element-01
element-02
element-04
element-05
element-06
element-07
element-08
element-09
element-11
element-13
element-15
element-17
element-19
element-21
nawigacja: Strona główna » Teksty
wrzesień 22, 2014

Przyjdzie Szczerek i nas zje!


Lwów i Kresy to dla mnie świątynia Polskości. Tam wykuwała się historia naszej państwowości, potęgi I Rzeczpospolitej. W końcu tam stanął mur, który odgrodził Europę od tureckiego naporu, a w XX w. postawiono barierę przed rozprzestrzenianiem się sowieckiego komunizmu. Także tam wykluwała się w bólu osobowość Ukraińców, która dopiero po 1989 r. zaowocowała powstaniem państwa ukraińskiego. Paradoksem jest, że na ołtarzu wolności Ukrainy złożono daninę krwi bezbronnych Polaków. Rosjanie wywozili naszych rodaków na Syberię, Niemcy na roboty albo do obozów koncentracyjnych, a Ukraińcy mordowali bezlitośnie całe wioski w imię samostijnej Ukrainy. Przeżyli ci, którym cudem udało się schować i uciec. Jednak, czy się to nam podoba, czy nie – wolna Ukraina jest faktem historycznym. Buduje swoją tożsamość z wielkim trudem, w biedzie i znoju, pod pręgieżem, z jednej strony, rodzimej szeroko rozbudowanej przestępczości gospodarczej i nie tylko, a z drugiej pod bacznym okiem wschodniego protektora szachującego sąsiada (sąsiada, nie partnera…) dezynwolturą cenową surowców energetycznych. Państwo ukraińskie szuka swej narodowej tożsamości, bohaterów narodowych wśród postaci, które na swym sumieniu mają ludobójstwo Polaków na Kresach Południowo-Wschodnich – nie tylko na Wołyniu. Ale to jest ich wybór, ich wola. Nie można jednak zmuszać nas, byśmy ten wybór szanowali. Naszym obowiązkiem jest przestrzegać ich przed takimi postaciami. Nie chcą nas słuchać, trudno. Kłamstwo i obłuda… Ukraina jest też naszym sąsiadem. Czy to mało, by interesować się tym państwem, jeździć tam i odkrywać zapomniane światy? Fascynować się odmiennością kulturową, egzotyką, Polakami tam mieszkającymi, wciąż jeszcze autentycznie spragnionymi Polskości (choć już i w ten rejon wkracza komercja, co autor książki, o której tu będzie mowa zauważył dość dobitnie), czy to nie wystarczy, by tam bywać? Odwiedzać wstające z ruin świątynie, nawet te kościoły rzymsko-katolickie zamienione w cerkwie grekokatolickie – w końcu oddychające duchem modlitwy wiernych, czy to mało by w tym procesie towarzyszyć a często i pomagać? Takie są moje Kresy, te miasta jak Lwów, Sambor, Drohobycz czy Żółkiew, że wymienię kilka przychodzących jako pierwsze na myśl.

Czytając książkę Ziemowita Szczerka od pierwszych stron przeżywałem swoisty szok. „Przyjdzie Mordor i nas zje czyli tajna historia Słowian” to zbiór opowiadań lub zbeletryzowanych reportaży, które opowiadają o podróżach przedstawicieli „młodej polskiej inteligencji”, poszukujących legendarnej krainy Tolkiena – Mordoru na Ukrainie. Nie mieści mi się bowiem w głowie, że ktokolwiek – z „plecakowcem” włącznie, jedzie do Lwowa, Odessy, Drohobycza tylko po to, by się nachlać gorzały, naćpać miejscową marihuaną i napawać tym, że tam na Ukrainie jest biedniej i gorzej niż u nas! Wydawałoby się, że to absurd! Buntowałem się wewnętrznie brnąc jednak coraz dalej brnąc w książkę. Dałem się zauroczyć sprawnej narracji okraszonej wulgaryzmami tak łatwo wypływjącymi spod klawiatury (chciałem napisać spod pióra…) autora, jego metaforycznemu językowi. Od tej strony to rzeczywiście wspaniała książka, do tego – jak niektórzy już ją zaszufladkowali – pierwsza polska książka wydana w stylu gonzo. Zatem z szansą, że już weszła do historii literatury polskiej choćby tylko z tego względu. I choćby z tego powodu książkę Ziemowita Szczerka warto przeczytać. Styl gonzo jest gatunkiem literackim z pogranicza reportażu i beletrystyki. Autor nie jest beznamiętnym obserwatorem opisywanych wydarzeń, stając się często ich nie tylko uczestnikiem, ale i inicjatorem, odrzucającym przy tym podstawowe zasady dziennikarstwa i etyki.

Zapytałem – pełen niepokoju – znajomych, którzy we Lwowie żyją z turystyki, oprowadzają jako przewodnicy lub wynajmują swe mieszkania coraz liczniej przyjeżdżającym do Lwowa turystom, jak to z nami Polakami w tym Lwowie jest? Mieszkająca w Polsce młoda Lwowianka powołując się na książkę Szczerka mówi mi, że Polacy zachowują się we Lwowie identycznie jak spędzający wieczory kawalerskie Anglicy w Krakowie. Czyli totalny obciach! Nie dowierzam. Piszę do znajomej pracującej w branży turystycznej we Lwowie. W odpowiedzi czytam: Myślę, że to różnie bywa. Młodzież zwiedzająca Lwów grupowo ma swą opiekę, choć nie wiem czym po oprowadzaniu się zajmują. Ale to, że polska młodzież, głównie ze stolicy w wieku 15-18 lat jest rozwydrzona i niewychowana – to potwierdzam… Może inaczej. Polak jedzie na Ukrainę, bo się czuje, jak Anglik w Polsce. (A jednak!...) Wszystko jest taniej, jest cudzoziemcem i ma poczucie wyższości. My nazywamy takiego – było kiedyś takie przysłowie przed wojną – „Anglik z Kołomyji”.

Im dalej czytałem książkę Szczerka, tym większe przerażenie mnie ogarniało! Przypominał mi się każdy kieliszeczek wódki i koniaku wypity we Lwowie, jakieś wędrówki po nowych, pojawiających się urokliwych kawiarniach Lwowa. To ja też miałbym się zmieścić w opisanej kategorii Polaków odwiedzających Kresy? Wspominam swe pierwsze wędrówki po Cmentarzu Łyczakowskim. Zauroczenia pięknem tego miejsca w różnych porach roku, wzruszenia przy wspaniałych pomnikach nagrobnych wielkich, znanych i nieznanych Polaków. Szczerek w opowiadaniu „Kwas” opisuje jeden ze swych pobytów we Lwowie, który zaczynają z Udajem i Kusajem wizytą na Cmentarzu Łyczakowskim. Jeszcze nie wiem po co, ale już bulwersuję się czytając, jak wspinają się na cmentarne zbocze. Mijają ulubiony grobowiec autora, „na którym Jezus wygląda, jakby pryskał gazem pieprzowym prosto w twarze dzieciom, którym (…) pozwolono do niego przychodzić”. Okazało się, że szli na cmentarz powstańców styczniowych, który był „zarośnięty pod pachy. (…) Przedzieraliśmy się przez te krzaczyska jak Indiana Jones przez dżunglę. U końca cmentarza powstańców stało kilka wielkich, magnackich grobowców, zupełnie odciętych od świata, które pod względem gabarytów z powodzeniem mogłyby służyć za letnie domki. I służyły. Na schodach, w lipcowym słoneczku, wygrzewało się kilku żul-punków. Mieli tu wszystko – stół, krzesła, kraty browaru. Powietrze było ciężkie od oleistego, słodkawego zapachu marihuany.” Czytam i dech mi ze zdumienia zapiera! W czasie obrony Lwowa w 1918 r. cmentarz był punktem oporu. Odwiedziłem nawet miejsce, w którym zginął 21 listopada 1918 r. legendarny kilkunastoletni Jurek Bitschan. W czasie II wojny światowej w grobowcach cmentarza ukrywali się przed Niemcami lwowscy Żydzi… Po II wojnie światowej niszczyli cmentarz Rosjanie i Ukraińcy, chowając często w polskich grobowcach swych zmarłych… Zrywali polskie tablice i zakładali swoje, po rosyjsku lub ukraińsku. A żul-punki handlowali tam marihuaną. Zapytani o nią, jeden z nich zatoczył ręką krąg i: „– O wot – powiedział. I faktycznie: kawałek dalej od krzaczorów, przez które się przedzieraliśmy, karnie rosły sobie krzaki marihuany. Z nich również wystawały powstańcze krzyże.” O takiej profanacji miejsca wiecznego spoczynku zmarłych dotąd nie słyszałem!… Miejscowi komuniści – Ukraińcy i Rosjanie – zdewastowali sąsiedni Cmentarz Orląt Lwowskich. Niemal zrównali go z ziemią! Kto wie, czy jeśli byliby konsekwentni i dokładni w wykonywaniu poleceń, polskie Santo Campo we Lwowie udałoby się nam odbudować. Dzięki pamięci historycznej, wystającym zniszczonym potężnym pilastrom, kaplicy cmentarnej i zamienionym w garaże katakumbom, w których spoczywały prochy polskich bohaterów, pamiętano o tym miejscu, o jego historii. I kiedy już miejscowi zgodzili się na renowację tego miejsca, ceną było zbudowanie na Cmentarzu Łyczakowskim pomnika i mauzoleum Ukraińskiej Galicyjskiej Armii z górującym nad nim pomnikiem strzelców siczowych, które upamiętniają ukraińskie ofiary również obrońców Lwowa… Ten pomnik powstał za cenę wielu zniszczonych polskich mogił. Autor w opowiadaniu „Orlęta” pisze: (…) patrzyłem na Archanioła Michała z konkurencyjnego, ukraińskiego cmentarza wojennego. Zbudowanego po to, by równoważył wymowę Orląt. Archanioł stał na wysokim cokole, dupą do Polaków, twarzą i piersią do miasta. Musiałem przyznać, że zgrabnie to załatwili”. Ani słowa o dziesiątkach polskich grobów zniszczonych w tym miejscu bezpowrotnie. Ani pół zdania na temat kontrowersyjnego podpisu upamiętniającego „ukraińskich obrońców Lwowa”, czy faktu zniszczenia cmentarza polskich obrońców Lwowa po II wojnie światowej… Niewiedza? Czy nie pasuje do formy tekstu w stylu gonzo? Za to kpiny z polskich turystów odwiedzających to święte miejsce, z Bogu ducha winnych dzieci żebrzących o kromkę chleba, czy przysłowiową złotówkę.(Hawran, jeden z bohaterów książki mówi do takiego dziecka: „– Spierdalaj”, kiedy podeszło do niego „wycierając brudny nos (…) ze swoim dyj pan, ja Polak”.) To pasuje?!…

Podejmując lekturę książki poszukuję w niej walorów edukacyjnych, czy choćby przyjemności z czytania. Z książki Szczerka właściwie nie dowiedziałem się niczego nowego o Lwowie, Kresach czy Ukrainie. Czegóż jednak można spodziewać się po ludziach – nie tylko młodzieży, ale i powojennych pokoleniach – uczonych mocno ocenzurowanej historii Polski, a dzisiaj prawie pozbawionych edukacji historycznej? Czy warta była praca i poświęcenie autora, by pokazać kompleksy młodych Ukraińców i – nie chciałbym nazywać po imieniu zachowania naszych rodaków, ale nie znajduję innego słowa – chamstwo młodych Polaków? Czy ci młodzi czytelnicy, którzy przeczytają książkę Szczerka, wyciągną z tej książki właściwe wnioski, czy pójdą na Cmentarz Łyczakowski szukać marihuany, a Lwów i Kresy, obecna Ukraina kojarzyć im się będzie z tanią wódą, i zawodami jak upić miejscowego, czy jak go przetrzymać w piciu? Boję się odpowiedzi na te pytania…

Zastanawiam się, czy autor przygotowując książkę do druku, zastanawiał się, kto jest jej adresatem? Ludzie młodzi, czy dojrzałe pokolenie Polaków? Czy przedstawiony czarny obraz Polaków wyjeżdżających na Ukrainę ma szansę się zmienić? Czy wręcz odwrotnie? Pisząc opowiadania, które złożyły się na książkę „Przyjdzie Mordor i nas zje”, autor musiał mieć świadomość, iż kieruje ją do nieprzygotowanego odbiorcy (niewiele wiedzącego o komunizmie sowieckim, Ukrainie i Ukraińcach czy Polakach żyjących na dawnych Kresach etc.), któremu pokazuje w krzywym zwierciadle rewiry Ukraińskości i Polskości, nie tłumacząc właściwie ich genezy.

Jest jednak jeden fragment, pod którym mogę podpisać się obiema rękami. Znajduje się na ostatniej stronie książki w opowiadaniu „Orientalizm”, kiedy autor opuszcza Ukrainę. Pogranicznikowi ukraińskiemu okazuje legitymację prasową i nie musi czekać w kolejce z kawalkadą „mrówek”, a po polskiej stronie udaje się do okienka dla obywateli Unii Europejskiej. „Patrzyłem, jak pogranicznicy w bramce obok , w bramce dla gorszych, dla unternarodów, upokarzają jakiegoś starszego Ukraińca. Był siwy i wysoki, miał elegancko przystrzyżoną bródkę. Mówił, że jest pisarzem i że ma w Krakowie spotkanie autorskie. Mówił to zresztą nienaganną polszczyzną. Polscy pogranicznicy, dwudziestokilkuletnie szczyle, mówili do niego per „ty” i pytali dlaczego nie jedzie promować swojej książki do Kijowa. Zaciskałem pięści i było mi wstyd. Tak bardzo, kurwa, wstyd.” Czy po przeczytaniu książki Szczerka zmieniliby swe podejście do ludzi na granicy? Problem polega jednak na tym, że oni tej książki nie przeczytają, jak i wielu ich rówieśników. Powieść – czy zbeletryzowany reportaż jak pewnie wolałby autor – trafi oczywiście do pewnej ograniczonej grupy młodych osób, przeczytają ją starsi panowie – jak ja – fascynujący się Kresami, tematyką wschodnią. Nam – tym starszym – jej lektura podniesie trochę ciśnienie. Zastanowimy się nad każdym kieliszeczkiem piercowki lub koniaku pitego na Ukrainie „dla zdrowotności” i nadal będziemy chłonąć jej piękno i egzotykę. Czy muszę podawać definicję egzotyki? To nie bieda, nie bród i niechlujstwo, a wszystko to, czego nie spotyka się u nas. Nie jedziemy przecież na Kresy, na Ukrainę, po to, by podnieść się na duchu, bo komuś żyje się gorzej. To absurdalny zarzut! Są na świecie miejsca, gdzie ludzie żyją w nieporównywalnie prymitywniejszych warunkach. Czy jeździmy tam po to, by czuć się krezusami?!

Autor za swego pisarskiego guru uważa Ryszarda Kapuścińskiego. To prawdziwy autorytet dla reporterów, ich duchowy patron i przewodnik. Czytałem chyba wszystkie jego książki i czułem, że autor jest do ich napisania wszechstronnie przygotowany. Spoglądając na „Przyjdzie Mordor i nas zje” można odnieść wrażenie, że autor opisuje tylko taką rzeczywistość, jaką zastał, jadąc na Ukrainę bez żadnego przygotowania! Oczywiście w to nie wierzę, bo nie można mu zarzucić błędów natury merytorycznej. W końcu jest absolwentem prawa oraz studiów podyplomowych z zakresu nauk politycznych, a jako dziennikarz związany jest z popularną platformą internetową Interia.pl oraz pismem „Nowa Europa Wschodnia”. Jest w końcu laureatem Paszportu Polityki właśnie za omawianą książkę. Ale czy Kapuściński zaakceptowałby pokazanie w krzywym zwierciadle rzeczywistości ukraińskiej i naszego, Polaków, doń podejścia? Nie sądzę… Dlatego też odnoszę wrażenie, że książka Szczerka jest elementem, który nie wpłynie pozytywnie na układy między Polakami i Ukraińcami. Może nawet jątrzyć, bo wyolbrzymia, wydaje mi się, marginalne zjawisko, jakim jest zachowanie „Anglików z Kołomyji”. Choć z drugiej strony może być przestrogą, by w kontaktach z ludźmi na Ukrainie – nawet uważanymi za przyjaciół – być delikatnym i nie narażać ich dumy, a raczej nie wzbudzać u nich poczucia niższości, nie wywoływać skrywanych kompleksów. We wspominanym już opowiadaniu „Orientalizm” Szczerek pisze o Ukrainie: „tutaj można było jarać się lokalny hardkorem, jak jaraliśmy się my, biedni, pijani durnie z kalekiego kraju, którzy cieszyli się, że udało im się znaleźć jeszcze większą kalekę od siebie!” W przypływie szczerości, oczywiście przy wódce – jakże by inaczej – opowiedział o tym swemu ukraińskiemu przyjacielowi Tarasowi. Doszło do awantury. Taras wywrzeszczał: „My tu żyjemy, to jest nasza rzeczywistość. My tu mamy swoje lęki, swoje nadzieje. Co więcej, my kurwa, musimy tę rzeczywistość jakoś starać się polubić, żeby nie zwariować. Traktować ją serio. Z całą powagą. Bo innej nie mamy. A ty, mój kurwa, tak zwany polski przyjaciel, mówisz mi, że przez cały czas patrzyłeś na mnie i moich rodaków, na cały mój kraj – jak na małpy w zoo?” Po tej rozmowie telefon Tarasa zamilkł… No – biez wodki nie razbieriosz!

Janusz M. Paluch

Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje czyli tajna historia Słowian, Wydawnictwo Ha!Art, Kraków 2013

 

Tekst ukazał się na łamach miesięcznika AKANT
http://akant.org/aktualny-numer/recenzje/3381-janusz-paluch-przyjdzie-szczerek-i-nas-zje

 

opublikował: janusz
Spis tekstów

Strona 1 z 2  > >>

wrz 27, 2017

Z żalem skończyłem czytać książkę Piotra Tymińskiego „Wołyń bez litości”, choć początkowo bardzo się lękałem tej lektury. Sięgałem po nią z obawami, że opisy wszechobecnej zbrodni ludobójstwa, jaka dokonana została na ludności polskiej na Wołyniu, pogrąży mnie w stany depresyjne. Wszak powieści, tak jak filmy, mają to do siebie, jeśli są oczywiście dobrze napisane, a taką jest powieść Piotra Tymińskiego, że „wciągają” nas – czytelników czy też widzów – w tryby swoistego wehikułu czasu. Bo i cóż z tego, że czytam książkę w Krakowie, w realiach wiosny 2017 roku, jeśli ma dusza umyka co chwilę w czas straszny i okrutny wywoływany na stronach książki przez Piotra Tymińskiego. Żyję już kilkadziesiąt lat i przez ten czas sporo naczytałem się i naoglądałem o zbrodniach, jakie w międzyczasie ludzie sobie zgotowali. Wietnam, Kampucza, Afryka, Ameryka Południowa, Afganistan, Iran i Irak, w końcu Bałkany w Europie a obecnie płonący Bliski Wschód i tląca się Ukraina. Te chyba niezliczone miliony ofiar zbrodni wojennych w jakimś sensie powinny uodpornić mnie i wprowadzać w stan obojętności emocjonalnej. Opisy zbrodni dominują w newsach płynących z różnych zakątków świata każdego dnia. To już codzienność.

opublikował: janusz
wrz 6, 2017
Trochę przypadek spowodował, że na moim biurku pojawiła się książka Joanny Stovrag „Chwila na miłość”. Nie ukrywam, że tytuł – prawie jak w obśmiewanej (chyba niesłusznie, skoro czytelnicy sięgają po tego rodzaju literaturę) serii wydawniczej Harlequin – nie zachęcał mnie do lektury. Spojrzałem na tekst na skrzydełkach okładki… Autorka z Krakowa, to już przykuwa moją uwagę, a dodatkowo pisze o Sarajewie! Takiej książki, gdzie Sarajewo jest bohaterem głównym, pominąć nie mogłem… Autorka, studentka filologii słowiańskiej, wyjechała u schyłku lat 80. XX w. na studia jeszcze do Jugosławii i zakochała się w Sarajewie – sensu stricto ale i sensu largo… Zawrócił jej w głowie piękny Sejo! Nie dziwię się, bo Sarajewo to miasto z duszą, jak nasz Kraków, z którym chciałoby się na dobre i złe… A o pięknie czarujących wschodnią urodą kobiet pisał nie będę, bo co moje Krakowianki na to powiedzą?!
opublikował: janusz
sty 27, 2017
Połowinka nie jest zwykłą książką. Autorka pisała ją emocjami przeplatającymi się z uczuciami do ojca. Jeśli spodziewacie się, że będzie to tylko relacja z nieziemskiej eskapady rowerami na Ural, to się mylicie. Książka Agnieszki Martinki jest wielką lekcją patriotyzmu i historii Polaków, tak boleśnie doświadczonych przez II wojnę światową i jej skutki. Ta książka to hołd złożony ojcu autorki, Zdzisławowi Martince (1927-2007), znanemu lekarzowi z Tomaszowa Lubelskiego, który jako 12-letni chłopak rozpoczął jesienią 1939 r. swą wielką wyprawę, z mapą wyrwaną z atlasu geograficznego. Uciekł z domu i kierował się do Francji, bo chciał dostać się do armii polskiej gen. Władysława Sikorskiego. Wtedy trafił do sowieckiego więzienia w Samborze, a po wojnie, jako partyzant AK, wywieziony został na Ural, do Połowinki, kopalni węgla kamiennego nr 4. Agnieszka pojechała na rowerze jego śladami. Zdążyła pokazać ojcu fotografie z wyprawy, opowiedzieć mu przygody... Nie zdążyła napisać z nim – wspólnie – książki, a taki był plan. Czy rzeczywiście ten plan się nie powiódł? Przekonacie się sami, sięgając po książkę, do czego gorąco zachęcam.
opublikował: janusz
paź 20, 2015

Historia okrutnie obeszła się z Kresami Rzeczypospolitej (zarówno I jak i II) i mieszkającymi tam Polakami. Zło Polakom wyrządzali Rosjanie (tak carscy jak i komunistyczni) ale i Ukraińcy (najboleśniej czujemy dotąd to, co stało się podczas II wojny światowej na Wołyniu). Tego nikt nie może zaprzeczyć. Historia dotkliwie też na tych ziemiach obeszła się z Ukraińcami (Wielki Głód, stalinowskie przesiedlenia). I choć tęsknie spoglądamy w tamtą stronę, gdzie wychowali się nasi dziadkowie i pradziadkowie, a ich ojcowie spoczywają na cmentarzach kresowych miast i wiosek (niezależnie od tego, czy te cmentarze istnieją, czy nie), to zdajemy sobie sprawę z tego, iż czas się nie zatrzymał, a życie nie znosi pustki. Wyrzucono jednych, pojawili się drudzy. Niewielu pozostało tam Polaków, którzy nolens volens włączeni zostali w tworzenie nowej rzeczywistości na Kresach. Karawana zawsze idzie dalej, nie czeka…

opublikował: janusz
lip 14, 2015
Paweł Daniel Zalewski napisał bardzo ciekawą, niektórzy dorzucą piękną, ale dla mnie bardzo ważną książkę. Można zaliczyć ją do kanonu lektur, może nawet obowiązkowych, dotyczących Kresów. Znaczenie książki wiążę z faktem, iż odezwał się kolejny autor wywodzący się z polskich rodzin pozbawionych przez „pojałtański ład pokojowy” swej ojczyzny. Przywiązuję do tego tym większą wagę, że Paweł Zalewski to pokolenie lat 50-tych, dla którego miejscem wspomnień, miejscem pamięci jest i będzie Kraków, gdzie się urodził. „Bez pamięci” – tak zatytułował autor swą opowieść – wiedzie nas bowiem do Lwowa, do Tiumeni – gdzie w czasie II wojny światowej trafiali zesłańcy także ze Lwowa, w końcu na manowce Mongolii… Ale po kolei… Autor wywodzi się z rodu słynnego cukiernika Zalewskiego, którego cukiernia – nie tylko ze względu na walory smakowe oferowanych produktów, ale także wzrokowe, ze względu na słynne wystawy cukierni przy ul Akademickiej – zapamiętana została przez całe pokolenia Lwowiaków.
opublikował: janusz
mar 31, 2015

Tam, gdzie Wanga wszystko przewidziała…

Kiedy pierwszy raz znalazłem się w najmniejszym miasteczku Bułgarii – Melniku, w 1980 r., oprócz paszportu posiadałem specjalny propusk, uprawniający mnie do poruszania się po strefie przygranicznej z Grecją. Melnik tonął w promieniach słońca. Puste uliczki, tajemnicze ścieżki wśród zrujnowanych domów. I wino… Słynne melnickie wino! Najlepiej smakuje w miejscowej mechanie w wydrążonej dla przechowywania beczek z winem, jaskini-piwnicy w stromym zboczu wąwozu. Stożkowate, piaszczyste wzniesienia, słynne melnickie piramidki, to druga atrakcja – geologiczna – tego miejsca. Wędrujemy melnickimi kanionami aż do Rożeńskiego Monastyru. Nie zrobił wówczas większego wrażenia. Ot, zaniedbana budowla, raczej przez nikogo nie odwiedzana, pomalowana na biało, z cerkwią wewnątrz, w której spotkaliśmy nietrzeźwego samotnego zakonnika. Pozwolił nam wszędzie wchodzić, nawet za carskie wrota! Za monastyrem, cerkiew i mogiła rewolucjonisty Jane Sandanskiego (1872-1915), bohatera Macedonii i Bułgarii, który walcząc z uciskiem tureckim, zginął w tej okolicy.

Zjawiłem się tam ponownie po 30 latach. Niby te same domy, ale inny świat! Trudno o miejsca noclegowe. Siermiężna piwnica, w której piłem przed laty wino, dzisiaj jest wytworną regionalną winiarnią. Uliczki i ścieżki wypełnione gwarnymi grupami turystów. Słychać różne języki. Tylko słońce świeci jak przed laty i wino nie zmieniło smaku!


opublikował: janusz
mar 2, 2015

W pogoni za cieniem…

Mój pierwszy świat, jaki zapamiętałem, to Rozwadów, okolice „kamienicy generalskiej” u zbiegu ulic Mickiewicza, Klasztornej i Słowackiego. Zapamiętane podwórka, „błonie” i dla nas wówczas bezkresne łąki, na straży których stał „straszny” pan Gorczyca… To koleżanki i koledzy – Ela i Ania Kułaczówny oraz ich brat Staszek i stryjeczni bracia Zbyszek i Hirek, Ewa i Ala Golikówny oraz ich brat Janek, Zosia Tarczyńska i jej brat Piotr, Aldek Ulanowski, Janek Sudoł, bracia Karczowie, Jacek i Leszek Krakułowie… Muszę też wspomnieć tych starszych, patrzących na nas z góry, ale jak brakowało zawodnika do piłki, albo „żołnierza” do walk na błotne kule, to się przydawaliśmy – Janek Pacholec, Witek Wrzos, Andrzej Ulanowski, Jerzyk Krawczyk, Andrzej Karakuła … To był początek lat 60-tych XX w. Kiedy wspominam tamte czasy, czuję się jakbym odbywał podróż w pogoni za cieniem bezpowrotnie umykającym. Bo przecież zostanie tylko to, co nie tylko opowiemy, ale przede wszystkim zapiszemy…

Świat, jaki zapamiętał z lat dzieciństwa Józef Taler wyglądał nieco inaczej, choć chadzał tymi samymi ścieżkami, co my – tyle, że przed wojną… Mieszkał w tej samej kamienicy co Ulanowscy, Wrzosowie i Golikowie, po sąsiedzku z sądem i kaflarnią. Biegał po łąkach. Jak był już chłopakiem, zaczęto budować kamienicę, w której potem – od 1957 r. – mieszkałem. Jego świat zawalił się 1 września 1939 r. Był Żydem, a jego ojciec, oficer Wojska Polskiego, jako dowódca artylerii bronił kombinatu w Stalowej Woli przed bombami niemieckimi. Jego rodzina cudem przeżyła okupację niemiecką. Po wojnie autor wyjechał z Polski i zamieszkał w USA. On też wybrał się w niebezpieczną podróż, w pogoń za umykającym cieniem…


opublikował: janusz
sty 5, 2015

Gdyby wszystkie biblioteki w Polsce były takie jak ta w Borzęcinie! Nie byłoby pewnie wtedy problemów z czytelnictwem, a książki znikłyby z półek księgarskich w zastraszającym tempie… Ale to utopia i – jak powiadają – marzenie ściętej głowy. A szkoda! Czym się wyróżnia Gminna Biblioteka Publiczna w Borzęcinie od innych? Dbałością o Czytelnika, czytelnictwo a nade wszystko o „borzęcińskie dobro narodowe”, którym jest poeta Józef Baran. W tym roku borzęcińska biblioteka wydała wybór wierszy oraz fragmentów książek swego rodaka „Borzęcin. Poezja i proza Józefa Barana”. „Nasza inicjatywa wpisuje się w pielęgnowany  w wielu europejskich krajach kult małych ojczyzn, który jest dziś szczególnie ważny w postępującej globalizacji  i unifikacji kulturowej” – pisze we wstępie pani Elżbieta Kwaśniewska dyrektorka Gminnej Biblioteki Publicznej w Borzęcinie.

opublikował: janusz
sty 1, 2015

Z Płowdiw – starożytnego Philipopolis założonego przez Filipa Macedońskiego, ojca Aleksandra Wielkiego, krętymi górskimi drogami zmierzamy do Szirokiej Łyki. Pogoda nie sprzyja. Niskie chmury, siąpiący deszcz. Wrześniowe Rodopy odstraszają. Chronią mitycznych tajemnic miast kusić pięknem przyrody, niekończących się dzikich gór i lasów. Ale nie dziwota, wszak tu znajduje się zejście do Hadesu… W Rodopach, na najwyższym szczycie o nazwie Zilmisos miała też być wzniesiona świątynia Dionizosa.

opublikował: janusz
lis 2, 2014

Zawsze marzyłem, by zobaczyć Mierzeję Kurońską i zwiedzić Kłajpedę. Znane portowe miasto, które w marcu 1939 r. szantażem włączone zostało do III Rzeszy… I niewiele brakowało, by to ono stało się zarzewiem wybuchu II wojny światowej, gdyby rządy Anglii, Francji i Polski – poproszone o pomoc przez władze litewskie – zareagowały stanowczo przeciw Niemcom. 24 marca 1939 r. z balkonu teatru, który był ulubionym miejscem Ryszarda Wagnera, defiladę wojsk niemieckich odbierał Adolf Hitler… Jakże naiwny był rząd polski i Polacy, oczekujący pół roku później, w obliczu agresji niemieckiej, pomocy ze strony Francji i Anglii…


opublikował: janusz
paź 17, 2014
„Wyobraź sobie, że jesteś elfem", kiedy doskwiera ci życie, mglisty poranek, deszczowy dzień, praca, za ciemny wieczór… Jesteś elfem i wszystko przetrzymasz, przetrwasz. W takim tonie zaczyna się książka poetycka Agaty Linek „Śpiew delfina", którą dedykowała swemu ojcu. Na okładce informacja o autorce, interesująca fotografia, jakże dziewczęcej pani Agaty. Wpatruję się w jej twarz. Kogo mi przypomina?...
opublikował: janusz
wrz 22, 2014

Lwów i Kresy to dla mnie świątynia Polskości. Tam wykuwała się historia naszej państwowości, potęgi I Rzeczpospolitej. W końcu tam stanął mur, który odgrodził Europę od tureckiego naporu, a w XX w. postawiono barierę przed rozprzestrzenianiem się sowieckiego komunizmu. Także tam wykluwała się w bólu osobowość Ukraińców, która dopiero po 1989 r. zaowocowała powstaniem państwa ukraińskiego. Paradoksem jest, że na ołtarzu wolności Ukrainy złożono daninę krwi bezbronnych Polaków. Rosjanie wywozili naszych rodaków na Syberię, Niemcy na roboty albo do obozów koncentracyjnych, a Ukraińcy mordowali bezlitośnie całe wioski w imię samostijnej Ukrainy. Przeżyli ci, którym cudem udało się schować i uciec. Jednak, czy się to nam podoba, czy nie – wolna Ukraina jest faktem historycznym. Buduje swoją tożsamość z wielkim trudem, w biedzie i znoju, pod pręgieżem, z jednej strony, rodzimej szeroko rozbudowanej przestępczości gospodarczej i nie tylko, a z drugiej pod bacznym okiem wschodniego protektora szachującego sąsiada (sąsiada, nie partnera…) dezynwolturą cenową surowców energetycznych. Państwo ukraińskie szuka swej narodowej tożsamości, bohaterów narodowych wśród postaci, które na swym sumieniu mają ludobójstwo Polaków na Kresach Południowo-Wschodnich – nie tylko na Wołyniu. Ale to jest ich wybór, ich wola. Nie można jednak zmuszać nas, byśmy ten wybór szanowali. Naszym obowiązkiem jest przestrzegać ich przed takimi postaciami. Nie chcą nas słuchać, trudno. Kłamstwo i obłuda… Ukraina jest też naszym sąsiadem. Czy to mało, by interesować się tym państwem, jeździć tam i odkrywać zapomniane światy? Fascynować się odmiennością kulturową, egzotyką, Polakami tam mieszkającymi, wciąż jeszcze autentycznie spragnionymi Polskości (choć już i w ten rejon wkracza komercja, co autor książki, o której tu będzie mowa zauważył dość dobitnie), czy to nie wystarczy, by tam bywać? Odwiedzać wstające z ruin świątynie, nawet te kościoły rzymsko-katolickie zamienione w cerkwie grekokatolickie – w końcu oddychające duchem modlitwy wiernych, czy to mało by w tym procesie towarzyszyć a często i pomagać? Takie są moje Kresy, te miasta jak Lwów, Sambor, Drohobycz czy Żółkiew, że wymienię kilka przychodzących jako pierwsze na myśl.


opublikował: janusz
wrz 12, 2014
Kim była Kaliope? Któż zacz Mnemosyne? Tu rozpoczyna się już intelektualna wspinaczka dla tych, którzy nie „liznęli” choćby „Mitologii” Jana Parandowskiego – kiedyś obowiązkowa lektura w szkole średniej… Błagam, tylko nie pytajcie kto to Parandowski (dla wielu dzisiaj jest tylko dziadkiem Joanny Szczepkowskiej)… Drugi próg wysiłku intelektualnego, do jakiego zmusza autor książki czytelnika, to używanie maksym i sformułowań „w pewnym wymarłym języku, którego nie uczą się już nawet duchowni”… Przypomina mi się spotkanie sprzed lat, podczas którego starli się na łacińskie maksymy dwaj nieżyjący już szermierze: Olgierd Jędrzejczyk – rocznik 1930 rodem ze Słonima i Andrzej Urbańczyk – rocznik 1946 pochodzący z Lublińca… Trwał długo, aż ktoś litościwie poprosił by mieli zrozumienie dla innych… Pojedynek trwałby długo, a pewnie do dziś spierają się na niebieskich bezkresach…
opublikował: janusz
lut 2, 2014

Pierwszy raz o Nikopolis czytałem w popularnej reporterskiej książce Pawła Jasienicy „Słowiański rodowód”. Brukowanymi rzymskimi ulicami tego miasta wędrowałem wiele lat później. Leży ono nieco na uboczu popularnych wakacyjnych szlaków wiodących Polaków na piaszczyste i słoneczne plaże Morza Czarnego. Pierwej więc poznałem uroki Apollonii (Sozopol), Messembrii (Neseber), Odessos (Warna) czy Dionizopolis (Bałczik), nim pielgrzymie drogi zawiodły w okolice Wielkiego Tyrnowa.

opublikował: janusz
gru 8, 2013

Gdzie Smotrycz płynie z wolna…

Aby dojechać do Kamieńca Podolskiego należy przekroczyć kilka granic. Pierwszą jest lęk u wielu przed tym, z czym mogą spotkać się na Kresach, w państwie ukraińskim. Odradzający się w zastraszającym tempie nacjonalizm ukraiński, dziurawe drogi czy wręcz niechęć do Polaków. Kolejne granice, to te istniejące w Krakowcu i Medyce między Polską i Ukrainą, czy geograficzne między Polesiem a Wołyniem, ale i między zlewniami wód do Mórz Bałtyckiego i Czarnego. W końcu granice już nieistniejące – między II Rzeczpospolitą i komunistyczną Rosją oraz I Rzeczpospolitą i Turcją. Wszak od pewnego czasu, od 26 sierpnia 1672 r. do 1699 r., Kamieniec Podolski położony był po „multańskiej stronie”, a po wojnie polsko-sowieckiej, w 1920 r., znalazł się w granicach Rosji sowieckiej.


opublikował: janusz
lis 24, 2013

Nicieja o Atlantydzie

Opowiadano mi kiedyś anegdotę o człowieku, który nie zdążył na ostatni transport z ekspatriantami, kierujący się ku nowej Polsce. Rodzina – żona i dzieci – pojechali. On został i nigdy już nie opuścił Lwowa… Nie mógł? Nie chciał! Podobnie jak prof. Gębarowicz, czy prof. Nikoforowicz. Trwali często wśród szykan, niedostatku, ale we Lwowie. Nie potrafili, a może tak im się tylko wydawało, żyć bez Lwowa.

Kresowa Atlantyda, w zamierzeniu wielotomowa opowieść, pisana jest przez prof. Stanisława S. Nicieję dla nas – zaczadzonych bakcylem kresowym, ale i dla tych wątpiących w istnienie Atlantydy… Dotychczas ukazały się dwa tomy. Pierwszy poświęcony kilku ważnym/najważniejszym (niech czytelnik we własnym sumieniu niepotrzebne słowo skreśli) miastom: Lwowowi (bo jakże by inaczej!), Stanisławowowi, Tarnopolowi, Brzeżanom i Borysławowi. Miasta piękne, ale jakże różne w substancji architektonicznej i intelektualnej. Książki napisane są pięknym i barwnym językiem, jaki coraz częściej gości tylko na kartach książek tak znamienitych pisarzy jak Stanisław Nicieja, Barbara Wachowicz, Aleksandra Ziółkowska-Boehm czy Teresa Siedlar-Kołyszko. Autor postarał się o bogatą szatę ilustracyjną, co znacznie uatrakcyjnia czytanie jego książek. Dzieło zaopatrzył w bogatą bibliografię i – co bardzo ważne – w indeks nazwisk.

opublikował: janusz
paź 31, 2013

Kochany Święty Mikołaju!

Napisaliście już list do św. Mikołaja? Nie – to się pospieszcie, bo grudzień za pasem!

opublikował: janusz
wrz 30, 2012
Kiedy zbliża się jesień i z tęsknotą spoglądam na zdjęcia z wakacji, zawsze przypominają się zapachy, smaki, majaki egzotycznych dźwięków, a w oku łezka tęsknoty za… No właśnie, za czym i za kim… Tego nie zdradzę! Moje wakacyjne serce od lat pozostaje na Kresach i Bałkanach, i nic na to nie poradzę. Pozostają zatem na wieczorne posiady smaki zakorkowane w butelkach, przywiezione z Bałkanów. Bo tam, oprócz gór, morza, słońca, egzotyki i pięknych kobiet, liczą się przecież wino i rakija. Bałkańska kuchnia – grilowane i smażone mięsa, „kiufteta”, kebabczeta”, „sacze” rożnego rodzaju, smażone jarzyny, tłuste bakłażany, do tego frytki z białym serem a przede wszystkim wspaniałe sałatki oparte na surowych warzywach – bez wina czy rakiji? Nie do pomyślenia!
opublikował: janusz
wrz 23, 2012


Dlaczego Pani rodzina nie wyjechała po II wojnie światowej ze Lwowa?

Oczywiście jestem ze Lwowa, ze Słonecznej na Zamarstynowie. Chcieliśmy wyjechać, ale jak to w życiu bywa, wszystko się pokomplikowało. Ojciec, Stanisław Kozłowski, pracował w restauracji. I jak przyszli ruscy, to chcieli, żeby on zajmował się donoszeniem. Twierdzili, że jest między ludźmi, słyszy co mówią, i że taki człowiek by się im przydał. Ojciec się nie zgodził, został aresztowany na parę miesięcy. W końcu zwolnili go, ale pod warunkiem, że podejmie współpracę. Wtedy cała rodzina się zdecydowała na opuszczenie Lwowa, ale ojciec musiał to zrobić natychmiast. We Wrocławiu znalazł pracę i mieszkanie. Mama ze mną i starszą siostrą zostałyśmy we Lwowie. Mama likwidowała mieszkanie, sprzedawała co się dało sprzedać, inne przedmioty rozdawała. Niebezpieczeństwo nie mijało, a nasz wyjazd się wciąż odciągał.
opublikował: janusz
sie 22, 2012
Podczas wielu swoich wędrówek po Kresach, kiedy spotykałem wciąż przecież tam żyjących Polaków, którym przyszło spędzić życie w rodzinnych pieleszach, choć już nie w ukochanej Polsce, mimo uśmiechów, czy nawet radości ze spotkania z rodakami (dla wielu jest to wciąż święto!), w ich oczach dostrzegałem zawsze smutek. Smutek i tęsknotę. Tak było i w tym roku, kiedy w Okopach Świętej Trójcy podeszła do nas wiekowa już kobieta. Oczywiście oczekiwała kilku hriwien jałmużny... To, w państwie ukraińskim, sposób na prze-życie starych ludzi, nie tylko Polaków. Opowiadała pięknym, archaicznym już, polskim języ-kiem, że jest ostatnią we wsi żyjącą Polką. Nazywa się Biela, a jej ojciec pochodził spod My-ślenic. Było im dobrze za Polski, a potem wojna zniszczyła wszystko. Pozostały tylko wspo-mnienia tych ostatnich radosnych dni młodości – lata 1939 r. Lepsze dni już nie przyszły, choć na twarzy pani Bieli uśmiech, bo znowu może kilka zdań po polsku powiedzieć. To w oczach głębia smutku i żalu...
opublikował: janusz
element-23
powered by:marklar-net.pl(external link)
element-24