element-01
element-02
element-04
element-05
element-06
element-07
element-08
element-09
element-11
element-13
element-15
element-17
element-19
element-21
nawigacja: Strona główna » Aktualności
luty 26, 2021

Kresy zawsze ważne


Kresy zawsze ważne

Z Januszem M. Paluchem rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm
Długie lata generalnie nie można było pisać o Kresach. Pierwsza „odwilż kresowa” to rok 1980. Co powinno się zrobić, o czym pisać, by upływający czas nie wymazał z naszej świadomości tematyki wciąż tak ważnej?

– Rok 1980 był prawdziwym karnawałem wolności. Pod znakiem „Solidarności” można było mówić i pisać otwarcie o Kresach, ich polskości, Polakach tam wciąż przecież żyjących. Ta prawie bezcenzuralna wolność nie trwała jednak długo. Po stanie wojennym o Kresach można było czytać w wydawnictwach ukazujących się konspiracyjnie, publikowanych na emigracji i potajemnie przemycanych do PRL-u. Prawdziwą odwilżą dla tematyki kresowej było jednak ukazanie się nakładem Wydawnictwa Ossolineum w 1988 roku książki prof. Stanisława S. Niciei „Cmentarz Łyczakowski”. Później przyszedł rok 1989, zlikwidowano cenzurę i z czasem nastąpił prawdziwy wysyp książek o tematyce kresowej.

Historie Kresowian zawsze zostaną „otwartą, niezagojoną raną”. Pani, jako autorka wspaniałej przecież książki „Lepszy dzień nie przyszedł już”, poświęconej Ormianom i Kresom, wie o tym najlepiej. Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o pani książce o „innych kresach” – Otwarta rana Ameryki. Wprawdzie inna szerokość geograficzna, inna kultura – ale ból ten sam…

Pisanie o Kresach nigdy tej rany nie zagoi, ale chyba nie o to też  chodzi. Potrzebna jest dokumentacja naszej – polskiej na Kresach – obecności, którą chciano nam zabrać przez dziesięciolecia panowania komunistycznego systemu w ZSRR, ale i PRL. Tam są źródła naszej kultury, literatury, architektury, w końcu tam miały miejsce na przestrzeni wieków ważne wydarzenia historyczne. Dzisiaj w Polsce o tym możemy mówić i pisać, ale poza Polską – na Kresach – najchętniej zawłaszczonoby nasze dziedzictwo kulturowe! Pamiętam, przed laty, uczestniczyłem w konferencji Dialog Dwóch Kultur w Krzemieńcu. To ważne miejsce dla Polaków, bo tam, gdzie Ikwy srebrne fale płyną urodził się Juliusz Słowacki… Siedzieliśmy w jednej z sal słynnego krzemienieckiego liceum w upalny wrześniowy dzień przy długim konferencyjnym stole, słuchając wykładu ukraińskiego profesora z Kijowa na temat Juliusza Słowackiego. Było kilka wolnych krzeseł. Nagle padły słowa, które wszystkich zelektryzowały. Postawiona została teza, że przecież Słowacki urodzony na Ukrainie, w cieniu Góry Królowej Bony, musiał znać język ukraiński i gdyby w tym języku pisał, rozmawialibyśmy o nim jako poecie ukraińskim… Trzeba wspomnieć pisarza i reportera Marka Koprowskiego, który przewędrował Kresy wzdłuż i wszerz, dokumentując na stronach swych książek odradzanie się polskości i działalności Kościoła rzymsko-katolickiego. W ten nurt wpisuje się też pisarz Stanisław Srokowski, którego książka Repatrianci w 1988 roku pokazała po raz pierwszy w oficjalnym obiegu dramat Polaków wyrzucanych z Kresów. Należy przypomnieć, że pierwszymi książkami ukazującymi dramat ekspatriantów były powieści Haliny Auderskiej Ptasi Gościniec z 1973 roku i Babie lato z 1974 roku. Przez lata ukazywał się Rocznik Lwowski wydawany przez zmarłego niedawno Janusza Wasylkowskiego, poetę, pisarza, publicystę, kolekcjonera, współtwórcę Instytutu Lwowskiego w Warszawie.  Nie można pominąć audycji Lwowska Fala na antenie Radia Katowice, prowadzonej od lat przez panią Danutę Skalską. Istnieją też czasopisma wydawane przez Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, jak ukazujący się od 1989 roku wrocławski periodyk Semper Fidelis kierowany przez Andrzeja Kamińskiego – prezesa Zarządu Głównego TMLiKPW, krakowska Cracovia Leopolis założona w 1995 roku przez nieżyjącego już Andrzeja Chlipalskiego, czy lubińskie Spotkania Świrzan redagowane przez Józefa Wyspiańskiego.

Mówiąc o Kresach, trzeba przywołać dorobek wspomnianego wcześniej profesora Stanisława S. Niciei, autora niezwykłego cyklu „Kresowa Atlantyda”.

– Prof. Stanisław S. Nicieja to pomnikowa postać! To on przywrócił oficjalnie pamięć o Lwowie i Kresach. Wydane przez Ossolineum książki, najpierw „Cmentarz Łyczakowski” w 1988 roku, a potem „Cmentarz Orląt Lwowskich” w 1990 roku, stały się zielonym światłem dla spraw kresowych w oficjalnym obiegu. Kresowianie otworzyli przed nim swe  prywatne archiwa. Tysiące rozmów, spotkań, listy z całego świata! Efektem były teksty popularyzatorskie, naukowe, książki, audycje radiowe. I filmy dokumentalne, przede wszystkim dzięki przyjaźni z lwowianinem, reżyserem filmowym Jerzym Janickim. Każda książka, spotkanie autorskie, do dzisiaj, owocują wzbogacaniem archiwum kresowego prof. Niciei o nowe materiały. Owocem tego archiwum jest cykl przywołany już piętnastu tomów „Kresowej Atlantydy”.

Chcę przypomnieć  książki  Teresy Siedlar-Kołyszko, jak i podbijającej serca czytelników popularne opowieści lwowianki Beaty Kost. Niejako dopełnieniem są książki pisarzy emigracyjnych przywracanych z niemałym trudem polskiemu czytelnikowi – na przykład Florian Czarnyszewicz czy Józef Łobodowski, nie wspominając już o książkach i licznych artykułach w specjalistycznych periodykach naukowych,  jak także popularyzacja książek kresowych przez Beatę Bednarz – znaną krakowską blogerkę, autorkę kwartalnika Cracovia Leopolis.  Na drugim, nie chciałbym używać słowa – przeciwnym, biegunie stoją książki choćby Ziemowita Szczerka, który ukazuje codzienność Kresów w zupełnie innym świetle. Tam nie ma sentymentów, historia często ukazana jest w krzywym zwierciadle, dominuje sarkazm i prześmiewczość, ale nie brakuje też brutalnej prawdy o nas i Ukraińcach. Czasem kubeł zimnej wody każdemu dobrze zrobi…

Upłynęły lata od zmian w 1990 roku; czy Polska zrobiła wystarczająco, by nie tylko ocalić od zapomnienia, ale aby konkretnie pomóc rodzinom Polaków na Kresach?

– To niełatwe pytanie. Polska bowiem na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat zrobiła bardzo dużo dla Polaków mieszkających nie tylko na Kresach, ale i choćby w Kazachstanie. Czy nie mogła więcej? Niemcy, Żydzi dawali swym rodakom możliwość repatriacji. Dla tych, którzy nie chcieli – wiadomo, że starych drzew się nie przesadza – na miejscu organizowano pomoc. W ostatnim dziesięcioleciu XX wieku byłem włączony w grupę charytatywną przy Wspólnocie Polskiej w Krakowie kierowaną przez prof. Zygmunta Kolędę. W ciągu kilku lat wykonana została wielka charytatywna praca na rzecz Polaków żyjących we Lwowie czy Złoczowie. Pomagano jednak tylko tam, gdzie dotarli przedstawiciele Krakowskiego Oddziału Wspólnoty Polskiej… Byli to członkowie Krakowskiego Oddziału Towarzystwa Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich.

Wspierano Polaków zapomogami pieniężnymi, przywożonymi z Polski lekarstwami, organizacją leczenia w Polsce, czy w ekstremalnych przypadkach umieszczano chore, zaniedbane i całkiem samotne osoby w polskich domach opieki społecznej. Postulaty powołania wolontariackich grup charytatywnych nie do końca się zrealizowały, bo tzw. opiekunki były opłacane. Nie powiodła się próba zorganizowania przy jednym z kościołów apteki. Nie powiodło się też zorganizowanie dostarczania jesienią i zimą potrzebującym ciepłych obiadów – tak, jak robiła to we Lwowie mniejszość żydowska. Wszystko wygasło, gdy skończyły się pieniądze… Zwyciężyła doraźność. Nie wytworzyły się mechanizmy, zapewniające potencjał ciągłego działania, istnienie którego udowodniłoby Polsce, że Polacy żyjący w państwie ukraińskim są w stanie sami pomóc potrzebującym. Polska nie dała rodakom możliwości przeniesienia się do Ojczyzny. Dostali za to Kartę Polaka, z której nie każdy jest w stanie, albo nie potrafi, skorzystać. A przecież ta karta daje jej posiadaczom niemal takie same uprawnienia w Polsce, jak każdemu Polakowi. A jednak nie jest to polskie obywatelstwo, o którym wielu Polaków ze wschodu przecież marzy. Czy im się to nie należy, skoro są Polakami? W końcu potrafili to udokumentować, skoro otrzymali Kartę Polaka!

Zwrócono mi uwagę, że nieraz tożsamość narodowa wnuków polskich zesłanców już nie jest polska, ani nawet „spragniona polskości”; czas upłynął, może już minął. Jakie jest pana zdanie?

– Musimy sobie zdawać sprawę, że mamy do czynienia z Polakami, wywożonymi do Kazachstanu od lat trzydziestych XX wieku z Kamieńca Podolskiego, Żytomierza czy Berdyczowa, całymi rodzinami, wioskami. Świadomość polskości jest na wysokim poziomie. Przecież jeśli potomkowie zesłańców nie czują już „mięty” do Polski, to nie wybiorą naszego kraju jako miejsca docelowego do życia. Mają swoją ojczyznę, z którą są związani od dzieciństwa. Jeśli wybiorą Polskę, jako emigranci ekonomiczni, będą chcieli u nas zostać na stałe, to zrealizują swój plan niekoniecznie jako potomkowie Polaków. Nie będą zabiegali nawet o Kartę Polaka. Mało jest dzisiaj w Polsce takich rodzin choćby z Ukrainy bez polskich korzeni? Poza tym przeniesienie się do kraju przodków nie zawsze na dobre wychodzi. Państwo zrzuca obowiązek przyjęcia i zaopiekowania się repatriantami na samorządy, często nieprzygotowane, nie posiadające środków finansowych. Często oczekiwania przybywających przerastają możliwości samorządów, które stwarzają im warunki do startu w życie w nowej rzeczywistości. Jakże często sprawdza się stare polskie przysłowie wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma… A rzeczywistość wygląda tak, że w latach 2001-2014 repatriowano zaledwie około pięciu tysięcy Polaków…

Zajmujący sie ochroną zabytków na Kresach Stanisław Dziedzic przypomniał, że po drugiej wojnie światowej tylko część zbiorów Ossolińskich została przewieziona do Wrocławia. We Lwowie pozostały wciąż bogate zasoby, których wbrew intencjom Ossolińskich nie zamierzano zwrócić narodowi polskiemu. Część tych zbiorów jest w kościele Jezuitów, który władze sowieckie zamieniły w magazyn. Dziedzic naocznie przekonał się, w jak strasznych warunkach znajdują się te zbiory. Wilgotne ściany, zniszczony dach. Podał pan uaktualniający przypis, że zbiory Ossolińskich dalej są w tragicznych warunkach i władze ukraińskie nie zgadzają się ani na ich zwrot, ani na zamianę eksponatów ważnych dla tożsamości ukraińskiej, które są w polskich zbiorach. Czy sytuacja się zmieniła?

– Sytuacja zmieniła się o tyle, że w kościele Jezuitów pod wezwaniem św. św. Piotra i Pawła we Lwowie obecnie jest cerkiew grecko-katolicka, a barokowe wnętrza są odnawiane przez polskich i ukraińskich konserwatorów. Zbiory polskich, dla nas bezcennych, czasopism umieszczone w świątyni po II wojnie światowej narażone były przez dziesięciolecia na zmiany temperatury, wilgoć – choćby dziurawy dach, gryzonie, pożar. To cud, że przez te lata nie doszło tam do tragedii.  Zbiory Ossolineum, przejęte przez Bibliotekę im. W. Stefanyka przetransportowano w końcu w 2011 roku do innych magazynów.

Moim zdaniem – najważniejsze, by te materiały zostały ocalone dla potomnych, by jak najszybciej zostały zdygitalizowane i udostępnione zainteresowanym. W ten sposób uratowane dla nauki. Różne polskie fundacje wiele w tym kierunku działają, ale to wszystko za mało, potrzeby są ogromne. W takiej sytuacji czy te zbiory będą w bibliotece we Lwowie, Krakowie czy Wrocławiu – nie miałoby to znaczenia, skoro można byłoby korzystać z nich w zaciszu domowego gabinetu?!

Stanisław Dziedzic mówi też o wandalizmie wobec sakralnych zabytków polskich we Lwowie, gdzie po ostatniej wojnie kościoły zostały skazane na zagładę.

– Bez wątpienia stan wielu świątyń we Lwowie był przerażający. Wyłączone, zamknięte, albo przeznaczone na magazyny czy sale koncertowe. Stanisław Dziedzic od lat dziewięćdziesiątych monitorował i opisywał w swych tekstach sytuację nie tylko lwowskich świątyń. Myślę, że obecnie wszystkim kościołom we Lwowie przywrócone zostały funkcje kultowe. Niestety, większość świątyń rzymsko-katolickich służy kościołowi greckokatolickiemu. Ale chyba to lepsze, niż miałyby nadal być zamknięte czy służyć jako magazyny… Trwa też nadal spór o kościół pod wezwaniem św. Marii Magdaleny, który nadal służy jako koncertnyj zał, a o możliwość odprawienia w świątyni mszy świętej trzeba ubiegać się u władz lwowskiej filharmonii. Udało się też abp Mieczysławowi Mokrzyckiemu odzyskać Pałac Lwowskich Biskupów, który został też odrestaurowany. …Sytuacja o wiele gorzej wyglądała, i w wielu przypadkach dotąd nie wygląda najlepiej, w małych miejscowościach i wioskach.

Dość wspomnieć podominikański kościół przy klasztorze w Podkamieniu… Choć w kwestii inwentaryzacji kościołów na Kresach tak wiele zrobił prof. Janusz Ostrowski z zespołem historyków sztuki. Wynik ich pracy to kilkadziesiąt tomów naukowych opracowań wydanych przez krakowskie Międzynarodowe Centrum Kultury. O współczesną sytuację świątyń kresowych najlepiej pytać prof. Janusza Smazę z warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, który właściwie całe naukowe i konserwatorskie życie poświęcił Kresom! Poznałem go w czasie prac konserwatorskich w Żółkwi, kiedyś spotkałem go na Cmentarzu Orląt Lwowskich podczas wydobywania z ziemi zniszczonych nagrobków, potem w Kamieńcu Podolskim, gdzie opowiadał o konserwatorskich problemach w klasztorze i kościele dominikańskim…

Kiedyś w towarzystwie Janusza Smazy oglądałem magazyny pomieszczone w dawnym klasztorze OO. kapucynów w Olesku. Zakaz fotografowania egzekwowany był stanowczo przez kilku pilnujących nas strażników. Nie dziwię się, że tak pilnują, bo to co zobaczyliśmy woła – pewnie do dzisiaj – o pomstę do nieba! Setki, tysiące rzeźb, obrazów, fragmentów architektonicznych, przedmiotów kultu, mebli! Wszystko zabrane ze świątyń rzymsko-katolickich, dworów i pałaców z całych Kresów. Z jednej strony uratowane przed zniszczeniem, z drugiej niszczejące przez lata w Olesku. Zakurzone, przechowywane w pomieszczeniach nieogrzewanych, narażone na wilgoć, zmiany temperatur, kurz… Poza tym wyrwane z kontekstu historycznego, można mieć nadzieję, że przynajmniej opisane, skąd zostały zabrane. W końcu zbierali je specjaliści. Twórcą tego magazynu w latach sześćdziesiątych XX wieku był, nieżyjący już, Borys Woźnicki. To on spowodował, że słynne obrazy z kolegiaty w Żółkwi zostały zdjęte ze ścian świątyni, zabezpieczone i zmagazynowane w Olesku. W 2007 roku, po wielu latach zabiegów, dwa z nich, o powierzchni 65 m2 każdy, Bitwa pod Wiedniem i Bitwa pod Parkanami zostały przewiezione do Warszawy, zakonserwowane i zaprezentowane w Warszawie. Kosztowało to bez mała 4,5 mln zł… W tym czasie kolegiata żółkiewska była już odrestaurowana i przywrócona kultowi. Była nadzieja, że obrazy wrócą na swoje dawne miejsce. Niestety tak się nie stało. Olbrzymie płótna zostały zrolowane, zabezpieczone i wywiezione do Oleska, gdzie złożono je w dawnym przyklasztornym kościele. Gdy przed kilkoma laty dotarła informacja o zniszczonym dachu kościoła w Olesku – wszyscy pytali przede wszystkim: co z obrazami z Żółkwi?!

Pana rozmówca – profesor Zygmunt Kolenda przypomina, że po 1956 roku przyjechało do Polski ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy Polaków, a nie byliśmy wówczas bogatym państwem, tymczasem w ostatnich latach w ramach repatriacji wróciło do kraju zaledwie kilka tysięcy Polaków, a szacuje się, że na wschodzie żyje około miliona osób czujących się Polakami. Mówi wprost, że kolejne rządy III Rzeczypospolitej nie zabrały się za ten palący problem konstruktywnie.

– To wstydliwy dla naszego państwa, wciąż nierozwiązany problem. I nie można tłumaczyć, że rok 1956 to z jednej strony stalinowska odwilż, a z drugiej – zaledwie jedenaście lat po zakończeniu II wojny światowej. Po upadku Muru Berlińskiego, w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, Niemcy przyjmowali swych rodaków chcących się przesiedlić z dawnego Związku Radzieckiego bez warunków. Niemcy z Rosji przyjęli ponad dwa miliony ludzi. Sprowadzali całe rodziny. Nie stawiali im żadnych warunków, nawet wymogu znajomości języka niemieckiego. Żydzi czynili to na przestrzeni lat nie tylko w okresach przesileń, jakim był np. rok 1968… Nie proponowali swym rodakom jakichś pośrednich dokumentów… Po prostu przyjmowali ich i pomagali w adaptacji do nowej dla nich sytuacji. Polska, a właściwie politycy odwiedzający Polaków na wschodzie, mamiła swych rodaków tylko obietnicami. W końcu pojawiła się tzw. Karta Polaka. Oczywiście pomocna w naszym kraju dla ich posiadaczy. Ale i upokarzająca, bo posiadacz takiej karty de jure obywatelem Polski nie jest. Tam był „Polaczkiem”, a w Polsce „Ruskim”. Kiedy z pompą wręczane były w Kazachstanie czy Ukrainie pierwsze Karty Polaka, w USA czy Kanadzie Polonusom wręczano paszporty Rzeczpospolitej przywracające im obywatelstwo polskie. Gdy pytano, dlaczego dla Polaków ze wschodu mamy tylko Karty Polaka? Odpowiadano, że Polski – tak jak Niemców czy Izraela – nie stać na przyjęcie repatriantów z Kazachstanu… W tym czasie Kazachstan przeżywał odrodzenie islamu. Wiele rodzin, czujących się Polakami, widząc, że płynące znad Wisły obietnice są tylko słowami, decydowało się na przesiedlenie do Rosji czy Białorusi – w końcu byli obywatelami dawnego ZSRR… Poza tym rynek pracy w tych krajach był dla nich otwarty.

Bogusław Kołcz przywołał postać poety i dr med. Jerzego Masiora (zmarł w 2003 r.) związanego z Akademickim Liceum i Gimnazjum im. Króla Bolesława Chrobrego w Nowym Sączu, który przygotowywał  starannie z młodzieżą kolejne wyprawy do Lwowa. Stawał przed mapą przedwojennej Polski, objaśniał, pokazywał zdjęcia z cmentarza Obrońców Lwowa, przywoływał swoje wspomnienia z lwowskiego harcerstwa,  mówił o pamiątkach polskich na Kresach. Uświadamiał, nauczał i zapalał młodzież, która jechała przygotowana na swoje wędrówki, wracała z własnymi doświadczeniami i własnym emocjonalnym bagażem. Czy jest tych działań wiele więcej?

– Jerzy Masior był przede wszystkim lwowianinem… Dzisiaj takich jak on szukać jak w korcu maku! Nie jest jednak tak źle, bo różnego rodzaju przeglądy czy festiwale piosenki kresowej ukazują, że jest w naszym kraju śpiewająca młodzież! W Krakowie taki muzyczny zespół „Promyki Krakowa” prowadzi Roma Krzemień. Są obecni podczas najważniejszych uroczystości patriotycznych i kresowych. Ale i dorośli też kultywują kulturę muzyczną z kresowym zaśpiewem! Mam na myśli zespół „Chawira” prowadzony przez Karola Wróblewskiego. Niedaleko, bo na w śląskim Bytomiu od lat bawi i wzrusza nie tylko Kresowian kabaret „Tyligentne Batiary” Adaśka Żurawskiego. A poetów też nie brakuje! Choćby Mariusz Olbromski zafascynowany Krzemieńcem czy opływający żaglowcami świat Franciszek Haber! Wierni czytelnicy kwartalnika Cracovia Leopolis od ponad dwudziestu już lat mogą czytać wiersze poetów urodzonych na Kresach lub nimi zafascynowanych, choćby Adam Zagajewski urodzony we Lwowie, zmarły w tym roku Bogusław Żurakowski pochodzący ze Stanisławowa czy Krzysztof Kołtun z Chełma.

Jak mówi Mariusz Graniczka, dyrektor krakowskiego Gimnazjum imienia Stanisława Konarskiego, którego młodzież od 2000 roku regularnie wyjeżdża na Kresy, cyt.: „Kresy tkwią w każdym z nas – świadomie czy podświadomie – jako kraina owiana legendą, znana czy to z przekazów rodzinnych, czy literatury i filmu. W naszej wyobraźni jawią się jako miejsca pełne niesamowitości i tajemniczości – tygiel kultury narodowej. W poprzednich latach były przecież niedostępne. Teraz przyszedł czas, by dla siebie, a przede wszystkim dla młodzieży, odkrywać je od nowa”. Roma Krzemień mówi: „Przecież tam zostało wszystko! Tam jest Polska!”.

– Tam jest Polska, bo wciąż mieszkają tam Polacy!

opublikował: janusz
Spis aktualności

Strona 1 z 3  > >>

cze 27, 2021
Kto mieszka w Krakowie na pewno zna Dębniki. W sobotę, choć w ramach służbowych obowiązków, to z przyjemnością udałem się do dworku przy ul. Powroźniczej 2 do Biblioteki Kraków. Odbywał się tam Piknik Literacki, który zakłócała kapryśna pogoda. Nie ukrywała zmartwienia Paulina Knapik-Lizak , która napracowała się nad tym piknikiem. Ale czy prawdziwych czytelników może cokolwiek zniechęcić do ukochanej biblioteki i uroków książki? To niemożliwe!
opublikował: janusz
kwi 10, 2021
Odszedł Przyjaciel...










Stanisław Dziedzic (1953-2021)
opublikował: janusz
mar 14, 2021

Pandemia… Czas zsypać głowę popiołem… Wszak co jutro przyniesie, nie wiemy! Bać się – strach! Nie bać – jeszcze gorzej! No cóż, jak trwoga, to do Beresia! Witolda oczywiście… W niedawno wydanej książce Zaraza. Lekcja nieprzerobiona, do napisania której inspiracją był wszechpanujący covid 19, opisał przypadek zaraza. By dokonać dogłębnej analizy, zamknął się z dziesięciorgiem dostojnych mieszkańców Krakowa – w domyśle ekspertów także od zarazy – w przytulnej i dobrze zaopatrzonej nie tylko w smakołyki kuchenne (a jakże!) austerii. Lektura książki daje wskazówki, co jeść, co pić i jak żyć, by przetrwać pandemię. Wśród szacownych deliberantów zabrakło jasnowidza, który byłby w stanie przewidzieć, kiedy ta zaraza się skończy. Kiedy będziemy mogli odetchnąć z ulgą, porzucając lęk przed codziennością, strząsając z siebie chaos narzucany zewsząd przez decydentów i biurokratów, otrząsnąć się ze stanu apatii w jaki wprowadzają nas w każdej godzinie politykierzy, podpisać rozejm w walkach z „wiatrakami” i zacząć zwykłe, normalne życie jakie zawieszono nam na kołku wiosną 2020 roku… Choć nie do końca zabrakło, bo szaty pytii przybrał autor książki. W Osobistym post scriptum, niemal w ostatnim zdaniu, pisząc perspektywicznie o chwili, w której będziemy myśleć, że zły czas się skończył, wieszczy – pamiętaj: to świństwo wróci, bo tkwi ono w naszych duszach. To my swoja pazernością, łapczywością, chciwością – sami je prowokujemy. (…) nie ciesz się zatem. Zaraza wróci. Jeszcze większa, jeszcze potężniejsza, jeszcze bardziej ostateczna! Ech… Lepiej nie pytajcie Beresia, jak żyć…

Janusz M. Paluch

Witold Bereś, Zaraza. Lekcja nieprzerobiona, Wydawnictwo Austeria, Kraków 2020

opublikował: janusz
lut 26, 2021
Na łamach Nowego Dziennika ukazującego się w Nowym Jorku, 6 lutego 2021 roku, ukazała się rozmowa ze mną przeprowadzona praez panią Aleksandrę Ziółkowską-Boehm. Zapraszam do lektury. Poniżej prezentuję tekst, a jeśli ktoś chciałby przeczytać w oryginale, podaję link do Nowego Dziennika:
http://dziennik.com/publicystyka/kultura/kresy-zawsze-wazne/
Z Januszem M. Paluchem rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Długie lata generalnie nie można było pisać o Kresach. Pierwsza „odwilż kresowa” to rok 1980. Co powinno się zrobić, o czym pisać, by upływający czas nie wymazał z naszej świadomości tematyki wciąż tak ważnej?

– Rok 1980 był prawdziwym karnawałem wolności. Pod znakiem „Solidarności” można było mówić i pisać otwarcie o Kresach, ich polskości, Polakach tam wciąż przecież żyjących. Ta prawie bezcenzuralna wolność nie trwała jednak długo. Po stanie wojennym o Kresach można było czytać w wydawnictwach ukazujących się konspiracyjnie, publikowanych na emigracji i potajemnie przemycanych do PRL-u. Prawdziwą odwilżą dla tematyki kresowej było jednak ukazanie się nakładem Wydawnictwa Ossolineum w 1988 roku książki prof. Stanisława S. Niciei „Cmentarz Łyczakowski”. Później przyszedł rok 1989, zlikwidowano cenzurę i z czasem nastąpił prawdziwy wysyp książek o tematyce kresowej.

Historie Kresowian zawsze zostaną „otwartą, niezagojoną raną”. Pani, jako autorka wspaniałej przecież książki „Lepszy dzień nie przyszedł już”, poświęconej Ormianom i Kresom, wie o tym najlepiej. Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o pani książce o „innych kresach” – Otwarta rana Ameryki. Wprawdzie inna szerokość geograficzna, inna kultura – ale ból ten sam…


opublikował: janusz
sty 20, 2021

Sokolim piórem o „Ronicie”…

Kiedy rozwadowski „Sokół”, dzisiaj Rozwadowski Dom Kultury Sokół w Stalowej Woli, mógłby w końcu po kapitalnym remoncie otworzyć swe podwoje i rozpocząć działalność, na przeszkodzie stanęła pandemia… Ale i tę pokona nieugięta Maria Rehorowska, która doprowadziła przecież wbrew wszelkim przeciwnościom do obecnego stanu ten niedawno – wszyscy mówili – nadający się do rozbiórki budynek.

Ten charakterystyczny dla Rozwadowa budynek, stojący vis a vis Sądu, nieopodal Szkoły Podstawowej im. Jana III Sobieskiego, powstał w 1906 roku z inicjatywy Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Choć „rozwadowskie sokoły” zerwały się dość późno do lotu, to jednak udało im się wnieść znaczący wkład do skarbnicy polskiego patriotyzmu. A „Sokół” był swoistym centrum kultury i sportu w Rozwadowie. Sala gimnastyczna – najważniejsza dla realizacji celów statutowych Towarzystwa i dominująca w budynku – była wielofunkcyjna – sala kinowa (kto wie, czy nie tam właśnie wyświetlono pierwszy film w Rozwadowie), sala teatralna, spotkań społeczności Rozwadowa, w końcu sala balowa. Był chyba trzy razy remontowany. Po raz pierwszy, w okresie II Rzeczypospolitej, dość późno po zniszczeniach I wojny światowej, kiedy właściwie – w 1936 roku – dokończono też jego budowę – został otynkowany, na frontonie umieszczono rzeźbę sokoła w locie będącego symbolem Towarzystwa, a w północnym styku ścian wbudowano rzeźbę Matki Boskiej Różańcowej. Kolejny kapitalny remont budynek przeszedł w latach1962-64, kiedy pieczę nad budynkiem przejęła Spółdzielnia Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie. Wówczas, w tylnej, południowo-wschodniej części budynku, dobudowano pomieszczenie magazynowe i kotłownię centralnego ogrzewania, położono nową instalację elektryczną, parkiety na podłogach. Ostatni remont, prowadzony był w latach 2017-2020 już przez samorządowe władze Stalowej Woli. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, iż w 1974 roku Rozwadów został włączony do miasta Stalowa  Wola, stracił samodzielność i prawa miejskie, został zwykłą peryferyjną dzielnicą, i przez dziesięciolecia traktowany był przez władze Stalowej Woli jak „piąte koło u wozu”. Ile lat musiało minąć, by władze samorządowe Stalowej Woli dały się przekonać o zabytkowych walorach „miasteczka galicyjskiego”! Ile lat musiał zabiegać ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski (1924-2017), by w Stalowej Woli, na bazie jego zbiorów etnograficznych, archeologicznych i historycznych powstało w końcu Regionalne Muzeum w Stalowej Woli, którym dzisiaj władze miasta się przecież szczycą! Szkoda, że nikt nie znalazł zrozumienia dla pomysłu – zainicjowanego nawet założeniem przez ks. prof. Gaja-Piotrowskiego stowarzyszenia– odbudowania budynku ratusza miejskiego, który mógłby przecież pełnić zadania administracji publicznej.

opublikował: janusz
gru 19, 2020

W czas Bożego Narodzenia...

Czekaliśmy z utęsknieniem na święta Bożego Narodzenia. Adwent… Więc poandrzejkowa cisza, spokój… Pamiętam, że na religii kazali robić jakieś lampiony, z którymi mieliśmy chodzić na roraty na szóstą rano… Szczęściem w domu nie było fundamentalizmu religijnego, choć z drugiej strony przecież wczesne wstawanie nie jest złe, nikomu nie zaszkodziło a z czasem nawet procentuje… W końcu zimne, mroczne, niekiedy rozśnieżone poranki roratowe, tchnęły swoistym romantyzmem… Zaspane, milczące dzieci z opiekunami – zazwyczaj babciami, w moim przypadku była to ciocia Marta Moskal, z kolorowymi lampionami w rękach, przedzierały się przez ciemność grudniowego poranka… W Rozwadowie nad ranem latarnie uliczne już nie świeciły – miasto oszczędzało. Przedzieraliśmy się więc przez autentyczną mroczność chodnikiem wzdłuż klasztornego muru. Dopiero przy świątyni jarzyła się jakaś żarówczyna. Ale i w kościele panowała przecież ciemność. Tak nakazywał obyczaj kościelny, wszak lampiony roratowe związane były z przypowieścią o „pannach roztropnych i głupich” oczekujących na oblubieńca z oliwnymi lampkami… Lampion był wykonywany z kartonu. Wycięte otwory zaklejaliśmy kolorowymi bibułkami, na których co sprawniejsi plastycznie, malowali jakieś religijne sceny. W lampionie umieszczało się świecę, ale mający pomysłowych rodziców, w lampionie mieli płaską baterię centry i świecącą małą żaróweczkę od latarki… Zapału religijnego nigdy mi nie wystarczyło na cały okres adwentowy.
Umileniem okresu oczekiwania na święta – czy może na łączące się z nimi ferie zimowe, bo za moich szkolnych czasów ferie zaczynały się dzień przed wigilią i kończyły po święcie Trzech Króli – była wizyta Świętego Mikołaja! Jakaż to radość z odkrywanych pod łóżkiem prezentów! Ale oprócz tych pozostawianych w nocy podarunków, święty zapraszał dzieci a to do rozwadowskiego Sokoła, albo do refektarza u OO. Kapucynów… A tam, strach, płacz i pokonywanie odwagi… Bo przecież jak nie pójdę na scenę, gdzie z siwą brodą biskup woła cię po imieniu, uśmiechając się dobrotliwie i głaszcząc po głowie wręczając podarunki, to nie dostanę paczki…

opublikował: janusz
lis 28, 2020
Ach, jak chciałoby się pójść z Leszkiem Długoszem w tany te romantyczne przez Kraków… Napić się eliksiru poetyckiego ze „szkiełka z Muzeum Czartoryskich”, porozrzewniać się nad irysami w ogrodzie Kossakówki, wędrować z duchami pod rękę w zaczarowanym kręgu Plant, czy wspólnie pogadać z samym Piotrem S., który zamarł na ławeczce przy swej ulubionej cafe Vis à Vis i obserwuje – nie mogąc się nadziwić – co się stało z naszym Krakowem, z nami…
opublikował: janusz
sie 20, 2018
Kornelia - takie imię nosi ta mała dziewczynka w kapeluszu. Portret namalowała w 2018 roku Monika Kozera. Jej cechą od urodzenia jest samodzielność. Upór z jakim to pokazuje dla mnie niesamowity! Skończyła już trzy lata iod ponadroku chodzi do przedszkola. Śpiewa piosenki, mówi wierszyki. Wspina się po wszystkich najtrudniejszych sznurach i drabinkach na placu zabaw, pływa niemal samodzielnie bez strachu. Ma pięknego psa, który dba i pilnuje jej, ale i z wzajenością. Patrzę na dzieci moich córek z podziwem... Wracam pamięcią do przeszłości. Ze śmiechem i wzruszeniem wspominam, gdy rodzice chcieli mnie umieścić w przedszkolu. Tato podstępem zawiózł mnie do przedszkola, gdzie początkowo z zainteresowaniem zostałem. Ale jak kazali mi się położyć spać w południe, po prostu wyszedłem i udałem się w drogę do domu... Gdy przedszkolanka zauważyła moją nieobecność, natychmiast zaalarmowała telefonicznie rodziców! Ponieważ w tamtych czasach cengtrale telefoniczne były obsługiwane przez telefonistki, w jednej niemal chwili połowa mojego miasteczka wiedziała, że ulotniłem się z przedszkola... Nela w przedszkolu przebywa chętnie, nie nudzi się wśród koleżanek i kolegów oraz nniezliczonej pewnie ilości zabawek. Należy jej życzyć pięknego i radosnego dzieciństwa. Jeszcze kilka lat i zacznie się szkoła... Ale jeszcze niech sobie trwa w nieświadomości...
opublikował: janusz
kwi 14, 2018

Nie pamiętam, co było na początku… Czy lektura „Zemsty” Aleksandra Fredry, czy może spektakl teatralny w Teatrze Telewizji? Jakkolwiek, potem nastąpił wysyp czytelniczy kolejnych dramatów Fredry, który mnie do łez rozśmieszał. A w ślad za tym, kiedy tylko była okazja, oglądałem inscenizacje jego dzieł. Salony, szpady, lansady – z jednej strony nie szczędził Fredro współczesnym sobie, ośmieszając ich zachowania, poglądy etc. Z drugiej, choć też wyśmiewana, nauka etykiety, zachowania wobec dam czy choćby dbałość o wygląd zewnętrzny.

opublikował: janusz
gru 24, 2017


Przychodzimy, odchodzimy
leciuteńko
na paluszkach…

Tak odszedł niepostrzeżenie ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski. Od lat był już w nienajlepszej formie fizycznej. Ale był, trwał… Odwiedzałem go zawsze podczas swych pobytów w Stalowej Woli. Tak miało być też w ostatni weekend Jego z nami obecności. Przyjechałem do Stalowej Woli w sobotę, a odwiedziny były zaplanowane na niedzielę. Tymczasem w sobotę zatelefonował do rodziców pan Marian Głowacki, który był na wieczornej mszy świętej w kościele św. Floriana. Wtedy poinformowano wiernych o śmierci ks. Wilhelma.

opublikował: janusz
wrz 17, 2017
Ukazała się nowa książka prof. Stanisława Grodziskiego zatytułowana "Za trzecim razem. Zapiski uniwersyteckie z lat 1968, '81, 1989". W tamtych latach prof. Stanisław Grodziski pracował na Uniwersytecie Jagiellońskim, sprawując także funkcje administracyjne. Zdając sobie sprawę z doniosłości wydarzeń, które dotyczyły też UJ, prowadził dziennik. Ten z 1968 pisał do szuflady. W tamtych czasach jedynie słuszna siła czuła się mocno. Rok 1981, choć przyniósł stan wojenny, mógł dawać nadzieję na publikację dziennika pod pseudonimem w emigracyjnych bądź podziemnych wydawnictwach. Rok 1989 zamknął epokę socjalizmu w Polsce i przyniósł nowe polityczne rozdanie. Dzięki temu w dzisiejszych czasach także ta książka mogła się ukazać w takim kształcie. To bardzo osobista książka, choć porusza przecież ważne dla Polaków sprawy.
opublikował: janusz
cze 11, 2017

(Szkic mojego wystąpienia w Stalowej Woli)

Serdecznie witam wszystkich Państwa, tych co mają korzenie kresowe i tych, którzy przyszli, by spotkać się z historią i kulturą kresów. Przyszli, bowiem zainteresował ich temat dzisiejszych spotkań.

W imieniu Oddziału Krakowskiego TMLiKPW serdecznie i gorąco pozdrawiam Państwa! Wybierał się do Stalowej Woli nasz prezes, Adam Guyrkowich, który wiele lat zawodowo spędził w Waszym pięknym mieście. Nie pozwoliło mu jednak zdrowie…

Bardzo dziękuje za zaproszenie. Dla mnie to prawdziwy zaszczyt i wyróżnienie, że mogłem stanąć przed Państwem po to, by dać świadectwo kresowe. Podzielić się z Państwem swymi refleksjami na tematy lwowskie, tematy kresowe.

Muszę się też przed państwem usprawiedliwić, bowiem nie urodziłem się we Lwowie, ani na Kresach. Moi rodzice pochodzą z okolic Stalowej Woli, a jak może niektórzy wiedzą jestem Rozwadowianinem. Tematy Kresowe, lwowskie były mi całkiem obce. Nie dlatego, że się nie interesowałem historią. Po prostu w tamtych czasach się o tym nie mówiło. Często dla bezpieczeństwa własnego i rodziny.

opublikował: janusz
kwi 14, 2017

Zasiedziałem się w Śródmiejskim Ośrodku Kultury. Czas zatem na zmiany w moim zawodowym życiu, zanim dopadnie mnie emerytalny zastój. Nie chcem, ale muszem… Spędziłem z Państwem oraz całym zespołem pracowników ŚOK ponad 25 lat. Pięknie dziękuję Wam, że byliście ze mną, uczestnicząc w spotkaniach, koncertach, spektaklach, nie szczędziliście pochwał ale i – wprawdzie z rzadka – słów krytyki, jeśli na nie zasłużyliśmy.

Wszystkim Koleżankom i Kolegom – pracownikom merytorycznym, administracyjnym, księgowym i technicznym, twórcom i artystom, animatorom kultury współpracującym z nami, kłaniam się nisko za owe ćwierćwiecze!

opublikował: janusz
mar 25, 2017

Katechetyczne wspomnienie

W klasztorze ojców kapucynów w Sędziszowie Małopolskim 29 stycznia 2017 r. zmarł w wieku 84 lat (67 lat w stanie zakonnym, 60 lat w stanie kapłańskim i 22 lata w stanie biskupim) emerytowany biskup o. Stanisław Padewski. W moich rozwadowskich czasach, gdy byłem uczniem Liceum Ogólnokształcącego Stalowej Woli, był moim katechetą. Wtedy, w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych XX w., wieczorami, po lekcjach chodziliśmy do klasztoru na spotkania z o. Stanisławem. Był wtedy albo gwardianem konwentu kapucynów albo proboszczem nowej parafii obejmującej południową część dawnego Rozwadowa i północną część Stalowej Woli. Wtedy granice Rozwadowa i Stalowej Woli były jeszcze wyraziste, choć już pomału się zamazywały. Pierwszym ich symptomem było pojawienie się na dworcu kolejowym nazwy Stalowa Wola – Rozwadów. Klasztorem w tamtych czasach rządził duet o. Stanisław Padewski i o. Edmund Haracz. Przez kilka kadencji, jedna trwała cztery lata, księża trwali w Rozwadowie wymieniając się stanowiskami, ale przy tym niesamowicie dużo zdziałali, w niełatwych warunkach realizmu socjalistycznego, dla rozwadowskiego klasztoru.

opublikował: janusz
sty 9, 2017

Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, to czas, na który chyba wszyscy najbardziej czekamy – oczywiście po zakończeniu wakacji. Motywacji związanych z tym wyczekiwaniem jest wiele. Naturalnie te religijne dla wielu najważniejsze. Dla innych jednak ferie zimowe, trochę czasu wolniejszego od pracy, zabawy sylwestrowe, i w końcu chyba najważniejsze, że pomału, pomalutku dzień zaczyna się wydłużać… Wszak na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok – tak mówi stare przysłowie. Kto je dzisiaj pamięta?

Trzej Królowie na rynku w Rozwadowie, rys. Lena Wojtal (2016 r.)

opublikował: janusz
sty 6, 2017
Zostałem upomniany przez wierną fankę mojej strony internetowej, że się strasznie zaniedbałem. Obiecałem poprawę. Zatem na początek, by tradycji stało się zadość, wszystkim, którzy tu zaglądną, składam najpiękniejsze życzenia z okazji Nowego Roku! Niech się Wam szczęści!
Z dzieciństwa pamiętam kolędników, którzy w pierwszym Dniu Nowego Roku wędrowali od domu do domu recytując zabawne życzenia, w które ludzie wierzyli. Kolędnika trzeba było należycie przyjąć. Tym bardziej, że był to mężczyzna, a nie daj Boże, do domu jako pierwsza przyszła kobieta... Nieszczęście na cały rok! A oto ta wierszowanka życzeniowa:
Na szczynści, na zdrowi, na tyn Nowy Rok,
Żebyście byli zdrowi, weseli,
jako w niebie anieli.
Żeby się wam darzyło, kopiło, snopiło
Do stodoły dyszlem obróciło...
Żebyście mieli wszystkiego dości,
jak na tej połaźnicy ości,
Żebyście mieli pełne obory,
pełne pudła,
Żeby wam gospodyni u pieca nie schudła...
opublikował: janusz
wrz 22, 2015
Pierwsza była lektura książki Melchiora Wańkowicza „Hubalczycy”, zdobyta „po znajomości”  w zaprzyjaźnionej księgarni. Książka zatytułowana „Dwie prawdy” zawierała opowieści o Majorze Hubalu i obronie Westerplatte. Dopiero później obejrzałem film „Hubal” w reżyserii Bogdana Poręby w Ryszardem Filipskim w roli głównej. Autorem scenariusza był znany pisarz Jan Józef Szczepański, który nie godząc się na zmiany dokonane w scenariuszu, wycofał się ze współautorstwa filmu. To jednak wystarczyło, by legenda Hubala utrwaliła się na stałe w świadomości Polaków. Postać Hubala przypominała też na kartach swych książek Aleksandra Ziółkowska-Boehm, która już w latach 80-tych XX w. opublikowała opowieść „Z miejsca na miejsce. W cieniu legendy Hubala”, a w ostatnich latach przypominała go w książkach „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon”  (2009) i „Lepszy dzień nie przyszedł już” (2012).

Jednak tak prawdziwie, z niesamowitą dokładnością i rzetelnością, postać mjr Henryka Dobrzańskiego przybliżona została przez młodego historyka Łukasza Ksytę – rocznik 1983, który opublikował książkę „Major Hubal. Historia prawdziwa” (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014).

opublikował: janusz
sie 24, 2015
Lenka, już nie taka mała, skończyła właśnie cztery lata. Urodziny trwają, bo oprócz odwiedzin i życzeń od najbliższej rodziny w rocznicę urodzin, po wakacjach, jak wrócą do domów z wojaży już wszystkie koleżanki, i oczywiście Dawid, zapowiedziane jest wielkie "kulkowe" party! Życzę więc Lence nie tylko ciekawych prezentów, ale pięknej i szalonej zabawy! No i tradycyjne Sto lat śpiewam, a ze mną cały chór kanarków, wróbli a nawet zaskoczonych papug! A ten piękny portret namalowała Monika Kozera, za co jej bardzo i serdecznie dziękujemy (piszę to także w imieniu sportretowanej...)
opublikował: janusz
cze 23, 2015

W Galerii Pryzmat ZPAP Okręg Krakowski (ul. Łobzowska 3) otwarto wczoraj (22 czerwca 2015 r.) wystawę zatytułowaną „Adam Macedoński do kwadratu. Rysunki z lat 1955-2015”. Kuratorem i aranżerem wystawy jest Andrzej Dawidowicz.

opublikował: janusz
cze 21, 2015

20 czerwca w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie, urodzony we Lwowie Adam Zagajewski, poeta i eseista, obchodził 70-te urodziny.

 

 

 

opublikował: janusz
element-23
powered by:marklar-net.pl(external link)
element-24