoku i parę lat temu zmarł. Ich siostra była dziennikarką i mieszkała w Warszawie, ale potem przeniosła się także do Białegostoku, gdzie zmarła.

W.O.: Ciotka Alina, siostra ojca, ukończyła szkołę zielarską. Pracowała później u pana Józefa Kusińskiego, który prowadził sklep zielarski, skup ziół, a przy okazji był czynnym działaczem AK we Lwowie.

B.O.: U niego składałem przysięgę w 1943 r.. On był porucznikiem AK, został aresztowany przez Niemców. Był okrutnie maltretowany w więzieniach, paznokcie mu wyrywano. Został potem przez rodzinę wykupiony. Pod jego nazwisko podstawiono jakieś zwłoki i pochowano tego kogoś pod jego nazwiskiem, a jego wykradziono ze szpitala gestapowskiego. Potem mieszkał między innymi w Rzeszowie, gdzie prowadził sklep zielarski, ale i tutaj jeszcze prowadził działalność konspiracyjną. Potem wyjechał do Krakowa, zajmował się cały czas zielarstwem. Potem przejął sklep jego syn

W.O.: Utrzymywał też kontakt z ciotką, która dalej pracowała w zielarstwie. Ciotka nie wyszła za mąż, była z charakteru taką „harcerką”. Całe życie wędrowanie, góry. Często jeździłem z nią na wakacje i to były zawsze takie wakacje gdzieś w chałupach wiejskich, u chłopów, poziomki o świcie, grzyby.

B.O.: Mój ojciec miał nas pięcioro, czterech synów i jedną córkę . Moi bracia i siostra już nie żyją, ale są ich dzieci. Najstarszy brat Zbigniew miał trzech synów, jeden mieszka w Opolu, drugi w Łodzi, a trzeci w Hamburgu. Syn mojego drugiego brata – Ryszarda, mieszka w Nowym Sączu, z dość liczną rodziną, bo jest ich tam dziesięć osób, a jego brat mieszka pod Tarnowem. Wszyscy mają już swoje dzieci i wnuki. Wiesław zmarł w Warszawie bezpotomnie. W sumie w tej chwili ród lwowskich Opałków liczy 32 osoby. Nie mamy jedynie kontaktu z córkami Kazimierza, które wyjechały z Krakowa, prawdopodobnie za granicę. Natomiast jesteśmy w bliskim kontakcie z dziećmi Ryszarda w Nowym Sączu, a także z rodzinami z Łodzi i Hamburga. Wszyscy pojawiają się na rodzinnych zjazdach organizowanych przez poszczególne „gniazda” Opałków.

 

Pan urodził się w Rzeszowie?

W.O.: Tak, w Rzeszowie, w 1951 roku. Na studia wyjechałem do Gdańska w 1970 roku.  Ciekawa sprawa, bo w Gdańsku często „ciągnęło mnie” pod pomnik Jana III Sobieskiego, o którym wiedziałem, że został przeniesiony ze Lwowa, a zainteresowanie łucznictwem ma tę dziwną paralelę, że Lwów to ważne miejsce dla polskiego łucznictwa. W 1931 roku odbyły się tam pierwsze Mistrzostwa Świata oraz powołano do życia Międzynarodową Federację Łuczniczą.

 

Kiedy zaczął się pan interesować tematami kresowymi?

W.O.: Zaczęło się od tego, że razem z bratem znaliśmy wszystkie piosenki lwowskie, których nauczyła nas mama i lwowski „bałak”. Ona do Lwowa przyjechała z Zaleszczyk. Miała we Lwowie wujka, który jej powiedział, że jeśli chce być Lwowianką, to musi znać wszystkie lwowskie piosenki, te batiarskie, uliczne, też. Nie interesowały nas zbytnio w wieku szkolnym sprawy historyczne i dokonania literackie dziadka, bo z tym mieliśmy kontakt co pewien czas, jeżdżąc do niego na wakacje. W końcu w 1974 r. pierwszy kontakt ze Lwowem. Wracając z wczasów na Węgrzech, pojechaliśmy rodzinnie do Lwowa. To był mój pierwszy kontakt ze Lwowem. Wtedy szybko obeszliśmy centrum, katedrę, Cmentarz Łyczakowski, zburzony wówczas jeszcze Cmentarz Orląt. Pamiętam, że duże wrażenie zrobił na mnie kościół św. Elżbiety, pusty, ogołocony ze wszystkiego i te wyjeżdżające z niego ciężarówki. Bo tam był skład mebli. Później jeździłem do Lwowa co rok, bo z racji łuczniczych zainteresowań mieliśmy kontakt z lwowskim klubem łuczniczym z Akademii Medycznej. Wtedy miałem czas, żeby samemu poznać Lwów. Ale wtedy odczułem, że brak mi  historycznego zaplecza, tej wiedzy, którą posiadał dziadek, ojciec. Kiedy pojechaliśmy do Lwowa na zjazd rodzinny, ojciec chciał nam wszystko pokazać. Moi kuzyni nie znali Lwowa, chociaż dwóch urodziło się jeszcze we Lwowie, ale nie byli tam od czasów wojny. I miasto tak nam utkwiło w głowach, że w rozmowach wciąż do niego wracaliśmy. Kuzyn z Łodzi, który jest budowniczym mostów i bardzo interesuje się architekturą, powiedział, że on tam musi jeździć. A ja zacząłem trochę szperać w papierach rodzinnych. Ojciec ma bibliotekę lwowską bardzo bogatą, w związku z tym miałem co czytać. Szybko zorientowałem się, że tak jak ja przespałem dziadka i wiele szczegółów z życia mamy i ojca z tamtych czasów, bo w tej chwili ojciec może już wiele szczegółów nie pamiętać, to moje dzieci nie będą już nic z tej rodzinnej historii wiedziały, nie wspominając o wnukach! Postanowiłem zatem całą wiedzę o Opałkach pozbierać i stworzyć napisać historię rodzinną Opałków.

 

Serdecznie dziękuję Panom za rozmowę

 

 

 

opublikował: administrator
Spis tekstów

Strona 1 z 2  > >>

wrz 27, 2017

Z żalem skończyłem czytać książkę Piotra Tymińskiego „Wołyń bez litości”, choć początkowo bardzo się lękałem tej lektury. Sięgałem po nią z obawami, że opisy wszechobecnej zbrodni ludobójstwa, jaka dokonana została na ludności polskiej na Wołyniu, pogrąży mnie w stany depresyjne. Wszak powieści, tak jak filmy, mają to do siebie, jeśli są oczywiście dobrze napisane, a taką jest powieść Piotra Tymińskiego, że „wciągają” nas – czytelników czy też widzów – w tryby swoistego wehikułu czasu. Bo i cóż z tego, że czytam książkę w Krakowie, w realiach wiosny 2017 roku, jeśli ma dusza umyka co chwilę w czas straszny i okrutny wywoływany na stronach książki przez Piotra Tymińskiego. Żyję już kilkadziesiąt lat i przez ten czas sporo naczytałem się i naoglądałem o zbrodniach, jakie w międzyczasie ludzie sobie zgotowali. Wietnam, Kampucza, Afryka, Ameryka Południowa, Afganistan, Iran i Irak, w końcu Bałkany w Europie a obecnie płonący Bliski Wschód i tląca się Ukraina. Te chyba niezliczone miliony ofiar zbrodni wojennych w jakimś sensie powinny uodpornić mnie i wprowadzać w stan obojętności emocjonalnej. Opisy zbrodni dominują w newsach płynących z różnych zakątków świata każdego dnia. To już codzienność.

opublikował: janusz
wrz 6, 2017
Trochę przypadek spowodował, że na moim biurku pojawiła się książka Joanny Stovrag „Chwila na miłość”. Nie ukrywam, że tytuł – prawie jak w obśmiewanej (chyba niesłusznie, skoro czytelnicy sięgają po tego rodzaju literaturę) serii wydawniczej Harlequin – nie zachęcał mnie do lektury. Spojrzałem na tekst na skrzydełkach okładki… Autorka z Krakowa, to już przykuwa moją uwagę, a dodatkowo pisze o Sarajewie! Takiej książki, gdzie Sarajewo jest bohaterem głównym, pominąć nie mogłem… Autorka, studentka filologii słowiańskiej, wyjechała u schyłku lat 80. XX w. na studia jeszcze do Jugosławii i zakochała się w Sarajewie – sensu stricto ale i sensu largo… Zawrócił jej w głowie piękny Sejo! Nie dziwię się, bo Sarajewo to miasto z duszą, jak nasz Kraków, z którym chciałoby się na dobre i złe… A o pięknie czarujących wschodnią urodą kobiet pisał nie będę, bo co moje Krakowianki na to powiedzą?!
opublikował: janusz
sty 27, 2017
Połowinka nie jest zwykłą książką. Autorka pisała ją emocjami przeplatającymi się z uczuciami do ojca. Jeśli spodziewacie się, że będzie to tylko relacja z nieziemskiej eskapady rowerami na Ural, to się mylicie. Książka Agnieszki Martinki jest wielką lekcją patriotyzmu i historii Polaków, tak boleśnie doświadczonych przez II wojnę światową i jej skutki. Ta książka to hołd złożony ojcu autorki, Zdzisławowi Martince (1927-2007), znanemu lekarzowi z Tomaszowa Lubelskiego, który jako 12-letni chłopak rozpoczął jesienią 1939 r. swą wielką wyprawę, z mapą wyrwaną z atlasu geograficznego. Uciekł z domu i kierował się do Francji, bo chciał dostać się do armii polskiej gen. Władysława Sikorskiego. Wtedy trafił do sowieckiego więzienia w Samborze, a po wojnie, jako partyzant AK, wywieziony został na Ural, do Połowinki, kopalni węgla kamiennego nr 4. Agnieszka pojechała na rowerze jego śladami. Zdążyła pokazać ojcu fotografie z wyprawy, opowiedzieć mu przygody... Nie zdążyła napisać z nim – wspólnie – książki, a taki był plan. Czy rzeczywiście ten plan się nie powiódł? Przekonacie się sami, sięgając po książkę, do czego gorąco zachęcam.
opublikował: janusz
paź 20, 2015

Historia okrutnie obeszła się z Kresami Rzeczypospolitej (zarówno I jak i II) i mieszkającymi tam Polakami. Zło Polakom wyrządzali Rosjanie (tak carscy jak i komunistyczni) ale i Ukraińcy (najboleśniej czujemy dotąd to, co stało się podczas II wojny światowej na Wołyniu). Tego nikt nie może zaprzeczyć. Historia dotkliwie też na tych ziemiach obeszła się z Ukraińcami (Wielki Głód, stalinowskie przesiedlenia). I choć tęsknie spoglądamy w tamtą stronę, gdzie wychowali się nasi dziadkowie i pradziadkowie, a ich ojcowie spoczywają na cmentarzach kresowych miast i wiosek (niezależnie od tego, czy te cmentarze istnieją, czy nie), to zdajemy sobie sprawę z tego, iż czas się nie zatrzymał, a życie nie znosi pustki. Wyrzucono jednych, pojawili się drudzy. Niewielu pozostało tam Polaków, którzy nolens volens włączeni zostali w tworzenie nowej rzeczywistości na Kresach. Karawana zawsze idzie dalej, nie czeka…

opublikował: janusz
lip 14, 2015
Paweł Daniel Zalewski napisał bardzo ciekawą, niektórzy dorzucą piękną, ale dla mnie bardzo ważną książkę. Można zaliczyć ją do kanonu lektur, może nawet obowiązkowych, dotyczących Kresów. Znaczenie książki wiążę z faktem, iż odezwał się kolejny autor wywodzący się z polskich rodzin pozbawionych przez „pojałtański ład pokojowy” swej ojczyzny. Przywiązuję do tego tym większą wagę, że Paweł Zalewski to pokolenie lat 50-tych, dla którego miejscem wspomnień, miejscem pamięci jest i będzie Kraków, gdzie się urodził. „Bez pamięci” – tak zatytułował autor swą opowieść – wiedzie nas bowiem do Lwowa, do Tiumeni – gdzie w czasie II wojny światowej trafiali zesłańcy także ze Lwowa, w końcu na manowce Mongolii… Ale po kolei… Autor wywodzi się z rodu słynnego cukiernika Zalewskiego, którego cukiernia – nie tylko ze względu na walory smakowe oferowanych produktów, ale także wzrokowe, ze względu na słynne wystawy cukierni przy ul Akademickiej – zapamiętana została przez całe pokolenia Lwowiaków.
opublikował: janusz
mar 31, 2015

Tam, gdzie Wanga wszystko przewidziała…

Kiedy pierwszy raz znalazłem się w najmniejszym miasteczku Bułgarii – Melniku, w 1980 r., oprócz paszportu posiadałem specjalny propusk, uprawniający mnie do poruszania się po strefie przygranicznej z Grecją. Melnik tonął w promieniach słońca. Puste uliczki, tajemnicze ścieżki wśród zrujnowanych domów. I wino… Słynne melnickie wino! Najlepiej smakuje w miejscowej mechanie w wydrążonej dla przechowywania beczek z winem, jaskini-piwnicy w stromym zboczu wąwozu. Stożkowate, piaszczyste wzniesienia, słynne melnickie piramidki, to druga atrakcja – geologiczna – tego miejsca. Wędrujemy melnickimi kanionami aż do Rożeńskiego Monastyru. Nie zrobił wówczas większego wrażenia. Ot, zaniedbana budowla, raczej przez nikogo nie odwiedzana, pomalowana na biało, z cerkwią wewnątrz, w której spotkaliśmy nietrzeźwego samotnego zakonnika. Pozwolił nam wszędzie wchodzić, nawet za carskie wrota! Za monastyrem, cerkiew i mogiła rewolucjonisty Jane Sandanskiego (1872-1915), bohatera Macedonii i Bułgarii, który walcząc z uciskiem tureckim, zginął w tej okolicy.

Zjawiłem się tam ponownie po 30 latach. Niby te same domy, ale inny świat! Trudno o miejsca noclegowe. Siermiężna piwnica, w której piłem przed laty wino, dzisiaj jest wytworną regionalną winiarnią. Uliczki i ścieżki wypełnione gwarnymi grupami turystów. Słychać różne języki. Tylko słońce świeci jak przed laty i wino nie zmieniło smaku!


opublikował: janusz
mar 2, 2015

W pogoni za cieniem…

Mój pierwszy świat, jaki zapamiętałem, to Rozwadów, okolice „kamienicy generalskiej” u zbiegu ulic Mickiewicza, Klasztornej i Słowackiego. Zapamiętane podwórka, „błonie” i dla nas wówczas bezkresne łąki, na straży których stał „straszny” pan Gorczyca… To koleżanki i koledzy – Ela i Ania Kułaczówny oraz ich brat Staszek i stryjeczni bracia Zbyszek i Hirek, Ewa i Ala Golikówny oraz ich brat Janek, Zosia Tarczyńska i jej brat Piotr, Aldek Ulanowski, Janek Sudoł, bracia Karczowie, Jacek i Leszek Krakułowie… Muszę też wspomnieć tych starszych, patrzących na nas z góry, ale jak brakowało zawodnika do piłki, albo „żołnierza” do walk na błotne kule, to się przydawaliśmy – Janek Pacholec, Witek Wrzos, Andrzej Ulanowski, Jerzyk Krawczyk, Andrzej Karakuła … To był początek lat 60-tych XX w. Kiedy wspominam tamte czasy, czuję się jakbym odbywał podróż w pogoni za cieniem bezpowrotnie umykającym. Bo przecież zostanie tylko to, co nie tylko opowiemy, ale przede wszystkim zapiszemy…

Świat, jaki zapamiętał z lat dzieciństwa Józef Taler wyglądał nieco inaczej, choć chadzał tymi samymi ścieżkami, co my – tyle, że przed wojną… Mieszkał w tej samej kamienicy co Ulanowscy, Wrzosowie i Golikowie, po sąsiedzku z sądem i kaflarnią. Biegał po łąkach. Jak był już chłopakiem, zaczęto budować kamienicę, w której potem – od 1957 r. – mieszkałem. Jego świat zawalił się 1 września 1939 r. Był Żydem, a jego ojciec, oficer Wojska Polskiego, jako dowódca artylerii bronił kombinatu w Stalowej Woli przed bombami niemieckimi. Jego rodzina cudem przeżyła okupację niemiecką. Po wojnie autor wyjechał z Polski i zamieszkał w USA. On też wybrał się w niebezpieczną podróż, w pogoń za umykającym cieniem…


opublikował: janusz
sty 5, 2015

Gdyby wszystkie biblioteki w Polsce były takie jak ta w Borzęcinie! Nie byłoby pewnie wtedy problemów z czytelnictwem, a książki znikłyby z półek księgarskich w zastraszającym tempie… Ale to utopia i – jak powiadają – marzenie ściętej głowy. A szkoda! Czym się wyróżnia Gminna Biblioteka Publiczna w Borzęcinie od innych? Dbałością o Czytelnika, czytelnictwo a nade wszystko o „borzęcińskie dobro narodowe”, którym jest poeta Józef Baran. W tym roku borzęcińska biblioteka wydała wybór wierszy oraz fragmentów książek swego rodaka „Borzęcin. Poezja i proza Józefa Barana”. „Nasza inicjatywa wpisuje się w pielęgnowany  w wielu europejskich krajach kult małych ojczyzn, który jest dziś szczególnie ważny w postępującej globalizacji  i unifikacji kulturowej” – pisze we wstępie pani Elżbieta Kwaśniewska dyrektorka Gminnej Biblioteki Publicznej w Borzęcinie.

opublikował: janusz
sty 1, 2015

Z Płowdiw – starożytnego Philipopolis założonego przez Filipa Macedońskiego, ojca Aleksandra Wielkiego, krętymi górskimi drogami zmierzamy do Szirokiej Łyki. Pogoda nie sprzyja. Niskie chmury, siąpiący deszcz. Wrześniowe Rodopy odstraszają. Chronią mitycznych tajemnic miast kusić pięknem przyrody, niekończących się dzikich gór i lasów. Ale nie dziwota, wszak tu znajduje się zejście do Hadesu… W Rodopach, na najwyższym szczycie o nazwie Zilmisos miała też być wzniesiona świątynia Dionizosa.

opublikował: janusz
lis 2, 2014

Zawsze marzyłem, by zobaczyć Mierzeję Kurońską i zwiedzić Kłajpedę. Znane portowe miasto, które w marcu 1939 r. szantażem włączone zostało do III Rzeszy… I niewiele brakowało, by to ono stało się zarzewiem wybuchu II wojny światowej, gdyby rządy Anglii, Francji i Polski – poproszone o pomoc przez władze litewskie – zareagowały stanowczo przeciw Niemcom. 24 marca 1939 r. z balkonu teatru, który był ulubionym miejscem Ryszarda Wagnera, defiladę wojsk niemieckich odbierał Adolf Hitler… Jakże naiwny był rząd polski i Polacy, oczekujący pół roku później, w obliczu agresji niemieckiej, pomocy ze strony Francji i Anglii…


opublikował: janusz
paź 17, 2014
„Wyobraź sobie, że jesteś elfem", kiedy doskwiera ci życie, mglisty poranek, deszczowy dzień, praca, za ciemny wieczór… Jesteś elfem i wszystko przetrzymasz, przetrwasz. W takim tonie zaczyna się książka poetycka Agaty Linek „Śpiew delfina", którą dedykowała swemu ojcu. Na okładce informacja o autorce, interesująca fotografia, jakże dziewczęcej pani Agaty. Wpatruję się w jej twarz. Kogo mi przypomina?...
opublikował: janusz
wrz 22, 2014

Lwów i Kresy to dla mnie świątynia Polskości. Tam wykuwała się historia naszej państwowości, potęgi I Rzeczpospolitej. W końcu tam stanął mur, który odgrodził Europę od tureckiego naporu, a w XX w. postawiono barierę przed rozprzestrzenianiem się sowieckiego komunizmu. Także tam wykluwała się w bólu osobowość Ukraińców, która dopiero po 1989 r. zaowocowała powstaniem państwa ukraińskiego. Paradoksem jest, że na ołtarzu wolności Ukrainy złożono daninę krwi bezbronnych Polaków. Rosjanie wywozili naszych rodaków na Syberię, Niemcy na roboty albo do obozów koncentracyjnych, a Ukraińcy mordowali bezlitośnie całe wioski w imię samostijnej Ukrainy. Przeżyli ci, którym cudem udało się schować i uciec. Jednak, czy się to nam podoba, czy nie – wolna Ukraina jest faktem historycznym. Buduje swoją tożsamość z wielkim trudem, w biedzie i znoju, pod pręgieżem, z jednej strony, rodzimej szeroko rozbudowanej przestępczości gospodarczej i nie tylko, a z drugiej pod bacznym okiem wschodniego protektora szachującego sąsiada (sąsiada, nie partnera…) dezynwolturą cenową surowców energetycznych. Państwo ukraińskie szuka swej narodowej tożsamości, bohaterów narodowych wśród postaci, które na swym sumieniu mają ludobójstwo Polaków na Kresach Południowo-Wschodnich – nie tylko na Wołyniu. Ale to jest ich wybór, ich wola. Nie można jednak zmuszać nas, byśmy ten wybór szanowali. Naszym obowiązkiem jest przestrzegać ich przed takimi postaciami. Nie chcą nas słuchać, trudno. Kłamstwo i obłuda… Ukraina jest też naszym sąsiadem. Czy to mało, by interesować się tym państwem, jeździć tam i odkrywać zapomniane światy? Fascynować się odmiennością kulturową, egzotyką, Polakami tam mieszkającymi, wciąż jeszcze autentycznie spragnionymi Polskości (choć już i w ten rejon wkracza komercja, co autor książki, o której tu będzie mowa zauważył dość dobitnie), czy to nie wystarczy, by tam bywać? Odwiedzać wstające z ruin świątynie, nawet te kościoły rzymsko-katolickie zamienione w cerkwie grekokatolickie – w końcu oddychające duchem modlitwy wiernych, czy to mało by w tym procesie towarzyszyć a często i pomagać? Takie są moje Kresy, te miasta jak Lwów, Sambor, Drohobycz czy Żółkiew, że wymienię kilka przychodzących jako pierwsze na myśl.


opublikował: janusz
wrz 12, 2014
Kim była Kaliope? Któż zacz Mnemosyne? Tu rozpoczyna się już intelektualna wspinaczka dla tych, którzy nie „liznęli” choćby „Mitologii” Jana Parandowskiego – kiedyś obowiązkowa lektura w szkole średniej… Błagam, tylko nie pytajcie kto to Parandowski (dla wielu dzisiaj jest tylko dziadkiem Joanny Szczepkowskiej)… Drugi próg wysiłku intelektualnego, do jakiego zmusza autor książki czytelnika, to używanie maksym i sformułowań „w pewnym wymarłym języku, którego nie uczą się już nawet duchowni”… Przypomina mi się spotkanie sprzed lat, podczas którego starli się na łacińskie maksymy dwaj nieżyjący już szermierze: Olgierd Jędrzejczyk – rocznik 1930 rodem ze Słonima i Andrzej Urbańczyk – rocznik 1946 pochodzący z Lublińca… Trwał długo, aż ktoś litościwie poprosił by mieli zrozumienie dla innych… Pojedynek trwałby długo, a pewnie do dziś spierają się na niebieskich bezkresach…
opublikował: janusz
lut 2, 2014

Pierwszy raz o Nikopolis czytałem w popularnej reporterskiej książce Pawła Jasienicy „Słowiański rodowód”. Brukowanymi rzymskimi ulicami tego miasta wędrowałem wiele lat później. Leży ono nieco na uboczu popularnych wakacyjnych szlaków wiodących Polaków na piaszczyste i słoneczne plaże Morza Czarnego. Pierwej więc poznałem uroki Apollonii (Sozopol), Messembrii (Neseber), Odessos (Warna) czy Dionizopolis (Bałczik), nim pielgrzymie drogi zawiodły w okolice Wielkiego Tyrnowa.

opublikował: janusz
gru 8, 2013

Gdzie Smotrycz płynie z wolna…

Aby dojechać do Kamieńca Podolskiego należy przekroczyć kilka granic. Pierwszą jest lęk u wielu przed tym, z czym mogą spotkać się na Kresach, w państwie ukraińskim. Odradzający się w zastraszającym tempie nacjonalizm ukraiński, dziurawe drogi czy wręcz niechęć do Polaków. Kolejne granice, to te istniejące w Krakowcu i Medyce między Polską i Ukrainą, czy geograficzne między Polesiem a Wołyniem, ale i między zlewniami wód do Mórz Bałtyckiego i Czarnego. W końcu granice już nieistniejące – między II Rzeczpospolitą i komunistyczną Rosją oraz I Rzeczpospolitą i Turcją. Wszak od pewnego czasu, od 26 sierpnia 1672 r. do 1699 r., Kamieniec Podolski położony był po „multańskiej stronie”, a po wojnie polsko-sowieckiej, w 1920 r., znalazł się w granicach Rosji sowieckiej.


opublikował: janusz
lis 24, 2013

Nicieja o Atlantydzie

Opowiadano mi kiedyś anegdotę o człowieku, który nie zdążył na ostatni transport z ekspatriantami, kierujący się ku nowej Polsce. Rodzina – żona i dzieci – pojechali. On został i nigdy już nie opuścił Lwowa… Nie mógł? Nie chciał! Podobnie jak prof. Gębarowicz, czy prof. Nikoforowicz. Trwali często wśród szykan, niedostatku, ale we Lwowie. Nie potrafili, a może tak im się tylko wydawało, żyć bez Lwowa.

Kresowa Atlantyda, w zamierzeniu wielotomowa opowieść, pisana jest przez prof. Stanisława S. Nicieję dla nas – zaczadzonych bakcylem kresowym, ale i dla tych wątpiących w istnienie Atlantydy… Dotychczas ukazały się dwa tomy. Pierwszy poświęcony kilku ważnym/najważniejszym (niech czytelnik we własnym sumieniu niepotrzebne słowo skreśli) miastom: Lwowowi (bo jakże by inaczej!), Stanisławowowi, Tarnopolowi, Brzeżanom i Borysławowi. Miasta piękne, ale jakże różne w substancji architektonicznej i intelektualnej. Książki napisane są pięknym i barwnym językiem, jaki coraz częściej gości tylko na kartach książek tak znamienitych pisarzy jak Stanisław Nicieja, Barbara Wachowicz, Aleksandra Ziółkowska-Boehm czy Teresa Siedlar-Kołyszko. Autor postarał się o bogatą szatę ilustracyjną, co znacznie uatrakcyjnia czytanie jego książek. Dzieło zaopatrzył w bogatą bibliografię i – co bardzo ważne – w indeks nazwisk.

opublikował: janusz
paź 31, 2013

Kochany Święty Mikołaju!

Napisaliście już list do św. Mikołaja? Nie – to się pospieszcie, bo grudzień za pasem!

opublikował: janusz
wrz 30, 2012
Kiedy zbliża się jesień i z tęsknotą spoglądam na zdjęcia z wakacji, zawsze przypominają się zapachy, smaki, majaki egzotycznych dźwięków, a w oku łezka tęsknoty za… No właśnie, za czym i za kim… Tego nie zdradzę! Moje wakacyjne serce od lat pozostaje na Kresach i Bałkanach, i nic na to nie poradzę. Pozostają zatem na wieczorne posiady smaki zakorkowane w butelkach, przywiezione z Bałkanów. Bo tam, oprócz gór, morza, słońca, egzotyki i pięknych kobiet, liczą się przecież wino i rakija. Bałkańska kuchnia – grilowane i smażone mięsa, „kiufteta”, kebabczeta”, „sacze” rożnego rodzaju, smażone jarzyny, tłuste bakłażany, do tego frytki z białym serem a przede wszystkim wspaniałe sałatki oparte na surowych warzywach – bez wina czy rakiji? Nie do pomyślenia!
opublikował: janusz
wrz 23, 2012


Dlaczego Pani rodzina nie wyjechała po II wojnie światowej ze Lwowa?

Oczywiście jestem ze Lwowa, ze Słonecznej na Zamarstynowie. Chcieliśmy wyjechać, ale jak to w życiu bywa, wszystko się pokomplikowało. Ojciec, Stanisław Kozłowski, pracował w restauracji. I jak przyszli ruscy, to chcieli, żeby on zajmował się donoszeniem. Twierdzili, że jest między ludźmi, słyszy co mówią, i że taki człowiek by się im przydał. Ojciec się nie zgodził, został aresztowany na parę miesięcy. W końcu zwolnili go, ale pod warunkiem, że podejmie współpracę. Wtedy cała rodzina się zdecydowała na opuszczenie Lwowa, ale ojciec musiał to zrobić natychmiast. We Wrocławiu znalazł pracę i mieszkanie. Mama ze mną i starszą siostrą zostałyśmy we Lwowie. Mama likwidowała mieszkanie, sprzedawała co się dało sprzedać, inne przedmioty rozdawała. Niebezpieczeństwo nie mijało, a nasz wyjazd się wciąż odciągał.
opublikował: janusz
sie 22, 2012
Podczas wielu swoich wędrówek po Kresach, kiedy spotykałem wciąż przecież tam żyjących Polaków, którym przyszło spędzić życie w rodzinnych pieleszach, choć już nie w ukochanej Polsce, mimo uśmiechów, czy nawet radości ze spotkania z rodakami (dla wielu jest to wciąż święto!), w ich oczach dostrzegałem zawsze smutek. Smutek i tęsknotę. Tak było i w tym roku, kiedy w Okopach Świętej Trójcy podeszła do nas wiekowa już kobieta. Oczywiście oczekiwała kilku hriwien jałmużny... To, w państwie ukraińskim, sposób na prze-życie starych ludzi, nie tylko Polaków. Opowiadała pięknym, archaicznym już, polskim języ-kiem, że jest ostatnią we wsi żyjącą Polką. Nazywa się Biela, a jej ojciec pochodził spod My-ślenic. Było im dobrze za Polski, a potem wojna zniszczyła wszystko. Pozostały tylko wspo-mnienia tych ostatnich radosnych dni młodości – lata 1939 r. Lepsze dni już nie przyszły, choć na twarzy pani Bieli uśmiech, bo znowu może kilka zdań po polsku powiedzieć. To w oczach głębia smutku i żalu...
opublikował: janusz
element-23
powered by:marklar-net.pl(external link)
element-24