element-01
element-02
element-04
element-05
element-06
element-07
element-08
element-09
element-11
element-13
element-15
element-17
element-19
element-21
nawigacja: Strona główna » Aktualności
czerwiec 11, 2017

1. Dzień Kresowy w Stalowej Woli 10.06.2017 r.


Serdecznie witam wszystkich Państwa, tych co mają korzenie kresowe i tych, którzy przyszli, by spotkać się z historią i kulturą kresów. Przyszli, bowiem zainteresował ich temat dzisiejszych spotkań.

W imieniu Oddziału Krakowskiego TMLiKPW serdecznie i gorąco pozdrawiam Państwa! Wybierał się do Stalowej Woli nasz prezes, Adam Guyrkowich, który wiele lat zawodowo spędził w Waszym pięknym mieście. Nie pozwoliło mu jednak zdrowie…

Bardzo dziękuje za zaproszenie. Dla mnie to prawdziwy zaszczyt i wyróżnienie, że mogłem stanąć przed Państwem po to, by dać świadectwo kresowe. Podzielić się z Państwem swymi refleksjami na tematy lwowskie, tematy kresowe.

Muszę się też przed państwem usprawiedliwić, bowiem nie urodziłem się we Lwowie, ani na Kresach. Moi rodzice pochodzą z okolic Stalowej Woli, a jak może niektórzy wiedzą jestem Rozwadowianinem. Tematy Kresowe, lwowskie były mi całkiem obce. Nie dlatego, że się nie interesowałem historią. Po prostu w tamtych czasach się o tym nie mówiło. Często dla bezpieczeństwa własnego i rodziny.

Przyznam się, że długo nie wiedziałem, że Kresy są jednak bliskie w naszej rodzinie. W naszym rozwadowskim mieszkaniu, wśród starych zdjęć była jedna, pożółkła fotografia, bardzo tajemnicza… Przedstawiała makietę jakiegoś nieznanego mi założenia architektonicznego. To była makieta Cmentarza Obrońców Lwowa. Niewiele mi to mówiło, do tej wiedzy musiałem jakiś czas dojrzewać. Po II wojnie światowej do Charzewic zjechała rodzina ze Lwowa i z Kołomyi. Może niektórzy pamiętają Mieczysława Moskala, który zdaje się prezesował TML-owi w Stalowej Woli. To bliski kuzyn mojej mamy. Mój dziadek, który był maszynistą na kolei, kursy kończył we Lwowie. Moja mama przechodziła trudną na tamte czasy operację chirurgiczną we Lwowie. A ja miałem powtarzający się sen… Śniła mi się dziwna góra, ani na nią się nie wspinałem, ani z niej spadałem. Po prostu ukazywała mi się w swym majestacie… Pewnego dnia podczas wędrówek po Lwowie i okolicach dotarłem do Piaskowej Góry. To był krajobraz znany mi ze snów… Od tamtego czasu, sen nie powraca…

Drodzy Państwo stało się w końcu tak, że Lwów i Kresy, stały się ważnymi pozycjami w moim życiu. Od 1995 roku jestem związany z pismem poświęconym Kresom Cracovia Leopolis, a od tego roku jego redaktorem naczelnym. Celem pisma jest ochrona pamięci i popularyzacja tematyki kresowej. Chcemy docierać nie tylko do środowisk kresowych związanych z TMLiKPW, ale do młodzieży. To nie jest proste zadanie. Spotykając się czasem z kresowianami, zadaję im pytanie. Kochani, gdzie są wasze dzieci, wasze wnuki?

Nie chcę zabierać czasu swymi opowieściami, bo przed Wami wspaniały występ znamienitego aktora Wojciecha Habeli. Zanim jednak oddam głos panu Wojciechowi, chciałbym jeszcze w paru słowach przywołać kilka postaci związanych pośrednio czy bezpośrednio z naszym regionem stalowowolskim, które wywodziły się z Kresów.

Rozwadowianie z mego pokolenia powinni ją pamiętać. Była kierowniczką przedszkola w Rozwadowie. Pani Jadwiga Tarnawska, miła i ciepła osoba. Po 1945 r. osiadła z rodziną w Rozwadowie. Drogę ze Stryja do Rozwadowa odbyła w bydlęcym wagonie, a jechali cały tydzień! Wybrali Rozwadów, bowiem w tej okolicy mieszkali już przedstawiciele jej rodziny. Kto z nas nie czytał Koziołka Matołka? Kto nie zna Szatana z siódmej klasy? Autor? Wujek pani Jadwigi – Kornel Makuszyński! Jej mama Helena Górzycka była siostrą Kornela Makuszyńskiego. Jak opowiadała redaktorowi Cezaremu Kassakowi, ostatni raz widziała go w Stryju w 1938 r. na pogrzebie jego matki Julii z Ogonowskich Makuszyńskiej. W kondukcie pogrzebowym szła obok niego. Niestety, po wojnie już się nie spotkali.

Pewnie już nie ma ludzi, którzy pamiętają bł. o. Serafina Kaszubę. Gdy wejdziecie do kościoła klasztoru oo. Kapucynów w Rozwadowie, natkniecie się na tablicę pamiątkową poświęconą temu nieustraszonemu kapłanowi „Włóczędze Bożemu”. Urodził się w 1910 r. we Lwowie, na Zamarstynowie. Zmarł w 1977 r. też we Lwowie. Dlaczego o nim mówię w kontekście Rozwadowa? Przed wojną uczył w gimnazjum kapucyńskim języka polskiego. Jego uczniem był m.in. ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski. W Rozwadowie, a później w Stalowej Woli zamieszkała jego najbliższa rodzina – ojciec Karol (zmarł w 1963 r.) i siostra Maria (zmarła w 1968 r.). To na jej pogrzeb chciał przyjechać do Polski i sowieci go nie wypuścili. A przecież, gdyby tylko wykazał wolę opuszczenia Związku Radzieckiego, to oni chętnie by się go pozbyli. Ale kiedy mogli mu dokuczyć, wbić mu jeszcze jedną bolesną szpilę, czynili to chętnie. Przyjechał do Polski już po pogrzebie siostry, schorowany na gruźlicę, wyczerpany. Dał się namówić na leczenie, na odpoczynek. Doszedł nieco do siebie. W 1970 roku dotarła do niego wysłanniczka z Kazachstanu z błagalnymi prośbami, by wracał do nich. Nikt ani nic nie było w stanie go zatrzymać. Zmarł w 1977 r. we Lwowie. Pochowany został na Cmentarzu Janowskim. Kiedy został uznany za błogosławionego, jego doczesne szczątki przeniesione zostały do klasztoru kapucynów w Winnicy.

Jednym ze sprawców rozpoczęcia procesu kanonizacyjnego o. Serafina Kaszuby był inny kapucyn dobrze znany Rozwadowianom, którzy żyli w przyjaźni z klasztorem kapucyńskim. O. Hieronim Warachim. W 2011 roku zmarł w Sędziszowie Małopolskim. Autor wielu książek m.in. wspomnieniowych oraz biografii o. Serafina Kaszuby. O. Hieronim Warachim to jeden z bohaterów mojej książki „Rozmowy o Kresach i nie tylko”. 3 września 1939 r. otrzymał święcenia kapłańskie w Krakowie i został skierowany do Lwowa. Dotarł tam odwiedzając po drodze Rozwadów. Był kapelanem AK i gdyby nie to, że został skierowany w 1944 r. przez władze zakonu do klasztoru w Sędziszowie Małopolskim, kto wie, czy nie podzieliłby losu żołnierzy AK, m.in. z Akcji Burza ze Lwowa, zatrzymanych przez sowietów i umieszczonych w obozie w Trzebusce koło Sokołowa Małopolskiego. Część z nich została rozstrzelana, część wywieziona na Syberię.

Spadkobiercą ich pracy duszpasterskiej był doskonale znany rozwadowianom o. Stanisław Padewski. Urodził się w 1932 r. w Hucie Nowej koło Buczacza. W 1945 r. jego rodzina osiedlona została w wyniku ekspatriacji w Nowej Soli na Dolnym Śląsku. Mimo zaangażowania w pracę duszpasterską na terenie całej Polski, nigdy nie zapomniał o swej rodzinnej miejscowości. Odwiedzał republikę ukraińską ZSRR już w latach 80-tych. I choć nie miał prawa prowadzić tam pracy duszpasterskiej, wspomagał pracujących tam księży nielegalnie. Bez zezwoleń poruszał się po różnych miejscowościach, narażając się na nieprzyjemności i kłopoty, które mogły zakończyć się deportacją. Od 1988 r. przeniósł się tam na stałe. W 1995 r. Jan Paweł II mianował go biskupem pomocniczym diecezji kamienieckiej, w 1998 r. został biskupem pomocniczym we Lwowie, a w 2002 r. został biskupem diecezji Charkowa i Zaporoża. Zmarł w styczniu tego roku w Sędziszowie Małopolskim.

Ileż to jeszcze osób z Rozwadowa miało kresowe korzenie? Cukiernik Dominik słynący na całą okolicę z lodów i kremówek, państwo Woźniaccy prowadzący warzywniak w Rozwadowie z najlepszą kapustą kiszoną, państwo Kuligowscy – moi sąsiedzi, doktor Szanek i jego małżonka… Opracowanie takiego materiału historycznego byłoby ciekawym tematem pracy licencjackiej, a może nawet magisterskiej…

Wspominałem o kwartalniku Cracovia Leopolis…

Współpraca z tym pismem pozwoliła mi na wejście w tematykę kresową nie tylko historyczną. Przez lata przeprowadzałem rozmowy z ludźmi pochodzącymi z Kresów żyjącymi problemami Kresów. Efektem tych wywiadów są dwie książki. Pierwsza „Rozmowy o Kresach i nie tylko” a druga to „Wczoraj i dziś. Polacy na Kresach”.

Kilka słów powiem o tej drugiej książce, którą udało się wydać przed paroma laty. Zawiera 23 rozmowy przeprowadzone w różnych okresach. Kiedy przygotowywałem książkę do druku, starałem się te rozmowy uaktualnić. Nie we wszystkich przypadkach miałem takie możliwości, bo niektórzy moi rozmówcy odeszli z tego świata. Inne nie wymagały też zbyt wielu uzupełnień. Rozmowy nie zestarzały się. Do opublikowania książek namawiała mnie pani Aleksandra Ziółkowska Boehm, która odwiedza zawsze ze swymi nowymi książkami Stalową Wolę. Zawsze miło opowiada o naszym mieście. Powiem krótko o kilku wybranych, dla mnie najważniejszych rozmowach znajdujących się w tej książce.

Jako pierwszą muszę wymienić rozmowę z prof. Stanisławem Nicieją. Był dzisiaj gościem Państwa. Nasza rozmowa w pośredni sposób dotyka Kresów, bowiem profesor opowiada o swych naukowych poszukiwaniach jakie prowadził podczas stypendialnego pobytu w Londynie, gdzie jednak obracał się w środowiskach Kresowian. Kiedy ostatnio pan profesor był w Krakowie, opowiadał o Zadwórzu. A to dlatego, że z końcem maja Narodowy Bank Polski wprowadził do obiegu okolicznościową monetę inaugurującą serię monet „Termopile Polskie”. Jako pierwsza ukazała się moneta poświęcona bitwie pod Zadwórzem z sierpnia 1920. Na monecie zobaczymy popiersie Konstantego Zarugiewicza, który zginął w tej bitwie. Jego ciało nie zostało zidentyfikowane. Matka bohatera spod Zadwórza, pani Jadwiga Zarugiewiczowa była tą osobą, która wskazała trumnę z nieznanym żołnierzem, Obrońcy Lwowa, którego szczątki zostały pochowane w Warszawie. Od 1926 r. oddają mu hołd wszyscy wielcy tego świata odwiedzający Warszawę. W Krakowie, dzięki zgodzie pana profesora wydaliśmy niewielką broszurkę poświęconą Zadwórzu w serii Biblioteki Cracovia Leopolis. Cieszyła się bardzo dużym zainteresowaniem.

Dzisiaj nie tak często mówi się o tym, że tematyka kresowa oficjalnie zaistniała dzięki prof. Niciei. To on w latach 80-tych buszował po Lwowie, napisał i opublikował książkę, która dała w Polsce zielone światło tematom kresowym.

Do ważnych rozmówców zaliczam Mariusza Olbromskiego – od jakiegoś czasu dyrektor Muzeum im. Marii i Jarosława Iwaszkiewiczów, a wcześniej przez lata był dyrektorem Muzeum Narodowego w Przemyślu. Ten nowy i chyba piękny, a na pewno nowoczesny gmach muzeum przemyskiego został wybudowany właśnie przez Mariusza Olbromskiego, poetę i eseistę poświęcającego swój wolny czas i pióro Kresom. Od ponad 20-tu lat wraz z żoną organizują w Krzemieńcu literackie konferencje naukowe oraz plenery malarskie i fotograficzne. Wszak Krzemieniec to miasto Juliusza Słowackiego! To magiczne miejsca, a i magii nie brakuje! Uczestniczyłem w dwóch konferencjach. Jedna zapadła mi szczególnie w pamięci. Konferencja odbywała się przy podłużnym stole w salach dawnego liceum krzemienieckiego. Słuchaliśmy wykładu profesora ukraińskiego młodego pokolenia z Kijowa. Obok niego było wolne krzesło. Profesor tonem nie znoszącym sprzeciwu zastanawiał się nad ukraińskością Słowackiego, który musiał znać przecież język ukraiński i nie wiadomo dlaczego pisał po polsku… Gdy skończył swe wywody i zapadła cisza, na puste krzesło wskoczył kot… Jakby duch wieszcza chciał polemizować albo zaprotestować przeciw stawianym przez ukraińskiego naukowca tezom

Bardzo cenię sobie rozmowę z prof. Januszem Smazą z Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. To niezwykły człowiek żyjący w przestrzeni między Kresami a Warszawą. Do tego należałoby dorzucić jeszcze kilka innych miejsc związanych z Polakami rozsianych po świecie, których dotknęła konserwatorska ręka profesora. Profesora poznałem w 2000 roku, podczas wizyty na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Wtedy też spotkaliśmy Andrzeja Przewoźnika i to on poznał nas ze Smazą. Profesor akurat ciężko pracował w roboczym kombinezonie przy kamieniarce. Dzięki niemu dowiedziałem się, że konserwatorzy już tak mają, że szkiełko i pędzelek przy obrazach, ale nie przy kamieniarce. Kilka lat temu wędrowałem po Kresach m.in. z Januszem Smazą. W Kamieńcu Podolskim mieszkaliśmy w klasztorze dominikańskim, który zajmują paulini. Oglądaliśmy miejsca już odnowione i te, które czekają na swoją kolejkę. To wszystko to dzieło Janusza Smazy. Powiedział, że w tym miejscu wystarczy mu pracy do końca życia.

Nie mogę pominąć rozmowy z Barbarą Wachowicz, która w swych książkach opowiada historię naszej kultury życiorysami Wielkich Polaków – Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Tadeusza Kościuszki, Fryderyka Chopina, druha Aleksandra Kamińskiego „Kamyka”. W naszej rozmowie opowiada o Lwowie i powstaniu harcerstwa polskiego we Lwowie, o jego twórcach Aleksandrze i Andrzeju Małkowskich. To z tego miasta rozprzestrzeniał się ruch skautowski do innych ośrodków. W Krakowie jednym z głównych jego promotorów był prof. Stanisław Pigoń – wydawca dzieł Aleksandra Fredry. O prof. Pigoniu opowiada pani Krystyna Czajkowska w wywiadzie poświęconym jej wizycie we Lwowie w latach 50-tych XX w..

Duży sentyment mam do rozmowy z nieżyjącym już panem Romanem Aslerem. Prawdopodobnie był on ostatnim żyjącym obrońcą Lwowa z 1918 r.

Drodzy Państwo – by już was nie zanudzać… Powtarzam apel prof. Niciei – spisujcie swe wspomnienia. Opisujcie fotografie, by nie stały się anonimowe. Dbajcie o archiwalia i przekazujcie je choćby do waszego wspaniałego muzeum, jeśli nie ma kto się nimi zaopiekować.

 

opublikował: janusz
Spis aktualności

Strona 1 z 3  > >>

cze 27, 2021
Kto mieszka w Krakowie na pewno zna Dębniki. W sobotę, choć w ramach służbowych obowiązków, to z przyjemnością udałem się do dworku przy ul. Powroźniczej 2 do Biblioteki Kraków. Odbywał się tam Piknik Literacki, który zakłócała kapryśna pogoda. Nie ukrywała zmartwienia Paulina Knapik-Lizak , która napracowała się nad tym piknikiem. Ale czy prawdziwych czytelników może cokolwiek zniechęcić do ukochanej biblioteki i uroków książki? To niemożliwe!
opublikował: janusz
kwi 10, 2021
Odszedł Przyjaciel...










Stanisław Dziedzic (1953-2021)
opublikował: janusz
mar 14, 2021

Pandemia… Czas zsypać głowę popiołem… Wszak co jutro przyniesie, nie wiemy! Bać się – strach! Nie bać – jeszcze gorzej! No cóż, jak trwoga, to do Beresia! Witolda oczywiście… W niedawno wydanej książce Zaraza. Lekcja nieprzerobiona, do napisania której inspiracją był wszechpanujący covid 19, opisał przypadek zaraza. By dokonać dogłębnej analizy, zamknął się z dziesięciorgiem dostojnych mieszkańców Krakowa – w domyśle ekspertów także od zarazy – w przytulnej i dobrze zaopatrzonej nie tylko w smakołyki kuchenne (a jakże!) austerii. Lektura książki daje wskazówki, co jeść, co pić i jak żyć, by przetrwać pandemię. Wśród szacownych deliberantów zabrakło jasnowidza, który byłby w stanie przewidzieć, kiedy ta zaraza się skończy. Kiedy będziemy mogli odetchnąć z ulgą, porzucając lęk przed codziennością, strząsając z siebie chaos narzucany zewsząd przez decydentów i biurokratów, otrząsnąć się ze stanu apatii w jaki wprowadzają nas w każdej godzinie politykierzy, podpisać rozejm w walkach z „wiatrakami” i zacząć zwykłe, normalne życie jakie zawieszono nam na kołku wiosną 2020 roku… Choć nie do końca zabrakło, bo szaty pytii przybrał autor książki. W Osobistym post scriptum, niemal w ostatnim zdaniu, pisząc perspektywicznie o chwili, w której będziemy myśleć, że zły czas się skończył, wieszczy – pamiętaj: to świństwo wróci, bo tkwi ono w naszych duszach. To my swoja pazernością, łapczywością, chciwością – sami je prowokujemy. (…) nie ciesz się zatem. Zaraza wróci. Jeszcze większa, jeszcze potężniejsza, jeszcze bardziej ostateczna! Ech… Lepiej nie pytajcie Beresia, jak żyć…

Janusz M. Paluch

Witold Bereś, Zaraza. Lekcja nieprzerobiona, Wydawnictwo Austeria, Kraków 2020

opublikował: janusz
lut 26, 2021
Na łamach Nowego Dziennika ukazującego się w Nowym Jorku, 6 lutego 2021 roku, ukazała się rozmowa ze mną przeprowadzona praez panią Aleksandrę Ziółkowską-Boehm. Zapraszam do lektury. Poniżej prezentuję tekst, a jeśli ktoś chciałby przeczytać w oryginale, podaję link do Nowego Dziennika:
http://dziennik.com/publicystyka/kultura/kresy-zawsze-wazne/
Z Januszem M. Paluchem rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Długie lata generalnie nie można było pisać o Kresach. Pierwsza „odwilż kresowa” to rok 1980. Co powinno się zrobić, o czym pisać, by upływający czas nie wymazał z naszej świadomości tematyki wciąż tak ważnej?

– Rok 1980 był prawdziwym karnawałem wolności. Pod znakiem „Solidarności” można było mówić i pisać otwarcie o Kresach, ich polskości, Polakach tam wciąż przecież żyjących. Ta prawie bezcenzuralna wolność nie trwała jednak długo. Po stanie wojennym o Kresach można było czytać w wydawnictwach ukazujących się konspiracyjnie, publikowanych na emigracji i potajemnie przemycanych do PRL-u. Prawdziwą odwilżą dla tematyki kresowej było jednak ukazanie się nakładem Wydawnictwa Ossolineum w 1988 roku książki prof. Stanisława S. Niciei „Cmentarz Łyczakowski”. Później przyszedł rok 1989, zlikwidowano cenzurę i z czasem nastąpił prawdziwy wysyp książek o tematyce kresowej.

Historie Kresowian zawsze zostaną „otwartą, niezagojoną raną”. Pani, jako autorka wspaniałej przecież książki „Lepszy dzień nie przyszedł już”, poświęconej Ormianom i Kresom, wie o tym najlepiej. Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o pani książce o „innych kresach” – Otwarta rana Ameryki. Wprawdzie inna szerokość geograficzna, inna kultura – ale ból ten sam…


opublikował: janusz
sty 20, 2021

Sokolim piórem o „Ronicie”…

Kiedy rozwadowski „Sokół”, dzisiaj Rozwadowski Dom Kultury Sokół w Stalowej Woli, mógłby w końcu po kapitalnym remoncie otworzyć swe podwoje i rozpocząć działalność, na przeszkodzie stanęła pandemia… Ale i tę pokona nieugięta Maria Rehorowska, która doprowadziła przecież wbrew wszelkim przeciwnościom do obecnego stanu ten niedawno – wszyscy mówili – nadający się do rozbiórki budynek.

Ten charakterystyczny dla Rozwadowa budynek, stojący vis a vis Sądu, nieopodal Szkoły Podstawowej im. Jana III Sobieskiego, powstał w 1906 roku z inicjatywy Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Choć „rozwadowskie sokoły” zerwały się dość późno do lotu, to jednak udało im się wnieść znaczący wkład do skarbnicy polskiego patriotyzmu. A „Sokół” był swoistym centrum kultury i sportu w Rozwadowie. Sala gimnastyczna – najważniejsza dla realizacji celów statutowych Towarzystwa i dominująca w budynku – była wielofunkcyjna – sala kinowa (kto wie, czy nie tam właśnie wyświetlono pierwszy film w Rozwadowie), sala teatralna, spotkań społeczności Rozwadowa, w końcu sala balowa. Był chyba trzy razy remontowany. Po raz pierwszy, w okresie II Rzeczypospolitej, dość późno po zniszczeniach I wojny światowej, kiedy właściwie – w 1936 roku – dokończono też jego budowę – został otynkowany, na frontonie umieszczono rzeźbę sokoła w locie będącego symbolem Towarzystwa, a w północnym styku ścian wbudowano rzeźbę Matki Boskiej Różańcowej. Kolejny kapitalny remont budynek przeszedł w latach1962-64, kiedy pieczę nad budynkiem przejęła Spółdzielnia Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie. Wówczas, w tylnej, południowo-wschodniej części budynku, dobudowano pomieszczenie magazynowe i kotłownię centralnego ogrzewania, położono nową instalację elektryczną, parkiety na podłogach. Ostatni remont, prowadzony był w latach 2017-2020 już przez samorządowe władze Stalowej Woli. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, iż w 1974 roku Rozwadów został włączony do miasta Stalowa  Wola, stracił samodzielność i prawa miejskie, został zwykłą peryferyjną dzielnicą, i przez dziesięciolecia traktowany był przez władze Stalowej Woli jak „piąte koło u wozu”. Ile lat musiało minąć, by władze samorządowe Stalowej Woli dały się przekonać o zabytkowych walorach „miasteczka galicyjskiego”! Ile lat musiał zabiegać ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski (1924-2017), by w Stalowej Woli, na bazie jego zbiorów etnograficznych, archeologicznych i historycznych powstało w końcu Regionalne Muzeum w Stalowej Woli, którym dzisiaj władze miasta się przecież szczycą! Szkoda, że nikt nie znalazł zrozumienia dla pomysłu – zainicjowanego nawet założeniem przez ks. prof. Gaja-Piotrowskiego stowarzyszenia– odbudowania budynku ratusza miejskiego, który mógłby przecież pełnić zadania administracji publicznej.

opublikował: janusz
gru 19, 2020

W czas Bożego Narodzenia...

Czekaliśmy z utęsknieniem na święta Bożego Narodzenia. Adwent… Więc poandrzejkowa cisza, spokój… Pamiętam, że na religii kazali robić jakieś lampiony, z którymi mieliśmy chodzić na roraty na szóstą rano… Szczęściem w domu nie było fundamentalizmu religijnego, choć z drugiej strony przecież wczesne wstawanie nie jest złe, nikomu nie zaszkodziło a z czasem nawet procentuje… W końcu zimne, mroczne, niekiedy rozśnieżone poranki roratowe, tchnęły swoistym romantyzmem… Zaspane, milczące dzieci z opiekunami – zazwyczaj babciami, w moim przypadku była to ciocia Marta Moskal, z kolorowymi lampionami w rękach, przedzierały się przez ciemność grudniowego poranka… W Rozwadowie nad ranem latarnie uliczne już nie świeciły – miasto oszczędzało. Przedzieraliśmy się więc przez autentyczną mroczność chodnikiem wzdłuż klasztornego muru. Dopiero przy świątyni jarzyła się jakaś żarówczyna. Ale i w kościele panowała przecież ciemność. Tak nakazywał obyczaj kościelny, wszak lampiony roratowe związane były z przypowieścią o „pannach roztropnych i głupich” oczekujących na oblubieńca z oliwnymi lampkami… Lampion był wykonywany z kartonu. Wycięte otwory zaklejaliśmy kolorowymi bibułkami, na których co sprawniejsi plastycznie, malowali jakieś religijne sceny. W lampionie umieszczało się świecę, ale mający pomysłowych rodziców, w lampionie mieli płaską baterię centry i świecącą małą żaróweczkę od latarki… Zapału religijnego nigdy mi nie wystarczyło na cały okres adwentowy.
Umileniem okresu oczekiwania na święta – czy może na łączące się z nimi ferie zimowe, bo za moich szkolnych czasów ferie zaczynały się dzień przed wigilią i kończyły po święcie Trzech Króli – była wizyta Świętego Mikołaja! Jakaż to radość z odkrywanych pod łóżkiem prezentów! Ale oprócz tych pozostawianych w nocy podarunków, święty zapraszał dzieci a to do rozwadowskiego Sokoła, albo do refektarza u OO. Kapucynów… A tam, strach, płacz i pokonywanie odwagi… Bo przecież jak nie pójdę na scenę, gdzie z siwą brodą biskup woła cię po imieniu, uśmiechając się dobrotliwie i głaszcząc po głowie wręczając podarunki, to nie dostanę paczki…

opublikował: janusz
lis 28, 2020
Ach, jak chciałoby się pójść z Leszkiem Długoszem w tany te romantyczne przez Kraków… Napić się eliksiru poetyckiego ze „szkiełka z Muzeum Czartoryskich”, porozrzewniać się nad irysami w ogrodzie Kossakówki, wędrować z duchami pod rękę w zaczarowanym kręgu Plant, czy wspólnie pogadać z samym Piotrem S., który zamarł na ławeczce przy swej ulubionej cafe Vis à Vis i obserwuje – nie mogąc się nadziwić – co się stało z naszym Krakowem, z nami…
opublikował: janusz
sie 20, 2018
Kornelia - takie imię nosi ta mała dziewczynka w kapeluszu. Portret namalowała w 2018 roku Monika Kozera. Jej cechą od urodzenia jest samodzielność. Upór z jakim to pokazuje dla mnie niesamowity! Skończyła już trzy lata iod ponadroku chodzi do przedszkola. Śpiewa piosenki, mówi wierszyki. Wspina się po wszystkich najtrudniejszych sznurach i drabinkach na placu zabaw, pływa niemal samodzielnie bez strachu. Ma pięknego psa, który dba i pilnuje jej, ale i z wzajenością. Patrzę na dzieci moich córek z podziwem... Wracam pamięcią do przeszłości. Ze śmiechem i wzruszeniem wspominam, gdy rodzice chcieli mnie umieścić w przedszkolu. Tato podstępem zawiózł mnie do przedszkola, gdzie początkowo z zainteresowaniem zostałem. Ale jak kazali mi się położyć spać w południe, po prostu wyszedłem i udałem się w drogę do domu... Gdy przedszkolanka zauważyła moją nieobecność, natychmiast zaalarmowała telefonicznie rodziców! Ponieważ w tamtych czasach cengtrale telefoniczne były obsługiwane przez telefonistki, w jednej niemal chwili połowa mojego miasteczka wiedziała, że ulotniłem się z przedszkola... Nela w przedszkolu przebywa chętnie, nie nudzi się wśród koleżanek i kolegów oraz nniezliczonej pewnie ilości zabawek. Należy jej życzyć pięknego i radosnego dzieciństwa. Jeszcze kilka lat i zacznie się szkoła... Ale jeszcze niech sobie trwa w nieświadomości...
opublikował: janusz
kwi 14, 2018

Nie pamiętam, co było na początku… Czy lektura „Zemsty” Aleksandra Fredry, czy może spektakl teatralny w Teatrze Telewizji? Jakkolwiek, potem nastąpił wysyp czytelniczy kolejnych dramatów Fredry, który mnie do łez rozśmieszał. A w ślad za tym, kiedy tylko była okazja, oglądałem inscenizacje jego dzieł. Salony, szpady, lansady – z jednej strony nie szczędził Fredro współczesnym sobie, ośmieszając ich zachowania, poglądy etc. Z drugiej, choć też wyśmiewana, nauka etykiety, zachowania wobec dam czy choćby dbałość o wygląd zewnętrzny.

opublikował: janusz
gru 24, 2017


Przychodzimy, odchodzimy
leciuteńko
na paluszkach…

Tak odszedł niepostrzeżenie ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski. Od lat był już w nienajlepszej formie fizycznej. Ale był, trwał… Odwiedzałem go zawsze podczas swych pobytów w Stalowej Woli. Tak miało być też w ostatni weekend Jego z nami obecności. Przyjechałem do Stalowej Woli w sobotę, a odwiedziny były zaplanowane na niedzielę. Tymczasem w sobotę zatelefonował do rodziców pan Marian Głowacki, który był na wieczornej mszy świętej w kościele św. Floriana. Wtedy poinformowano wiernych o śmierci ks. Wilhelma.

opublikował: janusz
wrz 17, 2017
Ukazała się nowa książka prof. Stanisława Grodziskiego zatytułowana "Za trzecim razem. Zapiski uniwersyteckie z lat 1968, '81, 1989". W tamtych latach prof. Stanisław Grodziski pracował na Uniwersytecie Jagiellońskim, sprawując także funkcje administracyjne. Zdając sobie sprawę z doniosłości wydarzeń, które dotyczyły też UJ, prowadził dziennik. Ten z 1968 pisał do szuflady. W tamtych czasach jedynie słuszna siła czuła się mocno. Rok 1981, choć przyniósł stan wojenny, mógł dawać nadzieję na publikację dziennika pod pseudonimem w emigracyjnych bądź podziemnych wydawnictwach. Rok 1989 zamknął epokę socjalizmu w Polsce i przyniósł nowe polityczne rozdanie. Dzięki temu w dzisiejszych czasach także ta książka mogła się ukazać w takim kształcie. To bardzo osobista książka, choć porusza przecież ważne dla Polaków sprawy.
opublikował: janusz
cze 11, 2017

(Szkic mojego wystąpienia w Stalowej Woli)

Serdecznie witam wszystkich Państwa, tych co mają korzenie kresowe i tych, którzy przyszli, by spotkać się z historią i kulturą kresów. Przyszli, bowiem zainteresował ich temat dzisiejszych spotkań.

W imieniu Oddziału Krakowskiego TMLiKPW serdecznie i gorąco pozdrawiam Państwa! Wybierał się do Stalowej Woli nasz prezes, Adam Guyrkowich, który wiele lat zawodowo spędził w Waszym pięknym mieście. Nie pozwoliło mu jednak zdrowie…

Bardzo dziękuje za zaproszenie. Dla mnie to prawdziwy zaszczyt i wyróżnienie, że mogłem stanąć przed Państwem po to, by dać świadectwo kresowe. Podzielić się z Państwem swymi refleksjami na tematy lwowskie, tematy kresowe.

Muszę się też przed państwem usprawiedliwić, bowiem nie urodziłem się we Lwowie, ani na Kresach. Moi rodzice pochodzą z okolic Stalowej Woli, a jak może niektórzy wiedzą jestem Rozwadowianinem. Tematy Kresowe, lwowskie były mi całkiem obce. Nie dlatego, że się nie interesowałem historią. Po prostu w tamtych czasach się o tym nie mówiło. Często dla bezpieczeństwa własnego i rodziny.

opublikował: janusz
kwi 14, 2017

Zasiedziałem się w Śródmiejskim Ośrodku Kultury. Czas zatem na zmiany w moim zawodowym życiu, zanim dopadnie mnie emerytalny zastój. Nie chcem, ale muszem… Spędziłem z Państwem oraz całym zespołem pracowników ŚOK ponad 25 lat. Pięknie dziękuję Wam, że byliście ze mną, uczestnicząc w spotkaniach, koncertach, spektaklach, nie szczędziliście pochwał ale i – wprawdzie z rzadka – słów krytyki, jeśli na nie zasłużyliśmy.

Wszystkim Koleżankom i Kolegom – pracownikom merytorycznym, administracyjnym, księgowym i technicznym, twórcom i artystom, animatorom kultury współpracującym z nami, kłaniam się nisko za owe ćwierćwiecze!

opublikował: janusz
mar 25, 2017

Katechetyczne wspomnienie

W klasztorze ojców kapucynów w Sędziszowie Małopolskim 29 stycznia 2017 r. zmarł w wieku 84 lat (67 lat w stanie zakonnym, 60 lat w stanie kapłańskim i 22 lata w stanie biskupim) emerytowany biskup o. Stanisław Padewski. W moich rozwadowskich czasach, gdy byłem uczniem Liceum Ogólnokształcącego Stalowej Woli, był moim katechetą. Wtedy, w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych XX w., wieczorami, po lekcjach chodziliśmy do klasztoru na spotkania z o. Stanisławem. Był wtedy albo gwardianem konwentu kapucynów albo proboszczem nowej parafii obejmującej południową część dawnego Rozwadowa i północną część Stalowej Woli. Wtedy granice Rozwadowa i Stalowej Woli były jeszcze wyraziste, choć już pomału się zamazywały. Pierwszym ich symptomem było pojawienie się na dworcu kolejowym nazwy Stalowa Wola – Rozwadów. Klasztorem w tamtych czasach rządził duet o. Stanisław Padewski i o. Edmund Haracz. Przez kilka kadencji, jedna trwała cztery lata, księża trwali w Rozwadowie wymieniając się stanowiskami, ale przy tym niesamowicie dużo zdziałali, w niełatwych warunkach realizmu socjalistycznego, dla rozwadowskiego klasztoru.

opublikował: janusz
sty 9, 2017

Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, to czas, na który chyba wszyscy najbardziej czekamy – oczywiście po zakończeniu wakacji. Motywacji związanych z tym wyczekiwaniem jest wiele. Naturalnie te religijne dla wielu najważniejsze. Dla innych jednak ferie zimowe, trochę czasu wolniejszego od pracy, zabawy sylwestrowe, i w końcu chyba najważniejsze, że pomału, pomalutku dzień zaczyna się wydłużać… Wszak na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok – tak mówi stare przysłowie. Kto je dzisiaj pamięta?

Trzej Królowie na rynku w Rozwadowie, rys. Lena Wojtal (2016 r.)

opublikował: janusz
sty 6, 2017
Zostałem upomniany przez wierną fankę mojej strony internetowej, że się strasznie zaniedbałem. Obiecałem poprawę. Zatem na początek, by tradycji stało się zadość, wszystkim, którzy tu zaglądną, składam najpiękniejsze życzenia z okazji Nowego Roku! Niech się Wam szczęści!
Z dzieciństwa pamiętam kolędników, którzy w pierwszym Dniu Nowego Roku wędrowali od domu do domu recytując zabawne życzenia, w które ludzie wierzyli. Kolędnika trzeba było należycie przyjąć. Tym bardziej, że był to mężczyzna, a nie daj Boże, do domu jako pierwsza przyszła kobieta... Nieszczęście na cały rok! A oto ta wierszowanka życzeniowa:
Na szczynści, na zdrowi, na tyn Nowy Rok,
Żebyście byli zdrowi, weseli,
jako w niebie anieli.
Żeby się wam darzyło, kopiło, snopiło
Do stodoły dyszlem obróciło...
Żebyście mieli wszystkiego dości,
jak na tej połaźnicy ości,
Żebyście mieli pełne obory,
pełne pudła,
Żeby wam gospodyni u pieca nie schudła...
opublikował: janusz
wrz 22, 2015
Pierwsza była lektura książki Melchiora Wańkowicza „Hubalczycy”, zdobyta „po znajomości”  w zaprzyjaźnionej księgarni. Książka zatytułowana „Dwie prawdy” zawierała opowieści o Majorze Hubalu i obronie Westerplatte. Dopiero później obejrzałem film „Hubal” w reżyserii Bogdana Poręby w Ryszardem Filipskim w roli głównej. Autorem scenariusza był znany pisarz Jan Józef Szczepański, który nie godząc się na zmiany dokonane w scenariuszu, wycofał się ze współautorstwa filmu. To jednak wystarczyło, by legenda Hubala utrwaliła się na stałe w świadomości Polaków. Postać Hubala przypominała też na kartach swych książek Aleksandra Ziółkowska-Boehm, która już w latach 80-tych XX w. opublikowała opowieść „Z miejsca na miejsce. W cieniu legendy Hubala”, a w ostatnich latach przypominała go w książkach „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon”  (2009) i „Lepszy dzień nie przyszedł już” (2012).

Jednak tak prawdziwie, z niesamowitą dokładnością i rzetelnością, postać mjr Henryka Dobrzańskiego przybliżona została przez młodego historyka Łukasza Ksytę – rocznik 1983, który opublikował książkę „Major Hubal. Historia prawdziwa” (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014).

opublikował: janusz
sie 24, 2015
Lenka, już nie taka mała, skończyła właśnie cztery lata. Urodziny trwają, bo oprócz odwiedzin i życzeń od najbliższej rodziny w rocznicę urodzin, po wakacjach, jak wrócą do domów z wojaży już wszystkie koleżanki, i oczywiście Dawid, zapowiedziane jest wielkie "kulkowe" party! Życzę więc Lence nie tylko ciekawych prezentów, ale pięknej i szalonej zabawy! No i tradycyjne Sto lat śpiewam, a ze mną cały chór kanarków, wróbli a nawet zaskoczonych papug! A ten piękny portret namalowała Monika Kozera, za co jej bardzo i serdecznie dziękujemy (piszę to także w imieniu sportretowanej...)
opublikował: janusz
cze 23, 2015

W Galerii Pryzmat ZPAP Okręg Krakowski (ul. Łobzowska 3) otwarto wczoraj (22 czerwca 2015 r.) wystawę zatytułowaną „Adam Macedoński do kwadratu. Rysunki z lat 1955-2015”. Kuratorem i aranżerem wystawy jest Andrzej Dawidowicz.

opublikował: janusz
cze 21, 2015

20 czerwca w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie, urodzony we Lwowie Adam Zagajewski, poeta i eseista, obchodził 70-te urodziny.

 

 

 

opublikował: janusz
element-23
powered by:marklar-net.pl(external link)
element-24