element-01
element-02
element-04
element-05
element-06
element-07
element-08
element-09
element-11
element-13
element-15
element-17
element-19
element-21
nawigacja: Strona główna » Aktualności
październik 17, 2014

ZARYS HISTORII BADAŃ NAD PREHISTORIĄ REJONU ROZWADOWA.


27 czerwca 2014 r. w Muzeum Regionalnym w Stalowej Woli odbyła się uroczysta konferencja naukowa poświęcona poświęcona dziejom Rozwadowa, a dedykowana ks. prof. Wilhelmowi Gaj-Piotrowskiemu z okazji 90-tych urodzin. Wśród wielu znamienitych prelegentów - prof. Andrzej Ciołkosz, prof. Kazimierz Kuczman, ks. prof. Bogdan Stanaszek, Piotr Garbacz, Anna Garanty, Marek A. Stańkowski - znalazło się także moje wystąpienie poświęcone badaniom archeologicznym w Rozwadowie i okolicach na przestrzeni XIX i XX w. Wśród publiczności, która licznie zawitała do muzeum, miałem przyjemość i zaszczyt spotkać wielu swych znajomych z czasów szkolnych. Wśród obecnych była znana rozwadowska polonistka, nauczycielka - co się zowie! - Pani Stanisława Paterek. Chciałem podziękować Jej za to, że pracowała nade mną przez kilka dobrych lat w Szkole Podstawowej w Rozwadowie. Fakt, iż spotkaliśmy się przy takiej okazji świadczy, iż nie była to całkiem nadaremna praca. Ponieważ nie uczyniłem tego podczas konferencji - stres i trema, czynię to w tym miejscu, z nadzieją, że słowa mych podziękowań dotrą do mojej Pani Profesor!
Poniżej zamieszczam tekst swego wystąpienia, które będzie znacznie różniło się od wersji drukowanej.

ZARYS HISTORII BADAŃ NAD PREHISTORIĄ REJONU ROZWADOWA.

W kontekście dzisiejszego spotkania przypomniał mi się stary dowcip o archeologach z serii o Jasiu:

Mamusia mówi do Jasia:

– Jasiu zaprowadź panów archeologów do miejsca skąd przynosisz te stare pieniążki.

– Nie mogę dzisiaj mamusiu zaprowadzić panów archeologów w to miejsce – mówi Jasio.

– Dlaczego? – pyta zdziwiona mama.

– Bo dzisiaj muzeum jest zamknięte…

Moje wystąpienie nie będzie miało charakteru referatu naukowego. Proszę o potraktowanie go jako pogawędki podstarzałego człowieka, który nolens volens musiał stanąć przed Państwem, zabierając głos i cenny przecież czas. A stało się to za przyczyną próśb, gróźb, w końcu szantażu. Gdybym dzisiaj nie wystąpił z tą opowieścią, straciłbym coś bardzo ważnego i bezcennego. Skarb! Coś, czego nigdy nie dałoby się odbudować i odzyskać. Tym skarbem jest przyjaźń księdza profesora budowana na płaszczyźnie regionalizmu rozwadowskiego przez bardzo długie lata! Dlatego też proszę o wyrozumiałość dla różnych moich uchybień, jeśli podczas tego wystąpienia się przytrafią.

Efektem współpracy z księdzem profesorem jest fakt ukończenia przeze mnie archeologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Gorzej było z ciągiem dalszym, bo wciągnęły mnie mniej przyziemne problemy niż archeologia. Jaka tego przyczyna? Bardzo prozaiczna. Archeologia obraca się wokół kultury materialnej, uważałem wówczas, iż jest nauką odhumanizowaną, choć jej badaniami objęte są przecież kulturowe wytwory człowieka. Stąd też moje zamiłowania do dziennikarstwa, publicystyki, animacji kulturalnej – a od wielu lat jestem pracownikiem zarządzającym instytucją kultury. Natomiast moją pasją – niewybaczalną przez Księdza Profesora – są dawne Kresy Rzeczpospolitej, ich dzieje i współczesność. I mówiąc szczerze, nie potrafię sobie wybaczyć, że tak późno dostrzegłem i zająłem się problematyką kresową. Dorastałem przecież w Rozwadowie zasiedlonym ekspatriantami, ludźmi z Kresów, którzy zaledwie kilka lat przed moim przyjściem na świat zamieszkali w Rozwadowie. Dość wymienić doktorstwo Szanków, państwa Kuligowskich – moich sąsiadów zza ściany, państwa Dominików – słynna rozwadowska cukiernia, Lauterbachów, Kolbuszewskich, Maszkowskich i Kucajów mieszkających przez lata w klasztorze, Woźniackich – znany w Rozwadowie sklep z warzywami, Gregów – pamiętam starszego pana prowadzącego kiosk na Rynku, Grabowskich, Moskalów, czy pana Geparda – rozwadowski księgarz i wielu innych… Myślę, że stalowowolskie muzeum mogłoby dogłębniej przebadać problem ekspatriantów w Rozwadowie, choć w wielu przypadkach jest już za późno…

Wróćmy jednak do archeologii, bowiem rozwijając wątek kresowy mogę się tylko jeszcze bardziej narazić dostojnemu jubilatowi…

Muszę w tym miejscu wspomnieć kilka wspólnych archeologicznych wypraw rowerowych.

  • Jedna z nich powiodła nas za Jastkowice… W miejscu zwanym Łunniki, na piaszczystych wydmach natrafiliśmy na drobne wiórki krzemienne i fragmenty naczyń ceramicznych. Dołączył wtedy do nas miejscowy chłopiec, któremu ksiądz naopowiadał, że w tym miejscu mogła być jakaś prehistoryczna osada lub cmentarzysko. Chłopak bardzo się rozgadał, poniosła go nagle wyobraźnia, i to bardzo! Powiedział, że ma w domu nóż krzemienny, który znalazł w polu. Oczywiście pojechaliśmy do jego domu. Rodzice byli zadziwieni i wyśmiali nie tylko jego ale chyba i nas także…
  • Inna eskapada zawiodła nas do Dąbrowy Rzeczyckiej, gdzie za torami wśród łąk, na tzw. Turkach, rozciągały się dwie wydmy. Miejscowi traktowali te miejsca jako piaskownie. Znaleźliśmy tam sporo fragmentów ceramiki, którą bezbłędnie ksiądz profesor zakwalifikował do kultury łużyckiej. Pragnę zwrócić uwagę na nazewnictwa miejsc, w obrębie których znajdowały się stanowiska archeologiczne: Łunniki, Turki i wiele innych. Onomastyka miejscowości i pól, mogłaby być kolejnym wyzwaniem dla naszego stalowowolskiego muzeum…

Gdy przypominam sobie nasze wyprawy, nie mogę oprzeć się stwierdzeniu, że ponosiła nas wtedy wyobraźnia! Ja jestem usprawiedliwiony. Byłem uczniem szkoły podstawowej. Gorzej z usprawiedliwieniem dla dojrzałego już naukowca… Choć z drugiej strony, gdyby nie ta wyobraźnia i pasja księdza profesora, dostojnego jubilata, trwająca do dzisiaj, nie byłoby tak wspaniałych osiągnięć naukowych, tylu interesujących książek! W końcu, kto wie, czy w tym miejscu świętowalibyśmy jubileusz ks. prof. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego, czy w ogóle w Stalowej Woli istniałoby muzeum?

Efektem m.in. naszych eskapad są dwa opracowania, które należy tu przytoczyć: artykuł panów Sławomira Sałacińskiego i Marka Zalewskiego „Materiały z odkryć przypadkowych z epoki kamienia znalezione w okolicach Stalowej Woli, woj. tarnobrzeskie” oraz tekst Grażyny Dmochowskiej „Materiały z odkryć przypadkowych z epoki brązu, wczesnej epoki żelaza i średniowiecza znalezione w okolicach Stalowej Woli, woj. tarnobrzeskie”, zamieszczone w 1984 r. na łamach „Wiadomości Archeologicznych”. Zidentyfikowane przez Księdza Profesora stanowiska w Agatówce, Dąbrowie Rzeczyckiej, Jastkowicach, Przyszowie, Rzeczycy Długiej, Woli Rzeczyckiej datowane na czas mezolitu – kultury ludów zbieracko-łowieckich i neolitu – kultury ludów rolniczych, świadczą o dość wczesnych śladach osadnictwa na terenie okolic Rozwadowa. Środowisko naturalne nad Dolnym Sanem sprzyjało łowiectwu i zbieractwu. Kultury rolnicze raczej nie miały w tym rejonie sprzyjających dla rozwoju warunków. Gleby raczej ubogie, zarośnięte lasami. Dlatego też rolnicze kultury w naszej okolicy spotykamy najwcześniej na lessach nadwiślańskich w okolicach Sandomierza. Trudno powiedzieć bez przeprowadzonych stacjonarnych badań archeologicznych, dlaczego mezolityczne narzędzia krzemienne występują na tutejszych stanowiskach przemieszane z materiałami neolitycznymi – zresztą dość ubogimi. Wydaje mi się, że człowiek tamtej epoki, podobnie do nas, chętnie przejmował wszelkie nowinki technologiczne, każde rozwiązanie ułatwiające mu życie, pracę w gospodarstwie. Zresztą drobne narzędzia krzemienne spotykane są jeszcze u ludności z kultur wczesnej epoki brązu. Ale przecież na Bałkanach można spotkać jeszcze XIX-wieczne narzędzia z drewna z nabitymi krzemiennymi odłupkami.

  • Któregoś dnia – już nie rowerami, a autobusem wybraliśmy się do Sandomierza. Celem wyprawy był m.in. kościół św. Jakuba, w którym w średniowieczu Tatarzy wymordowali dominikanów. U tamtejszego kościelnego ksiądz kupił wówczas ludzką czaszkę ze śladami uszkodzenia od grotu strzały…
  • Była też wyprawa do Turbii i Obojny, gdzie z jednego z dębów Jagiełły wyjęliśmy spory kowalski gwóźdź. Dębu już nie ma, a gwóźdź spoczywa gdzieś w moich szpargałach
  • W końcu wyprawa w lasy za Pysznicą. Tam przeprowadzaliśmy ankiety dotyczące kultury duchowej, a po drodze odwiedziliśmy stanowisko archeologiczne w Pysznicy, które w tym czasie było eksplorowane przez archeologów.

To olbrzymie i jakże interesujące cmentarzysko ciałopalne kultury łużyckiej opracował i opisał prof. Sylwester Czopek w książce „Pysznica pow. Stalowa Wola, stanowisko 1 – cmentarzysko ciałopalne z przełomu epok brązu i żelaza” (Wydawnictwo Uniwersytetu Rzeszowskiego, Rzeszów 2012). Ale zanim to cmentarzysko zostało odkryte podczas budowy drogi łączącej Stalową Wolę z Pysznicą, na nadsańskiej skarpie ponad miejscem zwanym „Zimna Woda”, w 1969 r. dokonano innego odkrycia. Penetrujący korzystne dla prehistorycznego osadnictwa miejsca w okolicach Rozwadowa i Stalowej Woli, ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski, natrafił na fragmenty ceramiki, rozcieraczy kamiennych oraz polepy, które mogłyby wskazywać na istnienie w tym miejscu osady ludności kultury łużyckiej grupy tarnobrzeskiej. Ceramika datuje to stanowisko na II fazę rozwojową tej grupy, tj. na okres 1700-1300 p. n.e.

Mówiąc o badaniach nad kulturą łużycką na tym terenie, a głównie nad grupą tarnobrzeską tej kultury, nie można pominąć tak ważnej postaci jak nieżyjący już dr Kazimierz Moskwa. Prowadził badania wykopaliskowe oraz powierzchniowe na terenie całej Polski południowo-wschodniej, ale coraz bardziej zawężał krąg swych zainteresowań do obszaru nad Dolnym Sanem, obszaru zakreślonego zasięgiem zabytków charakterystycznych dla ludności grupy tarnobrzeskiej kultury łużyckiej. To bardzo ciekawa grupa kulturowa, z jednej strony z typowymi dla kultury łużyckiej formami ceramicznymi, zwyczajami pogrzebowymi. Z drugiej strony w schyłkowej fazie rozwoju z wyraźnymi wpływami scytyjskimi. Dość wspomnieć o scytyjskich grocikach trójgraniastych czy kolczykach gwoździowatych, na jakie natrafiono także i w okolicach Rozwadowa (Charzewice, Obojna, Ulanów). Zachodzi nawet domniemanie o przemieszaniu napływowej nomadycznej ludności scytyjskiej z miejscową rolniczą ludnością kultury łużyckiej. A może doszło na tym terenie do podbicia i uzależnienia przez Scytów rolniczej ludności grupy tarnobrzeskiej, która była zmuszona do dostarczania Scytom produktów rolniczych? Myślę, że ten problem długo jeszcze będzie czekał na wyjaśnienie. Kazimierz Moskwa pozostawił po sobie ważne opracowanie, książkę zatytułowaną „Kultura łużycka w południowo-wschodniej Polsce”. To on dokonał pierwszej klasyfikacji tak charakterystycznej formy ceramicznej jaką dla grupy tarnobrzeskiej jest tzw. „waza nadsańska”. Musimy jednak mieć świadomość, jak ważną rolę dla stworzenia takiej syntezy spełnili regionaliści, strażnicy tego najważniejszego dziedzictwa kulturowego jakim są zabytki prehistoryczne, a wśród nich ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski. Warto w tym miejscu wspomnieć choćby o dwóch innych regionalistach, znajomych księdza profesora, których wiedza jakże wzbogacała badania prowadzone przez dostojnego jubilata. Nauczyciel Wzorek z Brandwicy, który opowiadał – kiedy go odwiedziliśmy – o odkryciu popielnicy na wzgórzu przypominającym kurhan pod Ulanowem, w czasach kiedy był tam nauczycielem. Urna z tego grobu zachowała się doskonale, niemal w całości. Nigdy nie trafiła do muzeum. Kilka razy zmieniała właścicieli. Wzorek jednak nie zabiegał o ty, by ją przejąć do swej kolekcji. Bowiem każdy kolejny jej posiadacz w krótkim czasie umierał… Nie potrafił powiedzieć, co się z tym zabytkiem stało. Może ponownie została zakopana w ziemi wraz z klątwą prześladującą kolekcjonerów zafascynowanych prehistorią? Nieocenioną wiedzą z każdej interesującej księdza profesora dziedziny służył kompan wielu regionalnych ekspedycji Władysław Wermiński – leśnik i społeczny konserwator zabytków.

W kontekście Rozwadowa czy nawet jego okolic trudno mówić o większych sensacjach archeologicznych. Mówi się powszechnie, że drugiego Biskupina już nie odkryjemy… Przez te lata jednak niejedno stanowisko archeologiczne na miarę Biskupina zostało na ziemiach polskich odkryte przez archeologów. Nie było jednak atmosfery politycznej przychylnej archeologii, by takie odkrycia wykorzystywać dla potrzeb politycznych, ideologicznych. Trzeba pamiętać, iż w czasie odkrywania Biskupina, tak przed jak i po II wojnie światowej, trwał spór o prasłowiańskość kultur epoki brązu – kultury łużyckiej i pomorskiej. Przed wojną archeologia była na służbie niemieckich nacjonalistów – dość wspomnieć spór między prof. Józefem Kostrzewskim a Bolko von Richthofenem dotyczący etnicznej przynależności kultury łużyckiej i pomorskiej. Po wojnie władze PRL przychylnie spoglądały na prace archeologów udowadniające prasłowiańskość kultur epoki brązu, szczególnie jeśli była mowa o terenach tzw. Ziem odzyskanych. Warto jednak nadmienić, że i drugi „Biskupin” zbudowano… Mam na myśli tzw. „Troję Północy”, czyli Skansen Archeologiczny w Trzcinicy koło Jasła, w którym prezentowane są rekonstrukcje budowli zarówno z wczesnej epoki brązu jak i wczesnego średniowiecza. A propos prof. Józefa Kostrzewskiego – w czasie wojny Niemcy po wkroczeniu do Poznania chcieli go natychmiast aresztować. Uratowała go ucieczka przed wkraczającymi na ziemie polskie agresorami. Warto wiedzieć, że czasie okupacji prof. Józef Kostrzewski ukrywał się m.in. w Zarzeczu koło Niska, w folwarku Klemensówka…

Wracając jednak do naszego rozwadowskiego tematu…

Miejscową sensacją archeologiczną mogłoby być odkrycie, jakiego dokonano w 1932 r., związane z grotem żelaznym z zadziorami, gdyby na miejscu była szansa przeprowadzenia choćby ratowniczych badań archeologicznych. Tymczasem w literaturze przedmiotu nie ma nawet opisu dokładnej lokalizacji ani kontekstu tego znaleziska. Jedyna relacja sporządzona została po latach przez ks. prof. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego. Jest to opowieść naocznych świadków odkrycia – rozwadowskich kowali – braci Jana i Hieronima Pietruszyńskich. Do znaleziska miało dojść w miejscu, w którym założona została słynna w Rozwadowie pasieka Pietruszyńskich, podczas plantowania terenu. Było konieczne ze względu na trzy niewielkie wyniosłości, które odkrywcy zinterpretowali po czasie jako niewątpliwe pozostałości kurhanów. Podczas prac natrafiono na ciałopalne groby zawierające gliniane naczynia wypełnione kośćmi, które się nie zachowały w żadnej postaci oraz przedmioty wykonane z żelaza, a to sześć grotów włóczni oraz ostroga i spinka do pasa. W centrum kurhanu, na skrzyżowanych drzewcach włóczni postawiona miała być urna zawierająca spalone kości. Miały też zachować się w glebie pozostałości skrzyżowanych drzewców. To właśnie na drzewce miały najpierw natrafić łopaty Pietruszyńskich. Jak zanotował ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski, kurhany miały 3 m średnicy. Tyle opowieść kowali rozwadowskich… Analizując relację Pietruszyńskich zapisaną wiele lat po fakcie znalezienia interesujących nas zabytków trzeba wziąć poprawkę na działanie rozbudzanej latami wyobraźni… Z literatury znamy dwa groty oszczepu i jeden dzirytu, oraz informacje o ostrodze o krótkim grubym kolcu i sprzączce do pasa, które nie zachowały się.

Zachowane tylko częściowo znaleziska – groty oszczepów i dzirytu – trafiły do regionalnego muzeum „Bojkiwszczyna” w Samborze za pośrednictwem dyrektora szkoły w Rzeczycy Długiej niejakiego Sawczyna. W Samborze zetknął się z nimi prehistoryk Marcjan Śmiszko, który podczas prac konserwatorskich odkrył na powierzchni grotu dzirytu inkrustowane srebrem ozdoby i znaki. Czy miały one znaczenie magiczne, religijne, a może były znakami własnościowymi wojownika, czy dowódcy? Od tego jednak momentu rozpoczyna się „kariera” rozwadowskiego grotu. Wymieniany jest we wszystkich najważniejszych publikacjach dotyczących prehistorii Polski. (Nadolski A. Kilka uwag o inkrustowanych grotach oszczepów z późnego okresu rzymskiego, Silesia Antiqua, t. 2, Wrocław 1950, s. 220-240) Okazuje się, że Pietruszyńscy nie przekazali Sawczynowi wszystkich znalezisk. Jeden ze znalezionych grotów przechowali i po latach przekazali do zbiorów ks. Gaja-Piotrowskiego. Wraz z innymi zabytkowymi przedmiotami rzymski grot z Rozwadowa za pośrednictwem ks. Profesora trafił do rozwadowskiego muzeum. Można go oglądać na stałej ekspozycji w naszym muzeum:

  • Jest żelazny grot oszczepu z żeberkiem wzdłuż ostrza i krótką okrągłą tulejką długość 19 cm, (typ X wg Kaczanowskiego, Faza B1b – C1a (połowa I  – początek III w. po Chr.) Muzeum Regionalne w Stalowej Woli, nr inw. MRS/A/322)

Poświęćmy teraz uwagę zabytkom, z którymi zetknął się w Samborze Marcjan Śmiszko:

1) Żelazny grot oszczepu w kształcie liścia wierzbowego z ostrym żeberkiem wzdłuż ostrza i krótką okrągłą tulejką. W dolnej części tulejki niewielki otwór na nit przytwierdzający ostrze do drzewca. Długość 274 mm, szerokość 35 mm.

2) Żelazny grot oszczepu w kształcie wierzbowego liścia posiadający ostre żeberko, nieco smuklejszy od wcześniej opisanego. Długość 265 mm, szerokość 28 mm.

3) I w końcu ten najważniejszy: Żelazny grot dzirytu o jednym zadziorze uszkodzonym. Grot posiada długą tulejkę w dolnej części okrągłą, wyżej czworograniastą o wklęsłych bokach. Ostrze jest krótkie, przedłużone ku dołowi przez dwa boczne skrzydełka o równo ściętych końcach. Grot został zniszczony przez rdzę i pozbawiony jest niemal całkowicie jednego skrzydełka. Powierzchnia ostrza, tulejki i skrzydełek pokryta była zdobieniami inkrustowanymi srebrem. Długość ostrza 240 mm.

Jak już wspomniałem, ten trzeci grot okazał się prawdziwą sensacją archeologiczną, choć dopiero po zabiegach konserwatorskich Śmiszki. Do rzadkości należały na naszych ziemiach znaleziska w postaci grotów oszczepów czy dzirytów posiadające zdobnictwa, nie wspominając o napisach. Miejscowo inkrustacja została zniszczona przez ogień, co spowodowało wytopienie się srebra. Pozostały jednak ślady zdobnictwa w postaci rowków. Oznaczałoby to, że grot musiał zetknąć się z ogniem podczas ceremonii spalania zwłok. Rowki zostały prawdopodobnie wytrawione w metalu kwasami. Marcjan Śmiszko odkrywca znajdujących się na grocie znaków podzielił je na trzy grupy:

  • Ornament geometryczny – są to równoległe linijki poziome rozmieszczone po trzy w czterech grupach na dolnej części okrągłej tulejki.
  • Znaki symboliczne – umieszczone na obydwu skrzydełkach i ostrzu grotu, ozdoba widełkowata z haczykiem u podstawy występuje aż 6 razy, oraz znak esowaty i znak będący kombinacją podłużnej linii i połowy swastyki.
  • I ten najbardziej inspirującey badaczy – o czym dzisiaj jeszcze usłyszymy: Znaki runiczne – umieszczone na prawym skrzydełku, na najbardziej zniszczonej przez rdzę i ogień stronie ostrza. Część napisu runicznego jest zupełnie zniszczona. Marcjan Śmiszko odczytał te znaki jako pięć zgłosek w następującym porządku: KRLUS. Stwierdza też, że występowanie trzech spółgłosek KRL może sugerować błędne odczytanie napisu, albo napis umieszczony został z błędem. Można domniemywać też błędne odczytanie spółgłoski K, która znajdowała się w mocno zniszczonej strefie zabytku. Trudno też powiedzieć, co napis oznaczał, skoro nie ma możliwości pełnego go odczytania. Przez analogie do innych podobnych zabytków pochodzących z tego okresu można przypuszczać, iż na rozwadowskim grocie także znajdowało się imię jego właściciela. Takie groty z napisami runicznymi znalezione zostały w Suszczynie koło Kowla – imię właściciela grotu brzmiało Tilarids, oraz w Münchenbergu koło Frankfurtu nad Odrą – imię właściciela brzmiało Raninga. Czy uda się w końcu rozszyfrować napis na grocie pochodzącym z Rozwadowa?

Marcjan Śmiszko datuje ciałopalny pochówek z Rozwadowa, na podstawie metalowych zabytków na okres kultury przeworskiej (zwaną też wandalską) na III w. n.e., a współcześnie datowanie zostało uściślone na okres od B-2 (druga faza okresu rzymskiego) po C-1 (późny kres rzymski i wczesna faza okresu wędrówek ludów), mieszczący się między 100-200 r. n.e. (Prahistoria Ziem Polskich, t. V. Późny okres lateński i okres rzymski, pod. red. Jerzego Wielowiejskiego, Wrocław 1981, s. 52, 85). Pewnie nigdy już nie dowiemy się do kogo należał rozwadowski grób ciałopalny, czy należał do wojownika? Zwykłego woja, a może ważnego dostojnika? Czy zmarł śmiercią naturalną, a może zginął w potyczce z miejscowymi rabusiami? W końcu, czy pochówek rzeczywiście miał charakter kurhanowy?

Grób ciałopalny z Rozwadowa nie jest jedynym znaleziskiem pochodzącym z okresu wpływów rzymskich w tej okolicy. Należy wspomnieć znaleziska pochodzące z nieodległych Kopek, Zarzecza, czy w końcu słynny miecz z Rzeczycy Długiej inkrustowany wizerunkiem legionowego orła i bogini Victorii. Mogą to być oczywiście ślady militarnych przemieszczeń się ludów podbijających Rzym, ale także ślady kupców wędrujących z towarami na północ i wracającymi na południe z bursztynem. Bez wątpienia potwierdzają to znaleziska monet rzymskich w obrębie interesującego nas rejonu, które opisane zostały w osobnym artykule przez naszego dostojnego jubilata.

Na koniec dwa słowa o znaleziskach z okresu wczesnego średniowiecza. Ten okres chyba do tej pory nie jest na naszym terenie dobrze rozeznany. Wymienić jednak trzeba odkrytą osadę z wczesnego średniowiecza w Turbii badaną przez prof. Rudolfa Jamkę i Nisku.

Dziękując państwu za uwagę raz jeszcze pragnę podkreślić wagę i znaczenie tego, co dla naszego regionu dokonał ks. Prof. Wilhelm Gaj Piotrowski. Chyląc czoło przed dokonaniami naszego dostojnego jubilata, raz jeszcze życzę wszystkiego co najlepsze w roku tak wspaniałego jubileuszu! Ad multos annos Księże Profesorze!

opublikował: janusz
Spis aktualności

Strona 1 z 3  > >>

cze 27, 2021
Kto mieszka w Krakowie na pewno zna Dębniki. W sobotę, choć w ramach służbowych obowiązków, to z przyjemnością udałem się do dworku przy ul. Powroźniczej 2 do Biblioteki Kraków. Odbywał się tam Piknik Literacki, który zakłócała kapryśna pogoda. Nie ukrywała zmartwienia Paulina Knapik-Lizak , która napracowała się nad tym piknikiem. Ale czy prawdziwych czytelników może cokolwiek zniechęcić do ukochanej biblioteki i uroków książki? To niemożliwe!
opublikował: janusz
kwi 10, 2021
Odszedł Przyjaciel...










Stanisław Dziedzic (1953-2021)
opublikował: janusz
mar 14, 2021

Pandemia… Czas zsypać głowę popiołem… Wszak co jutro przyniesie, nie wiemy! Bać się – strach! Nie bać – jeszcze gorzej! No cóż, jak trwoga, to do Beresia! Witolda oczywiście… W niedawno wydanej książce Zaraza. Lekcja nieprzerobiona, do napisania której inspiracją był wszechpanujący covid 19, opisał przypadek zaraza. By dokonać dogłębnej analizy, zamknął się z dziesięciorgiem dostojnych mieszkańców Krakowa – w domyśle ekspertów także od zarazy – w przytulnej i dobrze zaopatrzonej nie tylko w smakołyki kuchenne (a jakże!) austerii. Lektura książki daje wskazówki, co jeść, co pić i jak żyć, by przetrwać pandemię. Wśród szacownych deliberantów zabrakło jasnowidza, który byłby w stanie przewidzieć, kiedy ta zaraza się skończy. Kiedy będziemy mogli odetchnąć z ulgą, porzucając lęk przed codziennością, strząsając z siebie chaos narzucany zewsząd przez decydentów i biurokratów, otrząsnąć się ze stanu apatii w jaki wprowadzają nas w każdej godzinie politykierzy, podpisać rozejm w walkach z „wiatrakami” i zacząć zwykłe, normalne życie jakie zawieszono nam na kołku wiosną 2020 roku… Choć nie do końca zabrakło, bo szaty pytii przybrał autor książki. W Osobistym post scriptum, niemal w ostatnim zdaniu, pisząc perspektywicznie o chwili, w której będziemy myśleć, że zły czas się skończył, wieszczy – pamiętaj: to świństwo wróci, bo tkwi ono w naszych duszach. To my swoja pazernością, łapczywością, chciwością – sami je prowokujemy. (…) nie ciesz się zatem. Zaraza wróci. Jeszcze większa, jeszcze potężniejsza, jeszcze bardziej ostateczna! Ech… Lepiej nie pytajcie Beresia, jak żyć…

Janusz M. Paluch

Witold Bereś, Zaraza. Lekcja nieprzerobiona, Wydawnictwo Austeria, Kraków 2020

opublikował: janusz
lut 26, 2021
Na łamach Nowego Dziennika ukazującego się w Nowym Jorku, 6 lutego 2021 roku, ukazała się rozmowa ze mną przeprowadzona praez panią Aleksandrę Ziółkowską-Boehm. Zapraszam do lektury. Poniżej prezentuję tekst, a jeśli ktoś chciałby przeczytać w oryginale, podaję link do Nowego Dziennika:
http://dziennik.com/publicystyka/kultura/kresy-zawsze-wazne/
Z Januszem M. Paluchem rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Długie lata generalnie nie można było pisać o Kresach. Pierwsza „odwilż kresowa” to rok 1980. Co powinno się zrobić, o czym pisać, by upływający czas nie wymazał z naszej świadomości tematyki wciąż tak ważnej?

– Rok 1980 był prawdziwym karnawałem wolności. Pod znakiem „Solidarności” można było mówić i pisać otwarcie o Kresach, ich polskości, Polakach tam wciąż przecież żyjących. Ta prawie bezcenzuralna wolność nie trwała jednak długo. Po stanie wojennym o Kresach można było czytać w wydawnictwach ukazujących się konspiracyjnie, publikowanych na emigracji i potajemnie przemycanych do PRL-u. Prawdziwą odwilżą dla tematyki kresowej było jednak ukazanie się nakładem Wydawnictwa Ossolineum w 1988 roku książki prof. Stanisława S. Niciei „Cmentarz Łyczakowski”. Później przyszedł rok 1989, zlikwidowano cenzurę i z czasem nastąpił prawdziwy wysyp książek o tematyce kresowej.

Historie Kresowian zawsze zostaną „otwartą, niezagojoną raną”. Pani, jako autorka wspaniałej przecież książki „Lepszy dzień nie przyszedł już”, poświęconej Ormianom i Kresom, wie o tym najlepiej. Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o pani książce o „innych kresach” – Otwarta rana Ameryki. Wprawdzie inna szerokość geograficzna, inna kultura – ale ból ten sam…


opublikował: janusz
sty 20, 2021

Sokolim piórem o „Ronicie”…

Kiedy rozwadowski „Sokół”, dzisiaj Rozwadowski Dom Kultury Sokół w Stalowej Woli, mógłby w końcu po kapitalnym remoncie otworzyć swe podwoje i rozpocząć działalność, na przeszkodzie stanęła pandemia… Ale i tę pokona nieugięta Maria Rehorowska, która doprowadziła przecież wbrew wszelkim przeciwnościom do obecnego stanu ten niedawno – wszyscy mówili – nadający się do rozbiórki budynek.

Ten charakterystyczny dla Rozwadowa budynek, stojący vis a vis Sądu, nieopodal Szkoły Podstawowej im. Jana III Sobieskiego, powstał w 1906 roku z inicjatywy Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Choć „rozwadowskie sokoły” zerwały się dość późno do lotu, to jednak udało im się wnieść znaczący wkład do skarbnicy polskiego patriotyzmu. A „Sokół” był swoistym centrum kultury i sportu w Rozwadowie. Sala gimnastyczna – najważniejsza dla realizacji celów statutowych Towarzystwa i dominująca w budynku – była wielofunkcyjna – sala kinowa (kto wie, czy nie tam właśnie wyświetlono pierwszy film w Rozwadowie), sala teatralna, spotkań społeczności Rozwadowa, w końcu sala balowa. Był chyba trzy razy remontowany. Po raz pierwszy, w okresie II Rzeczypospolitej, dość późno po zniszczeniach I wojny światowej, kiedy właściwie – w 1936 roku – dokończono też jego budowę – został otynkowany, na frontonie umieszczono rzeźbę sokoła w locie będącego symbolem Towarzystwa, a w północnym styku ścian wbudowano rzeźbę Matki Boskiej Różańcowej. Kolejny kapitalny remont budynek przeszedł w latach1962-64, kiedy pieczę nad budynkiem przejęła Spółdzielnia Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie. Wówczas, w tylnej, południowo-wschodniej części budynku, dobudowano pomieszczenie magazynowe i kotłownię centralnego ogrzewania, położono nową instalację elektryczną, parkiety na podłogach. Ostatni remont, prowadzony był w latach 2017-2020 już przez samorządowe władze Stalowej Woli. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, iż w 1974 roku Rozwadów został włączony do miasta Stalowa  Wola, stracił samodzielność i prawa miejskie, został zwykłą peryferyjną dzielnicą, i przez dziesięciolecia traktowany był przez władze Stalowej Woli jak „piąte koło u wozu”. Ile lat musiało minąć, by władze samorządowe Stalowej Woli dały się przekonać o zabytkowych walorach „miasteczka galicyjskiego”! Ile lat musiał zabiegać ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski (1924-2017), by w Stalowej Woli, na bazie jego zbiorów etnograficznych, archeologicznych i historycznych powstało w końcu Regionalne Muzeum w Stalowej Woli, którym dzisiaj władze miasta się przecież szczycą! Szkoda, że nikt nie znalazł zrozumienia dla pomysłu – zainicjowanego nawet założeniem przez ks. prof. Gaja-Piotrowskiego stowarzyszenia– odbudowania budynku ratusza miejskiego, który mógłby przecież pełnić zadania administracji publicznej.

opublikował: janusz
gru 19, 2020

W czas Bożego Narodzenia...

Czekaliśmy z utęsknieniem na święta Bożego Narodzenia. Adwent… Więc poandrzejkowa cisza, spokój… Pamiętam, że na religii kazali robić jakieś lampiony, z którymi mieliśmy chodzić na roraty na szóstą rano… Szczęściem w domu nie było fundamentalizmu religijnego, choć z drugiej strony przecież wczesne wstawanie nie jest złe, nikomu nie zaszkodziło a z czasem nawet procentuje… W końcu zimne, mroczne, niekiedy rozśnieżone poranki roratowe, tchnęły swoistym romantyzmem… Zaspane, milczące dzieci z opiekunami – zazwyczaj babciami, w moim przypadku była to ciocia Marta Moskal, z kolorowymi lampionami w rękach, przedzierały się przez ciemność grudniowego poranka… W Rozwadowie nad ranem latarnie uliczne już nie świeciły – miasto oszczędzało. Przedzieraliśmy się więc przez autentyczną mroczność chodnikiem wzdłuż klasztornego muru. Dopiero przy świątyni jarzyła się jakaś żarówczyna. Ale i w kościele panowała przecież ciemność. Tak nakazywał obyczaj kościelny, wszak lampiony roratowe związane były z przypowieścią o „pannach roztropnych i głupich” oczekujących na oblubieńca z oliwnymi lampkami… Lampion był wykonywany z kartonu. Wycięte otwory zaklejaliśmy kolorowymi bibułkami, na których co sprawniejsi plastycznie, malowali jakieś religijne sceny. W lampionie umieszczało się świecę, ale mający pomysłowych rodziców, w lampionie mieli płaską baterię centry i świecącą małą żaróweczkę od latarki… Zapału religijnego nigdy mi nie wystarczyło na cały okres adwentowy.
Umileniem okresu oczekiwania na święta – czy może na łączące się z nimi ferie zimowe, bo za moich szkolnych czasów ferie zaczynały się dzień przed wigilią i kończyły po święcie Trzech Króli – była wizyta Świętego Mikołaja! Jakaż to radość z odkrywanych pod łóżkiem prezentów! Ale oprócz tych pozostawianych w nocy podarunków, święty zapraszał dzieci a to do rozwadowskiego Sokoła, albo do refektarza u OO. Kapucynów… A tam, strach, płacz i pokonywanie odwagi… Bo przecież jak nie pójdę na scenę, gdzie z siwą brodą biskup woła cię po imieniu, uśmiechając się dobrotliwie i głaszcząc po głowie wręczając podarunki, to nie dostanę paczki…

opublikował: janusz
lis 28, 2020
Ach, jak chciałoby się pójść z Leszkiem Długoszem w tany te romantyczne przez Kraków… Napić się eliksiru poetyckiego ze „szkiełka z Muzeum Czartoryskich”, porozrzewniać się nad irysami w ogrodzie Kossakówki, wędrować z duchami pod rękę w zaczarowanym kręgu Plant, czy wspólnie pogadać z samym Piotrem S., który zamarł na ławeczce przy swej ulubionej cafe Vis à Vis i obserwuje – nie mogąc się nadziwić – co się stało z naszym Krakowem, z nami…
opublikował: janusz
sie 20, 2018
Kornelia - takie imię nosi ta mała dziewczynka w kapeluszu. Portret namalowała w 2018 roku Monika Kozera. Jej cechą od urodzenia jest samodzielność. Upór z jakim to pokazuje dla mnie niesamowity! Skończyła już trzy lata iod ponadroku chodzi do przedszkola. Śpiewa piosenki, mówi wierszyki. Wspina się po wszystkich najtrudniejszych sznurach i drabinkach na placu zabaw, pływa niemal samodzielnie bez strachu. Ma pięknego psa, który dba i pilnuje jej, ale i z wzajenością. Patrzę na dzieci moich córek z podziwem... Wracam pamięcią do przeszłości. Ze śmiechem i wzruszeniem wspominam, gdy rodzice chcieli mnie umieścić w przedszkolu. Tato podstępem zawiózł mnie do przedszkola, gdzie początkowo z zainteresowaniem zostałem. Ale jak kazali mi się położyć spać w południe, po prostu wyszedłem i udałem się w drogę do domu... Gdy przedszkolanka zauważyła moją nieobecność, natychmiast zaalarmowała telefonicznie rodziców! Ponieważ w tamtych czasach cengtrale telefoniczne były obsługiwane przez telefonistki, w jednej niemal chwili połowa mojego miasteczka wiedziała, że ulotniłem się z przedszkola... Nela w przedszkolu przebywa chętnie, nie nudzi się wśród koleżanek i kolegów oraz nniezliczonej pewnie ilości zabawek. Należy jej życzyć pięknego i radosnego dzieciństwa. Jeszcze kilka lat i zacznie się szkoła... Ale jeszcze niech sobie trwa w nieświadomości...
opublikował: janusz
kwi 14, 2018

Nie pamiętam, co było na początku… Czy lektura „Zemsty” Aleksandra Fredry, czy może spektakl teatralny w Teatrze Telewizji? Jakkolwiek, potem nastąpił wysyp czytelniczy kolejnych dramatów Fredry, który mnie do łez rozśmieszał. A w ślad za tym, kiedy tylko była okazja, oglądałem inscenizacje jego dzieł. Salony, szpady, lansady – z jednej strony nie szczędził Fredro współczesnym sobie, ośmieszając ich zachowania, poglądy etc. Z drugiej, choć też wyśmiewana, nauka etykiety, zachowania wobec dam czy choćby dbałość o wygląd zewnętrzny.

opublikował: janusz
gru 24, 2017


Przychodzimy, odchodzimy
leciuteńko
na paluszkach…

Tak odszedł niepostrzeżenie ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski. Od lat był już w nienajlepszej formie fizycznej. Ale był, trwał… Odwiedzałem go zawsze podczas swych pobytów w Stalowej Woli. Tak miało być też w ostatni weekend Jego z nami obecności. Przyjechałem do Stalowej Woli w sobotę, a odwiedziny były zaplanowane na niedzielę. Tymczasem w sobotę zatelefonował do rodziców pan Marian Głowacki, który był na wieczornej mszy świętej w kościele św. Floriana. Wtedy poinformowano wiernych o śmierci ks. Wilhelma.

opublikował: janusz
wrz 17, 2017
Ukazała się nowa książka prof. Stanisława Grodziskiego zatytułowana "Za trzecim razem. Zapiski uniwersyteckie z lat 1968, '81, 1989". W tamtych latach prof. Stanisław Grodziski pracował na Uniwersytecie Jagiellońskim, sprawując także funkcje administracyjne. Zdając sobie sprawę z doniosłości wydarzeń, które dotyczyły też UJ, prowadził dziennik. Ten z 1968 pisał do szuflady. W tamtych czasach jedynie słuszna siła czuła się mocno. Rok 1981, choć przyniósł stan wojenny, mógł dawać nadzieję na publikację dziennika pod pseudonimem w emigracyjnych bądź podziemnych wydawnictwach. Rok 1989 zamknął epokę socjalizmu w Polsce i przyniósł nowe polityczne rozdanie. Dzięki temu w dzisiejszych czasach także ta książka mogła się ukazać w takim kształcie. To bardzo osobista książka, choć porusza przecież ważne dla Polaków sprawy.
opublikował: janusz
cze 11, 2017

(Szkic mojego wystąpienia w Stalowej Woli)

Serdecznie witam wszystkich Państwa, tych co mają korzenie kresowe i tych, którzy przyszli, by spotkać się z historią i kulturą kresów. Przyszli, bowiem zainteresował ich temat dzisiejszych spotkań.

W imieniu Oddziału Krakowskiego TMLiKPW serdecznie i gorąco pozdrawiam Państwa! Wybierał się do Stalowej Woli nasz prezes, Adam Guyrkowich, który wiele lat zawodowo spędził w Waszym pięknym mieście. Nie pozwoliło mu jednak zdrowie…

Bardzo dziękuje za zaproszenie. Dla mnie to prawdziwy zaszczyt i wyróżnienie, że mogłem stanąć przed Państwem po to, by dać świadectwo kresowe. Podzielić się z Państwem swymi refleksjami na tematy lwowskie, tematy kresowe.

Muszę się też przed państwem usprawiedliwić, bowiem nie urodziłem się we Lwowie, ani na Kresach. Moi rodzice pochodzą z okolic Stalowej Woli, a jak może niektórzy wiedzą jestem Rozwadowianinem. Tematy Kresowe, lwowskie były mi całkiem obce. Nie dlatego, że się nie interesowałem historią. Po prostu w tamtych czasach się o tym nie mówiło. Często dla bezpieczeństwa własnego i rodziny.

opublikował: janusz
kwi 14, 2017

Zasiedziałem się w Śródmiejskim Ośrodku Kultury. Czas zatem na zmiany w moim zawodowym życiu, zanim dopadnie mnie emerytalny zastój. Nie chcem, ale muszem… Spędziłem z Państwem oraz całym zespołem pracowników ŚOK ponad 25 lat. Pięknie dziękuję Wam, że byliście ze mną, uczestnicząc w spotkaniach, koncertach, spektaklach, nie szczędziliście pochwał ale i – wprawdzie z rzadka – słów krytyki, jeśli na nie zasłużyliśmy.

Wszystkim Koleżankom i Kolegom – pracownikom merytorycznym, administracyjnym, księgowym i technicznym, twórcom i artystom, animatorom kultury współpracującym z nami, kłaniam się nisko za owe ćwierćwiecze!

opublikował: janusz
mar 25, 2017

Katechetyczne wspomnienie

W klasztorze ojców kapucynów w Sędziszowie Małopolskim 29 stycznia 2017 r. zmarł w wieku 84 lat (67 lat w stanie zakonnym, 60 lat w stanie kapłańskim i 22 lata w stanie biskupim) emerytowany biskup o. Stanisław Padewski. W moich rozwadowskich czasach, gdy byłem uczniem Liceum Ogólnokształcącego Stalowej Woli, był moim katechetą. Wtedy, w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych XX w., wieczorami, po lekcjach chodziliśmy do klasztoru na spotkania z o. Stanisławem. Był wtedy albo gwardianem konwentu kapucynów albo proboszczem nowej parafii obejmującej południową część dawnego Rozwadowa i północną część Stalowej Woli. Wtedy granice Rozwadowa i Stalowej Woli były jeszcze wyraziste, choć już pomału się zamazywały. Pierwszym ich symptomem było pojawienie się na dworcu kolejowym nazwy Stalowa Wola – Rozwadów. Klasztorem w tamtych czasach rządził duet o. Stanisław Padewski i o. Edmund Haracz. Przez kilka kadencji, jedna trwała cztery lata, księża trwali w Rozwadowie wymieniając się stanowiskami, ale przy tym niesamowicie dużo zdziałali, w niełatwych warunkach realizmu socjalistycznego, dla rozwadowskiego klasztoru.

opublikował: janusz
sty 9, 2017

Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, to czas, na który chyba wszyscy najbardziej czekamy – oczywiście po zakończeniu wakacji. Motywacji związanych z tym wyczekiwaniem jest wiele. Naturalnie te religijne dla wielu najważniejsze. Dla innych jednak ferie zimowe, trochę czasu wolniejszego od pracy, zabawy sylwestrowe, i w końcu chyba najważniejsze, że pomału, pomalutku dzień zaczyna się wydłużać… Wszak na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok – tak mówi stare przysłowie. Kto je dzisiaj pamięta?

Trzej Królowie na rynku w Rozwadowie, rys. Lena Wojtal (2016 r.)

opublikował: janusz
sty 6, 2017
Zostałem upomniany przez wierną fankę mojej strony internetowej, że się strasznie zaniedbałem. Obiecałem poprawę. Zatem na początek, by tradycji stało się zadość, wszystkim, którzy tu zaglądną, składam najpiękniejsze życzenia z okazji Nowego Roku! Niech się Wam szczęści!
Z dzieciństwa pamiętam kolędników, którzy w pierwszym Dniu Nowego Roku wędrowali od domu do domu recytując zabawne życzenia, w które ludzie wierzyli. Kolędnika trzeba było należycie przyjąć. Tym bardziej, że był to mężczyzna, a nie daj Boże, do domu jako pierwsza przyszła kobieta... Nieszczęście na cały rok! A oto ta wierszowanka życzeniowa:
Na szczynści, na zdrowi, na tyn Nowy Rok,
Żebyście byli zdrowi, weseli,
jako w niebie anieli.
Żeby się wam darzyło, kopiło, snopiło
Do stodoły dyszlem obróciło...
Żebyście mieli wszystkiego dości,
jak na tej połaźnicy ości,
Żebyście mieli pełne obory,
pełne pudła,
Żeby wam gospodyni u pieca nie schudła...
opublikował: janusz
wrz 22, 2015
Pierwsza była lektura książki Melchiora Wańkowicza „Hubalczycy”, zdobyta „po znajomości”  w zaprzyjaźnionej księgarni. Książka zatytułowana „Dwie prawdy” zawierała opowieści o Majorze Hubalu i obronie Westerplatte. Dopiero później obejrzałem film „Hubal” w reżyserii Bogdana Poręby w Ryszardem Filipskim w roli głównej. Autorem scenariusza był znany pisarz Jan Józef Szczepański, który nie godząc się na zmiany dokonane w scenariuszu, wycofał się ze współautorstwa filmu. To jednak wystarczyło, by legenda Hubala utrwaliła się na stałe w świadomości Polaków. Postać Hubala przypominała też na kartach swych książek Aleksandra Ziółkowska-Boehm, która już w latach 80-tych XX w. opublikowała opowieść „Z miejsca na miejsce. W cieniu legendy Hubala”, a w ostatnich latach przypominała go w książkach „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon”  (2009) i „Lepszy dzień nie przyszedł już” (2012).

Jednak tak prawdziwie, z niesamowitą dokładnością i rzetelnością, postać mjr Henryka Dobrzańskiego przybliżona została przez młodego historyka Łukasza Ksytę – rocznik 1983, który opublikował książkę „Major Hubal. Historia prawdziwa” (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014).

opublikował: janusz
sie 24, 2015
Lenka, już nie taka mała, skończyła właśnie cztery lata. Urodziny trwają, bo oprócz odwiedzin i życzeń od najbliższej rodziny w rocznicę urodzin, po wakacjach, jak wrócą do domów z wojaży już wszystkie koleżanki, i oczywiście Dawid, zapowiedziane jest wielkie "kulkowe" party! Życzę więc Lence nie tylko ciekawych prezentów, ale pięknej i szalonej zabawy! No i tradycyjne Sto lat śpiewam, a ze mną cały chór kanarków, wróbli a nawet zaskoczonych papug! A ten piękny portret namalowała Monika Kozera, za co jej bardzo i serdecznie dziękujemy (piszę to także w imieniu sportretowanej...)
opublikował: janusz
cze 23, 2015

W Galerii Pryzmat ZPAP Okręg Krakowski (ul. Łobzowska 3) otwarto wczoraj (22 czerwca 2015 r.) wystawę zatytułowaną „Adam Macedoński do kwadratu. Rysunki z lat 1955-2015”. Kuratorem i aranżerem wystawy jest Andrzej Dawidowicz.

opublikował: janusz
cze 21, 2015

20 czerwca w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie, urodzony we Lwowie Adam Zagajewski, poeta i eseista, obchodził 70-te urodziny.

 

 

 

opublikował: janusz
element-23
powered by:marklar-net.pl(external link)
element-24