element-01
element-02
element-04
element-05
element-06
element-07
element-08
element-09
element-11
element-13
element-15
element-17
element-19
element-21
nawigacja: Strona główna » Aktualności
styczeń 9, 2017

Gdy na niebie pierwsza gwiazdka…


Gdy na niebie pierwsza gwiazdka…

Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, to czas, na który chyba wszyscy najbardziej czekamy – oczywiście po zakończeniu wakacji. Motywacji związanych z tym wyczekiwaniem jest wiele. Naturalnie te religijne dla wielu najważniejsze. Dla innych jednak ferie zimowe, trochę czasu wolniejszego od pracy, zabawy sylwestrowe, i w końcu chyba najważniejsze, że pomału, pomalutku dzień zaczyna się wydłużać… Wszak na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok – tak mówi stare przysłowie. Kto je dzisiaj pamięta?

Moje święta z dzieciństwa przepojone były radością z wigilijnych i świątecznych obrzędów, ubieraniem choinki, odwiedzaniem rodziny i znajomych. W naszym domu długo nie było prezentów pod choinką… Jak byliśmy zupełnie mali, to dzwoneczek oznajmiał, że Aniołek właśnie ubrał choinkę. Natomiast pojawienie się pierwszej gwiazdki w dzień wigilijny było sygnałem do rozpoczęcia uroczystej kolacji. Tato – Adam – w wigilię obchodzi imieniny, więc świętowanie, i to huczne, zaczynało się kilka dni przed świętami. W samą wigilię goście już właściwie nie przychodzili, ale tradycją stały się odwiedziny państwa Stanisławy i Czesława Puków. Czesław Puka (1930-2008) był młodszym kolegą mojego taty z Żabna. Na kilka godzin przed pasterką przenosili się wspomnieniami do czasów swego dzieciństwa, młodości… Ileż to niezapisanych opowieści o mieszkańcach Żabna i Radomyśla n/Sanem przepłynęło w te powigilijne wieczory! Pan Czesław zawsze, chciał tego czy nie, wkręcał się w różne aferki, bywało ciemne sprawki, a tych w czasach okupacji a i po wojnie przecież nie brakowało. W końcu, jako uczeń szkoły średniej, wylądował w więzieniu, a potem zawsze już był na cenzurowanym, jako „element politycznie niepewny”. Wzmocnieni, nie tylko jadłem, szli do klasztoru kapucynów na pasterkę. Pamiętam anegdotę, jaka o panu Czesławie przetrwała w naszej rodzinie do dzisiaj… Przed jedną z pasterek odbyła się gorąca dyskusja na temat prawidłowego śpiewania kolęd. Pan Czesław mówił, że ludzie już tyle lat w mieście mieszkają, a wciąż nie potrafią pozbyć się gwarowej mowy, bo śpiewają w kolędzie „Z narodzenia Pana”:

Każdy pyta: ”Co się dzieje?

Czy nie świta? czy nie dnieje?

Skąd ta łuna bije, tak miła oku!

 

A przecież powinni śpiewać:

Skąd ta ona bije, tak miła oku!

I rzeczywiście pan Czesław wbrew wszystkim i wszystkiemu, nawet logice, śpiewał w klasztorze tę kolędę, wyraźnie podkreślając słowo „ona”…

Sama Wigilia, a właściwie przygotowania do niej, zaczynały się dużo wcześniej. Opłatki! Te trzeba było chronić przed nami, przed przedwczesnym zjedzeniem, bo tajemniczy smak opłatka przyciągał i kusił niesforne dzieciaki… Opłatki, w czasie adwentu, roznosił organista Marian Ziemiański. Pod nosem wąsik, w ustach papieros i ostry, spracowany śpiewem głos. Jak to organista – nie stronił od mocniejszych trunków. Gdy pojawiał się popołudniową porą, bywało, był już pod „dobrą gwiazdą”. Rodzice zastanawiali się, jak on zagra i zaśpiewa podczas wieczornych nieszporów… Zimą chodził w płaszczu z futrzanym kołnierzem i skórzanej pilotce podszytej futrem. Był bratem ks. Aleksandra Ziemiańskiego, wieloletniego proboszcza rozwadowskiej fary, a jego żona – Waleria – latem sprzedawała piękne kwiaty ze swego ogrodu. Rodzice wysyłali mnie często do pani Ziemiańskiej po tulipany, róże… Odrywała się zazwyczaj od kuchni, brała sekator i szliśmy do ogrodu. Zawsze była miła, uśmiechnięta, prosiła bym pozdrowił rodziców. Jego wizyta była hałaśliwa, opowiadał jakieś ploteczki z miasta, śmiał się głośno. Zostawiał opłatki, które wyjmował z ogromnego wiklinowego kosza i szedł dalej. Na święta, najważniejsze było drzewko. Choinka! Choinka, pochodziła często z nielegalnego wyrębu, z czego bardzo długo nie zdawałem sobie sprawy, bo musiała to być jodła. Przywozili ją w wielkiej tajemnicy pracownicy taty, który mieszkali w wioskach otoczonych lasami. Zawsze była piękna! Wtedy sprzedaż choinek nie była tak powszechna, jak dzisiaj… Kolejnym atrybutem świąt były ryby. Ryby, karpie, łowione w okolicznych stawach, zawsze pachniały mułem, co mamie strasznie przeszkadzało. Odbywały więc kwarantannę w wannie – ku naszej uciesze. Można było bowiem dotknąć rybę, pogłaskać ją, spojrzeć na ruszający się pyszczek. Tragedia zaczęła się, gdy mieliśmy już świadomość, że rybki, które jemy w Wigilię, do niedawna były naszymi wodnymi przyjaciółmi… Wtedy skończyły się wannowe kwarantanny. W rodzinie opowiadają o mamie anegdotę rybną… Zdarzyło się kiedyś, że ryby trzymane w wannie usnęły. Mama wpadła w panikę, że ryby zdechły i trzeba je wyrzucić. Mama kazała, tato zrobił... Z niemałym trudem zdobył następne karpie… A przy okazji imienin, mama została pouczona przez pana Józefa Ciołkosza, że ryby usypiają i nic nie stało na przeszkodzie, by przygotować je do jedzenia. Do dzisiaj, jak tato przypomni to zdarzenie, śmieją się z mamy! Zatem ryby od połowy grudnia blokowały łazienkę… Ale grzyby, oczywiście prawdziwki, już od lata zbierane były i suszone, przede wszystkim z myślą o uszkach do wigilijnego barszczu. Drugim celem zbierania grzybów, oprócz samej przyjemności, były grzybki marynowane w occie. Pychota! Tak przyrządzonych jak w domu, nie spotkałem nigdzie! Oczywiście najsmaczniejsze są prawdziwki, ale w niczym nie odbiegają smakowo, te mniej szlachetne, podgrzybki. Kiedyś, gdy wiosną zbierano maślaki, to jesienią – nawet w czasie przymrozków – wybierano się w lasy na gąski. Były to zielonkawe grzyby, które rosły w piaszczystych glebach. Marynowało się je w occie. Dlatego też bardzo trudno było je wypłukać i często piasek zaskrzypiał w zębach, kiedy przegryzało się a to wędlinkę czy wódeczkę smakowitą marynowaną gąską… Tato opowiada czasami anegdotę związaną właśnie z gąskami. Były to lata 70-te. Na grzyby urywali się często z pracy ze swoim szefem, prezesem Spółdzielni Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie, Tadeuszem Krawczykiem i Marianem Głowackim. Pewnego dnia przywieźli całe torby gąsek! Prezes się martwił, „Jak to cholera wypłukać!?”. Marian Głowacki powiedział wtedy: „A co to za problem! Ja wkładam do pralki, zalewam wodą, włączam na chwilę i problem z głowy!” Następnego dnia prezes od rana nie miał humoru… Dopiero pod koniec dnia okazało się, że zastosował dobrą radę pana Mariana i z całego obfitego zbioru grzybów zostało tylko wspomnienie… A dzisiaj dobra anegdota wzbudzająca uśmiech. Tak więc barszcz z uszkami stanowił podstawowe danie wigilijnej kolacji. Potem była kapusta z grochem, pierogi z kapustą i grzybami, i na koniec smażony karp w panierce. Mistrzostwo świata w wykonaniu mojej mamy! A popijało się wspaniałym kompotem z suszu. Ten kompot smakuje tylko w ten jeden jedyny dzień. Podawany w inne dni nie ma w ogóle smaku. Ryba podawana była z gotowanymi ziemniaczkami lub chlebem, a do niej chrzan, w późniejszym okresie także z cytryną. Tego dnia, nikt już właściwie nie miał ochoty na jedzenie. Dopiero kolejne dni świąteczne otwierały gamę smakołyków! Sałatki jarzynowe, śledziki w śmietanie, karpik w galarecie, galaretki ze świńskich nóżek, kiełbasy i szynki swojskie pochodzące z okolicznych wiosek od najlepszych masaży! Takich smaków wędlin dzisiaj, choćby nie wiem jak się wysilali, nie osiągną! Na drugi dzień świąt serwowała mama gęś nadziewaną, albo indyka. Te najwcześniejsze, jakie pamiętam, przywoziła babcia Leokadia z Żabna, potem gęsi przywoziła zawsze ciocia Todzia Adamska z Witkowic. Dzisiaj nikt, ani w Żabnie ani w Witkowicach nie hoduje gęsi czy indyków… A w tamtych czasach strach było przejść przez Błonia w Żabnie, bo grasowały tam stada gęsi pilnowane prze gąsiorów harcowników atakujących przechodzących ludzi, jakże często łapiących pomarańczowymi dziobami za łydki… W zagrodzie, jeśli były indyki, też nie można się było czuć bezpiecznym, bo taki rozzuchwalony indor atakował bezpardonowo! A jak nie on, to bezczelny kogut siejący w zagrodzie postrach nie tylko wśród kur… Dzisiaj powiedzenie o wsi spokojnej nabrało prawdziwego znaczenia, bo rzeczywiście już nie słychać ani domowego ptactwa, ani krów, koni czy świnek…

Bardzo ważnym elementem świątecznym były szopki w naszych kościołach. W farnym – parafialnym rozwadowskim kościele, nigdy mi się nie podobała. Statyczna, mało kameralna szopka, którą zawsze „kasowała” szopka kapucyńska. Zazwyczaj była to ruchoma szopka, z przesuwającymi się po okręgu figurkami, oddającymi cześć małemu Jezuskowi śpiącemu na sianie w żłobku, przy którym stali w zadumie Maria i Józef, a w tle wół i osiołek. Przed balustradą stał aniołek – skarbonka – kiwający główką po wrzuceniu monety. Oczywiście kiwnięcie było głębsze, jeśli moneta była cięższa… Już jako licealista kilkakrotnie uczestniczyłem w budowaniu bożonarodzeniowej szopki w klasztorze. Zarządzali wtedy konwentem wspaniali i niezapomniani kapucyni – o. Edmund Haracz i o. Stanisław Padewski (po latach, kiedy wyjechał na Ukrainę, został biskupem), a rezydentem w tamtym klasztorze był przez jakiś czas ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski – historyk, etnograf i pedagog, nade wszystko znawca regionu rozwadowskiego, autor wielu wspaniałych książek dokumentujących dzieje i kulturę społeczną i materialną Rozwadowa i okolic. Zwieńczeniem świąt były „Jasełka” – spektakl słowno-muzyczny przygotowywany przez dzieci. Och, jakie to emocje czasem uczestniczyły obsadzaniu ról! Najgorzej było z rolą Matki Boskiej… Każda dziewczynka chciała odgrywać tę rolę… Nie pamiętam, kto zajmował się reżyserią „Jasełek”. Odbywały się a to w klasztorze, a to w kościele parafialnym, ale także w rozwadowskiej szkole podstawowej (była także szkoła podstawowa w Charzewicach – dzisiaj znajduje się w tym budynku, dawnym pałacu Lubomirskich, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli). Pamiętam, że te szkolne „Jasełka” reżyserowała pani Maria Grodecka – nauczycielka biologii i geografii w rozwadowskiej szkole.

Ten bożonarodzeniowy czas dla mnie to także czas obawy, wręcz lęku, bo po domach chodzili kolędnicy poprzebierani w tak straszne stroje! Jak byłem mały uciekałem, potem z niepokojem spoglądałem na przedstawienie. Na żołnierzy, monarchów, Heroda – któremu obcinano głowę, Śmierć – z kosą, którą obcinała królowi głowę, diabła – który widłami zabierał Heroda do piekła, bo był brzydki, Żyda – który był garbaty i przez wszystkich pomiatany, choć to jemu zadawano trudne pytania, a całkiem mądre rady wyśmiewano, w tych strasznych postaciach i scenach gubił się Anioł i Matka Boska – postaci pełne łagodności i spokoju… Wtedy kolędników wszyscy przyjmowali, bo zamknięcie drzwi przed nimi było dyshonorem… Młodzi ludzie przez kilka miesięcy uczyli się ról, przygotowywali stroje, śpiewali kolędy, czasem dopisywali swe teksty. To było małe teatralne przedstawienie, za które oczywiście otrzymywali jakieś pieniądze, za taką sztukę nikt nie odmawiał, ludzie płacili chętnie. To był jednak czas, kiedy dość powszechne było radio, a telewizor w życiu ludzi był jeszcze prawie nieobecny! Dzisiejsi kolędnicy chodzą tylko po to, by wyciągnąć od ludzi pieniądze (jeśli są grupy, które inaczej do tego obyczaju podchodzą – to przepraszam). W mojej rodzinie do dzisiaj powtarzana jest anegdota dotycząca święta Trzech Króli. Wtedy nie było wolnego dnia od pracy czy szkoły… Z klasztoru przynosiło się świecone kredę i kadzidło. Na drzwiach wypisywało się tradycyjne „K + M + B” zwieńczone bieżącym rokiem. Napis trwał na drzwiach przez cały rok! Bardzo denerwowało mnie, że mamy w domu drzwi pomalowane na biało. Nic nie było widać, a w tamtych czasach dostęp do kolorowej kredy był w zasadzie niemożliwy, bo i w szkole raczej kreda kolorowa była rarytasem. Przez całe lata byłem pewien, że ów skrót „KMB” oznacza pierwsze litery imion wędrujących do nowo narodzonego Jezusa królów, czy jak inni twierdzą magów – Kacpra, Melchiora i Baltazara. A z błędu nie wyprowadzali ludzi – bo przecież nie tyko ja tak uważałem – księża. Tymczasem prawidłowy zapis powinien wyglądać następująco: „C + M + B + 2017”, co oznacza „Christus Mansionem Benedicat 2017” czyli „Niech Chrystus Błogosławi ten dom na rok 2017”. Ponieważ z kredą nie mogłem poszaleć, to kadzidło, przynoszone z klasztoru w papierowych tutkach, od razu wędrowało na rozgrzaną blachę pieca (w domu mieliśmy piec, na którym gotowało się jedzenie; o gazie wtedy w Rozwadowie nie mogło być mowy, a prąd – nie dość że drogi, to wystarczył mocniejszy wiatr zrywający kable i przez dwa, trzy dni nie było prądu). Zatem kadzidło wędrowało na rozgrzaną blachę kuchni i spalało się wydając ujmujący zapach panujący tylko w kościele. Drobiny bursztynu topiły się, a inne zioła żarzyły, pozostawiając na blasze czarne, trudne do usunięcia naloty. Kiedy wracali do domu rodzice, oczywiście nie mogło się obyć bez małej awantury. Bo chyba tylko ja mogłem wytrzymać w takim zadymieniu. Otwierali okna, mroźne powietrze wpadało do mieszkania, chcieli mi zabrać kadzidło, ale ja miałem swoją wersję, że wszystko spaliłem święcąc, zgodnie z tradycją, mieszkanie. Na to „święcenie” szła połowa kadzidła, druga zostawała zakamuflowana w kącie szafy i czekała na odkrycie… No cóż, zabawy z kadzidłem skończyły się, gdy nadszedł kres pieca kuchennego… Gdy po latach pojawiły się przywożone z Dalekiego Wschodu trociczki, przypominające czasem zapach rodzimego kadzidła, to nie było i nie jest już to samo. Tak nawiasem mówiąc, kadzidła kościelne też już nie mają tego zapachu, choć pewnie receptura od wieków się nie zmieniła…

Było pięknie i radośnie! W takim nastroju wkraczaliśmy w okres karnawału!

Janusz M. Paluch

Kolędnicy pod Jasną Górą w Częstochowie, rys. Maja Wojtal (2016)

opublikował: janusz
Spis aktualności

Strona 1 z 3  > >>

kwi 14, 2018

Nie pamiętam, co było na początku… Czy lektura „Zemsty” Aleksandra Fredry, czy może spektakl teatralny w Teatrze Telewizji? Jakkolwiek, potem nastąpił wysyp czytelniczy kolejnych dramatów Fredry, który mnie do łez rozśmieszał. A w ślad za tym, kiedy tylko była okazja, oglądałem inscenizacje jego dzieł. Salony, szpady, lansady – z jednej strony nie szczędził Fredro współczesnym sobie, ośmieszając ich zachowania, poglądy etc. Z drugiej, choć też wyśmiewana, nauka etykiety, zachowania wobec dam czy choćby dbałość o wygląd zewnętrzny.

opublikował: janusz
gru 24, 2017


Przychodzimy, odchodzimy
leciuteńko
na paluszkach…

Tak odszedł niepostrzeżenie ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski. Od lat był już w nienajlepszej formie fizycznej. Ale był, trwał… Odwiedzałem go zawsze podczas swych pobytów w Stalowej Woli. Tak miało być też w ostatni weekend Jego z nami obecności. Przyjechałem do Stalowej Woli w sobotę, a odwiedziny były zaplanowane na niedzielę. Tymczasem w sobotę zatelefonował do rodziców pan Marian Głowacki, który był na wieczornej mszy świętej w kościele św. Floriana. Wtedy poinformowano wiernych o śmierci ks. Wilhelma.

opublikował: janusz
wrz 17, 2017
Ukazała się nowa książka prof. Stanisława Grodziskiego zatytułowana "Za trzecim razem. Zapiski uniwersyteckie z lat 1968, '81, 1989". W tamtych latach prof. Stanisław Grodziski pracował na Uniwersytecie Jagiellońskim, sprawując także funkcje administracyjne. Zdając sobie sprawę z doniosłości wydarzeń, które dotyczyły też UJ, prowadził dziennik. Ten z 1968 pisał do szuflady. W tamtych czasach jedynie słuszna siła czuła się mocno. Rok 1981, choć przyniósł stan wojenny, mógł dawać nadzieję na publikację dziennika pod pseudonimem w emigracyjnych bądź podziemnych wydawnictwach. Rok 1989 zamknął epokę socjalizmu w Polsce i przyniósł nowe polityczne rozdanie. Dzięki temu w dzisiejszych czasach także ta książka mogła się ukazać w takim kształcie. To bardzo osobista książka, choć porusza przecież ważne dla Polaków sprawy.
opublikował: janusz
cze 11, 2017

(Szkic mojego wystąpienia w Stalowej Woli)

Serdecznie witam wszystkich Państwa, tych co mają korzenie kresowe i tych, którzy przyszli, by spotkać się z historią i kulturą kresów. Przyszli, bowiem zainteresował ich temat dzisiejszych spotkań.

W imieniu Oddziału Krakowskiego TMLiKPW serdecznie i gorąco pozdrawiam Państwa! Wybierał się do Stalowej Woli nasz prezes, Adam Guyrkowich, który wiele lat zawodowo spędził w Waszym pięknym mieście. Nie pozwoliło mu jednak zdrowie…

Bardzo dziękuje za zaproszenie. Dla mnie to prawdziwy zaszczyt i wyróżnienie, że mogłem stanąć przed Państwem po to, by dać świadectwo kresowe. Podzielić się z Państwem swymi refleksjami na tematy lwowskie, tematy kresowe.

Muszę się też przed państwem usprawiedliwić, bowiem nie urodziłem się we Lwowie, ani na Kresach. Moi rodzice pochodzą z okolic Stalowej Woli, a jak może niektórzy wiedzą jestem Rozwadowianinem. Tematy Kresowe, lwowskie były mi całkiem obce. Nie dlatego, że się nie interesowałem historią. Po prostu w tamtych czasach się o tym nie mówiło. Często dla bezpieczeństwa własnego i rodziny.

opublikował: janusz
kwi 14, 2017

Zasiedziałem się w Śródmiejskim Ośrodku Kultury. Czas zatem na zmiany w moim zawodowym życiu, zanim dopadnie mnie emerytalny zastój. Nie chcem, ale muszem… Spędziłem z Państwem oraz całym zespołem pracowników ŚOK ponad 25 lat. Pięknie dziękuję Wam, że byliście ze mną, uczestnicząc w spotkaniach, koncertach, spektaklach, nie szczędziliście pochwał ale i – wprawdzie z rzadka – słów krytyki, jeśli na nie zasłużyliśmy.

Wszystkim Koleżankom i Kolegom – pracownikom merytorycznym, administracyjnym, księgowym i technicznym, twórcom i artystom, animatorom kultury współpracującym z nami, kłaniam się nisko za owe ćwierćwiecze!

opublikował: janusz
mar 25, 2017

Katechetyczne wspomnienie

W klasztorze ojców kapucynów w Sędziszowie Małopolskim 29 stycznia 2017 r. zmarł w wieku 84 lat (67 lat w stanie zakonnym, 60 lat w stanie kapłańskim i 22 lata w stanie biskupim) emerytowany biskup o. Stanisław Padewski. W moich rozwadowskich czasach, gdy byłem uczniem Liceum Ogólnokształcącego Stalowej Woli, był moim katechetą. Wtedy, w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych XX w., wieczorami, po lekcjach chodziliśmy do klasztoru na spotkania z o. Stanisławem. Był wtedy albo gwardianem konwentu kapucynów albo proboszczem nowej parafii obejmującej południową część dawnego Rozwadowa i północną część Stalowej Woli. Wtedy granice Rozwadowa i Stalowej Woli były jeszcze wyraziste, choć już pomału się zamazywały. Pierwszym ich symptomem było pojawienie się na dworcu kolejowym nazwy Stalowa Wola – Rozwadów. Klasztorem w tamtych czasach rządził duet o. Stanisław Padewski i o. Edmund Haracz. Przez kilka kadencji, jedna trwała cztery lata, księża trwali w Rozwadowie wymieniając się stanowiskami, ale przy tym niesamowicie dużo zdziałali, w niełatwych warunkach realizmu socjalistycznego, dla rozwadowskiego klasztoru.

opublikował: janusz
sty 9, 2017

Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, to czas, na który chyba wszyscy najbardziej czekamy – oczywiście po zakończeniu wakacji. Motywacji związanych z tym wyczekiwaniem jest wiele. Naturalnie te religijne dla wielu najważniejsze. Dla innych jednak ferie zimowe, trochę czasu wolniejszego od pracy, zabawy sylwestrowe, i w końcu chyba najważniejsze, że pomału, pomalutku dzień zaczyna się wydłużać… Wszak na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok – tak mówi stare przysłowie. Kto je dzisiaj pamięta?

Trzej Królowie na rynku w Rozwadowie, rys. Lena Wojtal (2016 r.)

opublikował: janusz
sty 6, 2017
Zostałem upomniany przez wierną fankę mojej strony internetowej, że się strasznie zaniedbałem. Obiecałem poprawę. Zatem na początek, by tradycji stało się zadość, wszystkim, którzy tu zaglądną, składam najpiękniejsze życzenia z okazji Nowego Roku! Niech się Wam szczęści!
Z dzieciństwa pamiętam kolędników, którzy w pierwszym Dniu Nowego Roku wędrowali od domu do domu recytując zabawne życzenia, w które ludzie wierzyli. Kolędnika trzeba było należycie przyjąć. Tym bardziej, że był to mężczyzna, a nie daj Boże, do domu jako pierwsza przyszła kobieta... Nieszczęście na cały rok! A oto ta wierszowanka życzeniowa:
Na szczynści, na zdrowi, na tyn Nowy Rok,
Żebyście byli zdrowi, weseli,
jako w niebie anieli.
Żeby się wam darzyło, kopiło, snopiło
Do stodoły dyszlem obróciło...
Żebyście mieli wszystkiego dości,
jak na tej połaźnicy ości,
Żebyście mieli pełne obory,
pełne pudła,
Żeby wam gospodyni u pieca nie schudła...
opublikował: janusz
wrz 22, 2015
Pierwsza była lektura książki Melchiora Wańkowicza „Hubalczycy”, zdobyta „po znajomości”  w zaprzyjaźnionej księgarni. Książka zatytułowana „Dwie prawdy” zawierała opowieści o Majorze Hubalu i obronie Westerplatte. Dopiero później obejrzałem film „Hubal” w reżyserii Bogdana Poręby w Ryszardem Filipskim w roli głównej. Autorem scenariusza był znany pisarz Jan Józef Szczepański, który nie godząc się na zmiany dokonane w scenariuszu, wycofał się ze współautorstwa filmu. To jednak wystarczyło, by legenda Hubala utrwaliła się na stałe w świadomości Polaków. Postać Hubala przypominała też na kartach swych książek Aleksandra Ziółkowska-Boehm, która już w latach 80-tych XX w. opublikowała opowieść „Z miejsca na miejsce. W cieniu legendy Hubala”, a w ostatnich latach przypominała go w książkach „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon”  (2009) i „Lepszy dzień nie przyszedł już” (2012).

Jednak tak prawdziwie, z niesamowitą dokładnością i rzetelnością, postać mjr Henryka Dobrzańskiego przybliżona została przez młodego historyka Łukasza Ksytę – rocznik 1983, który opublikował książkę „Major Hubal. Historia prawdziwa” (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014).

opublikował: janusz
sie 24, 2015
Lenka, już nie taka mała, skończyła właśnie cztery lata. Urodziny trwają, bo oprócz odwiedzin i życzeń od najbliższej rodziny w rocznicę urodzin, po wakacjach, jak wrócą do domów z wojaży już wszystkie koleżanki, i oczywiście Dawid, zapowiedziane jest wielkie "kulkowe" party! Życzę więc Lence nie tylko ciekawych prezentów, ale pięknej i szalonej zabawy! No i tradycyjne Sto lat śpiewam, a ze mną cały chór kanarków, wróbli a nawet zaskoczonych papug! A ten piękny portret namalowała Monika Kozera, za co jej bardzo i serdecznie dziękujemy (piszę to także w imieniu sportretowanej...)
opublikował: janusz
cze 23, 2015

W Galerii Pryzmat ZPAP Okręg Krakowski (ul. Łobzowska 3) otwarto wczoraj (22 czerwca 2015 r.) wystawę zatytułowaną „Adam Macedoński do kwadratu. Rysunki z lat 1955-2015”. Kuratorem i aranżerem wystawy jest Andrzej Dawidowicz.

opublikował: janusz
cze 21, 2015

20 czerwca w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie, urodzony we Lwowie Adam Zagajewski, poeta i eseista, obchodził 70-te urodziny.

 

 

 

opublikował: janusz
cze 21, 2015
Polska Izba Książki i Polskie Stronnictwo Ludowe do końca chcą "uwalić" rozchwiany rynek książki ustawą, która ma ujednolicić cenę książki. Oznacza to, że przez rok za książkę w każdej księgarni (internetowej też) trzeba będzie zapłacić cenę wydrukowaną na okładce przez wydawcę (czyli zero jakichkolwiek rabatów - czytaj obniżania ceny).
opublikował: janusz
cze 16, 2015

15 czerwca 215 r. w Polskiej Akademii Umiejętności odbyło się posiedzenie w ramach Wydziału II Historyczno-Filozoficznego PAU, podczas którego dr Karolina Grodziska – dyrektor Biblioteki PAU i PAN –  przedstawiła referat zatytułowany „Michalina Grekowicz-Hausnerowa. Lwowska dziennikarka i pamiętnikarka”.

 

opublikował: janusz
cze 11, 2015

10 czerwca zmarł prof. Michał Rożek. Zdecydowanie za wcześnie, wszak tyle jeszcze miał do opowiedzenia nam – czytelnikom jego książek – o Krakowie, jego dziejach i ludziach. Niebawem ukaże się nowa jego książka „Przewodnik Pielgrzyma po sanktuariach i kościołach Krakowa, Wieliczki i okolic”. (Fot. Włodzimierz Płaneta)

opublikował: janusz
cze 2, 2015

30 maja w Polskiej Akademii Umiejętności odbyła się konferencja „Genocidium – zdarzało się tyle razy, najpierw wobec Ormian”. W konferencji uczestniczył ambasador Armenii w Polsce Edgar Ghazaryan. Uczestnicy wysłuchali referatu prof. Raymonda Kévorkiana z Paryża zatytułowanego Ludobójstwo Ormian w Imperium Osmańskim oraz dyskusji panelowej na temat Kulturowe konsekwencje ludobójstwa Ormian w aspekcie historycznym i współczesnym, w którym uczestniczyli: dr Renata Król-Mazur (Kraków), dr Dorota Ziętek (Kraków), dr hab. Andrzej A. Zięba (Kraków), dr Jakub Osiecki (Kraków), Konrad Siekierski (Warszawa). Konferencji towarzyszyły wystawy: „Vivat Armenia!” – w Pałacu Sztuki, na której zaprezentowano prace artystów ormiańskich tworzących w Polsce; w Muzeum UJ – wystawa fotografii Konrada Siekierskiego „Wśród gór Małego Kaukazu: zapomniany świat Ormian katolików”.

opublikował: janusz
lis 19, 2014

Jak słychać w krakowskich kawiarniach, nie tylko na A-B, nie wszyscy w naszym mieście wiedzą kim jest i co napisała Ewa Lipska. Podczas spotkania jednego z poważniejszych gremiów, jedna z  wysoko utytułowanych osób miała zapytać kto to jest Ewa Lipska i co ona właściwie napisała?…  Śmiem zatem poinformować dostojnych niedoinformowanych (czyżby już ofiary nieudolnych reform edukacji aż tak wysoko zaszły?), iż Ewa Lipska jest jedną z najwybitniejszych współczesnych poetek polskich. Od urodzenia mieszka w naszym mieście, Krakowie. Tu skończyła szkoły i zaczęła pisać wiersze. Wydała ponad trzydzieści (sic!) tomów wierszy, które przetłumaczone zostały na ponad 40 różnych języków. Od lat sławi też imię Krakowa na całym świecie uczestnicząc w festiwalach, stypendiach twórczych, czy otrzymując prestiżowe nagrody literackie. W ostatnim czasie uhonorowana została choćby Literacką Nagrodą Gdynia w 2011 r. za tomik pt. Pogłos, a w 2012 r. została doktorem honoris causa Uniwersytetu im. Jana Kochanowskiego w Kielcach. Jest też członkiem polskiego i austriackiego PEN Clubu, członkiem założycielem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich a także członkiem Polskiej Akademii Umiejętności. Z wyrazami – czasem malejącego szacunku…

opublikował: janusz
paź 19, 2014

No wreszcie stało się! Kraków ma swe Centrum Kongresowe ICE! Na specjalne zamówienie władz miasta Zbigniew Preisner napisał utwór muzyczny „2014. Tu i teraz”, który miał być wykonany przez naszą znamienitą Sinfoniettę Cracovia. Libretto napisała  jedna z najważniejszych polskich poetek – Krakowianka – Ewa Lipska. 16. października otwarto podwoje ICE! Krakowska publiczność, zachwycając się maestrią krakowskiego architekta Krzysztofa Ingardena zapełniła salę czekając na widowisko. Pewnie się nie zawiedli, miało być wprawdzie wykwintnie, a wyszło jak to u nas… Nie zagrała orkiestra krakowska. Po co się chwalić Sinfoniettą Cracovia, Capellą Cracoviensis, orkiestrą Krakowskiej Filharmonii im. Karola Szymanowskiego, orkiestrą Opery Krakowskiej czy w końcu – nieinstytucjonalną ale krakowską – orkiestrą Akademii Beethovenowskiej!

 

opublikował: janusz
paź 17, 2014
27 czerwca 2014 r. w Muzeum Regionalnym w Stalowej Woli odbyła się uroczysta konferencja naukowa poświęcona poświęcona dziejom Rozwadowa, a dedykowana ks. prof. Wilhelmowi Gaj-Piotrowskiemu z okazji 90-tych urodzin. Wśród wielu znamienitych prelegentów - prof. Andrzej Ciołkosz, prof. Kazimierz Kuczman, ks. prof. Bogdan Stanaszek, Piotr Garbacz, Anna Garanty, Marek A. Stańkowski - znalazło się także moje wystąpienie poświęcone badaniom archeologicznym w Rozwadowie i okolicach na przestrzeni XIX i XX w. Wśród publiczności, która licznie zawitała do muzeum, miałem przyjemość i zaszczyt spotkać wielu swych znajomych z czasów szkolnych. Wśród obecnych była znana rozwadowska polonistka, nauczycielka - co się zowie! - Pani Stanisława Paterek. Chciałem podziękować Jej za to, że pracowała nade mną przez kilka dobrych lat w Szkole Podstawowej w Rozwadowie. Fakt, iż spotkaliśmy się przy takiej okazji świadczy, iż nie była to całkiem nadaremna praca. Ponieważ nie uczyniłem tego podczas konferencji - stres i trema, czynię to w tym miejscu, z nadzieją, że słowa mych podziękowań dotrą do mojej Pani Profesor!
Poniżej zamieszczam tekst swego wystąpienia, które będzie znacznie różniło się od wersji drukowanej.
opublikował: janusz
cze 29, 2014

Wędrówka z książką po moim Rozwadowie…

Nakładem Muzeum Regionalne w Stalowej Woli okazał przewodnik po dawnym Rozwadowie. Bardzo ciekawa lektura ilustrowana czarno-białymi fotografiami. Wszystko zatem utrzymane w klimacie czegoś, co minęło, do czego powrotu nie będzie. Zaprezentowano chyba wszystkie najważniejsze miejsca, które odegrały istotną rolę w dziejach Rozwadowa. Idea przewodnika jest dwutorowa. Dla młodzieży, turystów i przybyszy z innych miejsc, przewodnik ma znamiona inforacyjno-turystyczne. Dla mnie, i innych Rozwadowian, jest prawdziwie sentymentalną podróżą w przeszłość.
opublikował: janusz
element-23
powered by:marklar-net.pl(external link)
element-24