element-01
element-02
element-04
element-05
element-06
element-07
element-08
element-09
element-11
element-13
element-15
element-17
element-19
element-21
nawigacja: Strona główna » Aktualności
styczeń 20, 2021

Sokolim piórem o „Ronicie”…


Sokolim piórem o „Ronicie”…

Kiedy rozwadowski „Sokół”, dzisiaj Rozwadowski Dom Kultury Sokół w Stalowej Woli, mógłby w końcu po kapitalnym remoncie otworzyć swe podwoje i rozpocząć działalność, na przeszkodzie stanęła pandemia… Ale i tę pokona nieugięta Maria Rehorowska, która doprowadziła przecież wbrew wszelkim przeciwnościom do obecnego stanu ten niedawno – wszyscy mówili – nadający się do rozbiórki budynek.

Ten charakterystyczny dla Rozwadowa budynek, stojący vis a vis Sądu, nieopodal Szkoły Podstawowej im. Jana III Sobieskiego, powstał w 1906 roku z inicjatywy Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Choć „rozwadowskie sokoły” zerwały się dość późno do lotu, to jednak udało im się wnieść znaczący wkład do skarbnicy polskiego patriotyzmu. A „Sokół” był swoistym centrum kultury i sportu w Rozwadowie. Sala gimnastyczna – najważniejsza dla realizacji celów statutowych Towarzystwa i dominująca w budynku – była wielofunkcyjna – sala kinowa (kto wie, czy nie tam właśnie wyświetlono pierwszy film w Rozwadowie), sala teatralna, spotkań społeczności Rozwadowa, w końcu sala balowa. Był chyba trzy razy remontowany. Po raz pierwszy, w okresie II Rzeczypospolitej, dość późno po zniszczeniach I wojny światowej, kiedy właściwie – w 1936 roku – dokończono też jego budowę – został otynkowany, na frontonie umieszczono rzeźbę sokoła w locie będącego symbolem Towarzystwa, a w północnym styku ścian wbudowano rzeźbę Matki Boskiej Różańcowej. Kolejny kapitalny remont budynek przeszedł w latach1962-64, kiedy pieczę nad budynkiem przejęła Spółdzielnia Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie. Wówczas, w tylnej, południowo-wschodniej części budynku, dobudowano pomieszczenie magazynowe i kotłownię centralnego ogrzewania, położono nową instalację elektryczną, parkiety na podłogach. Ostatni remont, prowadzony był w latach 2017-2020 już przez samorządowe władze Stalowej Woli. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, iż w 1974 roku Rozwadów został włączony do miasta Stalowa  Wola, stracił samodzielność i prawa miejskie, został zwykłą peryferyjną dzielnicą, i przez dziesięciolecia traktowany był przez władze Stalowej Woli jak „piąte koło u wozu”. Ile lat musiało minąć, by władze samorządowe Stalowej Woli dały się przekonać o zabytkowych walorach „miasteczka galicyjskiego”! Ile lat musiał zabiegać ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski (1924-2017), by w Stalowej Woli, na bazie jego zbiorów etnograficznych, archeologicznych i historycznych powstało w końcu Regionalne Muzeum w Stalowej Woli, którym dzisiaj władze miasta się przecież szczycą! Szkoda, że nikt nie znalazł zrozumienia dla pomysłu – zainicjowanego nawet założeniem przez ks. prof. Gaja-Piotrowskiego stowarzyszenia– odbudowania budynku ratusza miejskiego, który mógłby przecież pełnić zadania administracji publicznej.

Myślę, że każdy z nas – mieszkańców Rozwadowa drugiej połowy XX wieku – bywał w Sokole, a może ma z tymi wnętrzami miłe wspomnienia? Sokół jednak inaczej wtedy się nazywał i pełnił funkcję klubu kultury, którym zarządzała Spółdzielnia Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie.

– Podczas posiedzenia Rady Miasta Rozwadowa, w początkach lat sześćdziesiątych XX wieku, ówczesny przewodniczący rady Jan Dzięga, zwrócił się do radnych z problemem, by pomyśleli, co można byłoby zrobić, jak zagospodarować niszczejący pustostan, budynek rozwadowskiego „Sokoła”. Miasto nie miało na to żadnych pieniędzy. – Wspomina  Adam Paluch. – Radnym był Tadeusz Krawczyk, prezes spółdzielni. Podczas spotkania zarządu spółdzielni przedstawił nam to zagadnienie. Dokonaliśmy analizy finansowej, wszak finansowanie miało być po naszej stronie. Przeprowadziliśmy konsultacje z centralą w Rzeszowie, czyli Wojewódzkim Zrzeszeniem Spółdzielczości Pracy. My byliśmy na tak.  W końcu mieszkaliśmy w Rozwadowie i zależało nam, by u nas też był dom kultury. Teraz trzeba było opracować ramowy program działalności „Sokoła”, by prezes Krawczyk, jako radny, mógł swe stanowisko zaprezentować na posiedzeniu rady. Radni zaakceptowali naszą propozycję i podjęli uchwałę o przekazaniu budynku „Sokoła” Spółdzielni Pracy „Rozbudowa” za symboliczną złotówkę. Stało się to 1 czerwca 1962 roku.

W latach 1962-64 przeprowadzono remont kapitalny „Sokoła”. Budynek był w totalnej ruinie. Nie udało mi się ustalić, kto wcześniej był jego użytkownikiem. Zapewne pełnił funkcję „Domu Harcerza”. Pamiętam z dzieciństwa jakieś sporadyczne spotkanie ze św. Mikołajem. Na piętrze była pracownia modelarstwa lotniczego prowadzona przez pana Waldemara Lewickiego. Przez jakiś czas uczestniczyłem nawet w zajęciach. Pozostał w pamięci zapach świeżego drzewa, sklejki, rozpuszczalników stosowanych przy malowaniu skrzydeł samolotowych modeli, ostry zapach nitro – bezcennego wówczas paliwa do modeli samolotów, beznamiętne szlifowanie żeberek do skrzydeł samolotów…  A jako uczeń, należący do „Zuchów”, właśnie w ciemnym i pustym „Sokole” przechodziłem „horrorystyczną” inicjację na „Zucha”. Organizatorami byli starsi od nas o kilka lat harcerze. Był wśród nich Andrzej Ulanowski, Witek Wrzos, może Andrzej Pasiciel… Nakładali nam worki na głowy i prowadzili w ciemnościach w nieznane, strasząc nas przy tym niemiłosiernie… To był koszmar dla uczniaka pierwszej czy drugiej klasy szkoły podstawowej! W końcu znaleźliśmy się w dużej sali, na środku której płonął ogień… Na pewno nie było światła elektrycznego! Kiedy rozmawiałem o remoncie, jaki wówczas przeprowadzano w „Sokole”, wspominano o wypalonej podłodze na środku Sali gimnastycznej – czy jak kto woli widowiskowej…

Spółdzielnia Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie była w tamtych czasach jednym z większych i najważniejszych zakładów pracy w naszym mieście. Główna siedziba znajdowała się przy głównej rozwadowskiej arterii, ul. Mickiewicza (do dziś pamiętam numer telefonu – 57!). W Rozwadowie posiadali też dość rozległą stolarnię przy ul. Strażackiej, sąsiadującą z młynem i kaflarnią, ślusarnię – w bocznej uliczce nieopodal biura (pracował tam pan Środa), w Rynku znajdował się punkt szklarski (pracował tam pan Józef Ciołkosz – w młodości był członkiem Sokoła, podobnie jak jego żona Helena), a poza tym filie spółdzielni znajdowały się w Nisku i Tarnobrzegu. Prezesem zarządu spółdzielni był wtedy Tadeusz Krawczyk, jego zastępcą Adam Paluch – mój tato. Na nich spadł ciężar przeprowadzenia remontu – ze środków własnych, wypracowanych przez spółdzielnię – i później organizacji pracy klubu kultury. Było to prawdziwe wyzwanie! Dużo się o tym mówiło też w domu. Nikt nie zastanawiał się jednak po co budowalny zakład pracy bierze na siebie dodatkowy ciężar – upowszechnianie kultury. Myślano o tym co się tam będzie działo i z niecierpliwością czekano na otwarcie klubu.

Oprócz spraw budowlanych, na początku pojawił się problem nazwy klubu. W czasach gomułkowskich nie mógł nazywać się oficjalnie „Sokół”, wszak kilkanaście lat wcześniej władze uniemożliwiły reaktywację Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”… Dzisiaj już nikt nie powie, jakie były pomysły na nazwę klubu. W końcu, podczas jednego ze spotkań, w którym uczestniczyli Tadeusz Krawczyk oraz Stanisława i Adam Paluchowie, moja mama wpadła na pomysł, by połączyć pierwsze sylaby miejscowości, w których „rozbudowa” miała swe filie. Żonglowano więc tymi sylabami, mając przy tym trochę zabawy: NiRoTa, TaNiRo. I w końcu padło słowo: RoNiTa. Zabrzmiało, i tak już zostało na całą dekadę działalności!

Pierwszym kierownikiem klubu był pan Marian Krupa, a jego zastępczynią pani Ola Wrońska. Oboje znałem oboje, bowiem Marian Krupa wcześniej prowadził sklep spożywczy przy ul. Mickiewicza sąsiadujący z „Rozbudową”, a potem – w tym samym miejscu – papierniczy, poza tym był ojcem koleżanki mojej siostry zwariowanej Berty, nieco starszej – onieśmielającej – Marty i Marka, który w późniejszych latach uczył mnie w ostatniej klasie szkoły podstawowej historii (przejął przedmiot historii po Józefie Bolce – wieloletnim nauczycielu i dyrektorze rozwadowskiej szkoły). Pani Ola Wrońska była córką Władysława Niezgody, który jeszcze w pierwszych klasach szkoły podstawowej uczył wychowania muzycznego, prowadził też zespół mandolinistów, a w „Ronicie” uczył też gry na gitarze. Wrońscy byli bardzo wesołą, rozśpiewaną rodziną. Mąż pani Oli – która grała na gitarze, Marian był bardzo wesołym i także muzykalnym, jakże dowcipnym człowiekiem, no i dzieci: Michał grający na akordeonie, Małgosia i Basia, ładne dziewczyny i do tego pięknie śpiewające, zawsze wesołe i roześmiane…

W Ronicie odbywały się zakładowe bale karnawałowe dla dzieci, ale i dla dorosłych. Jak karnawał, to przebierańcy! Na zabawę przyjeżdżali pracownicy z dziećmi. Wszyscy musieli do zabawy mieć jakieś kolorowe czapki. Kilka wieczorów panie z biura „Rozbudowy” poświęcały na klejenie czapeczek rycerzy, pajaców, krasnoludków, kwiatuszków. Przychodziły do „Ronity” Marysia Smoła – główna księgowa, Irena Baranowa, Teresa Struwe de domo Kukiełka, Marysia Domańska de domo Burdyna – pracowały w księgowości, Stasia Krakowiak i Stasia Paluch – moja mama… Plotkowały, wymieniały się przepisami, pomysłami na sukienki i sweterki robione na drutach i kleiły te czapeczki karnawałowe. Przygotowywały paczki, które rozdawał do pewnego roku Dziadek Mróz, a potem po prostu każdy dostawał wór słodyczy i owoców, bo ani w św. Mikołaja, a tym bardziej w Dziaka Mroza nikt nie wierzył… Mówiąc szczerze, długo nie rozumiałem, dlaczego styczniowy Dziadek Mróz nie jest św. Mikołajem, ani jaka jest miedzy nimi różnica…

Stała się „Ronita” swoistym rozwadowskim centrum muzycznym. Dość szybko powołano Społeczne Ognisko Muzyczne, w którym zatrudniono nauczycieli muzyki z cenzusem, a co zdolniejsi mieli szansę na dostanie się do Szkoły Muzycznej działającej w Stalowej Woli. Uczęszczałem na naukę gry na gitarze, przez krótki czas też na fortepianie… Nie pamiętam już nauczycielki od gitary, która przyjeżdżała na dwa popołudnia chyba z Rzeszowa. Fortepianu, umuzykalnienia uczyła pani Stefania Pipała – dojeżdżała z Tarnobrzega. Pamiętam kilka jej uczennic – utalentowana muzycznie Małgosia Wrońska, wyróżniająca się pracowitością Krysia Szewczyk, zawsze przejęta zajęciami Urszula Jaworska, no i moja siostra Anna i jej przyjaciółka Berta Krupa. Pani Pipała później założyła chór młodzieżowy – też w nim śpiewałem, uczestnicząc w kilku przeglądach, podczas których zespół zbierał laury… Był też nauczyciel uczący gry na harmonii, pan Antoni Kuźniar – miał chyba największe wzięcie wśród miejscowych chłopaków. Gdy pojawili się chętni, uczył też gry na saksofonie… Lata sześćdziesiąte były też czasem powstawania zespołów muzycznych. Nie ominęło to również Rozwadowa. Jeden z liderów muzycznych owych czasów, Jerzy Krawczyk tak wspomina ten okres: Moje pierwsze kroki z gitarą związane były z „Ronitą”. Tam od 1964 roku uczyłem się gry na gitarze u pana Władysława Niezgody, który założył przy klubie zespół. Pierwszy raz stanąłem na estradzie z gitarą. Pamiętam – była wielka trema. Graliśmy znane przeboje Piotra Szczepanika Żółte kalendarze, Puste koperty… Zespół występował wtedy w składzie Adam Szwajka – gitara solo, Jerzy Budziło – gitara, Jerzy Krawczyk – gitara.

Trzeba wspomnieć, że Władysław Niezgoda  w tych czasach prowadził też szkolną orkiestrę, w której grali mandoliniści, gitarzyści i akordeoniści. Zespół przygrywał też do tańca zespołowi ludowemu prowadzonemu w szkole przez panią Marię Grodecką.

Nieco później – wspomina Jerzy Krawczyk – został założony zespół estradowy przy świetlicy Związku Zawodowego Kolejarzy, której kierownikiem był wtedy pan Stawidło. Pracował tam wówczas Chór Hejnał prowadzony przez Romana Cibę, a pani Maria Grodecka prowadziła ludowy zespół pieśni i tańca. Kierownikiem naszego zespołu był Stanisław Zieliński – wujek braci Zielińskich z popularnego zespołu Skaldowie. Grał z nami Ludek Puchała – bardzo dobry saksofonista, a wokalistką była Teresa Puchała. Ta formacja muzyczna przy ZZK nie trwała długo. Znowu zaczęliśmy grać w Ronicie. Nowa grupa grała w składzie: A. Szwajka – gitara, Jerzy Krawczyk – gitara, Andrzej Zieliński – saksofon, Zenek Wróblewski – perkusja. W 1969 roku wywędrowałem do Rudnika. Tam graliśmy w Spółdzielni Wikliniarskiej, która zakupiła nam luksusowy sprzęt od Leona Bortnowskiego w Lublinie.  Tak zaczęła się kariera zespołu Vademecum grającego w składzie: Bogdan Muszynski – organy, Jerzy Krawczyk – gitara solo, Tomek Płoszaj – gitara bass, Maciej Lesiak – perkusja oraz sekcja dęta: Bogdan Myszka – trąbka, Bolesław Sznajkard – saksofon. W 1971 roku przeszliśmy do Spółdzielni Inwalidów „Zryw” w Rozwadowie, która zakupiła nam nowy sprzęt u L. Bortnowskiego. Był to bardzo dobry sprzęt jak na tamte czasy. Oczywiście graliśmy też w Ronicie. Ludzie przychodzili na nasze koncerty godzinę wcześniej, bo nie było później wolnych miejsc. W każdą sobotę „Ronita” była nasza! Oprócz stałego składu występowali z nami soliści Zbigniew Gołąb, Maria Kata, Barbara Puzio, Lucyna Sochacka no i oczywiście wspaniałe siostry Basia i Małgosia Wrońskie, które śpiewały w chórkach. Graliśmy na dość dobrym, jak na tamte czasy sprzęcie muzycznym wyprodukowanym w Czechosłowacji. Gitary to Samba, Lotus czy Jolana. Ja grałem na Sambie… Instrumenty klawiszowe, były to organy Weltmajster z zestawem nagłośnieniowym Regent 60. To był bardzo ciężki sprzęt, ale grało się cudownie! Co do repertuaru – był to okres tak zwanej awangardy muzycznej, ale trwało to bardzo krótko. Tomek Płoszaj, Bogdan Muszyński i ja cudowaliśmy muzycznie, kto pisał teksty – nie pamiętam! W ówczesnym województwie rzeszowskim byliśmy drugą kapelą po Mokowianach z Przemyśla. Świetna grupa! Graliśmy z nimi na Święto Nowin Rzeszowskich pod Ratuszem w Rzeszowie. Poza tym my nie mieliśmy czasu na eksperymenty muzyczne, bo byliśmy bardzo zajęci przygotowaniami do występów na przeglądach i festiwalach, gdzie oczekiwano interpretacji znanych przebojów. Do tych koncertów przygotowywał nas wtedy Alex Szopa. Radio Rzeszów, po koncertach w Wojewódzkim Domu Kultury, chciało nas nagrać, namawiali i naciskali, a my nie mieliśmy czasu… Czy do tego nagrania doszło – nie wie, bo opuściłem grupę w 1973 roku.

Drugim ważnym elementem działalności klubu w tamtych czasach była kawiarnia, którą prowadził pan Felicjan Stobnicki. Warto wspomnieć, że przed II wojną światową pan Felicjan był członkiem Sokoła, a w Rynku prowadził sklep wielobranżowy. Po wojnie, w nowej rzeczywistości, został głównym księgowym „Rozbudowy”. Kawiarenkę w „Ronicie” prowadził po przejściu na emeryturę. Ten to miał głowę do interesów! I zapewne znajomości… Zawsze można było wypić dobrą, parzoną po turecku – czyli zasypywaną w szklance – kawę, która była w sklepach na ogół niedostępna. Do kawy można było zamówić pyszne ciastko tortowe – ja uwielbiałem kremówki! Zawsze były cukierki czekoladowe, drogie, ale były – mieszanki wedlowskie z ulubionymi cukierkami pierrot i bajeczne… I zazwyczaj niedostępne, kupowane raczej od święta czekoladki malaga, tikitaki i – moje ulubione – kasztanki! Do tego zawsze dostępna – nieczęsto goszcząca w sklepach spożywczych – pepsi… A gdy byliśmy już nieco starszymi chłopakami, u pana Felicjana zaopatrywaliśmy się w luksusowe papierosy marlboro, stuyvesanty, lordy, philipmorrisy, pallmale i różne inne egzotyczne tytonie… Pan Felicjan prowadził też „kółko filatelistyczne”. Schodzili się do niego miejscowi kolekcjonerzy. U Fela działo się zawsze!

W latach siedemdziesiątych XX wieku w „Ronicie” powstało „kółko fotograficzne”. Przyłożyłem do tego rękę, bo zaciemnianie łazienki, rozkładanie odczynników, zakładanie pod kocem filmów do „koreksów” podczas ich wywoływania było bardzo uciążliwe, także dla innych domowników. W „Ronicie” wyremontowano zaciemnione o każdej porze pomieszczenie na strychu. Zakupiono sprzęt. Instruktorem został pan Andrzej Korman. I zaczęło się fotografowanie, wywoływanie zdjęć, pierwsze doświadczenia z fotografią kolorową. I wspaniali koledzy, z którymi doskonale bawiliśmy się fotografią – Andrzej Konopka, Heniek Giecko, Andrzej Marszałowicz, Zbyszek Woźniacki i kilku innych. Jestem przekonany, że zainteresowanie fotografią pozostało nam do dzisiaj.

Dorośli w tamtych czasach grali w brydża, spędzali czas nad stołem bilardowym, uczestniczyli w dyskotekach… Okazjonalnie odbywały się spotkania i koncerty. Zabawy karnawałowe, bale dla dzieci. A niekiedy nawet wesela.

Kiedy pan Krupa przeszedł na emeryturę, kierowniczką klubu została pani Joanna Skrzypacz. Po pani Oldze Wrońskiej, do pracy przyszła Halinka Oleksak. Ten zespół pracował chyba już do końca istnienia „Ronity”, czyli do 1 lipca 1985 roku, kiedy „Rozbudowa” – kierowana wówczas przez prezesa Mariana Głowackiego, otrzymała nakaz przekazania budynku Sądowi. Były to już czasy kryzysu finansowego i kultury, swoistej społecznej depresji, jaka opanowała społeczeństwo polskie po wprowadzeniu stanu wojennego.

W 1974 roku, po odejściu na emeryturę Tadeusza Krawczyka, prezesem zarządu spółdzielni „Rozbudowa” został Adam Paluch. Dbał o działalność kulturalną „Ronity”, choć przyszło mu zarządzać „Rozbudową” w czasach, kiedy władzę nad Rozwadowem przejmowała Stalowa Wola. Miasteczko powoli staczało się, zaniedbane, niedofinasowane, nieremontowane… Ale miało „Ronitę”, własne kino i bibliotekę… W 1983 roku na emeryturę przeszedł Adam Paluch. Minister kultury i sztuki uhonorował go za pracę na rzecz kultury odznaką Zasłużony Działacz Kultury. Prezesem spółdzielni „Rozbudowa” został pan Marian Głowacki, któremu przyszło zamykać działalność kulturalną „Ronity”. Ten fakt nie miał już wpływu na społeczny upadek Rozwadowa…

Janusz M. Paluch

 

 

opublikował: janusz
Spis aktualności

Strona 1 z 3  > >>

cze 27, 2021
Kto mieszka w Krakowie na pewno zna Dębniki. W sobotę, choć w ramach służbowych obowiązków, to z przyjemnością udałem się do dworku przy ul. Powroźniczej 2 do Biblioteki Kraków. Odbywał się tam Piknik Literacki, który zakłócała kapryśna pogoda. Nie ukrywała zmartwienia Paulina Knapik-Lizak , która napracowała się nad tym piknikiem. Ale czy prawdziwych czytelników może cokolwiek zniechęcić do ukochanej biblioteki i uroków książki? To niemożliwe!
opublikował: janusz
kwi 10, 2021
Odszedł Przyjaciel...










Stanisław Dziedzic (1953-2021)
opublikował: janusz
mar 14, 2021

Pandemia… Czas zsypać głowę popiołem… Wszak co jutro przyniesie, nie wiemy! Bać się – strach! Nie bać – jeszcze gorzej! No cóż, jak trwoga, to do Beresia! Witolda oczywiście… W niedawno wydanej książce Zaraza. Lekcja nieprzerobiona, do napisania której inspiracją był wszechpanujący covid 19, opisał przypadek zaraza. By dokonać dogłębnej analizy, zamknął się z dziesięciorgiem dostojnych mieszkańców Krakowa – w domyśle ekspertów także od zarazy – w przytulnej i dobrze zaopatrzonej nie tylko w smakołyki kuchenne (a jakże!) austerii. Lektura książki daje wskazówki, co jeść, co pić i jak żyć, by przetrwać pandemię. Wśród szacownych deliberantów zabrakło jasnowidza, który byłby w stanie przewidzieć, kiedy ta zaraza się skończy. Kiedy będziemy mogli odetchnąć z ulgą, porzucając lęk przed codziennością, strząsając z siebie chaos narzucany zewsząd przez decydentów i biurokratów, otrząsnąć się ze stanu apatii w jaki wprowadzają nas w każdej godzinie politykierzy, podpisać rozejm w walkach z „wiatrakami” i zacząć zwykłe, normalne życie jakie zawieszono nam na kołku wiosną 2020 roku… Choć nie do końca zabrakło, bo szaty pytii przybrał autor książki. W Osobistym post scriptum, niemal w ostatnim zdaniu, pisząc perspektywicznie o chwili, w której będziemy myśleć, że zły czas się skończył, wieszczy – pamiętaj: to świństwo wróci, bo tkwi ono w naszych duszach. To my swoja pazernością, łapczywością, chciwością – sami je prowokujemy. (…) nie ciesz się zatem. Zaraza wróci. Jeszcze większa, jeszcze potężniejsza, jeszcze bardziej ostateczna! Ech… Lepiej nie pytajcie Beresia, jak żyć…

Janusz M. Paluch

Witold Bereś, Zaraza. Lekcja nieprzerobiona, Wydawnictwo Austeria, Kraków 2020

opublikował: janusz
lut 26, 2021
Na łamach Nowego Dziennika ukazującego się w Nowym Jorku, 6 lutego 2021 roku, ukazała się rozmowa ze mną przeprowadzona praez panią Aleksandrę Ziółkowską-Boehm. Zapraszam do lektury. Poniżej prezentuję tekst, a jeśli ktoś chciałby przeczytać w oryginale, podaję link do Nowego Dziennika:
http://dziennik.com/publicystyka/kultura/kresy-zawsze-wazne/
Z Januszem M. Paluchem rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Długie lata generalnie nie można było pisać o Kresach. Pierwsza „odwilż kresowa” to rok 1980. Co powinno się zrobić, o czym pisać, by upływający czas nie wymazał z naszej świadomości tematyki wciąż tak ważnej?

– Rok 1980 był prawdziwym karnawałem wolności. Pod znakiem „Solidarności” można było mówić i pisać otwarcie o Kresach, ich polskości, Polakach tam wciąż przecież żyjących. Ta prawie bezcenzuralna wolność nie trwała jednak długo. Po stanie wojennym o Kresach można było czytać w wydawnictwach ukazujących się konspiracyjnie, publikowanych na emigracji i potajemnie przemycanych do PRL-u. Prawdziwą odwilżą dla tematyki kresowej było jednak ukazanie się nakładem Wydawnictwa Ossolineum w 1988 roku książki prof. Stanisława S. Niciei „Cmentarz Łyczakowski”. Później przyszedł rok 1989, zlikwidowano cenzurę i z czasem nastąpił prawdziwy wysyp książek o tematyce kresowej.

Historie Kresowian zawsze zostaną „otwartą, niezagojoną raną”. Pani, jako autorka wspaniałej przecież książki „Lepszy dzień nie przyszedł już”, poświęconej Ormianom i Kresom, wie o tym najlepiej. Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o pani książce o „innych kresach” – Otwarta rana Ameryki. Wprawdzie inna szerokość geograficzna, inna kultura – ale ból ten sam…


opublikował: janusz
sty 20, 2021

Sokolim piórem o „Ronicie”…

Kiedy rozwadowski „Sokół”, dzisiaj Rozwadowski Dom Kultury Sokół w Stalowej Woli, mógłby w końcu po kapitalnym remoncie otworzyć swe podwoje i rozpocząć działalność, na przeszkodzie stanęła pandemia… Ale i tę pokona nieugięta Maria Rehorowska, która doprowadziła przecież wbrew wszelkim przeciwnościom do obecnego stanu ten niedawno – wszyscy mówili – nadający się do rozbiórki budynek.

Ten charakterystyczny dla Rozwadowa budynek, stojący vis a vis Sądu, nieopodal Szkoły Podstawowej im. Jana III Sobieskiego, powstał w 1906 roku z inicjatywy Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Choć „rozwadowskie sokoły” zerwały się dość późno do lotu, to jednak udało im się wnieść znaczący wkład do skarbnicy polskiego patriotyzmu. A „Sokół” był swoistym centrum kultury i sportu w Rozwadowie. Sala gimnastyczna – najważniejsza dla realizacji celów statutowych Towarzystwa i dominująca w budynku – była wielofunkcyjna – sala kinowa (kto wie, czy nie tam właśnie wyświetlono pierwszy film w Rozwadowie), sala teatralna, spotkań społeczności Rozwadowa, w końcu sala balowa. Był chyba trzy razy remontowany. Po raz pierwszy, w okresie II Rzeczypospolitej, dość późno po zniszczeniach I wojny światowej, kiedy właściwie – w 1936 roku – dokończono też jego budowę – został otynkowany, na frontonie umieszczono rzeźbę sokoła w locie będącego symbolem Towarzystwa, a w północnym styku ścian wbudowano rzeźbę Matki Boskiej Różańcowej. Kolejny kapitalny remont budynek przeszedł w latach1962-64, kiedy pieczę nad budynkiem przejęła Spółdzielnia Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie. Wówczas, w tylnej, południowo-wschodniej części budynku, dobudowano pomieszczenie magazynowe i kotłownię centralnego ogrzewania, położono nową instalację elektryczną, parkiety na podłogach. Ostatni remont, prowadzony był w latach 2017-2020 już przez samorządowe władze Stalowej Woli. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, iż w 1974 roku Rozwadów został włączony do miasta Stalowa  Wola, stracił samodzielność i prawa miejskie, został zwykłą peryferyjną dzielnicą, i przez dziesięciolecia traktowany był przez władze Stalowej Woli jak „piąte koło u wozu”. Ile lat musiało minąć, by władze samorządowe Stalowej Woli dały się przekonać o zabytkowych walorach „miasteczka galicyjskiego”! Ile lat musiał zabiegać ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski (1924-2017), by w Stalowej Woli, na bazie jego zbiorów etnograficznych, archeologicznych i historycznych powstało w końcu Regionalne Muzeum w Stalowej Woli, którym dzisiaj władze miasta się przecież szczycą! Szkoda, że nikt nie znalazł zrozumienia dla pomysłu – zainicjowanego nawet założeniem przez ks. prof. Gaja-Piotrowskiego stowarzyszenia– odbudowania budynku ratusza miejskiego, który mógłby przecież pełnić zadania administracji publicznej.

opublikował: janusz
gru 19, 2020

W czas Bożego Narodzenia...

Czekaliśmy z utęsknieniem na święta Bożego Narodzenia. Adwent… Więc poandrzejkowa cisza, spokój… Pamiętam, że na religii kazali robić jakieś lampiony, z którymi mieliśmy chodzić na roraty na szóstą rano… Szczęściem w domu nie było fundamentalizmu religijnego, choć z drugiej strony przecież wczesne wstawanie nie jest złe, nikomu nie zaszkodziło a z czasem nawet procentuje… W końcu zimne, mroczne, niekiedy rozśnieżone poranki roratowe, tchnęły swoistym romantyzmem… Zaspane, milczące dzieci z opiekunami – zazwyczaj babciami, w moim przypadku była to ciocia Marta Moskal, z kolorowymi lampionami w rękach, przedzierały się przez ciemność grudniowego poranka… W Rozwadowie nad ranem latarnie uliczne już nie świeciły – miasto oszczędzało. Przedzieraliśmy się więc przez autentyczną mroczność chodnikiem wzdłuż klasztornego muru. Dopiero przy świątyni jarzyła się jakaś żarówczyna. Ale i w kościele panowała przecież ciemność. Tak nakazywał obyczaj kościelny, wszak lampiony roratowe związane były z przypowieścią o „pannach roztropnych i głupich” oczekujących na oblubieńca z oliwnymi lampkami… Lampion był wykonywany z kartonu. Wycięte otwory zaklejaliśmy kolorowymi bibułkami, na których co sprawniejsi plastycznie, malowali jakieś religijne sceny. W lampionie umieszczało się świecę, ale mający pomysłowych rodziców, w lampionie mieli płaską baterię centry i świecącą małą żaróweczkę od latarki… Zapału religijnego nigdy mi nie wystarczyło na cały okres adwentowy.
Umileniem okresu oczekiwania na święta – czy może na łączące się z nimi ferie zimowe, bo za moich szkolnych czasów ferie zaczynały się dzień przed wigilią i kończyły po święcie Trzech Króli – była wizyta Świętego Mikołaja! Jakaż to radość z odkrywanych pod łóżkiem prezentów! Ale oprócz tych pozostawianych w nocy podarunków, święty zapraszał dzieci a to do rozwadowskiego Sokoła, albo do refektarza u OO. Kapucynów… A tam, strach, płacz i pokonywanie odwagi… Bo przecież jak nie pójdę na scenę, gdzie z siwą brodą biskup woła cię po imieniu, uśmiechając się dobrotliwie i głaszcząc po głowie wręczając podarunki, to nie dostanę paczki…

opublikował: janusz
lis 28, 2020
Ach, jak chciałoby się pójść z Leszkiem Długoszem w tany te romantyczne przez Kraków… Napić się eliksiru poetyckiego ze „szkiełka z Muzeum Czartoryskich”, porozrzewniać się nad irysami w ogrodzie Kossakówki, wędrować z duchami pod rękę w zaczarowanym kręgu Plant, czy wspólnie pogadać z samym Piotrem S., który zamarł na ławeczce przy swej ulubionej cafe Vis à Vis i obserwuje – nie mogąc się nadziwić – co się stało z naszym Krakowem, z nami…
opublikował: janusz
sie 20, 2018
Kornelia - takie imię nosi ta mała dziewczynka w kapeluszu. Portret namalowała w 2018 roku Monika Kozera. Jej cechą od urodzenia jest samodzielność. Upór z jakim to pokazuje dla mnie niesamowity! Skończyła już trzy lata iod ponadroku chodzi do przedszkola. Śpiewa piosenki, mówi wierszyki. Wspina się po wszystkich najtrudniejszych sznurach i drabinkach na placu zabaw, pływa niemal samodzielnie bez strachu. Ma pięknego psa, który dba i pilnuje jej, ale i z wzajenością. Patrzę na dzieci moich córek z podziwem... Wracam pamięcią do przeszłości. Ze śmiechem i wzruszeniem wspominam, gdy rodzice chcieli mnie umieścić w przedszkolu. Tato podstępem zawiózł mnie do przedszkola, gdzie początkowo z zainteresowaniem zostałem. Ale jak kazali mi się położyć spać w południe, po prostu wyszedłem i udałem się w drogę do domu... Gdy przedszkolanka zauważyła moją nieobecność, natychmiast zaalarmowała telefonicznie rodziców! Ponieważ w tamtych czasach cengtrale telefoniczne były obsługiwane przez telefonistki, w jednej niemal chwili połowa mojego miasteczka wiedziała, że ulotniłem się z przedszkola... Nela w przedszkolu przebywa chętnie, nie nudzi się wśród koleżanek i kolegów oraz nniezliczonej pewnie ilości zabawek. Należy jej życzyć pięknego i radosnego dzieciństwa. Jeszcze kilka lat i zacznie się szkoła... Ale jeszcze niech sobie trwa w nieświadomości...
opublikował: janusz
kwi 14, 2018

Nie pamiętam, co było na początku… Czy lektura „Zemsty” Aleksandra Fredry, czy może spektakl teatralny w Teatrze Telewizji? Jakkolwiek, potem nastąpił wysyp czytelniczy kolejnych dramatów Fredry, który mnie do łez rozśmieszał. A w ślad za tym, kiedy tylko była okazja, oglądałem inscenizacje jego dzieł. Salony, szpady, lansady – z jednej strony nie szczędził Fredro współczesnym sobie, ośmieszając ich zachowania, poglądy etc. Z drugiej, choć też wyśmiewana, nauka etykiety, zachowania wobec dam czy choćby dbałość o wygląd zewnętrzny.

opublikował: janusz
gru 24, 2017


Przychodzimy, odchodzimy
leciuteńko
na paluszkach…

Tak odszedł niepostrzeżenie ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski. Od lat był już w nienajlepszej formie fizycznej. Ale był, trwał… Odwiedzałem go zawsze podczas swych pobytów w Stalowej Woli. Tak miało być też w ostatni weekend Jego z nami obecności. Przyjechałem do Stalowej Woli w sobotę, a odwiedziny były zaplanowane na niedzielę. Tymczasem w sobotę zatelefonował do rodziców pan Marian Głowacki, który był na wieczornej mszy świętej w kościele św. Floriana. Wtedy poinformowano wiernych o śmierci ks. Wilhelma.

opublikował: janusz
wrz 17, 2017
Ukazała się nowa książka prof. Stanisława Grodziskiego zatytułowana "Za trzecim razem. Zapiski uniwersyteckie z lat 1968, '81, 1989". W tamtych latach prof. Stanisław Grodziski pracował na Uniwersytecie Jagiellońskim, sprawując także funkcje administracyjne. Zdając sobie sprawę z doniosłości wydarzeń, które dotyczyły też UJ, prowadził dziennik. Ten z 1968 pisał do szuflady. W tamtych czasach jedynie słuszna siła czuła się mocno. Rok 1981, choć przyniósł stan wojenny, mógł dawać nadzieję na publikację dziennika pod pseudonimem w emigracyjnych bądź podziemnych wydawnictwach. Rok 1989 zamknął epokę socjalizmu w Polsce i przyniósł nowe polityczne rozdanie. Dzięki temu w dzisiejszych czasach także ta książka mogła się ukazać w takim kształcie. To bardzo osobista książka, choć porusza przecież ważne dla Polaków sprawy.
opublikował: janusz
cze 11, 2017

(Szkic mojego wystąpienia w Stalowej Woli)

Serdecznie witam wszystkich Państwa, tych co mają korzenie kresowe i tych, którzy przyszli, by spotkać się z historią i kulturą kresów. Przyszli, bowiem zainteresował ich temat dzisiejszych spotkań.

W imieniu Oddziału Krakowskiego TMLiKPW serdecznie i gorąco pozdrawiam Państwa! Wybierał się do Stalowej Woli nasz prezes, Adam Guyrkowich, który wiele lat zawodowo spędził w Waszym pięknym mieście. Nie pozwoliło mu jednak zdrowie…

Bardzo dziękuje za zaproszenie. Dla mnie to prawdziwy zaszczyt i wyróżnienie, że mogłem stanąć przed Państwem po to, by dać świadectwo kresowe. Podzielić się z Państwem swymi refleksjami na tematy lwowskie, tematy kresowe.

Muszę się też przed państwem usprawiedliwić, bowiem nie urodziłem się we Lwowie, ani na Kresach. Moi rodzice pochodzą z okolic Stalowej Woli, a jak może niektórzy wiedzą jestem Rozwadowianinem. Tematy Kresowe, lwowskie były mi całkiem obce. Nie dlatego, że się nie interesowałem historią. Po prostu w tamtych czasach się o tym nie mówiło. Często dla bezpieczeństwa własnego i rodziny.

opublikował: janusz
kwi 14, 2017

Zasiedziałem się w Śródmiejskim Ośrodku Kultury. Czas zatem na zmiany w moim zawodowym życiu, zanim dopadnie mnie emerytalny zastój. Nie chcem, ale muszem… Spędziłem z Państwem oraz całym zespołem pracowników ŚOK ponad 25 lat. Pięknie dziękuję Wam, że byliście ze mną, uczestnicząc w spotkaniach, koncertach, spektaklach, nie szczędziliście pochwał ale i – wprawdzie z rzadka – słów krytyki, jeśli na nie zasłużyliśmy.

Wszystkim Koleżankom i Kolegom – pracownikom merytorycznym, administracyjnym, księgowym i technicznym, twórcom i artystom, animatorom kultury współpracującym z nami, kłaniam się nisko za owe ćwierćwiecze!

opublikował: janusz
mar 25, 2017

Katechetyczne wspomnienie

W klasztorze ojców kapucynów w Sędziszowie Małopolskim 29 stycznia 2017 r. zmarł w wieku 84 lat (67 lat w stanie zakonnym, 60 lat w stanie kapłańskim i 22 lata w stanie biskupim) emerytowany biskup o. Stanisław Padewski. W moich rozwadowskich czasach, gdy byłem uczniem Liceum Ogólnokształcącego Stalowej Woli, był moim katechetą. Wtedy, w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych XX w., wieczorami, po lekcjach chodziliśmy do klasztoru na spotkania z o. Stanisławem. Był wtedy albo gwardianem konwentu kapucynów albo proboszczem nowej parafii obejmującej południową część dawnego Rozwadowa i północną część Stalowej Woli. Wtedy granice Rozwadowa i Stalowej Woli były jeszcze wyraziste, choć już pomału się zamazywały. Pierwszym ich symptomem było pojawienie się na dworcu kolejowym nazwy Stalowa Wola – Rozwadów. Klasztorem w tamtych czasach rządził duet o. Stanisław Padewski i o. Edmund Haracz. Przez kilka kadencji, jedna trwała cztery lata, księża trwali w Rozwadowie wymieniając się stanowiskami, ale przy tym niesamowicie dużo zdziałali, w niełatwych warunkach realizmu socjalistycznego, dla rozwadowskiego klasztoru.

opublikował: janusz
sty 9, 2017

Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, to czas, na który chyba wszyscy najbardziej czekamy – oczywiście po zakończeniu wakacji. Motywacji związanych z tym wyczekiwaniem jest wiele. Naturalnie te religijne dla wielu najważniejsze. Dla innych jednak ferie zimowe, trochę czasu wolniejszego od pracy, zabawy sylwestrowe, i w końcu chyba najważniejsze, że pomału, pomalutku dzień zaczyna się wydłużać… Wszak na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok – tak mówi stare przysłowie. Kto je dzisiaj pamięta?

Trzej Królowie na rynku w Rozwadowie, rys. Lena Wojtal (2016 r.)

opublikował: janusz
sty 6, 2017
Zostałem upomniany przez wierną fankę mojej strony internetowej, że się strasznie zaniedbałem. Obiecałem poprawę. Zatem na początek, by tradycji stało się zadość, wszystkim, którzy tu zaglądną, składam najpiękniejsze życzenia z okazji Nowego Roku! Niech się Wam szczęści!
Z dzieciństwa pamiętam kolędników, którzy w pierwszym Dniu Nowego Roku wędrowali od domu do domu recytując zabawne życzenia, w które ludzie wierzyli. Kolędnika trzeba było należycie przyjąć. Tym bardziej, że był to mężczyzna, a nie daj Boże, do domu jako pierwsza przyszła kobieta... Nieszczęście na cały rok! A oto ta wierszowanka życzeniowa:
Na szczynści, na zdrowi, na tyn Nowy Rok,
Żebyście byli zdrowi, weseli,
jako w niebie anieli.
Żeby się wam darzyło, kopiło, snopiło
Do stodoły dyszlem obróciło...
Żebyście mieli wszystkiego dości,
jak na tej połaźnicy ości,
Żebyście mieli pełne obory,
pełne pudła,
Żeby wam gospodyni u pieca nie schudła...
opublikował: janusz
wrz 22, 2015
Pierwsza była lektura książki Melchiora Wańkowicza „Hubalczycy”, zdobyta „po znajomości”  w zaprzyjaźnionej księgarni. Książka zatytułowana „Dwie prawdy” zawierała opowieści o Majorze Hubalu i obronie Westerplatte. Dopiero później obejrzałem film „Hubal” w reżyserii Bogdana Poręby w Ryszardem Filipskim w roli głównej. Autorem scenariusza był znany pisarz Jan Józef Szczepański, który nie godząc się na zmiany dokonane w scenariuszu, wycofał się ze współautorstwa filmu. To jednak wystarczyło, by legenda Hubala utrwaliła się na stałe w świadomości Polaków. Postać Hubala przypominała też na kartach swych książek Aleksandra Ziółkowska-Boehm, która już w latach 80-tych XX w. opublikowała opowieść „Z miejsca na miejsce. W cieniu legendy Hubala”, a w ostatnich latach przypominała go w książkach „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon”  (2009) i „Lepszy dzień nie przyszedł już” (2012).

Jednak tak prawdziwie, z niesamowitą dokładnością i rzetelnością, postać mjr Henryka Dobrzańskiego przybliżona została przez młodego historyka Łukasza Ksytę – rocznik 1983, który opublikował książkę „Major Hubal. Historia prawdziwa” (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014).

opublikował: janusz
sie 24, 2015
Lenka, już nie taka mała, skończyła właśnie cztery lata. Urodziny trwają, bo oprócz odwiedzin i życzeń od najbliższej rodziny w rocznicę urodzin, po wakacjach, jak wrócą do domów z wojaży już wszystkie koleżanki, i oczywiście Dawid, zapowiedziane jest wielkie "kulkowe" party! Życzę więc Lence nie tylko ciekawych prezentów, ale pięknej i szalonej zabawy! No i tradycyjne Sto lat śpiewam, a ze mną cały chór kanarków, wróbli a nawet zaskoczonych papug! A ten piękny portret namalowała Monika Kozera, za co jej bardzo i serdecznie dziękujemy (piszę to także w imieniu sportretowanej...)
opublikował: janusz
cze 23, 2015

W Galerii Pryzmat ZPAP Okręg Krakowski (ul. Łobzowska 3) otwarto wczoraj (22 czerwca 2015 r.) wystawę zatytułowaną „Adam Macedoński do kwadratu. Rysunki z lat 1955-2015”. Kuratorem i aranżerem wystawy jest Andrzej Dawidowicz.

opublikował: janusz
cze 21, 2015

20 czerwca w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie, urodzony we Lwowie Adam Zagajewski, poeta i eseista, obchodził 70-te urodziny.

 

 

 

opublikował: janusz
element-23
powered by:marklar-net.pl(external link)
element-24