element-01
element-02
element-04
element-05
element-06
element-07
element-08
element-09
element-11
element-13
element-15
element-17
element-19
element-21
nawigacja: Strona główna » Aktualności
grudzień 19, 2020

W czas Bożego Narodzenia...


W czas Bożego Narodzenia...

Od lat chodzi mi po głowie myśl, by opisać „swój rok”. Tak jak zrobiła to Zofia Kossak Szczucka w pięknej książce Rok Polski, tak pięknie opisując nasze narodowe najważniejsze dni, w których czasem nieświadomie, przez całe życie emocjonując się uczestniczymy… Ta myśl opanowuje mnie zawsze na przełomie roku, gdy na horyzoncie pojawiają się święta Bożego Narodzenia i ta godzina będąca cezurą nowego i starego roku, kiedy wznosimy lampkę z szampanem, życząc sobie wzajem co najlepsze na nowy rok…

Zanim jednak dojrzeliśmy do lampki szampana…

Czekaliśmy z utęsknieniem na święta Bożego Narodzenia. Adwent… Więc poandrzejkowa cisza, spokój… Pamiętam, że na religii kazali robić jakieś lampiony, z którymi mieliśmy chodzić na roraty na szóstą rano… Szczęściem w domu nie było fundamentalizmu religijnego, choć z drugiej strony przecież wczesne wstawanie nie jest złe, nikomu nie zaszkodziło a z czasem nawet procentuje… W końcu zimne, mroczne, niekiedy rozśnieżone poranki roratowe, tchnęły swoistym romantyzmem… Zaspane, milczące dzieci z opiekunami – zazwyczaj babciami, w moim przypadku była to ciocia Marta Moskal, z kolorowymi lampionami w rękach, przedzierały się przez ciemność grudniowego poranka… W Rozwadowie nad ranem latarnie uliczne już nie świeciły – miasto oszczędzało. Przedzieraliśmy się więc przez autentyczną mroczność chodnikiem wzdłuż klasztornego muru. Dopiero przy świątyni jarzyła się jakaś żarówczyna. Ale i w kościele panowała przecież ciemność. Tak nakazywał obyczaj kościelny, wszak lampiony roratowe związane były z przypowieścią o „pannach roztropnych i głupich” oczekujących na oblubieńca z oliwnymi lampkami… Lampion był wykonywany z kartonu. Wycięte otwory zaklejaliśmy kolorowymi bibułkami, na których co sprawniejsi plastycznie, malowali jakieś religijne sceny. W lampionie umieszczało się świecę, ale mający pomysłowych rodziców, w lampionie mieli płaską baterię centry i świecącą małą żaróweczkę od latarki… Zapału religijnego nigdy mi nie wystarczyło na cały okres adwentowy.

Umileniem okresu oczekiwania na święta – czy może na łączące się z nimi ferie zimowe, bo za moich szkolnych czasów ferie zaczynały się dzień przed wigilią i kończyły po święcie Trzech Króli – była wizyta Świętego Mikołaja! Jakaż to radość z odkrywanych pod łóżkiem prezentów! Ale oprócz tych pozostawianych w nocy podarunków, święty zapraszał dzieci a to do rozwadowskiego Sokoła, albo do refektarza u OO. Kapucynów… A tam, strach, płacz i pokonywanie odwagi… Bo przecież jak nie pójdę na scenę, gdzie z siwą brodą biskup woła cię po imieniu, uśmiechając się dobrotliwie i głaszcząc po głowie wręczając podarunki, to nie dostanę paczki… Łzy się lały, serce do gardła podchodziło, kurczowo się trzymałem mamy czy taty i szedłem… A cały czarny Diabeł z czerwonym ozorem, rogami i długim ogonem skakał po scenie dokuczając wszystkim! Dzieci bronił jasnowłosy Anioł ze złożonymi dłońmi, złotą aureolą, białymi skrzydłami. I choć emanowała od niego dobroć, to niewiele mógł wskórać – nie miał wideł, a Diabeł wcale się go nie bał! Tymczasem Święty Mikołaj spoglądał spod gęstych siwych brwi i pytał:

– Jak masz na imię chłopczyku? Ile masz lat chłopczyku? A byłeś grzeczny? Na religię chodziłeś?

Kiedy się w końcu rozkręcałem i już, już sięgałem po paczkę, padały słowa najgorsze…

– To powiedz nam jakiś wierszyk…

A tu trema, nic nie pamiętam, mimo próśb i podpowiedzi mamy… W końcu coś tam pod nosem wybąkałem, a wydarzenie stało się stałą opowieścią rodzinną, ku mojej wściekłości, bo przecież nie ten wierszyk miałem powiedzieć…

Idzie jeż, idzie jeż,
Może ciebie pokłuć też!

Pyta wróbel: „Panie jeżu,
Co to pan ma na kołnierzu?”

„Mam ja igły, ostre igły,
Bo mnie wróble nie ostrzygły!”

(Jan Brzechwa, Jeż – fragment)

 

A śmiali się ze mnie, bo w moim wieku bałem się wizyt u fryzjera! W Rozwadowie było wtedy dwóch fryzjerów. Pan Magda, lekko jąkający się, miał swój męski zakład fryzjerski przy ul. Jagiellońskiej, a w Rynku strzygł i paniom układał koafiury pan Szklener. Ponieważ do fryzjera byłem prowadzony przez tatę, to wędrowaliśmy do zakopconego papierochami „salonu” fryzjerskiego Magdy. Tam na krzesłach siedziało męskie towarzystwo i politykowało! W małym Rozwadowie znali się wszyscy jak łyse konie! A o polityce w czasach komuny rozmawiać, i to krytycznie, to była nie lada odwaga! Dlatego też dla kurażu wszyscy od czasu do czasu zachodzili za parawan, a jak wracali, temperatura dyskusji stawała się coraz bardziej gorętsza… Po latach dowiedziałem się, że odwiedziny u fryzjera Magdy były nie lada atrakcją dzięki parawanowi, za którym wszyscy, fryzjerzy i ich klienci, popijali gorzałkę. Z jaką fryzurą musiał wychodzić od Magdy ostatni klient?... A ze mnie mieli nie lada zabawę, bo w domu i u fryzjera, jak siadałem na krzesło przed lustrem, recytowali…

„Mam ja igły, ostre igły,
Bo mnie wróble nie ostrzygły!”

 

A z Mikołajem też było dziwnie, bo ledwie święta się skończyły, a tu nagle w styczniową niedzielę pojawiał się dla odmiany Dziadek Mróz. Długo nie mogłem zrozumieć na czym polega różnica między tym grudniowym, a tym styczniowym uszczęśliwiaczem dzieci… Na pewno ten grudniowy oprócz słodyczy przynosił zabawki, a później praktyczne – choćby ubraniowe – rzeczy, to ten styczniowy same słodycze i – jak miał dobry humor – pomarańcze! No i jeszcze jedna atrakcja z jego wizytą się wiązała. Zabawa! W końcu to był sylwester! A zabawę organizował zakład pracy rodziców. Panie, moja mama – Stanisława, panie Marysia Smoła, Teresa Struwe, Marysia Burdyna, Stasia Krakowiak – pracownice Spółdzielni Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie, spotykały się po godzinach i z kolorowych papierków robiły czapki dla dzieci. Zapraszali muzykanta, bo nie było wtedy tak powszechnych później adapterów! Tym muzykantem był zazwyczaj świetnie grający na harmonii nasz starszy kolega Andrzej Karakuła. Zabawy styczniowe odbywały najpierw w Sali świetlicy na stolarni – przy ul. Strażackiej, a później, jak Rozbudowa otrzymała do użytkowania budynek Sokoła – w jego pięknej Sali. Ale to było później, kiedy zamiast harmonisty przygrywał nam zespół beatowy, w którym prym wiódł Jerzyk Krawczyk, grający jako pierwszy w Rozwadowie na prawdziwej czerwonej elektrycznej gitarze! A nam – szalonym wtedy dzieciakom – było wszystko jedno, czy Święty Mikołaj czy Dziadek Mróz. Ważna była zabawa z coraz ładniejszymi dziewczynami…

Po latach dowiedziałem się, że tradycja związana z wizytami Świętego Mikołaja w klasztorze OO. Kapucynów ma swoją historię w naszej rodzinie. Otóż w świcie Świętego Mikołaja przynajmniej kilka razy wędrował jako Diabeł wujek Zdzisław Kosierb – brat mojej mamy… Był uczniem gimnazjum w rozwadowskim konwencie kapucynów. Że przypadała mu rola Diabła – nic dziwnego, bowiem psoty trzymały się go przez całe życie! Jego psoty wspominał też ks. Wilhelm Gaj-Piotrowski, który był wówczas jego szkolnym koegą.

Euforia mikołajowa musiała nam wystarczyć do samych świąt!

 

Święta w naszym domu miały dodatkowy wymiar – imieniny taty Adama. Dla mamy było to nie lada wyzwanie, bowiem dzień przed wigilią zwalali się do nas goście ledwie wrócili z pracy, a czasem już podochoceni imieninowymi życzeniami w pracy, wprost z biura i trwali przy stole, w oparach tytoniu i wódeczności wszelakiej czasem do świtu… Tak więc przebudzenia wigilijne nie zawsze były radosne, życie solenizantowi uprzykrzał czasami „tupot białych mew”… Mimo wszystko uśmiech wspomnień radosnej imieninowej libacji umilał cierpienia, bowiem podczas imienin działo się oj działo!

Jedno z takich wydarzeń na stałe wpisało się w rodzinne opowieści, bowiem „Nynuś” – czyli ja, byłem zwierzęciem towarzyskim i lubiłem błyszczeć wśród znajomych rodziców. W końcu byli to mili i wspaniali ludzie, przyjacioły, mogli na siebie liczyć w różnych sytuacjach i na każdej płaszczyźnie. To, co chcę opowiedzieć stało się zapewne już po wizycie sąsiadki, pani Marii Grodeckiej, która pojawiała się zawsze z życzeniami i półmiskiem pysznego kremu cytrynowego na podłożu galaretki orzechowej, zasiadała przy pianinie, na którym grała i śpiewała ulubioną wszystkich pieśń „Sto lat!...”, potem wypływała spod jej palców wiązanka kolęd, w końcu wypijała kieliszek koniaku i uciekała do siebie. Od tego momentu można było robić wszystko! Przede wszystkim opowiadać nieprzyzwoite dowcipy. Śpiewano też różne pieśni biesiadne, albo ułańskie. W śpiewach dominowały panie Janina  i Marta Krupa – pełne dowcipu i radości kobiety! Rodzice stawiali też na pociechy! Podchmieleni i podochoceni postawili mnie kiedyś na stole, kazali powiedzieć znany już wierszyk o jeżu, a na koniec krzyknąć: Hura goście! Co też chętnie czyniłem. Tyle, że zamiast „r”, wymawiałem „j”. Do dzisiaj mi to przypominają…

Dokąd się udawało, choinkę u nas ubierały Aniołki… Gdzieś nad ranem, z pokoju nazywanego „stołowym” dobiegał dźwięk porcelanowego dzwoneczka wiszącego od zawsze na choince… I znowu nie udało się zdążyć, by przyłapać Aniołka przy choince… Gdy byliśmy więksi, pomagaliśmy rodzicom w strojeniu drzewka. Jodełka przyjeżdżała do nas prosto z lasów janowskich. Pamiętam, że towarzyszył temu zawsze stres… Nigdy tato nie przynosił choinki za dnia, by jakiś milicjant nie zaczepił go i nie zażądał „kwitu” na drzewko. Milicja była wtedy nastawiona na wyłapywanie nielegalnych wycinaczy choinek. Tato dopiero wieczorem, przemykał się z „trefnym towarem”… Ale dzięki temu w naszym domu choinka była zawsze piękna, gęsta, sięgająca „szpicem” sufitu. Wisiały na niej zawsze piękne bańki, kolorowe, migocące się w mrugającym światełkach. Pamiętam pierwsze elektryczne światełka. Były to małe latarkowe żaróweczki owinięte kolorową folią. Dopiero dużo później na rynku pojawiły się cudeńka rosyjskie i chińskie… Choinka opasana była z mozołem wycinanym i klejonym łańcuchem z kolorowego papieru. Pachnące lasem gałęzie jodły pokrywała gruba warstwa watowego śniegu, a jedno co po Aniołach pozostawało na choince, to srebrne „anielskie włosy” spływające ze szczytu aż po najniższe gałęzie. Oprócz baniek na gałęziach wisiały jabłka, orzechy owinięte sreberkami i karmelki – cukierki owinięte kolorowymi bibułkami z pociętymi końcówkami… Sopelki, „mieszanka wedlowska” z najsmaczniejszymi cukierkami „bajecznymi” i „pierrotami”, czekoladki „kasztanki” i „malaga”… Ileż w tamtych czasach zachodu musiało kosztować znalezienie takich smakołyków na choinkę. A ze strony dzieci jakież to poświęcenie, by większość łakoci dotrwała do święta Matki Boskiej Gromnicznej, kiedy to choinkę rozbierano… Prawdę mówiąc niewiele słodyczy miało szansę dotrwać do tego dnia, ale w gęstwinie gałęzi, ozdób choinkowych  zawsze jakieś słodycze uchowały się przed łakomczuchami… Z bardzo wczesnego dzieciństwa pamiętam jakże śmieszne wydarzenie związane z choinką. Musiałem mieć wtedy 3-4 lata, bowiem mieszkaliśmy jeszcze przy ul Słowackiego (dzisiaj Rozwadowska) w wynajmowanym od pana Turka domu. Była ostra zima, a ja ciężko przeziębiony leżałem w łóżku. Mama pewnie miała opiekę, bo odwiedziła ją koleżanka z pracy – pani Maria Hanausek z Tarnobrzega. Podczas tego spotkania na choince nagle coś się zakotłowało! Panie wpadły w panikę! A to była tylko mała myszka, która wspięła się niezauważalnie na drzewko i dobrała się do jakiegoś cukierka. Pewnie dlatego noszę w pamięci to wydarzenie…

Przygotowania do wieczerzy wigilijnej trwały od połowy grudnia. Sklepy, to jedno… Trzeba było mieć „dojścia” lub wiedzieć kiedy „rzucą” pomarańcze kubańskie czy cytryny z jakiegoś innego egzotycznego kraju, słodycze w czekoladzie czy kawa… To były wyzwania! Kilka dni wcześniej wanna była anektowana przez karpie. Kuchnia pracowała na wysokich obrotach! W naszym rozwadowskim mieszkaniu nie było gazu ani centralnego ogrzewania. W piecu kuchennym ogień buzował od rana do nocy! Na rozgrzanych do czerwoności fajerkach gotował się barszcz wigilijny, w ręcznej maszynce tata mielił mak na makowce i tort makowy, na stolnicy mama wałowała ciasto na uszka i pierogi… A gdy te były przygotowane, w obroty szła makutra i wiercioch, w której ucierana była masa, najczęściej orzechowa, do świątecznego tortu. Na święta, ponieważ to były też imieniny taty, przygotowywane były zazwyczaj dwa torty. Największą liczbę smakoszów miały torty makowy i orzechowy… Ciasto tortowe było bardzo delikatne, pieczone w okrągłej tortownicy. Nasączane rumem, koniaczkiem, olejkami smakowymi i zapachowymi. Jak się już tortowe ciasto upiekło następował najtrudniejszy moment – przekładanie tortu masą. Potrzebny był długi nóż moczony w gorącej wodzie, potem przecinano tort nitką… Gdy się to udało, następował najciekawszy moment pracy przy torcie – zdobienie! Kafle trzymały ciepło, w piekarniku piekły się różnego rodzaju mięsiwa. Babcia Leokadia Paluch z Żabna na święta ofiarowywała nam indyka. Kiedy już babci nie było, ciotka Teodozja Pyrkosz mieszkająca w Witkowicach dostarczała nam w prezencie gęś. Prezent wspaniały i smakowity. Zanim jednak trafił do piekarnika, trzeba było oskubać z piór… Kiedy się z tym mama uporała, robiła nadzienie i piekła ptaszysko, a w kuchni panował nieziemski zapach, nie wspominając niepowtarzalnego smaku. Jednak najciekawszą czynnością operacja nadziewania i zaszywania ptaszydła nitką i zwykłą igłą. A w chlebowym piecu piekły się ciasta! Przede wszystkim drożdżowe. Makowniki, nadziewane powidłami, słodkim serem, bułeczki jagodowe… Ciasta były wsuwane do pieca drewnianą łopatą – jak w piekarni… Era pieców skończyła się szybko, wyparły je elektryczne prodiże i piekarniki, a w końcu wygodne piecyki gazowe.

Wigilia zaczynała się wraz z rozbłyśnięciem na nieboskłonie pierwszej gwiazdki… Gdy niebo było bezchmurne – nie było problemu… Spory o to, czy wigilę zaczynać, czy jeszcze nie, zaczynały się, gdy padał śnieg, a niebo było zachmurzone. W końcu zasiadaliśmy przy stole okrytym białym obrusem, pod którym były źdźbła siana, stał stroik z zapaloną świecą i opłatkami… Opłatki w Rozwadowie roznosił organista z fary, pan Marian Ziemiański. Był bratem ks. Aleksandra Ziemiańskiego – rozwadowskiego proboszcza w latach 1933-1967. Organista, z czarnym wąsikiem pod nosem, ubrany w ciemny płaszcz z kołnierzem z nutrii, kapeluszem na głowie, chodził w grudniu z przewieszonym przez ramię wiklinowym koszykiem wypełnionym opłatkami. Znał w Rozwadowie wszystkich! Z każdym zamienił kilka zdań, opowiedział  jakiś dowcip, przekazał miejscową plotkę. Poczęstowany, nigdy nie odmawiał, wypijał kieliszek wódki i szedł dalej! I tak do popołudnia! Jak on grał i śpiewał podczas wieczornych nieszporów?! Nie przepadałem za naszym organistą. Bardziej lubiłem jego żonę – panią Walerię. Zajmowała się ogrodnictwem i hodowlą kwiatów. Mieszkali w dawnej wikarówce, naprzeciw klasztoru. Potem przenieśli się pod Charzewice… Pamiętam ją jako dużą kobietę, była chyba wyższa i dużo tęższa od męża, z krótkimi siwymi włosami, miła i życzliwa. Miał Ziemiański jednak opłatkowego konkurenta w Rozwadowie, którego byłem zwolennikiem… Był nim brat Filip z klasztoru kapucynów, wysoki, gruby, z długą siwą brodą. W klasztorze odgrywał rolę św. Mikołaja, także z tego powodu, że nie musiał się przebierać. Pewnie dlatego dzieci uwielbiały go! Po niedzielnych mszach częstował cukierkami i rozdawał obrazki ze świętymi postaciami. Zawsze zastanawiałem się, skąd oni brali opłatki. Przecież w sklepach ich nie było. Pewnego dnia, na zapleczu zakrystii, znaleźliśmy z Jankiem Sudółem metalowe szczypce do wypieku prostokątnych opłatków. Teraz można je obejrzeć w stalowowolskim Muzeum Regionalnym. Tak więc rozwadowscy kapucyni sami produkowali opłatki! A jak to robili opowiadał nam brat Józef, który był wtedy zakrystianem w rozwadowskim klasztorze w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku.

Moja najwcześniej zapamiętana Wigilia wiąże się z Charzewicami… Nie wiem, ile mogłem mieć lat… W domu rodzinnym mojej mamy, w którym mieszkali Grązowie. Najstarsza siostra mojej mamy – ciocia Ziutka, czyli Józefa. Wyszła za mąż za Stanisława Grąza, który pracował na kolei, a oprócz  tego udzielał się społecznie, także jako sołtys Charzewic. Mieli dwóch synów – Mariusza i Andrzeja.

Wigilia zaczynała się od życzeń, łamania się opłatkiem…

– Zdrowych i wesołych świąt…

– Spełnienia marzeń…

– Niech ci Boża Dziecina błogosławi…

Słyszało się ciepło płynące życzenia, przytulenia, delikatny trzask łamanego opłatka… W tle płynęły dźwięki kolęd… Choinka błyskała kolorowymi światełkami… Było miło, ciepło, radośnie, uroczyście.

W końcu wigilijne menu – dwanaście obowiązkowych potraw, które trzeba było spożyć! Po całodziennym ścisłym poście niby nic trudnego… Po spożyciu barszczu z uszkami (uszka obowiązkowo z farszem z grzybów!), nie miałem już pewności, czy kolejnych jedenaście dań będę w stanie zjeść… A były to pierogi z kapustą i grzybami, pierogi ruskie, kapusta z grochem, ryby – śledź w śmietanie, karp w galarecie (po żydowsku), karp po grecku i w końcu karp smażony, do tego ziemniaki, chleb i na słodko makownik… A do picia – kompot z suszu! Taki zestaw mógł smakować tylko w czasie Wigilii! Mieliśmy zawsze problem ze stwierdzeniem, czy w czasie Wigilijnej Nocy zwierzęta poczęstowane opłatkiem (w zestawie opłatkowym zawsze był zielonkawy lub czerwony płatek przeznaczony dla zwierząt).

Wigilia, a właściwie czas po kolacji wigilijnej, była też przedłużeniem imienin taty. Wtedy zawsze przychodzili państwo Pukowie. Czesław był kolegą taty z dzieciństwa. Czas przed pasterką zamieniał się w godziny wspomnień! Wznosząc toasty, coraz bardziej oddalali się w czas przeszły… A mieli co wspominać, bo dzieciństwo przypadło im na czas wojny.

I w końcu pasterka! To było fascynujące, środek nocy, a nasze miasteczko, zasypane śniegiem, wypełnione ludźmi zmierzającymi w milczeniu do kościoła! Wokół ciemność rozświetlana latarniami i cisza zakłócana jedynie skrzypieniem kroków przez zmrożony śnieg… A gdy wybiła północ, z kościoła popłynęła chyba najpopularniejsza kolęda – Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi… A potem Bóg się rodzi, Lulajże Jezuniu i następne rozgrzewające pieśni! O panu Czesławie tato opowiada często jest anegdotę, jakoby śpiewając kolędę Z narodzenia Pana, z uporem maniaka śpiewał frazę refrenu: skąd ta łuna bije, w sposób: skąd ta ona bije… Wyraziście podkreślając słowo: ona. Gdy zwrócono mu uwagę, powiedział, że może na wsi śpiewają łuna, ale przecież jesteśmy w mieście i używamy języka literackiego… I nie dał sobie wytłumaczyć, że w pieśni chodzi o łunę, a nie oną…

Powroty z pasterki już takie spokojne nie były! Opowiadała mama, jak to rozochoceni młodzieńcy w Charzewicach wynieśli na dach domu wóz, zamalowali okna, a innym razem zatkali słomą komin… W niebezpieczeństwie były też bramy do gospodarstw. Ojcowie córek na wydaniu musieli się w tę noc mieć na baczności!

Poranek pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia zazwyczaj był spokojny i cichy. Nawet w kościele nie odprawiano – po pasterce – porannych mszy świętych.

Janusz M. Paluch

opublikował: janusz
Spis aktualności

Strona 1 z 3  > >>

cze 27, 2021
Kto mieszka w Krakowie na pewno zna Dębniki. W sobotę, choć w ramach służbowych obowiązków, to z przyjemnością udałem się do dworku przy ul. Powroźniczej 2 do Biblioteki Kraków. Odbywał się tam Piknik Literacki, który zakłócała kapryśna pogoda. Nie ukrywała zmartwienia Paulina Knapik-Lizak , która napracowała się nad tym piknikiem. Ale czy prawdziwych czytelników może cokolwiek zniechęcić do ukochanej biblioteki i uroków książki? To niemożliwe!
opublikował: janusz
kwi 10, 2021
Odszedł Przyjaciel...










Stanisław Dziedzic (1953-2021)
opublikował: janusz
mar 14, 2021

Pandemia… Czas zsypać głowę popiołem… Wszak co jutro przyniesie, nie wiemy! Bać się – strach! Nie bać – jeszcze gorzej! No cóż, jak trwoga, to do Beresia! Witolda oczywiście… W niedawno wydanej książce Zaraza. Lekcja nieprzerobiona, do napisania której inspiracją był wszechpanujący covid 19, opisał przypadek zaraza. By dokonać dogłębnej analizy, zamknął się z dziesięciorgiem dostojnych mieszkańców Krakowa – w domyśle ekspertów także od zarazy – w przytulnej i dobrze zaopatrzonej nie tylko w smakołyki kuchenne (a jakże!) austerii. Lektura książki daje wskazówki, co jeść, co pić i jak żyć, by przetrwać pandemię. Wśród szacownych deliberantów zabrakło jasnowidza, który byłby w stanie przewidzieć, kiedy ta zaraza się skończy. Kiedy będziemy mogli odetchnąć z ulgą, porzucając lęk przed codziennością, strząsając z siebie chaos narzucany zewsząd przez decydentów i biurokratów, otrząsnąć się ze stanu apatii w jaki wprowadzają nas w każdej godzinie politykierzy, podpisać rozejm w walkach z „wiatrakami” i zacząć zwykłe, normalne życie jakie zawieszono nam na kołku wiosną 2020 roku… Choć nie do końca zabrakło, bo szaty pytii przybrał autor książki. W Osobistym post scriptum, niemal w ostatnim zdaniu, pisząc perspektywicznie o chwili, w której będziemy myśleć, że zły czas się skończył, wieszczy – pamiętaj: to świństwo wróci, bo tkwi ono w naszych duszach. To my swoja pazernością, łapczywością, chciwością – sami je prowokujemy. (…) nie ciesz się zatem. Zaraza wróci. Jeszcze większa, jeszcze potężniejsza, jeszcze bardziej ostateczna! Ech… Lepiej nie pytajcie Beresia, jak żyć…

Janusz M. Paluch

Witold Bereś, Zaraza. Lekcja nieprzerobiona, Wydawnictwo Austeria, Kraków 2020

opublikował: janusz
lut 26, 2021
Na łamach Nowego Dziennika ukazującego się w Nowym Jorku, 6 lutego 2021 roku, ukazała się rozmowa ze mną przeprowadzona praez panią Aleksandrę Ziółkowską-Boehm. Zapraszam do lektury. Poniżej prezentuję tekst, a jeśli ktoś chciałby przeczytać w oryginale, podaję link do Nowego Dziennika:
http://dziennik.com/publicystyka/kultura/kresy-zawsze-wazne/
Z Januszem M. Paluchem rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Długie lata generalnie nie można było pisać o Kresach. Pierwsza „odwilż kresowa” to rok 1980. Co powinno się zrobić, o czym pisać, by upływający czas nie wymazał z naszej świadomości tematyki wciąż tak ważnej?

– Rok 1980 był prawdziwym karnawałem wolności. Pod znakiem „Solidarności” można było mówić i pisać otwarcie o Kresach, ich polskości, Polakach tam wciąż przecież żyjących. Ta prawie bezcenzuralna wolność nie trwała jednak długo. Po stanie wojennym o Kresach można było czytać w wydawnictwach ukazujących się konspiracyjnie, publikowanych na emigracji i potajemnie przemycanych do PRL-u. Prawdziwą odwilżą dla tematyki kresowej było jednak ukazanie się nakładem Wydawnictwa Ossolineum w 1988 roku książki prof. Stanisława S. Niciei „Cmentarz Łyczakowski”. Później przyszedł rok 1989, zlikwidowano cenzurę i z czasem nastąpił prawdziwy wysyp książek o tematyce kresowej.

Historie Kresowian zawsze zostaną „otwartą, niezagojoną raną”. Pani, jako autorka wspaniałej przecież książki „Lepszy dzień nie przyszedł już”, poświęconej Ormianom i Kresom, wie o tym najlepiej. Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o pani książce o „innych kresach” – Otwarta rana Ameryki. Wprawdzie inna szerokość geograficzna, inna kultura – ale ból ten sam…


opublikował: janusz
sty 20, 2021

Sokolim piórem o „Ronicie”…

Kiedy rozwadowski „Sokół”, dzisiaj Rozwadowski Dom Kultury Sokół w Stalowej Woli, mógłby w końcu po kapitalnym remoncie otworzyć swe podwoje i rozpocząć działalność, na przeszkodzie stanęła pandemia… Ale i tę pokona nieugięta Maria Rehorowska, która doprowadziła przecież wbrew wszelkim przeciwnościom do obecnego stanu ten niedawno – wszyscy mówili – nadający się do rozbiórki budynek.

Ten charakterystyczny dla Rozwadowa budynek, stojący vis a vis Sądu, nieopodal Szkoły Podstawowej im. Jana III Sobieskiego, powstał w 1906 roku z inicjatywy Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Choć „rozwadowskie sokoły” zerwały się dość późno do lotu, to jednak udało im się wnieść znaczący wkład do skarbnicy polskiego patriotyzmu. A „Sokół” był swoistym centrum kultury i sportu w Rozwadowie. Sala gimnastyczna – najważniejsza dla realizacji celów statutowych Towarzystwa i dominująca w budynku – była wielofunkcyjna – sala kinowa (kto wie, czy nie tam właśnie wyświetlono pierwszy film w Rozwadowie), sala teatralna, spotkań społeczności Rozwadowa, w końcu sala balowa. Był chyba trzy razy remontowany. Po raz pierwszy, w okresie II Rzeczypospolitej, dość późno po zniszczeniach I wojny światowej, kiedy właściwie – w 1936 roku – dokończono też jego budowę – został otynkowany, na frontonie umieszczono rzeźbę sokoła w locie będącego symbolem Towarzystwa, a w północnym styku ścian wbudowano rzeźbę Matki Boskiej Różańcowej. Kolejny kapitalny remont budynek przeszedł w latach1962-64, kiedy pieczę nad budynkiem przejęła Spółdzielnia Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie. Wówczas, w tylnej, południowo-wschodniej części budynku, dobudowano pomieszczenie magazynowe i kotłownię centralnego ogrzewania, położono nową instalację elektryczną, parkiety na podłogach. Ostatni remont, prowadzony był w latach 2017-2020 już przez samorządowe władze Stalowej Woli. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, iż w 1974 roku Rozwadów został włączony do miasta Stalowa  Wola, stracił samodzielność i prawa miejskie, został zwykłą peryferyjną dzielnicą, i przez dziesięciolecia traktowany był przez władze Stalowej Woli jak „piąte koło u wozu”. Ile lat musiało minąć, by władze samorządowe Stalowej Woli dały się przekonać o zabytkowych walorach „miasteczka galicyjskiego”! Ile lat musiał zabiegać ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski (1924-2017), by w Stalowej Woli, na bazie jego zbiorów etnograficznych, archeologicznych i historycznych powstało w końcu Regionalne Muzeum w Stalowej Woli, którym dzisiaj władze miasta się przecież szczycą! Szkoda, że nikt nie znalazł zrozumienia dla pomysłu – zainicjowanego nawet założeniem przez ks. prof. Gaja-Piotrowskiego stowarzyszenia– odbudowania budynku ratusza miejskiego, który mógłby przecież pełnić zadania administracji publicznej.

opublikował: janusz
gru 19, 2020

W czas Bożego Narodzenia...

Czekaliśmy z utęsknieniem na święta Bożego Narodzenia. Adwent… Więc poandrzejkowa cisza, spokój… Pamiętam, że na religii kazali robić jakieś lampiony, z którymi mieliśmy chodzić na roraty na szóstą rano… Szczęściem w domu nie było fundamentalizmu religijnego, choć z drugiej strony przecież wczesne wstawanie nie jest złe, nikomu nie zaszkodziło a z czasem nawet procentuje… W końcu zimne, mroczne, niekiedy rozśnieżone poranki roratowe, tchnęły swoistym romantyzmem… Zaspane, milczące dzieci z opiekunami – zazwyczaj babciami, w moim przypadku była to ciocia Marta Moskal, z kolorowymi lampionami w rękach, przedzierały się przez ciemność grudniowego poranka… W Rozwadowie nad ranem latarnie uliczne już nie świeciły – miasto oszczędzało. Przedzieraliśmy się więc przez autentyczną mroczność chodnikiem wzdłuż klasztornego muru. Dopiero przy świątyni jarzyła się jakaś żarówczyna. Ale i w kościele panowała przecież ciemność. Tak nakazywał obyczaj kościelny, wszak lampiony roratowe związane były z przypowieścią o „pannach roztropnych i głupich” oczekujących na oblubieńca z oliwnymi lampkami… Lampion był wykonywany z kartonu. Wycięte otwory zaklejaliśmy kolorowymi bibułkami, na których co sprawniejsi plastycznie, malowali jakieś religijne sceny. W lampionie umieszczało się świecę, ale mający pomysłowych rodziców, w lampionie mieli płaską baterię centry i świecącą małą żaróweczkę od latarki… Zapału religijnego nigdy mi nie wystarczyło na cały okres adwentowy.
Umileniem okresu oczekiwania na święta – czy może na łączące się z nimi ferie zimowe, bo za moich szkolnych czasów ferie zaczynały się dzień przed wigilią i kończyły po święcie Trzech Króli – była wizyta Świętego Mikołaja! Jakaż to radość z odkrywanych pod łóżkiem prezentów! Ale oprócz tych pozostawianych w nocy podarunków, święty zapraszał dzieci a to do rozwadowskiego Sokoła, albo do refektarza u OO. Kapucynów… A tam, strach, płacz i pokonywanie odwagi… Bo przecież jak nie pójdę na scenę, gdzie z siwą brodą biskup woła cię po imieniu, uśmiechając się dobrotliwie i głaszcząc po głowie wręczając podarunki, to nie dostanę paczki…

opublikował: janusz
lis 28, 2020
Ach, jak chciałoby się pójść z Leszkiem Długoszem w tany te romantyczne przez Kraków… Napić się eliksiru poetyckiego ze „szkiełka z Muzeum Czartoryskich”, porozrzewniać się nad irysami w ogrodzie Kossakówki, wędrować z duchami pod rękę w zaczarowanym kręgu Plant, czy wspólnie pogadać z samym Piotrem S., który zamarł na ławeczce przy swej ulubionej cafe Vis à Vis i obserwuje – nie mogąc się nadziwić – co się stało z naszym Krakowem, z nami…
opublikował: janusz
sie 20, 2018
Kornelia - takie imię nosi ta mała dziewczynka w kapeluszu. Portret namalowała w 2018 roku Monika Kozera. Jej cechą od urodzenia jest samodzielność. Upór z jakim to pokazuje dla mnie niesamowity! Skończyła już trzy lata iod ponadroku chodzi do przedszkola. Śpiewa piosenki, mówi wierszyki. Wspina się po wszystkich najtrudniejszych sznurach i drabinkach na placu zabaw, pływa niemal samodzielnie bez strachu. Ma pięknego psa, który dba i pilnuje jej, ale i z wzajenością. Patrzę na dzieci moich córek z podziwem... Wracam pamięcią do przeszłości. Ze śmiechem i wzruszeniem wspominam, gdy rodzice chcieli mnie umieścić w przedszkolu. Tato podstępem zawiózł mnie do przedszkola, gdzie początkowo z zainteresowaniem zostałem. Ale jak kazali mi się położyć spać w południe, po prostu wyszedłem i udałem się w drogę do domu... Gdy przedszkolanka zauważyła moją nieobecność, natychmiast zaalarmowała telefonicznie rodziców! Ponieważ w tamtych czasach cengtrale telefoniczne były obsługiwane przez telefonistki, w jednej niemal chwili połowa mojego miasteczka wiedziała, że ulotniłem się z przedszkola... Nela w przedszkolu przebywa chętnie, nie nudzi się wśród koleżanek i kolegów oraz nniezliczonej pewnie ilości zabawek. Należy jej życzyć pięknego i radosnego dzieciństwa. Jeszcze kilka lat i zacznie się szkoła... Ale jeszcze niech sobie trwa w nieświadomości...
opublikował: janusz
kwi 14, 2018

Nie pamiętam, co było na początku… Czy lektura „Zemsty” Aleksandra Fredry, czy może spektakl teatralny w Teatrze Telewizji? Jakkolwiek, potem nastąpił wysyp czytelniczy kolejnych dramatów Fredry, który mnie do łez rozśmieszał. A w ślad za tym, kiedy tylko była okazja, oglądałem inscenizacje jego dzieł. Salony, szpady, lansady – z jednej strony nie szczędził Fredro współczesnym sobie, ośmieszając ich zachowania, poglądy etc. Z drugiej, choć też wyśmiewana, nauka etykiety, zachowania wobec dam czy choćby dbałość o wygląd zewnętrzny.

opublikował: janusz
gru 24, 2017


Przychodzimy, odchodzimy
leciuteńko
na paluszkach…

Tak odszedł niepostrzeżenie ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski. Od lat był już w nienajlepszej formie fizycznej. Ale był, trwał… Odwiedzałem go zawsze podczas swych pobytów w Stalowej Woli. Tak miało być też w ostatni weekend Jego z nami obecności. Przyjechałem do Stalowej Woli w sobotę, a odwiedziny były zaplanowane na niedzielę. Tymczasem w sobotę zatelefonował do rodziców pan Marian Głowacki, który był na wieczornej mszy świętej w kościele św. Floriana. Wtedy poinformowano wiernych o śmierci ks. Wilhelma.

opublikował: janusz
wrz 17, 2017
Ukazała się nowa książka prof. Stanisława Grodziskiego zatytułowana "Za trzecim razem. Zapiski uniwersyteckie z lat 1968, '81, 1989". W tamtych latach prof. Stanisław Grodziski pracował na Uniwersytecie Jagiellońskim, sprawując także funkcje administracyjne. Zdając sobie sprawę z doniosłości wydarzeń, które dotyczyły też UJ, prowadził dziennik. Ten z 1968 pisał do szuflady. W tamtych czasach jedynie słuszna siła czuła się mocno. Rok 1981, choć przyniósł stan wojenny, mógł dawać nadzieję na publikację dziennika pod pseudonimem w emigracyjnych bądź podziemnych wydawnictwach. Rok 1989 zamknął epokę socjalizmu w Polsce i przyniósł nowe polityczne rozdanie. Dzięki temu w dzisiejszych czasach także ta książka mogła się ukazać w takim kształcie. To bardzo osobista książka, choć porusza przecież ważne dla Polaków sprawy.
opublikował: janusz
cze 11, 2017

(Szkic mojego wystąpienia w Stalowej Woli)

Serdecznie witam wszystkich Państwa, tych co mają korzenie kresowe i tych, którzy przyszli, by spotkać się z historią i kulturą kresów. Przyszli, bowiem zainteresował ich temat dzisiejszych spotkań.

W imieniu Oddziału Krakowskiego TMLiKPW serdecznie i gorąco pozdrawiam Państwa! Wybierał się do Stalowej Woli nasz prezes, Adam Guyrkowich, który wiele lat zawodowo spędził w Waszym pięknym mieście. Nie pozwoliło mu jednak zdrowie…

Bardzo dziękuje za zaproszenie. Dla mnie to prawdziwy zaszczyt i wyróżnienie, że mogłem stanąć przed Państwem po to, by dać świadectwo kresowe. Podzielić się z Państwem swymi refleksjami na tematy lwowskie, tematy kresowe.

Muszę się też przed państwem usprawiedliwić, bowiem nie urodziłem się we Lwowie, ani na Kresach. Moi rodzice pochodzą z okolic Stalowej Woli, a jak może niektórzy wiedzą jestem Rozwadowianinem. Tematy Kresowe, lwowskie były mi całkiem obce. Nie dlatego, że się nie interesowałem historią. Po prostu w tamtych czasach się o tym nie mówiło. Często dla bezpieczeństwa własnego i rodziny.

opublikował: janusz
kwi 14, 2017

Zasiedziałem się w Śródmiejskim Ośrodku Kultury. Czas zatem na zmiany w moim zawodowym życiu, zanim dopadnie mnie emerytalny zastój. Nie chcem, ale muszem… Spędziłem z Państwem oraz całym zespołem pracowników ŚOK ponad 25 lat. Pięknie dziękuję Wam, że byliście ze mną, uczestnicząc w spotkaniach, koncertach, spektaklach, nie szczędziliście pochwał ale i – wprawdzie z rzadka – słów krytyki, jeśli na nie zasłużyliśmy.

Wszystkim Koleżankom i Kolegom – pracownikom merytorycznym, administracyjnym, księgowym i technicznym, twórcom i artystom, animatorom kultury współpracującym z nami, kłaniam się nisko za owe ćwierćwiecze!

opublikował: janusz
mar 25, 2017

Katechetyczne wspomnienie

W klasztorze ojców kapucynów w Sędziszowie Małopolskim 29 stycznia 2017 r. zmarł w wieku 84 lat (67 lat w stanie zakonnym, 60 lat w stanie kapłańskim i 22 lata w stanie biskupim) emerytowany biskup o. Stanisław Padewski. W moich rozwadowskich czasach, gdy byłem uczniem Liceum Ogólnokształcącego Stalowej Woli, był moim katechetą. Wtedy, w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych XX w., wieczorami, po lekcjach chodziliśmy do klasztoru na spotkania z o. Stanisławem. Był wtedy albo gwardianem konwentu kapucynów albo proboszczem nowej parafii obejmującej południową część dawnego Rozwadowa i północną część Stalowej Woli. Wtedy granice Rozwadowa i Stalowej Woli były jeszcze wyraziste, choć już pomału się zamazywały. Pierwszym ich symptomem było pojawienie się na dworcu kolejowym nazwy Stalowa Wola – Rozwadów. Klasztorem w tamtych czasach rządził duet o. Stanisław Padewski i o. Edmund Haracz. Przez kilka kadencji, jedna trwała cztery lata, księża trwali w Rozwadowie wymieniając się stanowiskami, ale przy tym niesamowicie dużo zdziałali, w niełatwych warunkach realizmu socjalistycznego, dla rozwadowskiego klasztoru.

opublikował: janusz
sty 9, 2017

Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, to czas, na który chyba wszyscy najbardziej czekamy – oczywiście po zakończeniu wakacji. Motywacji związanych z tym wyczekiwaniem jest wiele. Naturalnie te religijne dla wielu najważniejsze. Dla innych jednak ferie zimowe, trochę czasu wolniejszego od pracy, zabawy sylwestrowe, i w końcu chyba najważniejsze, że pomału, pomalutku dzień zaczyna się wydłużać… Wszak na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok – tak mówi stare przysłowie. Kto je dzisiaj pamięta?

Trzej Królowie na rynku w Rozwadowie, rys. Lena Wojtal (2016 r.)

opublikował: janusz
sty 6, 2017
Zostałem upomniany przez wierną fankę mojej strony internetowej, że się strasznie zaniedbałem. Obiecałem poprawę. Zatem na początek, by tradycji stało się zadość, wszystkim, którzy tu zaglądną, składam najpiękniejsze życzenia z okazji Nowego Roku! Niech się Wam szczęści!
Z dzieciństwa pamiętam kolędników, którzy w pierwszym Dniu Nowego Roku wędrowali od domu do domu recytując zabawne życzenia, w które ludzie wierzyli. Kolędnika trzeba było należycie przyjąć. Tym bardziej, że był to mężczyzna, a nie daj Boże, do domu jako pierwsza przyszła kobieta... Nieszczęście na cały rok! A oto ta wierszowanka życzeniowa:
Na szczynści, na zdrowi, na tyn Nowy Rok,
Żebyście byli zdrowi, weseli,
jako w niebie anieli.
Żeby się wam darzyło, kopiło, snopiło
Do stodoły dyszlem obróciło...
Żebyście mieli wszystkiego dości,
jak na tej połaźnicy ości,
Żebyście mieli pełne obory,
pełne pudła,
Żeby wam gospodyni u pieca nie schudła...
opublikował: janusz
wrz 22, 2015
Pierwsza była lektura książki Melchiora Wańkowicza „Hubalczycy”, zdobyta „po znajomości”  w zaprzyjaźnionej księgarni. Książka zatytułowana „Dwie prawdy” zawierała opowieści o Majorze Hubalu i obronie Westerplatte. Dopiero później obejrzałem film „Hubal” w reżyserii Bogdana Poręby w Ryszardem Filipskim w roli głównej. Autorem scenariusza był znany pisarz Jan Józef Szczepański, który nie godząc się na zmiany dokonane w scenariuszu, wycofał się ze współautorstwa filmu. To jednak wystarczyło, by legenda Hubala utrwaliła się na stałe w świadomości Polaków. Postać Hubala przypominała też na kartach swych książek Aleksandra Ziółkowska-Boehm, która już w latach 80-tych XX w. opublikowała opowieść „Z miejsca na miejsce. W cieniu legendy Hubala”, a w ostatnich latach przypominała go w książkach „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon”  (2009) i „Lepszy dzień nie przyszedł już” (2012).

Jednak tak prawdziwie, z niesamowitą dokładnością i rzetelnością, postać mjr Henryka Dobrzańskiego przybliżona została przez młodego historyka Łukasza Ksytę – rocznik 1983, który opublikował książkę „Major Hubal. Historia prawdziwa” (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014).

opublikował: janusz
sie 24, 2015
Lenka, już nie taka mała, skończyła właśnie cztery lata. Urodziny trwają, bo oprócz odwiedzin i życzeń od najbliższej rodziny w rocznicę urodzin, po wakacjach, jak wrócą do domów z wojaży już wszystkie koleżanki, i oczywiście Dawid, zapowiedziane jest wielkie "kulkowe" party! Życzę więc Lence nie tylko ciekawych prezentów, ale pięknej i szalonej zabawy! No i tradycyjne Sto lat śpiewam, a ze mną cały chór kanarków, wróbli a nawet zaskoczonych papug! A ten piękny portret namalowała Monika Kozera, za co jej bardzo i serdecznie dziękujemy (piszę to także w imieniu sportretowanej...)
opublikował: janusz
cze 23, 2015

W Galerii Pryzmat ZPAP Okręg Krakowski (ul. Łobzowska 3) otwarto wczoraj (22 czerwca 2015 r.) wystawę zatytułowaną „Adam Macedoński do kwadratu. Rysunki z lat 1955-2015”. Kuratorem i aranżerem wystawy jest Andrzej Dawidowicz.

opublikował: janusz
cze 21, 2015

20 czerwca w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie, urodzony we Lwowie Adam Zagajewski, poeta i eseista, obchodził 70-te urodziny.

 

 

 

opublikował: janusz
element-23
powered by:marklar-net.pl(external link)
element-24