element-01
element-02
element-04
element-05
element-06
element-07
element-08
element-09
element-11
element-13
element-15
element-17
element-19
element-21
nawigacja: Strona główna » Teksty
wrzesień 27, 2017

Wołyń – tak było…


Wołyń – tak było…

Z żalem skończyłem czytać książkę Piotra Tymińskiego „Wołyń bez litości”, choć początkowo bardzo się lękałem tej lektury. Sięgałem po nią z obawami, że opisy wszechobecnej zbrodni ludobójstwa, jaka dokonana została na ludności polskiej na Wołyniu, pogrąży mnie w stany depresyjne. Wszak powieści, tak jak filmy, mają to do siebie, jeśli są oczywiście dobrze napisane, a taką jest powieść Piotra Tymińskiego, że „wciągają” nas – czytelników czy też widzów – w tryby swoistego wehikułu czasu. Bo i cóż z tego, że czytam książkę w Krakowie, w realiach wiosny 2017 roku, jeśli ma dusza umyka co chwilę w czas straszny i okrutny wywoływany na stronach książki przez Piotra Tymińskiego. Żyję już kilkadziesiąt lat i przez ten czas sporo naczytałem się i naoglądałem o zbrodniach, jakie w międzyczasie ludzie sobie zgotowali. Wietnam, Kampucza, Afryka, Ameryka Południowa, Afganistan, Iran i Irak, w końcu Bałkany w Europie a obecnie płonący Bliski Wschód i tląca się Ukraina. Te chyba niezliczone miliony ofiar zbrodni wojennych w jakimś sensie powinny uodpornić mnie i wprowadzać w stan obojętności emocjonalnej. Opisy zbrodni dominują w newsach płynących z różnych zakątków świata każdego dnia. To już codzienność. Na mnie te informacje działają odwrotnie, wręcz depresyjnie. I choć urodziłem się kilkanaście lat po dokonaniu przez Ukraińców opanowanych szałem nacjonalizmu rzezi na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, a więc ten czas to dla mnie na szczęście tylko historia, to ludobójstwo wołyńskie zawsze przeraża mnie niemiłosiernie, powoduje wewnętrzne łkanie duszy. Świat wartości wali mi się z trzaskiem na głowę za każdym razem, kiedy czytam taki choćby opis: „w lesie trafili na obnażone zwłoki siedemnastoletniej córki Żarczyńskich. Miała poprzebijane piersi w kilku miejscach, cała była pokłuta i od łona po brzuch rozcięta” – wystarczy... Czy takie bestialstwo mogło być dokonane przez człowieka? – pojawia się natychmiast pytanie. A jednak tak czynili i czynią ludzie. Nic innego przecież nie działo się na Bałkanach w latach 90-tych XX w. między Serbami, Chorwatami i Bośniakami nie tylko na tle narodowościowym, ale i dodatkowo religijnym. Po dzisiejszy dzień straszą tam pustymi, wypalonymi, ostrzelanymi, oczodołami okien domy. Mieszkańcy tych domostw nie żyją, a jeśli mieli trochę szczęścia, udało im się uciec. Nie chcą jednak wracać do zniszczonych domostw, do tych samych sąsiadów…

Autor podjął się trudnej pracy opisania skomplikowanej sytuacji społeczno-politycznej na Wołyniu podczas II wojny światowej, a właściwie już u jej schyłku. Wołyń znajduje się jeszcze pod niemiecką okupacją. Żywioł polski został mocno osłabiony mordami i wywózkami na Syberię w czasach pierwszej sowieckiej okupacji (1940 r.). Przez lata wojny radykalizowały się ukraińskie siły nacjonalistyczne. Apogeum dramatu to lata 1943-44. Oddziały partyzantki ukraińskiej zamiast walczyć z okupantem, Niemcami, skupiają się na mordowaniu bezbronnych Polaków, wciągając – pod karą śmierci – w ten dance macabre zwykłych mieszkańców wsi. Polacy jednak sami się bronią, nawet jak są bezbronni. Organizują samoobronę przed grabieżami i ludobójstwem Ukraińców. Nie idą potulnie na rzeź. Jest też trzecia siła – partyzantka sowiecka walcząca z Niemcami. Rosjanie zachęcają polskich partyzantów do wspólnej walki z Niemcami. Czasem wspierają Polaków w walce z Ukraińcami, ale zachowują się też nieobliczalnie. W pewnym momencie rozbrajają i internują cały polski oddział, przesłuchują dowódców, dopuszczając się także mordów na tle ideologicznym. Zmuszają Polaków do walki pod swą komendą. Zdradą posługują się jak narzędziem do eliminacji ideowych przeciwników. W pełnej krasie rozwinie się ta walka z AK i polskim podziemiem narodowym po 1944 r., po przesunięciu się frontu na zachód. Wypełnią się Polakami obozy i więzienia na ziemiach polskich oswobodzonych spod niemieckiej okupacji, tysiące zginie na miejscu, a na wschód pojadą znowu pociągi wypełnione ludźmi do syberyjskich obozów pracy. Autor opisuje też przypadki, że polskojęzyczni żołnierze niemieccy, korzystając z tego, że żywi trafili do niewoli partyzanckiej, przechodzą na polską stronę. Tamten czas i rejon, to był prawdziwy kocioł!

Na tle tej skomplikowanej sytuacji obserwujemy głównego bohatera powieści, Stanisława Morowskiego, który uszedł z życiem z matni, jakiej dokonał na jego rodzinie oddział złożony z Ukraińców pod dowództwem jego kolegi z wsi, a do tego konkurenta do ręki jego żony. Cudem udaje mu się przeżyć. Traci rodzinę. Jest przekonany, że także świeżo poślubioną żonę, która spodziewa się dziecka. Wojna jest jednak pełna niespodzianek. Autor pokazuje, że zawsze trzeba mieć nadzieję na dobre zakończenie największego dramatu. Dopóki nie ma się pewności, nadzieja zawsze trwa.

Powieść partyzancka Tymińskiego oparta jest –  jak twierdzi autor –na faktach autentycznych. Jestem pełen podziwu dla znajomości terenu, i faktów związanych z tragicznymi losami wsi zamieszkałych przez polską ludność. Tymiński przywrócił pamięci, na stronach swej powieści, dramatyczne losy często przecież zupełnie anonimowych miejscowości, o których może nie usłyszelibyśmy nigdy, gdyby nie wojna i nacjonalizm ukraiński.

Jeśli można mówić o mankamentach książki Tymińskiego, to chyba tylko o tym, że od pierwszych stron, nieprzygotowani, wchodzimy w bieg akcji. Ktoś niezorientowany w zawiłościach naszych dziejów na Kresach, na Wołyniu, może się zagubić. Trwa wojna, krwawa wojna nie na żarty, ale właściwie nie ma wojska. Są partyzanci, ale walczą bardziej między sobą, niż z okupantem niemieckim. Jest to więc książka dla przygotowanego czytelnika. Chyba, że dla takiego czytelnika, któremu wszystko jedno kto z kim, i dlaczego, walczy, a priorytetem w powieści jest sama walka, pokotem kładący się trup – najlepiej przeciwnika – i lejąca się strumieniami krew. No i oczywiście zgrabne sanitariuszki opiekujące się bohaterskimi chłopcami nie kłaniającymi się kulom… Tak się też dzieje na kartach książki Tymińskiego, bo tak się działo na Wołyniu w ten dramatyczny czas.

Główny bohater, który zdążył zaledwie „dotknąć” wojska w 1939 r., nagle przez losy wojny pozbawiony zostaje rodziny, którą wymordowali „sąsiedzi”. Chcąc nie chcąc wpada w wiry walki. Oddziały samoobrony, oddziały Armii Krajowej. Bezwzględna, brutalna walka na śmierć i życie.

Obserwujemy, jak chłopak w krótkim czasie dorośleje, kiedy dotyka go śmierć najbliższych, a śmierć przyjaciół i znajomych, nie tylko towarzyszy walki, staje się codziennością. Ze zdumieniem, ale i zrozumieniem, czytamy jak bez cienia wątpliwości, litości wydaje wyroki na morderców, którzy w chwili zbliżającej się śmierci w jednej chwili z butnego bohatera stają się pomiotem ludzkim, bez honoru, błagającym o litość. Panuje wtedy prosta wojenna logika, której w czasie pokoju nikt nie zrozumie. Jeśli nie zabijesz – zostaniesz zabity. Konstatuję po chwili ze zdumieniem, jak podstępna była walka przez nich prowadzona. Udawali Ukraińców, Niemców, Rosjan, by podstępem wejść do obozu czy wsi, a potem znienacka zaatakować i zniszczyć. Wszyscy tak robili Polacy, Rosjanie i Ukraińcy.

Stanisław podejmuje też najtrudniejszą w życiu decyzję, świadomie biorąc na siebie odpowiedzialność. Kiedy dowiaduje się o planach Ukraińców mających na celu zorganizowanie zgrupowania i dokonania statecznej eksterminacji polskiej ludności, wyprzedza ich atak, wchodzi do ukraińskiej wsi, którą pali i zabija mężczyzn. Kobiety, dzieci i starcy są pod ochroną. W czasie tej akcji okazuje się, że jego żona jednak żyje, więziona przez ukraińskiego kolegę, konkurenta do jej ręki. Uwalnia ją, ale niebezpieczeństwo nie mija. W takim momencie książka się kończy. Autor pozostawia nas z dylematem o słuszności dokonanej zemsty na Ukraińcach. Ta myśl jest tak ciężka, że właściwie mało nas interesuje dalszy los bohaterów książki. Czy przeżyją wojnę? Czy Staszka noszącego pseudonimy „Len” – „Czart”, spotkały szykany sowieckie, a może już polskie? Mógł też zginąć w dalszych walkach, a jeśli przeżył, czy uniknął szykan, jakim byli poddawani członkowie AK?

Kto wie, czy nie szykuje nam się wołyńska partyzancka epopeja pisana piórem Piotra Tymińskiego, jeszcze młodego ale odpowiedzialnego historyka. Temat trudny, ale już na kartach tej książki udowodnił autor, że do przeskoczenia. Materia delikatna, bo łatwo zejść na margines, by odchodząc od prawdy historycznej, jednym się przypodobać, a w drugich zrobić sobie wrogów.

Janusz M. Paluch

Piotr Tymiński, „Wołyń bez litości”, Wydawnictwo Novae Res, Gdynia 2017 r.

Tekst ukazał się na łamach miesięcznika Akant nr 9/2017

opublikował: janusz
Spis tekstów

Strona 1 z 2  > >>

wrz 27, 2017

Z żalem skończyłem czytać książkę Piotra Tymińskiego „Wołyń bez litości”, choć początkowo bardzo się lękałem tej lektury. Sięgałem po nią z obawami, że opisy wszechobecnej zbrodni ludobójstwa, jaka dokonana została na ludności polskiej na Wołyniu, pogrąży mnie w stany depresyjne. Wszak powieści, tak jak filmy, mają to do siebie, jeśli są oczywiście dobrze napisane, a taką jest powieść Piotra Tymińskiego, że „wciągają” nas – czytelników czy też widzów – w tryby swoistego wehikułu czasu. Bo i cóż z tego, że czytam książkę w Krakowie, w realiach wiosny 2017 roku, jeśli ma dusza umyka co chwilę w czas straszny i okrutny wywoływany na stronach książki przez Piotra Tymińskiego. Żyję już kilkadziesiąt lat i przez ten czas sporo naczytałem się i naoglądałem o zbrodniach, jakie w międzyczasie ludzie sobie zgotowali. Wietnam, Kampucza, Afryka, Ameryka Południowa, Afganistan, Iran i Irak, w końcu Bałkany w Europie a obecnie płonący Bliski Wschód i tląca się Ukraina. Te chyba niezliczone miliony ofiar zbrodni wojennych w jakimś sensie powinny uodpornić mnie i wprowadzać w stan obojętności emocjonalnej. Opisy zbrodni dominują w newsach płynących z różnych zakątków świata każdego dnia. To już codzienność.

opublikował: janusz
wrz 6, 2017
Trochę przypadek spowodował, że na moim biurku pojawiła się książka Joanny Stovrag „Chwila na miłość”. Nie ukrywam, że tytuł – prawie jak w obśmiewanej (chyba niesłusznie, skoro czytelnicy sięgają po tego rodzaju literaturę) serii wydawniczej Harlequin – nie zachęcał mnie do lektury. Spojrzałem na tekst na skrzydełkach okładki… Autorka z Krakowa, to już przykuwa moją uwagę, a dodatkowo pisze o Sarajewie! Takiej książki, gdzie Sarajewo jest bohaterem głównym, pominąć nie mogłem… Autorka, studentka filologii słowiańskiej, wyjechała u schyłku lat 80. XX w. na studia jeszcze do Jugosławii i zakochała się w Sarajewie – sensu stricto ale i sensu largo… Zawrócił jej w głowie piękny Sejo! Nie dziwię się, bo Sarajewo to miasto z duszą, jak nasz Kraków, z którym chciałoby się na dobre i złe… A o pięknie czarujących wschodnią urodą kobiet pisał nie będę, bo co moje Krakowianki na to powiedzą?!
opublikował: janusz
sty 27, 2017
Połowinka nie jest zwykłą książką. Autorka pisała ją emocjami przeplatającymi się z uczuciami do ojca. Jeśli spodziewacie się, że będzie to tylko relacja z nieziemskiej eskapady rowerami na Ural, to się mylicie. Książka Agnieszki Martinki jest wielką lekcją patriotyzmu i historii Polaków, tak boleśnie doświadczonych przez II wojnę światową i jej skutki. Ta książka to hołd złożony ojcu autorki, Zdzisławowi Martince (1927-2007), znanemu lekarzowi z Tomaszowa Lubelskiego, który jako 12-letni chłopak rozpoczął jesienią 1939 r. swą wielką wyprawę, z mapą wyrwaną z atlasu geograficznego. Uciekł z domu i kierował się do Francji, bo chciał dostać się do armii polskiej gen. Władysława Sikorskiego. Wtedy trafił do sowieckiego więzienia w Samborze, a po wojnie, jako partyzant AK, wywieziony został na Ural, do Połowinki, kopalni węgla kamiennego nr 4. Agnieszka pojechała na rowerze jego śladami. Zdążyła pokazać ojcu fotografie z wyprawy, opowiedzieć mu przygody... Nie zdążyła napisać z nim – wspólnie – książki, a taki był plan. Czy rzeczywiście ten plan się nie powiódł? Przekonacie się sami, sięgając po książkę, do czego gorąco zachęcam.
opublikował: janusz
paź 20, 2015

Historia okrutnie obeszła się z Kresami Rzeczypospolitej (zarówno I jak i II) i mieszkającymi tam Polakami. Zło Polakom wyrządzali Rosjanie (tak carscy jak i komunistyczni) ale i Ukraińcy (najboleśniej czujemy dotąd to, co stało się podczas II wojny światowej na Wołyniu). Tego nikt nie może zaprzeczyć. Historia dotkliwie też na tych ziemiach obeszła się z Ukraińcami (Wielki Głód, stalinowskie przesiedlenia). I choć tęsknie spoglądamy w tamtą stronę, gdzie wychowali się nasi dziadkowie i pradziadkowie, a ich ojcowie spoczywają na cmentarzach kresowych miast i wiosek (niezależnie od tego, czy te cmentarze istnieją, czy nie), to zdajemy sobie sprawę z tego, iż czas się nie zatrzymał, a życie nie znosi pustki. Wyrzucono jednych, pojawili się drudzy. Niewielu pozostało tam Polaków, którzy nolens volens włączeni zostali w tworzenie nowej rzeczywistości na Kresach. Karawana zawsze idzie dalej, nie czeka…

opublikował: janusz
lip 14, 2015
Paweł Daniel Zalewski napisał bardzo ciekawą, niektórzy dorzucą piękną, ale dla mnie bardzo ważną książkę. Można zaliczyć ją do kanonu lektur, może nawet obowiązkowych, dotyczących Kresów. Znaczenie książki wiążę z faktem, iż odezwał się kolejny autor wywodzący się z polskich rodzin pozbawionych przez „pojałtański ład pokojowy” swej ojczyzny. Przywiązuję do tego tym większą wagę, że Paweł Zalewski to pokolenie lat 50-tych, dla którego miejscem wspomnień, miejscem pamięci jest i będzie Kraków, gdzie się urodził. „Bez pamięci” – tak zatytułował autor swą opowieść – wiedzie nas bowiem do Lwowa, do Tiumeni – gdzie w czasie II wojny światowej trafiali zesłańcy także ze Lwowa, w końcu na manowce Mongolii… Ale po kolei… Autor wywodzi się z rodu słynnego cukiernika Zalewskiego, którego cukiernia – nie tylko ze względu na walory smakowe oferowanych produktów, ale także wzrokowe, ze względu na słynne wystawy cukierni przy ul Akademickiej – zapamiętana została przez całe pokolenia Lwowiaków.
opublikował: janusz
mar 31, 2015

Tam, gdzie Wanga wszystko przewidziała…

Kiedy pierwszy raz znalazłem się w najmniejszym miasteczku Bułgarii – Melniku, w 1980 r., oprócz paszportu posiadałem specjalny propusk, uprawniający mnie do poruszania się po strefie przygranicznej z Grecją. Melnik tonął w promieniach słońca. Puste uliczki, tajemnicze ścieżki wśród zrujnowanych domów. I wino… Słynne melnickie wino! Najlepiej smakuje w miejscowej mechanie w wydrążonej dla przechowywania beczek z winem, jaskini-piwnicy w stromym zboczu wąwozu. Stożkowate, piaszczyste wzniesienia, słynne melnickie piramidki, to druga atrakcja – geologiczna – tego miejsca. Wędrujemy melnickimi kanionami aż do Rożeńskiego Monastyru. Nie zrobił wówczas większego wrażenia. Ot, zaniedbana budowla, raczej przez nikogo nie odwiedzana, pomalowana na biało, z cerkwią wewnątrz, w której spotkaliśmy nietrzeźwego samotnego zakonnika. Pozwolił nam wszędzie wchodzić, nawet za carskie wrota! Za monastyrem, cerkiew i mogiła rewolucjonisty Jane Sandanskiego (1872-1915), bohatera Macedonii i Bułgarii, który walcząc z uciskiem tureckim, zginął w tej okolicy.

Zjawiłem się tam ponownie po 30 latach. Niby te same domy, ale inny świat! Trudno o miejsca noclegowe. Siermiężna piwnica, w której piłem przed laty wino, dzisiaj jest wytworną regionalną winiarnią. Uliczki i ścieżki wypełnione gwarnymi grupami turystów. Słychać różne języki. Tylko słońce świeci jak przed laty i wino nie zmieniło smaku!


opublikował: janusz
mar 2, 2015

W pogoni za cieniem…

Mój pierwszy świat, jaki zapamiętałem, to Rozwadów, okolice „kamienicy generalskiej” u zbiegu ulic Mickiewicza, Klasztornej i Słowackiego. Zapamiętane podwórka, „błonie” i dla nas wówczas bezkresne łąki, na straży których stał „straszny” pan Gorczyca… To koleżanki i koledzy – Ela i Ania Kułaczówny oraz ich brat Staszek i stryjeczni bracia Zbyszek i Hirek, Ewa i Ala Golikówny oraz ich brat Janek, Zosia Tarczyńska i jej brat Piotr, Aldek Ulanowski, Janek Sudoł, bracia Karczowie, Jacek i Leszek Krakułowie… Muszę też wspomnieć tych starszych, patrzących na nas z góry, ale jak brakowało zawodnika do piłki, albo „żołnierza” do walk na błotne kule, to się przydawaliśmy – Janek Pacholec, Witek Wrzos, Andrzej Ulanowski, Jerzyk Krawczyk, Andrzej Karakuła … To był początek lat 60-tych XX w. Kiedy wspominam tamte czasy, czuję się jakbym odbywał podróż w pogoni za cieniem bezpowrotnie umykającym. Bo przecież zostanie tylko to, co nie tylko opowiemy, ale przede wszystkim zapiszemy…

Świat, jaki zapamiętał z lat dzieciństwa Józef Taler wyglądał nieco inaczej, choć chadzał tymi samymi ścieżkami, co my – tyle, że przed wojną… Mieszkał w tej samej kamienicy co Ulanowscy, Wrzosowie i Golikowie, po sąsiedzku z sądem i kaflarnią. Biegał po łąkach. Jak był już chłopakiem, zaczęto budować kamienicę, w której potem – od 1957 r. – mieszkałem. Jego świat zawalił się 1 września 1939 r. Był Żydem, a jego ojciec, oficer Wojska Polskiego, jako dowódca artylerii bronił kombinatu w Stalowej Woli przed bombami niemieckimi. Jego rodzina cudem przeżyła okupację niemiecką. Po wojnie autor wyjechał z Polski i zamieszkał w USA. On też wybrał się w niebezpieczną podróż, w pogoń za umykającym cieniem…


opublikował: janusz
sty 5, 2015

Gdyby wszystkie biblioteki w Polsce były takie jak ta w Borzęcinie! Nie byłoby pewnie wtedy problemów z czytelnictwem, a książki znikłyby z półek księgarskich w zastraszającym tempie… Ale to utopia i – jak powiadają – marzenie ściętej głowy. A szkoda! Czym się wyróżnia Gminna Biblioteka Publiczna w Borzęcinie od innych? Dbałością o Czytelnika, czytelnictwo a nade wszystko o „borzęcińskie dobro narodowe”, którym jest poeta Józef Baran. W tym roku borzęcińska biblioteka wydała wybór wierszy oraz fragmentów książek swego rodaka „Borzęcin. Poezja i proza Józefa Barana”. „Nasza inicjatywa wpisuje się w pielęgnowany  w wielu europejskich krajach kult małych ojczyzn, który jest dziś szczególnie ważny w postępującej globalizacji  i unifikacji kulturowej” – pisze we wstępie pani Elżbieta Kwaśniewska dyrektorka Gminnej Biblioteki Publicznej w Borzęcinie.

opublikował: janusz
sty 1, 2015

Z Płowdiw – starożytnego Philipopolis założonego przez Filipa Macedońskiego, ojca Aleksandra Wielkiego, krętymi górskimi drogami zmierzamy do Szirokiej Łyki. Pogoda nie sprzyja. Niskie chmury, siąpiący deszcz. Wrześniowe Rodopy odstraszają. Chronią mitycznych tajemnic miast kusić pięknem przyrody, niekończących się dzikich gór i lasów. Ale nie dziwota, wszak tu znajduje się zejście do Hadesu… W Rodopach, na najwyższym szczycie o nazwie Zilmisos miała też być wzniesiona świątynia Dionizosa.

opublikował: janusz
lis 2, 2014

Zawsze marzyłem, by zobaczyć Mierzeję Kurońską i zwiedzić Kłajpedę. Znane portowe miasto, które w marcu 1939 r. szantażem włączone zostało do III Rzeszy… I niewiele brakowało, by to ono stało się zarzewiem wybuchu II wojny światowej, gdyby rządy Anglii, Francji i Polski – poproszone o pomoc przez władze litewskie – zareagowały stanowczo przeciw Niemcom. 24 marca 1939 r. z balkonu teatru, który był ulubionym miejscem Ryszarda Wagnera, defiladę wojsk niemieckich odbierał Adolf Hitler… Jakże naiwny był rząd polski i Polacy, oczekujący pół roku później, w obliczu agresji niemieckiej, pomocy ze strony Francji i Anglii…


opublikował: janusz
paź 17, 2014
„Wyobraź sobie, że jesteś elfem", kiedy doskwiera ci życie, mglisty poranek, deszczowy dzień, praca, za ciemny wieczór… Jesteś elfem i wszystko przetrzymasz, przetrwasz. W takim tonie zaczyna się książka poetycka Agaty Linek „Śpiew delfina", którą dedykowała swemu ojcu. Na okładce informacja o autorce, interesująca fotografia, jakże dziewczęcej pani Agaty. Wpatruję się w jej twarz. Kogo mi przypomina?...
opublikował: janusz
wrz 22, 2014

Lwów i Kresy to dla mnie świątynia Polskości. Tam wykuwała się historia naszej państwowości, potęgi I Rzeczpospolitej. W końcu tam stanął mur, który odgrodził Europę od tureckiego naporu, a w XX w. postawiono barierę przed rozprzestrzenianiem się sowieckiego komunizmu. Także tam wykluwała się w bólu osobowość Ukraińców, która dopiero po 1989 r. zaowocowała powstaniem państwa ukraińskiego. Paradoksem jest, że na ołtarzu wolności Ukrainy złożono daninę krwi bezbronnych Polaków. Rosjanie wywozili naszych rodaków na Syberię, Niemcy na roboty albo do obozów koncentracyjnych, a Ukraińcy mordowali bezlitośnie całe wioski w imię samostijnej Ukrainy. Przeżyli ci, którym cudem udało się schować i uciec. Jednak, czy się to nam podoba, czy nie – wolna Ukraina jest faktem historycznym. Buduje swoją tożsamość z wielkim trudem, w biedzie i znoju, pod pręgieżem, z jednej strony, rodzimej szeroko rozbudowanej przestępczości gospodarczej i nie tylko, a z drugiej pod bacznym okiem wschodniego protektora szachującego sąsiada (sąsiada, nie partnera…) dezynwolturą cenową surowców energetycznych. Państwo ukraińskie szuka swej narodowej tożsamości, bohaterów narodowych wśród postaci, które na swym sumieniu mają ludobójstwo Polaków na Kresach Południowo-Wschodnich – nie tylko na Wołyniu. Ale to jest ich wybór, ich wola. Nie można jednak zmuszać nas, byśmy ten wybór szanowali. Naszym obowiązkiem jest przestrzegać ich przed takimi postaciami. Nie chcą nas słuchać, trudno. Kłamstwo i obłuda… Ukraina jest też naszym sąsiadem. Czy to mało, by interesować się tym państwem, jeździć tam i odkrywać zapomniane światy? Fascynować się odmiennością kulturową, egzotyką, Polakami tam mieszkającymi, wciąż jeszcze autentycznie spragnionymi Polskości (choć już i w ten rejon wkracza komercja, co autor książki, o której tu będzie mowa zauważył dość dobitnie), czy to nie wystarczy, by tam bywać? Odwiedzać wstające z ruin świątynie, nawet te kościoły rzymsko-katolickie zamienione w cerkwie grekokatolickie – w końcu oddychające duchem modlitwy wiernych, czy to mało by w tym procesie towarzyszyć a często i pomagać? Takie są moje Kresy, te miasta jak Lwów, Sambor, Drohobycz czy Żółkiew, że wymienię kilka przychodzących jako pierwsze na myśl.


opublikował: janusz
wrz 12, 2014
Kim była Kaliope? Któż zacz Mnemosyne? Tu rozpoczyna się już intelektualna wspinaczka dla tych, którzy nie „liznęli” choćby „Mitologii” Jana Parandowskiego – kiedyś obowiązkowa lektura w szkole średniej… Błagam, tylko nie pytajcie kto to Parandowski (dla wielu dzisiaj jest tylko dziadkiem Joanny Szczepkowskiej)… Drugi próg wysiłku intelektualnego, do jakiego zmusza autor książki czytelnika, to używanie maksym i sformułowań „w pewnym wymarłym języku, którego nie uczą się już nawet duchowni”… Przypomina mi się spotkanie sprzed lat, podczas którego starli się na łacińskie maksymy dwaj nieżyjący już szermierze: Olgierd Jędrzejczyk – rocznik 1930 rodem ze Słonima i Andrzej Urbańczyk – rocznik 1946 pochodzący z Lublińca… Trwał długo, aż ktoś litościwie poprosił by mieli zrozumienie dla innych… Pojedynek trwałby długo, a pewnie do dziś spierają się na niebieskich bezkresach…
opublikował: janusz
lut 2, 2014

Pierwszy raz o Nikopolis czytałem w popularnej reporterskiej książce Pawła Jasienicy „Słowiański rodowód”. Brukowanymi rzymskimi ulicami tego miasta wędrowałem wiele lat później. Leży ono nieco na uboczu popularnych wakacyjnych szlaków wiodących Polaków na piaszczyste i słoneczne plaże Morza Czarnego. Pierwej więc poznałem uroki Apollonii (Sozopol), Messembrii (Neseber), Odessos (Warna) czy Dionizopolis (Bałczik), nim pielgrzymie drogi zawiodły w okolice Wielkiego Tyrnowa.

opublikował: janusz
gru 8, 2013

Gdzie Smotrycz płynie z wolna…

Aby dojechać do Kamieńca Podolskiego należy przekroczyć kilka granic. Pierwszą jest lęk u wielu przed tym, z czym mogą spotkać się na Kresach, w państwie ukraińskim. Odradzający się w zastraszającym tempie nacjonalizm ukraiński, dziurawe drogi czy wręcz niechęć do Polaków. Kolejne granice, to te istniejące w Krakowcu i Medyce między Polską i Ukrainą, czy geograficzne między Polesiem a Wołyniem, ale i między zlewniami wód do Mórz Bałtyckiego i Czarnego. W końcu granice już nieistniejące – między II Rzeczpospolitą i komunistyczną Rosją oraz I Rzeczpospolitą i Turcją. Wszak od pewnego czasu, od 26 sierpnia 1672 r. do 1699 r., Kamieniec Podolski położony był po „multańskiej stronie”, a po wojnie polsko-sowieckiej, w 1920 r., znalazł się w granicach Rosji sowieckiej.


opublikował: janusz
lis 24, 2013

Nicieja o Atlantydzie

Opowiadano mi kiedyś anegdotę o człowieku, który nie zdążył na ostatni transport z ekspatriantami, kierujący się ku nowej Polsce. Rodzina – żona i dzieci – pojechali. On został i nigdy już nie opuścił Lwowa… Nie mógł? Nie chciał! Podobnie jak prof. Gębarowicz, czy prof. Nikoforowicz. Trwali często wśród szykan, niedostatku, ale we Lwowie. Nie potrafili, a może tak im się tylko wydawało, żyć bez Lwowa.

Kresowa Atlantyda, w zamierzeniu wielotomowa opowieść, pisana jest przez prof. Stanisława S. Nicieję dla nas – zaczadzonych bakcylem kresowym, ale i dla tych wątpiących w istnienie Atlantydy… Dotychczas ukazały się dwa tomy. Pierwszy poświęcony kilku ważnym/najważniejszym (niech czytelnik we własnym sumieniu niepotrzebne słowo skreśli) miastom: Lwowowi (bo jakże by inaczej!), Stanisławowowi, Tarnopolowi, Brzeżanom i Borysławowi. Miasta piękne, ale jakże różne w substancji architektonicznej i intelektualnej. Książki napisane są pięknym i barwnym językiem, jaki coraz częściej gości tylko na kartach książek tak znamienitych pisarzy jak Stanisław Nicieja, Barbara Wachowicz, Aleksandra Ziółkowska-Boehm czy Teresa Siedlar-Kołyszko. Autor postarał się o bogatą szatę ilustracyjną, co znacznie uatrakcyjnia czytanie jego książek. Dzieło zaopatrzył w bogatą bibliografię i – co bardzo ważne – w indeks nazwisk.

opublikował: janusz
paź 31, 2013

Kochany Święty Mikołaju!

Napisaliście już list do św. Mikołaja? Nie – to się pospieszcie, bo grudzień za pasem!

opublikował: janusz
wrz 30, 2012
Kiedy zbliża się jesień i z tęsknotą spoglądam na zdjęcia z wakacji, zawsze przypominają się zapachy, smaki, majaki egzotycznych dźwięków, a w oku łezka tęsknoty za… No właśnie, za czym i za kim… Tego nie zdradzę! Moje wakacyjne serce od lat pozostaje na Kresach i Bałkanach, i nic na to nie poradzę. Pozostają zatem na wieczorne posiady smaki zakorkowane w butelkach, przywiezione z Bałkanów. Bo tam, oprócz gór, morza, słońca, egzotyki i pięknych kobiet, liczą się przecież wino i rakija. Bałkańska kuchnia – grilowane i smażone mięsa, „kiufteta”, kebabczeta”, „sacze” rożnego rodzaju, smażone jarzyny, tłuste bakłażany, do tego frytki z białym serem a przede wszystkim wspaniałe sałatki oparte na surowych warzywach – bez wina czy rakiji? Nie do pomyślenia!
opublikował: janusz
wrz 23, 2012


Dlaczego Pani rodzina nie wyjechała po II wojnie światowej ze Lwowa?

Oczywiście jestem ze Lwowa, ze Słonecznej na Zamarstynowie. Chcieliśmy wyjechać, ale jak to w życiu bywa, wszystko się pokomplikowało. Ojciec, Stanisław Kozłowski, pracował w restauracji. I jak przyszli ruscy, to chcieli, żeby on zajmował się donoszeniem. Twierdzili, że jest między ludźmi, słyszy co mówią, i że taki człowiek by się im przydał. Ojciec się nie zgodził, został aresztowany na parę miesięcy. W końcu zwolnili go, ale pod warunkiem, że podejmie współpracę. Wtedy cała rodzina się zdecydowała na opuszczenie Lwowa, ale ojciec musiał to zrobić natychmiast. We Wrocławiu znalazł pracę i mieszkanie. Mama ze mną i starszą siostrą zostałyśmy we Lwowie. Mama likwidowała mieszkanie, sprzedawała co się dało sprzedać, inne przedmioty rozdawała. Niebezpieczeństwo nie mijało, a nasz wyjazd się wciąż odciągał.
opublikował: janusz
sie 22, 2012
Podczas wielu swoich wędrówek po Kresach, kiedy spotykałem wciąż przecież tam żyjących Polaków, którym przyszło spędzić życie w rodzinnych pieleszach, choć już nie w ukochanej Polsce, mimo uśmiechów, czy nawet radości ze spotkania z rodakami (dla wielu jest to wciąż święto!), w ich oczach dostrzegałem zawsze smutek. Smutek i tęsknotę. Tak było i w tym roku, kiedy w Okopach Świętej Trójcy podeszła do nas wiekowa już kobieta. Oczywiście oczekiwała kilku hriwien jałmużny... To, w państwie ukraińskim, sposób na prze-życie starych ludzi, nie tylko Polaków. Opowiadała pięknym, archaicznym już, polskim języ-kiem, że jest ostatnią we wsi żyjącą Polką. Nazywa się Biela, a jej ojciec pochodził spod My-ślenic. Było im dobrze za Polski, a potem wojna zniszczyła wszystko. Pozostały tylko wspo-mnienia tych ostatnich radosnych dni młodości – lata 1939 r. Lepsze dni już nie przyszły, choć na twarzy pani Bieli uśmiech, bo znowu może kilka zdań po polsku powiedzieć. To w oczach głębia smutku i żalu...
opublikował: janusz
element-23
powered by:marklar-net.pl(external link)
element-24